Grisham_John_-_Rainmaker.rtf

(1393 KB) Pobierz

JOHN GRISHAM

 

 

 

Rainmaker

(przełożył Jan Kraśko)


Amerykańskim adwokatom


Pisząc tę książkę, nieustannie korzystałem z pomocy Willa Dentona, wybitnego adwokata z Gulfport w stanie Missisipi, który od dwudziestu pięciu lat toczy wytrwałą walkę o prawa konsumentów i wszystkich maluczkich. Jego sądowe zwycięstwa przeszły już do legendy i zawsze chciałem być adwokatem takim jak on. Wypożyczył mi swoje stare akta, odpowiadał na setki pytań, zechciał nawet przeczytać maszynopis i ocenić go pod względem merytorycznym.

Jimmie Harvey z Birmingham w stanie Alabama jest moim przyjacielem i znakomitym lekarzem. Z wielką cier­pliwością wiódł mnie przez niezgłębiony labirynt skompli­kowanych procedur medycznych. Gdyby nie on, niektóre fragmenty tej książki byłyby nieczytelne i nieprawdziwe.

Dzięki.


ROZDZIAŁ 1

 

Moją decyzję zostania prawnikiem nieodwołalnie przypieczętował fakt, że ojciec prawników nienawidził. Zdałem sobie z tego sprawę jeszcze jako szczawiowaty nastolatek, chłopak niezdarny, zawstydzony swoją niezdarnością, sfrustrowany życiem, przerażony okresem dojrzewania, jako młokos, którego ojciec chciał wysłać do szkoły podoficerskiej za niesubordynację. Stary słu­żył kiedyś w piechocie morskiej i uważał, że chłopców należy wychowywać batem. Ponieważ mu odszczekiwa­łem i miałem awersję do dyscypliny, sięgnął po roz­wiązanie najprostsze i szybko pozbył się mnie z domu. Minęły całe lata, zanim mu wybaczyłem.

Ojciec był inżynierem i siedemdziesiąt godzin tygo­dniowo pracował w firmie, która oprócz wielu innych produktów wytwarzała drabiny. Drabiny już ze swej natury są przedmiotami dość niebezpiecznymi, zatem firmę często pozywano do sądu, a ponieważ stary od­powiadał za ich projektowanie, rzeczą naturalną było, że to właśnie on zeznawał w imieniu swoich szefów i reprezentował ich w sprawach o odszkodowanie. Nie, nie dziwię się, iż nienawidził prawników, natomiast ja zacząłem ich podziwiać, że tak skutecznie spaskudzili mu życie. Potrafił wykłócać się z nimi przez osiem godzin, po czym wracał do domu i od razu zaczynał żłopać swoje martini. Nikomu nie mówił dzień dobry, nikogo nie objął na powitanie, nawet nie jadł kolacji: przez godzinę nieustannie klął, wypijając przy tym co najmniej cztery kielichy, by wreszcie zasnąć w swoim fotelu. Jeden z procesów ciągnął się trzy tygodnie, a kiedy ogłoszono wyrok przyznający powodowi duże odszkodowanie, matka wezwała lekarza i na miesiąc ukryli starego w szpitalu.

Później jego firma zbankrutowała i całą winę zrzuco­no oczywiście na prawników. Ani razu nie słyszałem, żeby ktoś choć słowem wspomniał, że jednym z powo­dów bankructwa mogły być błędy w zarządzaniu.

Jego życiem stała się wóda i stary wpadł w depresję. Mijały lata, a on był bez stałej pracy, co mnie naprawdę wkurzało, bo musiałem robić za kelnera albo rozwozić pizzę, żeby zdobyć szmal na naukę w college’u. Przez cztery lata studiów rozmawiałem z nim chyba tylko dwa razy. W dniu, kiedy dowiedziałem się, że przyjęto mnie do szkoły prawniczej, dumnie wróciłem do domu ze wspaniałą nowiną. Matka powiedziała mi później, że stary nie wstawał z łóżka przez cały tydzień.

Gdy w dwa tygodnie po moich triumfalnych odwie­dzinach zmieniał żarówkę w pakamerze, drabina, na której stał - przysięgam, że to prawda! - załamała się pod nim i ojciec spadł. Grzmotnął głową o podłogę i przez rok wytrwał w śpiączce w domu opieki społecz­nej, zanim ktoś litościwie odłączył go od aparatury.

Tydzień po pogrzebie zasugerowałem wniesienie spra­wy o odszkodowanie, lecz matka jeszcze się nie po­zbierała. Poza tym zawsze podejrzewałem, że zmieniając tę nieszczęsną żarówkę, stary był trochę wlany. No i nigdzie nie pracował, nic nie zarabiał, więc zgodnie z naszym prawem jego życie miało niewielką wartość materialną.

Matka otrzymała w sumie pięćdziesiąt tysięcy dola­rów z polisy ubezpieczeniowej, po czym ponownie wy­szła za mąż. Tym razem też źle wybrała, bo prostaczek z tego mojego ojczyma. Jest emerytowanym urzędni­kiem pocztowym z Toledo i większość czasu spędzają oboje na tańcach, ludowych zresztą, albo na podróżowaniu samochodem z przyczepą mieszkalną. Trzymam się od nich z daleka. Matka nie zaproponowała mi ani centa z tych pięćdziesięciu patoli, twierdząc, że to wszy­stko, co ma, by stawić czoło przyszłości, a ponieważ udowodniłem, że umiem żyć bez pieniędzy, uważała, iż ich nie potrzebuję. Rozumowała tak: przede mną rysują się jasne perspektywy - to znaczy będę tłukł wielki szmal - tymczasem przed nią nie rysuje się nic. Jestem pewien, że to Hank, mój ojczym, szeptał jej do ucha cenne porady finansowe. Pewnego dnia nasze drogi znowu się przetną, moja i Hanka.

W maju, a więc za miesiąc, skończę szkołę prawniczą, a w lipcu będę podchodził do egzaminu adwokackiego. Dyplom z wyróżnieniem mi nie grozi, ale mieszczę się w pierwszej połowie studentów mojego roku. Jedyną mądrą rzeczą, jaką zrobiłem podczas trzech lat studio­wania, było to, że najtrudniejsze z wymaganych kursów i przedmiotów zaliczyłem wcześniej, żeby w ostatnim semestrze mieć jak największe luzy. No i mam, bo oto lista moich bieżących zajęć: prawo sportowe, prawo rzemieślnicze, analiza wybranych ustępów z Kodeksu Napoleońskiego oraz moje ulubione prawo starego pryka, czyli problemy prawne ludzi starszych.

To właśnie przez problemy ludzi starszych siedzę na tym skrzypiącym krześle za rozchwierutanym skła­danym stołem w dusznym, zawilgoconym baraku o me­talowych ścianach, wypełnionym dziwaczną kolekcją staruszków, a raczej seniorów, bo tak się wolą tytuło­wać. Ręcznie malowana tabliczka nad jedynymi drzwia­mi w pomieszczeniu - innych tu nie dostrzegam - maje­statycznie obwieszcza, że budynek, czyli Klub Seniora, mieści się w Ogrodach Cyprysowych, lecz poza samą nazwą nic nie wskazuje, by kiedykolwiek rosły tu jakieś kwiaty czy zieleń. Ściany są szare i nagie, jeśli nie liczyć wyblakłego ze starości zdjęcia prezydenta Ronalda Reagana, zawieszonego w rogu między dwiema smętnymi flagami: jedna z nich to flaga państwowa, druga to flaga stanu Tennessee. Barak jest mały, mroczny i po­nury. Najwyraźniej zbudowano go w ostatniej chwili za kilka dolców zaoszczędzonych z nieoczekiwanej dotacji z budżetu federalnego. Gryzmolę w notatniku, bojąc się podnieść głowę i spojrzeć na tłum staruszków sunących ku mnie ze swymi składanymi krzesłami.

Jest ich chyba z pięćdziesięciu, mieszanina białych i czarnych, na oko pół na pół, w tym kilku niewido­mych, kilkunastu na wózkach inwalidzkich, wielu z aparatami słuchowymi. Średnia wieku: co najmniej siedemdziesiąt pięć lat. Powiedziano nam, że spotykają się tu codziennie, żeby zjeść gorący posiłek, trochę sobie pośpiewać albo odbyć spotkanie ze zdesperowanym politykiem dybiącym na głosy wyborców. Po stu dwu­dziestu minutach socjalizowania się idą do domu, aby liczyć godziny dzielące ich od następnej wizyty w Klubie Seniora. Profesor mówi, że te spotkania to dla nich główna atrakcja dnia.

Popełniliśmy okropny błąd przyjeżdżając tu w porze lunchu. Posadzili nas w rogu, razem z profesorem Smootem, szefem naszej grupy, i uważnie obserwowali, jak pogryzamy gumowatego kurczaka uwalanego zim­nym jak lód groszkiem. Moja galaretka była żółta, co nie uszło uwagi starego brodatego kozła z identyfikato­rem nad kieszenią brudnej koszuli. Bosco - na iden­tyfikatorze namazał: “Cześć, jestem Bosco” - wymam­rotał coś na temat żółtej galaretki, więc czym prędzej mu ją oddałem razem z gumowatym kurczakiem, ale panna Cyran Cyraneczka natychmiast powstrzymała jego zapędy i silnym pchnięciem usadziła Bosca na krześle. Panna Cyran Cyraneczka ma około osiemdzie­siątki, lecz jak na swój wiek jest bardzo żwawa i wy­stępuje tu jako matka, dyktatorka i wykidajło w jednej osobie. Panuje nad tłumem niczym doświadczona siost­ra oddziałowa: tego obejmie, tamtego poklepie, zagaduje niebieskowłose staruszki, śmieje się z nimi piskliwym głosikiem i ani na chwilę nie spuszcza oka z Bosca, który bez wątpienia robi tu za czarną owcę. Skarciła go za podziwianie mojej galaretki, lecz już po chwili pod­sunęła mu pod błyszczące ślepia czarkę żółtawego paskudztwa, które pożarł, wkładając je do ust serdelkowatymi palcami.

Minęła godzina. Lunch upływał w takim tempie, jakby ci wygłodzeni biedacy delektowali się siedmiodaniową ucztą, wiedząc, że to ostatni posiłek w ich życiu. Rozdygotane widelce i łyżki poruszały się tam i z po­wrotem, w górę i w dół, ginęły w ustach, by wychynąć z nich niczym szpatułki wypełnione delikatnymi płat­kami cennego metalu. Czas nie miał tu absolutnie żad­nego znaczenia. Gdy jakieś słowo ich rozjuszyło, za­czynali na siebie wrzeszczeć. Na podłodze walało się jedzenie, bo ciągle je strącali. Nie wytrzymywałem, nie mogłem na to patrzeć. Żeby nie patrzeć, zjadłem swoją galaretkę. Wciąż nienasycony Bosco obserwował mnie pożądliwym wzrokiem. Panna Cyraneczka biegała po całej sali, świergoląc o tym i o owym.

Profesor Smoot, głupkowaty jajogłowy w przekrzy­wionym krawacie i czerwonych szelkach, siedział pro­mieniując napuszonym zadowoleniem człowieka po su­tym posiłku i z lubością podziwiał rozgrywającą się przed nami scenę. Smoot ma pięćdziesiąt kilka lat, bujną czuprynę - w sumie miły z niego facet. Tyle że trochę podobny do Bosca i jego przyjaciół - i od lat dwudziestu wykłada przedmioty, których nikt inny wykładać nie chce, a które cieszą się zainteresowaniem garstki studentów. Prawa dziecka, seminarium na temat przemocy w rodzinie, problemy prawne ludzi nie­pełnosprawnych oraz ludzi psychicznie upośledzo­nych i oczywiście prawo starego pryka, czyli problemy prawne ludzi w podeszłym wieku - oto czym się za­jmuje. Kiedyś chciał prowadzić seminarium poświęcone prawom nie narodzonego płodu, ale już sam pomysł wzbudził tak burzliwe kontrowersje, że profesor Smoot wziął szybko urlop naukowy.

Na pierwszym spotkaniu wyjaśnił nam, że celem zajęć jest praktyczne zapoznanie studentów z prawdziwymi ludźmi, których trapią prawdziwe problemy prawne. Jego zdaniem wszystkich studentów wstępujących do szkoły prawniczej cechuje pewna doza idealizmu oraz chęć służenia dobru publicznemu, lecz po trzech latach brutalnego współzawodnictwa nie pozostaje w nich nic poza pragnieniem zdobycia dobrej pracy w dobrej kan­celarii, gdzie po siedmiu latach otrzymają fotel wspól­nika i gruby plik zielonych na dokładkę. Co do tego facet ma rację.

Seminarium jest nieobowiązkowe i zaczynaliśmy w grupie jedenastoosobowej. Po miesiącu nudnych wy­kładów Smoota, na których nieustannie nawoływał nas do porzucenia myśli o pieniądzach i namawiał do pracy za friko, liczba studentów zmniejszyła się do czterech.

Zajęcia są zupełnie bezwartościowe, trwają ledwie dwie godziny i nie wymagają prawie żadnego nakładu pracy, co mnie bardzo w nich pociąga. Ale mam poważ­ne wątpliwości, czybym z nich nie zrezygnował, gdyby ciągnęły się choć kilka dni dłużej. Tak, jestem na etapie nienawiści do szkoły. Nienawiści i głębokiego niepokoju co do sensu prowadzenia praktyki prawnej.

To moja pierwsza konfrontacja z prawdziwymi klien­tami i jestem przerażony. Chociaż siedzący przede mną ludzie są zniedołężniałymi staruszkami, patrzą na mnie, jakbym posiadł wielką wiedzę. Bo ostatecznie jestem prawnikiem, noszę ciemny garnitur, leży przede mną otwarty notatnik, w którym kreślę kwadraty i koła, przybrałem srogą, acz inteligentną minę, zatem na pew­no będę w stanie im pomóc. Obok mnie siedzi Booker Kane, Murzyn, mój najlepszy kumpel ze szkoły pra­wniczej. I jest tak samo przerażony jak ja. Na stoliku stoją sztywne kartoniki z naszymi nazwiskami wypi­sanymi czarnym mazakiem: Booker Kane i Rudy Baylor. Rudy Baylor to ja. Obok Bookera jest mównica, z której świergoli panna Cyran Cyraneczka, a po dru­giej stronie mównicy stoi drugi stół z identycznymi kartonikami zawiadamiającymi o obecności niejakiego F. Franklina Donaldsona IV - napuszonego dupka, który od trzech lat ozdabia swoje nazwisko licznymi inicjałami tudzież liczebnikami - oraz N. Elizabeth Erickson, zawziętej suki - ale w sumie niezłej laski - no­szącej prążkowane garnitury, jedwabne krawaty oraz olbrzymie spinki na ramieniu. Wielu z nas podejrzewa, że N. Elizabeth Erickson nosi również suspensorium.

Przy ścianie za nami stoi Smoot. Panna Cyran Cyra­neczka przekazuje wiadomości szpitalne, odczytuje ogłoszenia oraz zawiadomienia o zgonach. Krzyczy do mikrofonu, choć system nagłaśniający działa jak się patrzy. W rogach sali wiszą cztery olbrzymie głośniki, tak że jej huczący i dudniący głos dochodzi ze wszyst­kich stron naraz. Zebrani wyłączają i wydłubują z uszu swoje aparaty. Przez chwilę nikt nie śpi. Dzisiaj są trzy zawiadomienia o zgonach i kiedy panna Cyraneczka kończy czytać, dostrzegam kilka zapłakanych twarzy. Boże, nie pozwól, żeby mi się to przytrafiło. Proszę Cię, podaruj mi pięćdziesiąt lat harówki i radochy, a później nagłą śmierć podczas snu.

Przy ścianie po lewej stronie ożywa pianistka, która z głośnym trzaskiem rozkłada nuty. Panna Cyraneczka wchodzi w rolę polityka analizującego najżywotniejsze problemy nurtujące społeczeństwo, lecz w chwili gdy zakłada stanowczy protest przeciwko proponowanemu wzrostowi podatków od sprzedaży towarów i usług, pianistka wali w klawisze i zaczyna grać coś, co brzmi jak America the Beautiful. Z głęboką żarliwością przedziera się przez dźwięczne frazy przygrywki, podczas gdy zniedołężniałe staruszki i staruszkowie chwytają śpiewniki, czekając na odpowiednią chwilę. Panna Cyraneczka natychmiast wchodzi w nową rolę i zostaje dyrygentką chóru. Podnosi ręce, klaszcze, żeby zwrócić na siebie uwagę, i zaczyna śpiewać, wywijając dłońmi na wszystkie strony. Ci, którzy są w stanie wstać, powoli wstają.

Masowe zawodzenie gwałtownie cichnie na początku drugiej zwrotki, nie tak powszechnie znanej jak pierw­sza, a ponieważ biedacy ledwo widzą, śpiewniki nie zdają im się na nic. Bosco zamyka usta, wbija wzrok w sufit i głośno nuci.

Trzask - pianino nagle milknie, bo nuty spadają na podłogę. Koniec pieśni. Chórzyści i chórzystki gapią się na akompaniatorkę, która - Bogu niech będą dzięki - wymachuje rękami jak wiatrak, a potem bezradnie gmera wokół stóp, gdzie spoczęła prawie cała muzyka.

- Dziękujemy! - wrzeszczy do mikrofonu panna Cyraneczka i nagle wszyscy opadają na krzesła. - Dzięku­jemy! Muzyka to cudowna rzecz. Podziękujmy Bogu za przepiękną muzykę.

- Amen! - ryczy Bosco.

- Amen - odpowiada mu staruszek z tylnego rzędu, kiwając głową.

- Dziękujemy - powtarza panna Cyraneczka po raz trzeci. Odwraca się z uśmiechem do mnie i do Bookera. Wspierając się na łokciach, pochylamy się do przodu i znowu patrzymy na tłum. - A teraz - kontynuuje dramatycznie panna Cyraneczka - ciąg dalszy naszego dzisiejszego programu. Miło nam ponownie gościć pro­fesora Smoota oraz jego bystrych i przystojnych studen­tów. - Wyciąga w naszą stronę workowate ręce i szcze­rzy szarożółte zęby do Smoota, który szybko zmierza w stronę mównicy. - Bo czyż nie są przystojni? - pyta panna Cyraneczka, podchodząc bliżej mikrofonu. - Jak wiecie, profesor Smoot wykłada prawo na uniwersytecie stanowym w Memphis, gdzie studiował mój najmłodszy syn, choć studiów nie skończył. Profesor Smoot odwie­dza nas co roku i co roku przyprowadza tu grupkę swoich studentów, którzy chętnie wysłuchują waszych problemów prawnych i chętnie udzielają porady: dob­rej, fachowej, a dodam jeszcze, że darmowej. - Odwraca się do Smoota i znowu obdarza go zachwyconym uśmiechem. - Panie profesorze, w imieniu wszystkich zebranych ponownie witam pana w Cyprysowych Ogro­dach. Dziękujemy, że troszczy się pan o nas, o ludzi starych i ich problemy. Dziękujemy. Kochamy pana.

Ustępuje mu miejsca, zaczyna klaskać jak obłąkana, dając znaki swoim kolegom i koleżankom, by też klas­kali, ale dosłownie nikt, nawet Bosco, nie podnosi rąk.

- Robi tu za gwiazdora - mruczy do mnie Booker.

- Przynajmniej go kochają - odmrukuję.

Wszyscy siedzą bez ruchu od dziesięciu minut. Dopie­ro co skończyli jeść, więc tu i ówdzie dostrzegam senne twarze i opadające powieki. Zanim Smoot skończy, będą chrapać.

Smoot staje na mównicy, poprawia mikrofon, odchrząkuje i czeka, aż panna Cyraneczka wróci na swoje miejsce w pierwszym rzędzie. Panna Cyraneczka siada i rozsierdzonym szeptem sztorcuje bladego są­siada:

- Powinieneś był klaskać! - syczy.

Blady sąsiad tego nie słyszy.

- Dziękuję pani - skrzeczy do mikrofonu Smoot. - Zawsze chętnie tu wracam. - Mówi szczerze, nie ulega wątpliwości, że profesor Howard L. Smoot jest na­prawdę zaszczycony. Bo oto stoi w obskurnym i przy­gnębiającym baraku, bo towarzyszy mu czworo studentów-niedobitków, bo przemawia do smutnej grupy stetryczałych staruszków - Smoot tym żyje.

Przedstawia nas. Szybko wstaję, uśmiecham się prze­lotnie, po czym siadam i przybieram srogi, lecz mądry wyraz twarzy. Smoot rozprawia o publicznej służbie zdrowia, o cięciach budżetowych, o testamentach, o ulgach i zwolnieniach podatkowych, o maltretowaniu ludzi starszych i o koasekuracji przy zawieraniu ubez­pieczeń z firmami prywatnymi. Słuchacze padają jak muchy. Smoot omawia furtki prawne systemu ubezpie­czeń społecznych, proponowane zmiany systemu prawnego, regulaminy obowiązujące w domach star­ców, peroruje na temat korzyści płynących ze spraw­nego zarządzania majątkiem osobistym, na temat leków odmładzających - gada i gada, jak na wykładzie. Ogar­nia mnie senność i ziewam. Bosco co dziesięć sekund spogląda na zegarek.

W końcu Smoot przechodzi do podsumowania, jesz­cze raz dziękuje pannie Cyraneczce oraz wszystkim zebranym, obiecuje, że wróci tu za rok, po czym siada na końcu stołu. Klap-klap - panna Cyraneczka klasz­cze dokładnie dwa razy i wstaje. Połowa seniorów chrapie.

Panna Cyraneczka wskazuje nas ręką i powiada:

- Oto oni. Są dobrzy i robią to za darmo.

Podchodzą do nas powoli i niezdarnie. Bosco jest pierwszy w kolejce. Najwyraźniej obraził się na mnie za tę cholerną galaretkę, bo posyła mi złowieszcze spo­jrzenie, idzie do drugiego stołu i siada naprzeciwko N. Elizabeth Erickson. Coś mi mówi, że to nie ostatni klient, który pójdzie po radę do konkurencji. Stary Murzyn wybiera Bookera. Przysuwają się do siebie i zaczynają szeptać. Próbuję nie słuchać. Staruch gada coś na temat byłej żony i rozwodu sprzed wielu lat, który może być rozwodem nie w pełni legalnym. Booker notuje jak prawdziwy adwokat i słucha, jakby wiedział, co robić.

Przynajmniej ma klienta. Przez całe pięć minut siedzę jak ostatni palant, podczas gdy moi koledzy z grupy żarliwie szepcą, notują, słuchają i kręcą głowami, roz­strzygając ważkie problemy prawne.

Moja samotność nie pozostaje nie zauważona. Panna Cyran Cyraneczka sięga do torebki, wyjmuje z niej kopertę i podchodzi do stołu.

- To właśnie pana potrzebuję, nikogo innego - oświadcza szeptem, przysuwając sobie krzesło.

Pochyla się do przodu, ja pochylam się w lewo i do­kładnie w chwili gdy nasze głowy prawie się stykają, rozpoczynam pierwsze w życiu konsultacje, podczas których występuję w roli doradcy prawnego. Booker zerka na mnie i wykrzywia usta w złośliwym uśmiechu.

Moje pierwsze konsultacje... W zeszłym roku praco­wałem w małej kancelarii w centrum miasta. Zatrudniali tam dwunastu prawników i wynagradzali ich wyłącznie od godziny, niezależnie od tego, czy daną sprawę wy­grali, czy przegrali. Nauczyłem się tam sztuki wystawia­nia rachunków i poznałem jej zasady, z których najważ­niejsza głosi, że dzień adwokata składa się prawie wyłącz­nie z godzin poświęconych na konsultacje. Tak więc istnieją konsultacje z klientami, konsultacje telefoniczne, konsultacje z adwokatami strony przeciwnej, z sędziami, z partnerami, z rzeczoznawcami, z urzędnikami, z dorad­cami legalnymi i półlegalnymi, konsultacje podczas lun­chu, konsultacje w sądzie, istnieją wezwania na konsulta­cje, konsultacje ugodowe, wstępne i poprocesowe. Wy­starczy nazwać jakąś czynność, a dobry prawnik natych­miast przypisze jej odpowiednie konsultacje.

Panna Cyran Cyraneczka strzela okiem tu i tam, co jest jednoznacznym sygnałem, że powinniśmy spuścić głowy i mówić szeptem, ponieważ to, co chce mi prze­kazać, jest cholernie ważne. To mi nawet pasuje, bo nie chcę, żeby ktokolwiek usłyszał moje niezdarne dukanie tudzież naiwne rady, którymi będę jej służył.

- Niech pan to przeczyta - mówi panna Cyraneczka.

Biorę kopertę, otwieram ją i... Hurrra! To testament! Ostatnia wola i testament Coleen Janiece Cyran Cyraneczki. Smoot uprzedzał nas, że ponad połowa tych staruszków poprosi nas o przeczytanie, a może nawet o zaktualizowanie testamentu, co nam bardzo odpowia­dało, ponieważ w zeszłym roku zaliczaliśmy seminarium poświęcone sprawom majątkowym i problemom zwią­zanym ze sporządzaniem testamentów, więc akurat na tym polu czujemy się w miarę pewnie. Testament jest dokumentem względnie prostym i nawet zupełnie zielo­ny prawnik może go sporządzić bezbłędnie.

Ten jest wystukany na maszynie i wygląda bardzo oficjalnie. Z pierwszych dwóch paragrafów dowiaduję się, że panna Cyraneczka jest wdową, że ma dwoje dzieci i stadko wnuków. Trzeci paragraf mrozi mi krew w żyłach i czytając, zerkam niespokojnie na moją klient­kę. Czytam ustęp po raz drugi. Panna Cyraneczka obdarza mnie filisterskim uśmiechem. Wykonawca tes­tamentu ma wypłacić jej dzieciom po dwa miliony dolarów, a dla każdego z wnuków ustanowić fundusz powierniczy w wysokości miliona baksów. Powoli liczę i doliczam się ośmiorga wnucząt. To co najmniej dwa­naście milionów zielonych.

- Niech pan czyta dalej - szepcze panna Cyraneczka, jakby słyszała popiskiwanie kalkulatora w mojej głowie. Klient Bookera, ten stary Murzyn, płacze wspominając nieudany romans sprzed lat i dzieci, które go opuściły. Staram się nie słuchać, ale to niemożliwe. Booker notuje jak szalony, próbując nie zwracać uwagi na łzy. Siedzą­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin