Michael Crichton
Williamowi Howellsowi
Nie chwal dnia, dopóki nie nadejdzie wieczór; kobiety, dopóki jej nie spalą; miecza, dopóki go nie wypróbowano; panny, dopóki nie wyjdzie za mąż; lodu, dopóki po nim nie przejdziesz; piwa, dopóki nie zostanie wypite.
Przysłowie wikingów
Zło istnieje od dawna.
Przysłowie arabskie
WSTĘP
Rękopis ibn-Fadlana stanowi najwcześniejszą znaną relację naocznego świadka o życiu i społeczności wikingów. Jest to niezwykły dokument, opisujący barwnie i szczegółowo wypadki, które zdarzyły się ponad tysiąc lat temu. Rękopis ten, rzecz jasna, nie przetrwał w stanie nienaruszonym w ciągu tego ogromnie długiego czasu. Ma on własną osobliwą historię, nie mniej godną uwagi niż sam tekst.
POCHODZENIE RĘKOPISU
W czerwcu A.D. 921 kalif Bagdadu wysłał członka swego dworu, Ahmeda ibn-Fadlana, z misją poselską do króla Bułgarów. Ibn-Fadlan spędził w podróży trzy lata i właściwie nigdy nie wypełnił tej misji, ponieważ na swej drodze napotkał wikingów i przeżył wśród nich wiele przygód.
Kiedy w końcu powrócił do Bagdadu, opisał swoje przeżycia w formie urzędowego sprawozdania dla dworu. Ten oryginalny rękopis dawno temu zaginął, więc aby go odtworzyć, musimy oprzeć się na nielicznych fragmentach zachowanych w późniejszych źródłach.
Najbardziej znane spośród nich to arabski leksykon geograficzny, napisany przez Yakuta ibn-Abdallaha około XIII wieku. Yakut zamieścił w nim niemal tuzin dosłownych wyjątków z relacji ibn-Fadlana, która liczyła wówczas trzysta lat. Należy przypuszczać, że Yakut korzystał z kopii oryginału. Mimo to późniejsi uczeni bez końca tłumaczyli i poprawiali kolejne przekłady tych kilku ustępów.
Inny fragment został odkryty w Rosji w roku 1817 i opublikowany w Niemczech przez Akademię St. Petersburską w 1823 roku. Materiał ten zawiera pewne fragmenty uprzednio opublikowane przez J. L. Rasmussena w roku 1814. Rasmussen wykorzystał rękopis wątpliwego pochodzenia, który znalazł w Kopenhadze, a który od tamtej pory dawno już zaginął. W owym czasie istniały również tłumaczenia szwedzkie, francuskie i angielskie, ale są one rażąco niedokładne i najwyraźniej nie zawierają żadnego nowego materiału.
W roku 1878 w prywatnej kolekcji starożytności sir Johna Emersona, ambasadora brytyjskiego w Konstantynopolu, odkryto dwa nowe rękopisy. Sir John był najwidoczniej jednym z tych chciwych kolekcjonerów, których żądza zdobywania przewyższa zainteresowanie konkretnym zdobytym przedmiotem. Rękopisy owe znaleziono po jego śmierci; nikt nie wie, gdzie je uzyskał i kiedy.
Jeden z nich to geografia napisana po arabsku przez Ahmeda Tusiego, wiarygodnie datowana na A.D. 1047. Czyni to rękopis Tusiego chronologicznie bliższym niż jakikolwiek inny oryginału ibn-Fadlana, który przypuszczalnie powstał około A.D. 924-926. Uczeni uważają jednak rękopis Tusiego za najmniej pewny ze wszystkich źródeł; tekst pełen jest oczywistych błędów i wewnętrznych niekonsekwencji i chociaż autor cytuje obficie pewnego “ibn-Faqiha”, który zwiedził krainę Północy, wiele autorytetów waha się, czy uznać ten dokument.
Drugi rękopis to tekst Amina Raziego, datowany w przybliżeniu na lata 1565-1595. Napisany został po łacinie i, według autora, jest bezpośrednim tłumaczeniem tekstu ibn-Fadlana z arabskiego. Rękopis Raziego zawiera informacje o Turkach Oguz i kilka ustępów dotyczących bitew z potworami z mgieł, których nie znaleziono w innych źródłach.
W roku 1934 w klasztorze w Ksymos koło Salonik w północno-wschodniej Grecji odkryto ostatni tekst, pisany średniowieczną łaciną. Rękopis z Ksymos zawiera dalsze uwagi o stosunkach ibn-Fadlana z kalifem i o jego zetknięciu się ze stworami z krainy Północy. Zarówno autorstwo, jak i czas powstania rękopisu są niepewne.
Porównanie tych wielu wersji i tłumaczeń, które powstawały w ciągu ponad tysiąca lat, a pisane były po arabsku, łacinie, niemiecku, francusku, duńsku, szwedzku i angielsku, jest przedsięwzięciem ogromnej miary. Mogłaby się z nim zmierzyć jedynie osoba o wielkiej erudycji, obdarzona dużymi zasobami energii; w roku 1951 taki człowiek się znalazł. Per Fraus-Dolus, emerytowany profesor Wydziału Literatury Porównawczej Uniwersytetu w Oslo, zestawił wszystkie znane źródła i rozpoczął wielkie dzieło tłumaczenia, którym zajmował się aż do swojej śmierci w 1957 roku. Fragmenty jego nowego przekładu zostały opublikowane w “Sprawozdaniach Muzeum Narodowego w Oslo: 1959-1960”, ale nie wzbudziły wielkiego zainteresowania wśród uczonych, prawdopodobnie dlatego, że czasopismo to ma dość ograniczony zasięg.
Przekład Frausa-Dolusa był całkowicie dosłowny; we wstępie zamieścił on uwagę, że “w naturze języków leży to, iż piękne tłumaczenie nie jest wierne, tłumaczenie wierne zaś odnajdzie swą własną urodę bez pomocy”.
Przygotowując niniejszą pełną i opatrzoną przypisami wersję przekładu Frausa-Dolusa, dokonałem kilku zmian. Usunąłem pewne powtarzające się fragmenty; zostały one zaznaczone w tekście. Zmieniłem układ akapitów, rozpoczynając każdą cytowaną bezpośrednio wypowiedź od nowego wiersza, zgodnie z konwencją współczesną. Opuściłem znaki diakrytyczne w nazwach arabskich. Wreszcie, w niektórych przypadkach, przekształciłem oryginalną składnię, głównie poprzez przestawienie szyku zdań podrzędnych tak, aby łatwiej było uchwycić sens.
WIKINGOWIE
Portret wikingów nakreślony przez ibn-Fadlana różni się znacznie od tradycyjnego europejskiego wyobrażenia o nich. Pierwsze europejskie opisy wikingów zostały sporządzone przez duchownych; byli oni w owym czasie jedynymi obserwatorami, którzy umieli pisać; postrzegali tych pogańskich ludzi Północy z osobliwym przerażeniem. Oto cytowany przez D. M. Wilsona typowo hiperboliczny ustęp, pióra dwunastowiecznego irlandzkiego pisarza:
Słowem, choćby nawet było sto głów z hartowanego żelaza na jednej szyi, i sto ostrych, gotowych, chłodnych, nigdy nie rdzewiejących języków w każdej głowie, i sto gadatliwych, donośnych, nieustających głosów dobiegających z każdego języka, nie mogłyby one opisać ani opowiedzieć, wyliczyć ani wyrazić tego, co wszyscy Irlandczycy wspólnie wycierpieli, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, świeccy i duchowni, starzy i młodzi, szlachetnie urodzeni plebejusze, z powodu niedoli, ucisku i krzywd wyrządzonych w każdym domu przez tych odważnych, gniewnych, całkowicie pogańskich ludzi.
Współcześni uczeni uważają, że takie mrożące krew w żyłach relacje o najazdach wikingów są w znacznym stopniu wyolbrzymione. Mimo to autorzy europejscy wciąż mają tendencje do pomijania Skandynawów, uznają ich za krwiożerczych barbarzyńców, nieistotnych z punktu widzenia głównego nurtu zachodniej kultury i myśli. Często dzieje się tak nawet kosztem oczywistej logiki. Na przykład David Talbot Rice pisze:
Od VIII do XI wieku rola i wpływ wikingów były może istotnie bardziej znaczące niż rola jakiejkolwiek innej pojedynczej grupy etnicznej w Europie Zachodniej... Wikingowie byli zaiste wielkimi podróżnikami i dokonywali największych wyczynów żeglarskich; ich miasta były wielkimi centrami rzemiosła i handlu; ich sztuka była oryginalna, twórcza i inspirująca; szczycili się wspaniałą literaturą i rozwiniętą kulturą. Czy naprawdę była to pewna cywilizacja? Należy, jak sądzę, uznać, że nie. Zabrakło tej odrobiny humanizmu, który jest stemplem probierczym cywilizacji.
Taką samą postawę wyraża w niniejszej opinii lord Clarc:
Kiedy bierze się pod uwagę sagi islandzkie, stawiane w rzędzie wielkich ksiąg ludzkości, trzeba przyznać, że wikingowie wytworzyli pewną kulturę. Ale czy była to cywilizacja? Cywilizacja oznacza coś więcej niż energię i wolę, i siłę twórczą. Coś, czego dawni Skandynawowie nie mieli, a co, nawet w ich czasach, zaczynało ponownie pojawiać się w Europie Zachodniej. Jak mogę to zdefiniować? Cóż, bardzo krótko: zmysł stałości. Wędrowcy i najeźdźcy żyli w strumieniu ciągłych zmian. Nie odczuwali potrzeby wybiegania myślą poza najbliższy marzec albo kolejną podróż czy następną bitwę. Z tego powodu nie zdarzało się im budowanie kamiennych domów czy spisywanie ksiąg.
Im uważniej czyta się takie opinie, tym bardziej wydają się nielogiczne. Doprawdy, należałoby się zastanowić, dlaczego gruntownie wykształceni i inteligentni uczeni europejscy z taką łatwością pomijają wikingów, traktując ich jedynie marginesowo. I skąd to zaabsorbowanie czysto semantycznym problemem - czy wikingowie posiadali “cywilizację”? Sytuację tę można wyjaśnić jedynie, jeśli dostrzega się zadawnione europejskie uprzedzenie, wynikające z tradycyjnych poglądów na prehistorię Europy. Na Zachodzie każde dziecię szkolne jest sumiennie nauczane, że Bliski Wschód to “kolebka cywilizacji” i że pierwsze cywilizacje wyrosły w Egipcie i Mezopotamii na pożywce dorzeczy Nilu i Tygrysu-Eufratu. Stamtąd cywilizacja rozprzestrzeniła się na Kretę i Grecję, następnie objęła Rzym, aż wreszcie dotarła do barbarzyńców z północnej Europy.
Co porabiali owi barbarzyńcy w czasie oczekiwania na nadejście cywilizacji - nie wiadomo; pytania tego nie stawiano zresztą zbyt często. Kładziono nacisk na sam proces rozprzestrzeniania się, który świętej pamięci Gordon Childe podsumował jako “opromienienie europejskiego barbarzyństwa cywilizacją Wschodu”. Uczeni współcześni podzielają ten pogląd, jak czynili to przed nimi myśliciele greccy i rzymscy. Geoffrey Bibby twierdzi: “Historia Europy Północnej i Wschodniej jest rozpatrywana z punktu widzenia Zachodu i Południa, ze wszystkimi uprzedzeniami ludzi, którzy uważając się za cywilizowanych, patrzą na tych, których uznali za barbarzyńców”.
Przy takim ujęciu Skandynawowie są, rzecz jasna, najdalszymi od źródła cywilizacji i, logicznie, ostatnimi, którzy ją przyswoili; toteż słusznie uważa się ich za największych barbarzyńców, za dokuczliwy cierń w oku, zakałę dla pozostałych obszarów europejskich, usiłujących wchłonąć mądrość i cywilizację Wschodu.
Jest jednak pewien kłopot; otóż ten tradycyjny obraz prehistorii Europy został poważnie naruszony w ciągu ostatnich piętnastu lat. Rozwój technik dokładnego określania wieku na podstawie zawartości węgla wprowadził zamęt w dawnej chronologii, która zachowywała stare poglądy o dyfuzji. Obecnie rzeczą niepodważalną jest to, że Europejczycy wznosili ogromne megalityczne grobowce, zanim Egipcjanie zbudowali piramidy; Stonehenge jest starsze niż cywilizacja Grecji mykeńskiej; metalurgia w Europie mogła wyprzedzać rozwój umiejętności metalurgicznych w Grecji i Troi. Znaczenie tych odkryć nie zostało jeszcze w pełni ocenione, ale z pewnością nie można już uważać prehistorycznych Europejczyków za dzikusów gnuśnie oczekujących na zesłanie dobrodziejstw wschodniej cywilizacji. Przeciwnie, wydaje się, że owi Europejczycy mieli dostatecznie duże zdolności organizacyjne, pozwalające obrabiać olbrzymie kamienie; wydaje się również, iż posiadali imponującą wiedzę astronomiczną, która umożliwiła wybudowanie Stonehenge, pierwszego obserwatorium na świecie.
Tak więc trzeba zweryfikować europejską stronniczość wobec cywilizowanego Wschodu, samo zaś pojęcie “europejskiego barbarzyństwa” wymaga doprawdy świeżego spojrzenia. Jeśli wziąć to pod uwagę, owe barbarzyńskie niedobitki, wikingowie, nabierają nowego znaczenia, my zaś możemy ponownie zanalizować to, co wiadomo o Skandynawach z X wieku.
Przede wszystkim powinniśmy sobie uświadomić, że “wikingowie” nie byli nigdy wyraźnie jednolitą grupą. To, co widywali Europejczycy, to były rozproszone, pojedyncze drużyny żeglarzy, pochodzących z rozległego obszaru geograficznego - Skandynawia jest większa niż Portugalia, Hiszpania i Francja razem wzięte - którzy wyruszali ze swoich państw feudalnych w celu handlowym lub pirackim, czy też w obu tych celach naraz; wikingowie słabo je rozróżniali. Ale tendencja taka jest charakterystyczna dla wielu żeglarzy, od Greków po Anglików z czasów królowej Elżbiety.
W gruncie rzeczy, jak na ludzi, którym brakowało cywilizacji, którzy “nie odczuwali potrzeby wybiegania... poza następną bitwę”, wikingowie przejawiają nadzwyczaj wytrwałe i celowe zachowania. Dowód szeroko rozprzestrzenionego handlu, arabskie monety - pojawiają się w Skandynawii już A.D. 692. W ciągu następnych czterystu lat kupcy-piraci wikingowie dotarli na zachodzie aż do Nowej Fundlandii, na południu aż na Sycylię i do Grecji (gdzie pozostawili nacięcia na lwach z Delos), na wschodzie zaś aż po Góry Uralskie w Rosji, gdzie ich kupcy łączyli się z karawanami przybywającymi z jedwabnego szlaku do Chin. Wikingowie nie byli budowniczymi imperium i powszechnie uważa się, że ich wpływy na tym rozległym obszarze nie były trwałe. Jednakże były one dość trwałe, by pozostawić nazwy miejscowości w wielu okolicach w Anglii, co zaś do Rosji - wikingowie dali nazwę samemu narodowi, od normańskiego plemienia Ruś. Jeśli chodzi o mniej uchwytny wpływ ich pogańskiego wigoru, niewyczerpanej energii i systemu wartości, rękopis ibn-Fadlana pokazuje, jak wiele typowych cech i postaw wikingów zachowało się do dnia dzisiejszego. Doprawdy, jest w sposobie życia wikingów coś uderzająco bliskiego współczesnej wrażliwości, coś głęboko pociągającego.
Należy powiedzieć parę słów o autorze manuskryptu ibn-Fadlanie, człowieku, który przemawia do nas tak wyrazistym głosem, pomimo upływu ponad tysiąca lat i filtru kopistów i tłumaczy, należących do tuzina tradycji językowych i kulturowych.
Nie wiemy prawie nic o jego sprawach osobistych. Najwidoczniej był wykształcony i, sądząc z jego bohaterskich wyczynów, z pewnością nie był zbyt stary. On sam zaś wyraźnie stwierdza, że pozostawał w bliskich stosunkach z kalifem, którego nie darzył szczególną sympatią. (Nie był w tym odosobniony, gdyż kalifa al-Muqtadira dwukrotnie odsuwano od władzy, a w końcu został zabity przez jednego ze swych wyższych urzędników).
O społeczeństwie, z którego się wywodził, wiemy więcej. W X wieku Bagdad, Miasto Pokoju, był najbardziej ucywilizowanym miastem na ziemi. Wewnątrz jego słynnych okrężnych murów żyło ponad milion mieszkańców. Bagdad był centrum intelektualnym i handlowym, miastem o wyjątkowym wdzięku, elegancji i przepychu. Były tam pachnące ogrody, chłodne cieniste altany i nagromadzone bogactwa ogromnego imperium.
Arabowie z Bagdadu, choć byli muzułmanami żarliwie wyznającymi swoją religię, pozostawali otwarci na wpływy ludów, które wyglądały, postępowały i wierzyły inaczej niż oni. W tych czasach Arabowie byli w istocie najmniej zaściankowymi ludźmi na świecie, co czyniło ich doskonałymi obserwatorami obcych kultur.
Sam ibn-Fadlan to człowiek bezsprzecznie inteligentny i spostrzegawczy. Interesuje się zarówno szczegółami życia codziennego, jak i wierzeniami ludzi, których spotyka. Wiele z tego, co ogląda, uderza go jako prostackie, nieprzyzwoite i barbarzyńskie, ale nie traci on zbyt dużo czasu na oburzanie się; jeżeli niekiedy wyrazi swą dezaprobatę, szybko powraca do swoich bezpośrednich obserwacji. A opisuje to, co widzi, z nadzwyczaj małą protekcjonalnością.
Jego sposób relacjonowania może wydawać się dziwaczny, rażący wobec zachodniej delikatności uczuć; nie opowiada on tak, jak przyzwyczailiśmy się słuchać. Mamy skłonność do zapominania, że nasz własny zmysł dramatu wywodzi się z tradycji ustnej - z przedstawienia na żywo, wykonywanego przez barda przed publicznością, która często bywała niespokojna i niecierpliwa albo też ospała po nazbyt obfitym posiłku. Nasze najstarsze opowieści - Iliada, Beowulf, Pieśń o Rolandzie - przeznaczone były do śpiewania przez pieśniarzy, którzy przede wszystkim mieli dostarczać rozrywki.
Ale ibn-Fadlan był pisarzem, a jego zasadniczym celem nie miała być rozrywka. Nie było nim też sławienie jakiegoś słuchającego go protektora ani utrwalanie mitów społeczności, w której żył. Wręcz przeciwnie, był on posłem sporządzającym sprawozdanie; jego ton jest tonem rewidenta podatkowego, nie barda; antropologa, nie dramaturga. Istotnie, ibn-Fadlan często wycisza najbardziej ekscytujące elementy swej narracji, nie chcąc, by zakłóciły klarowny i wyważony opis.
Czasami owa beznamiętność jest tak irytująca, że nie udaje nam się dostrzec, jak nadzwyczajnym był obserwatorem. W ciągu setek lat po ibn-Fadlanie tradycją wśród podróżników stało się pisanie wyssanych z palca, fantastycznych kronik o cudzoziemskich dziwach - gadających zwierzętach, skrzydlatych ludziach, którzy fruwali, o spotkaniach z potworami o wielkich cielskach i z jednorożcami. Jeszcze nie tak dawno, bo dwieście lat temu, trzeźwi skądinąd Europejczycy wypełniali swoje dzienniki opowieściami o afrykańskich pawianach toczących walki z rolnikami i podobnymi nonsensami.
Ibn-Fadlan nigdy nie spekuluje. Każde jego słowo brzmi prawdziwie, a ilekroć przytacza fakt, o którym tylko słyszał, starannie to zaznacza. W równym stopniu dba o podkreślenie zdarzeń, w których występuje jako naoczny świadek; oto dlaczego często powtarza zdanie: “Widziałem to na własne oczy”.
I właśnie owa prawdziwość czyni opowieść ibn-Fadlana tak przerażającą. O spotkaniu z potworami z mgieł, “zjadaczami umarłych”, pisze z taką samą dbałością o szczegóły, z takim samym ostrożnym sceptycyzmem, jakie cechują pozostałe partie rękopisu.
W każdym razie czytelnik może sam to osądzić.
WYJAZD Z MIASTA POKOJU
Chwała niech będzie Bogu Miłosiernemu, Współczującemu, Panu Dwóch Światów, a błogosławieństwo i pokój Księciu Proroków, naszemu Panu i Mistrzowi Mahometowi, którego Bóg błogosławi i zachowuje w trwałym i nieustającym pokoju i szczęściu aż do Dnia Wiary!
Oto księga Ahmada ibn-Fadlana, ibn-al-Abbasa, ibn-Rasida, ibn-Hammada, podopiecznego Muhammada ibn-Sulaymana, posła al-Muqtadira do króla Saqalibów, w której szczegółowo opowiada on o tym, co widział w kraju Turków, Chazarów, Saqalibów, Baszkirów, Rusów i ludzi Północy, oraz o dziejach ich królów i o zwyczajach, jakimi się oni kierują w wielu dziedzinach swego życia.
List Yiltawara, króla Saqalibów, dotarł do Przywódcy Wiernych, al-Muqtadira. Prosił on w nim o przysłanie kogoś, kto nauczyłby go religii i zapoznał z prawami islamu; kto wybudowałby dla niego meczet i wzniósł dlań kazalnicę, z której można by było prowadzić misję nawracania ludu we wszystkich zakątkach jego królestwa; prosił także o udzielenie porad w sprawie budowy fortyfikacji i umocnień obronnych. Usilnie prosił on kalifa, aby zrobił wszystkie te rzeczy. Pośrednikiem w tej sprawie był Dadir al-Hurami.
Przywódca Wiernych, al-Muqtadir, jak powszechnie wiadomo, nie był potężnym i sprawiedliwym kalifem, lecz oddawał się przyjemnościom i nadstawiał ucha, by usłyszeć pochlebcze mowy swoich urzędników, którzy robili z niego głupca i okrutnie szydzili zeń za jego plecami. Nie należałem do tej kompanii, nie byłem też szczególnym ulubieńcem kalifa z powodu, który wyjaśnię.
W Mieście Pokoju żył podstarzały kupiec imieniem ibn-Qarin, bogaty we wszystko z wyjątkiem szczodrego serca i miłości do ludzi. Skrzętnie ukrywał swe złoto, podobnie jak młodą żonę, której nikt nigdy nie widział, ale wszyscy opowiadali, że jest piękna ponad wszelkie wyobrażenie. Pewnego dnia kalif posłał mnie, bym doręczył ibn-Qarinowi wiadomość. Zgłosiłem się zatem w domu kupca i zażądałem, aby mnie wpuszczono z listem i pieczęcią. Do dziś nie znam treści tego listu, ale to nie ma znaczenia.
Kupca nie było, załatwiał jakieś sprawy poza domem; wytłumaczyłem odźwiernemu, że muszę oczekiwać jego powrotu, skoro kalif polecił, bym koniecznie osobiście przekazał owo pismo w jego ręce. Odźwierny wpuścił mnie zatem do środka; czynność ta zajęła mu trochę czasu, gdyż brama tego domu miała wiele rygli, zamków, krat i skobli, jak zwykle w mieszkaniach skąpców. Wreszcie zostałem wpuszczony i czekałem przez cały dzień, coraz silniej odczuwając głód i pragnienie, ale słudzy skąpego kupca nie zaproponowali mi pokrzepiającego poczęstunku.
W żarze popołudnia, kiedy wokół mnie cały dom był cichy, a słudzy spali, ja także poczułem się senny. Wówczas ujrzałem przed sobą zjawę w bieli, kobietę młodą i piękną; pojąłem, że była to ta właśnie żona, której nigdy nie widział żaden mężczyzna. Nie odzywała się, ale posługując się gestami zaprowadziła mnie do innej komnaty, której drzwi zamknęła na klucz. Posiadłem ją natychmiast; nie potrzebowała ku temu zachęty, albowiem mąż jej był stary i bez wątpienia opieszały. Tak więc popołudnie mijało szybko, aż wreszcie usłyszeliśmy powracającego pana domu. Jego żona błyskawicznie wstała i wyszła, nie wymówiwszy nawet słowa w mojej obecności, ja zaś podniosłem się w pośpiechu, aby uporządkować swoje szaty.
Z pewnością zostałbym przyłapany, gdyby nie owe liczne zamki i zasuwy, które utrudniły skąpcowi wejście do jego własnego domu. Mimo to kupiec ibn-Qarin odkrył mnie w przyległej komnacie i przyglądał mi się podejrzliwie, pytając, dlaczego przebywałem tam, a nie na dziedzińcu, będącym stosownym miejscem oczekiwania dla posłańca. Odpowiedziałem, że czując się głodny i słaby, poszukiwałem żywności i cienia. Było to kiepskie kłamstwo, toteż w nie nie uwierzył; poskarżył się kalifowi, ten zaś, o czym wiedziałem, w duchu był rozbawiony, jednakże publicznie musiał okazać surowość. Tak więc, gdy władca Saqalibów poprosił o misję od kalifa, ten sam mściwy ibn-Qarin nalegał, abym to właśnie ja został wysłany; tak też się stało.
W naszej grupie był poseł króla Saqalibów, o imieniu Abdallah ibn-Bastu al-Hazari, nudny i napuszony człowiek, który mówił zbyt wiele. Byli w niej także Takin al-Turki i Bars al-Saqlabi, obydwaj jako przewodnicy tej wyprawy, jak również ja. Wieźliśmy dary dla władcy, jego żony, dzieci i jego dowódców. Zabraliśmy także pewne leki, które powierzono pieczy Sausana al-Rasiego. To była nasza grupa.
Tak oto wyruszyliśmy we czwartek 11 Safara roku 309 [21 czerwca 921 roku] z Miasta Pokoju [Bagdad]. Zatrzymaliśmy się na dzień w Nahrawanie, a stamtąd posuwaliśmy się szybko, aż dotarliśmy do al-Daskary, gdzie stanęliśmy na trzy dni. Następnie wędrowaliśmy prosto przed siebie bez żadnego zbaczania z drogi, aż dojechaliśmy do Hulwanu. Przebywaliśmy tam dwa dni. Z Hulwanu przybyliśmy do Qirmisin, gdzie pozostaliśmy przez dwa dni. Potem ruszyliśmy i podążaliśmy naprzód, aż dotarliśmy do Hamadanu, gdzie zabawiliśmy przez trzy dni. Dalej podążyliśmy do Sawy i byliśmy tam przez dwa dni. Stamtąd przybyliśmy do Ray, gdzie pozostaliśmy przez jedenaście dni, oczekując Ahmada ibn-Alego, brata al-Rasiego, ponieważ był on w Huwar al-Ray. Później sami pojechaliśmy do Huwar al-Ray i przebywaliśmy tam przez trzy dni.
Fragment niniejszy daje wyobrażenie o ibn-Fadlanowskich opisach podróży. Prawie w jednej czwartej rękopis pisany jest w ten sposób; autor wymienia po prostu nazwy osad i podaje liczbę dni spędzonych w każdej z nich. Większość tego materiału została pominięta.
Najwyraźniej członkowie wyprawy ibn-Fadlana wędrują na północ, aż wreszcie zostają zmuszeni do zatrzymania się na czas zimy.
Pobyt nasz w Gurganiyi trwał długo; spędziliśmy tam kilka dni miesiąca Radżab [listopad] oraz pełne trzy kolejne miesiące: Sza’ban, Ramadhan i Szawwal. Nasz długi postój spowodowany był ostrym mrozem. Zaprawdę, opowiadano mi, iż dwaj ludzie wzięli wielbłądy do lasu, aby przywieźć drewno. Zapomnieli jednakże wziąć ze sobą hubkę i krzesiwo, toteż zasnęli w nocy, nie rozpalając ogniska. Kiedy obudzili się następnego ranka, odkryli, że wielbłądy zamarzły z zimna na kość.
Zaiste, widziałem rynek i ulice Gurganiyi zupełnie opustoszałe z powodu tego zimna. Można było przemierzać je wzdłuż i wszerz, nie spotykając nikogo. Pewnego razu, kiedy wyszedłem z kąpieli, wszedłem do domu i spojrzałem na swoją brodę; była ona jedną bryłą lodu....
Sabaidee