Nurowska_Maria_-_Wiek_samotnosci.rtf

(2119 KB) Pobierz

Maria Nurowska

 

 

 

WIEK SAMOTNOŚCI


Przystanek po drodze - pomyślała z lekką ironią - tylko... do jakiego życia.

Czym było do tej pory jej życie? Zbędnym luksusem, ciężkim obowiązkiem czy też może występkiem przeciw boskim i ludzkim prawom... Co czeka ją u końca tej drogi? Wyzwolenie z kłamstwa czy-brniecie w nie dalej. Wszystko, czego doświadczyła w ciągu ostatnich dni, było jak mało realny sen. Narodziny dziecka Mani, rozpacz Karoliny, wyjazd z domu. I oto siedzi przy stoliku w małej dworcowej restauracji gdzieś na granicy dwóch światów, Europy i Azji... Rosja objawiła się jej jako obszar brudu i nędzy. Ci wszyscy ludzie patrzący spode łba, z ukrytą groźbą w oczach. Tak to odbierała, nie dając się zwieść tej niby pokorze w twarzach. Nieokiełznany żywioł - pomyślała, kiedy ci ludzie schodzili z drogi dając miejsce saniom. Siedzi teraz w pustej sali dworcowej restauracji. Od strony bufetu spieszy kelner, jakiś groteskowy na tle grozy czekającej za oknem i grozy w niej samej.

- Co jaśnie pani sobie życzył - pyta po rosyjsku. Ewelina prawie nie zna tego języka. Jak ma więc do niego mówić, po polsku? Przecież nie po francusku...

- Co imiejetie? - bąka wreszcie.

- Jest sałatka z łososia, ale przed taką daleką drogą trzeba zjeść coś gorącego.

Ewelina spogląda na niego zaskoczona. On się uśmiecha.

- Jak u nas pojawia się prawdziwa dama, to znaczy że jedzie tam!

Wskazuje za siebie, Ewelina odwraca się i widzi, że kilkoro oberwanych dzieciaków przylepia nosy do szyby. Uśmiecha się do nich. Dzieci znikają. Często zastawała twarz Karoliny, młodszej córki, w oknie swojego pokoju. Tak samo umorusana buzia. Karolina... zawsze były z nią kłopoty. Ich ochmistrzyni, droga, nieoceniona Katarzyna, wzdychała: powinna urodzić się chłopcem. Ale w ich rodzinie rodziły się dziewczynki, a kiedy trafił się chłopak, schodził z tego świata w tragicznych okolicznościach, i to w wieku dziecięcym. Zabijał go koklusz albo szkarlatyna, albo jakaś zupełnie niegroźna choroba. Na przykład katar. Tak było z jej starszym bratem Józefem. Przeziębił się, kichnął parę razy i już nie wstał z łóżka. Mężczyźni pojawiali się w Lechitach z zewnątrz, poza ojcem, ale on też przecież znalazł się w pałacu jako starający się o rękę matki Eweliny. Pałac... prawie zobaczyła go od strony alei wjazdowej. Łamany spadzisty dach kryty gontem, białe ramy okien i pobielony ganek układający się w czterokolumnowy klasyczny portyk. Fronton pałacu był jednocześnie frontonem jej życia, ono toczyło się przecież w cieniu tych pobielonych kolumn, a także w otoczeniu porozwieszanych na ścianach w hollu obrazów przodków. To wszystko zobowiązywało. Kiedy przeszło dwadzieścia lat temu wsunęła się do pokoju matki pełna obaw, a nawet buntu, tamta powiedziała zdecydowanym tonem:

- Ewelino, życie to przede wszystkim obowiązek, szczególnie dla nas, kobiet...

I Ewelina posłuchała. Wyszła za mąż za starszego o dwadzieścia lat kuzyna, do którego nie czuła nic poza rodzinnym przywiązaniem. Cyprian był bardzo przystojny, wysoki, o wyrazistej twarzy, w której centralną część stanowiły oczy, ciemne, na wpół przykryte powiekami. Sprawiało to wrażenie, jakby Cyprian był pogrążony w myślach i nie bardzo wiedział, co się dzieje wokół. Nie przeszkadzało jej to, było jej nawet na rękę. Lata, które wspólnie przeżyli, nie potrafiły niczego w niej zmienić, jej serce nie zabiło żywiej na jego widok. Dopiero kiedy spotkała Jana, zrozumiała, czym jest miłość kobiety do mężczyzny. To było takie dziwne, zupełnie jakby los przysłał go jej w prezencie. Lechickie konie poszły do lasu, do powstania, i jeden z nich po bitwie, kiedy oddział został doszczętnie rozbity, po prostu wrócił do domu, przywożąc ze sobą na siodle ciężko rannego powstańca. Ewelina była wtedy w pokoju na górze, usłyszała jakieś zamieszanie i wyjrzała przez okno. Zobaczyła konia stojącego przed gankiem, z opuszczoną głową. Przewieszony przez siodło mężczyzna w burej, chłopskiej sukmanie, wydawał się bez życia. Ta sukmana... Ewelina od razu wiedziała, kim jest ten człowiek. Zeszła na dół, wydała dyspozycje:

- Jeżeli żyje, zanieście go na samą górę.

Oznaczało to, że należy zanieść rannego do pokoiku na poddaszu, do którego wchodziło się przez strych. Trzymano tam jakieś rupiecie, zużyte meble. Służący w mig to uprzątnęli, pozostawiając tylko kanapę, na której położono powstańca. Nie zbliżała się do niego, odczuwając dziwny lęk. Była pewna, że jest ciężko ranny i niedługo umrze. To Katarzyna zdejmowała z niego zakrwawione ubranie, Katarzyna obmywała jego rany. Potem Ewelina długo nie mogła sobie tego darować.

Kelner patrzył wyczekująco.

- Proszę tego łososia... I jeszcze kieliszek wódki...

On uśmiechnął się z aprobatą, odchodząc w stronę bufetu. Po chwili wrócił, stawiając przed Eweliną talerze.

Wódka była z lodu, szkło pokrył szron. Ewelina położyła na tacy pieniądze.

- Proszę wypić za moje zdrowie... żeby mi się poszczęściło w drodze.

Skłonił się niemal do pasa, odszedł zaraz, bo w drzwiach stanął brodaty chłop w wielkim baranim kożuchu, w ręku trzymał bat.

- Czego tutaj? - spytał ostro kelner.

- Ja do jaśnie pani, konie gotowe. Kelner wskazał mu drzwi.

- Tam czekać. Jaśnie pani wyjdzie, jak będzie czas.

Chłop wycofał się z tym pokornym wyrazem twarzy, za którym kryło się coś mrocznego, wywołującego w Ewelinie nieokreślony niepokój. Bała się tych ludzi, nie znała dobrze ich języka, nie orientowała się, co naprawdę myślą. A może to ta sytuacja tak kazała jej na nich patrzeć? Sytuacja, której nie potrafiła sprostać. Bo czyż w jej wieku można zmienić życie? Nie było wcale takie złe. Dopóki nie spotkała Jana, czuła się zadowolona, otoczona zbytkiem, uwielbiana przez męża i dzieci. Była ozdobą wszystkich balów i zgromadzeń, zabiegano o jej towarzystwo, chwalono jej urodę i dobre maniery. Tak, to z pewnością było wygodne życie. Gdyby nie ogólna sytuacja, mogłaby uważać się za kogoś, komu się udało. Ale ta sytuacja... To dlatego jej życie przeniosło się z wygodnego gościńca na wyboistą drogę. Dokąd ta droga ją zaprowadzi... Lęk przed własną decyzją był jak dotknięcie lodowatej ręki.

Co dalej? - pomyślała. To wszystko, czym żyła do tej pory, wydawało się na zawsze stracone. Stanęła jej przed oczami nocna scena z córką.

- Dlaczego nie idziesz się położyć? - spytała ją.

- Bo ty nas opuszczasz! - w głosie Karoliny było tyle tragizmu, że poczuła się wstrząśnięta. Nie mogła tego okazać, odparła więc oschle:

- Muszę!

Karolina przypadła do niej, histerycznie ją obejmując.

- Nie! Wcale nie! Nigdy go nie kochałaś! Zawsze był stary! Córka podbiegła do nocnego stolika, na którym stała fotografia Cypriana, i wrzuciła ją do otwartego kufra.

- Skoro wolisz jego, to zabierz ze sobą i tę podobiznę!

- Karolino - rzekła ostro- jesteś zbyt gwałtowna, jak zawsze. Po policzkach córki pociekły łzy.

- Mamo, ja cię kocham. Ciebie jedną, nie możesz mnie opuścić! Ewelina uczuła silny ucisk w krtani, przez chwilę miała wrażenie, że się udusi.

- Karolino, nie tylko my się znalazłyśmy w takiej sytuacji. Wiele polskich rodzin teraz cierpi. Matki potraciły synów... Żony podążają za mężami na zesłanie...

- To niech jadą inne żony! Inne. Ty nie! Przecież nie muszą jechać wszystkie!

Ramiona córki znowu ją objęły, próbowała się uwolnić, ale nie mogła odczepić rąk Karoliny. Wyglądało to tak, jakby ze sobą walczyły. Chyba w tym momencie otworzyły się drzwi i wszedł doktor. Obie spojrzały w jego stronę.

- I po wszystkim - powiedział. - Mamy następną kandydatkę na pannę lub wdowę.

Myśl, że oto została babką, przejęła ją lękiem. Czy nie za późno na planowanie nowego życia. Skończyła już przecież trzydzieści osiem lat, przestawała być młoda. Więc po co ta miłość, ten ból, ta tęsknota...

Mania leżała spokojnie, miała zmęczoną, bardzo mizerną twarz. Ewelina usiadła obok córki.

- Szczęśliwa jesteś? - spytała.

- Tak - odrzekła Mania słabym głosem - ale to dziewczynka. Wolałabym, żebyś inną wiadomość zawiozła tatusiowi.

- W tym pałacu zawsze rodziły się dziewczynki - odparła - więc się nie przejmuj.

- Ale tatuś bardziej by się cieszył z wnuka.

- I tak będzie się cieszył, że wszystko dobrze poszło. To najważniejsze. Mizernie wyglądasz, może chcesz, żebym jeszcze została parę dni? - spytała z niejasnym uczuciem, że składa teraz swój los w ręce Mani. Jeżeli córka ją zatrzyma, nie pojedzie.

- Jedź - odrzekła. - On tam czeka. Biedak, jest zupełnie sam.

Ewelina poczuła cień zniecierpliwienia. Mania zawsze bardziej kochała ojca. I z pewnością była jego córką, tak jak jej córką była Karolina. O ileż od Mani inteligentniejsza, obdarzona wyobraźnią i polotem. Wstała i, przywołując uśmiech, pochyliła się nad córką.

- Uważaj na siebie i na malutką.

Była przy drzwiach, kiedy dobiegł ją słaby głos Mani. Teraz powie,. żebym została - przebiegło jej przez myśl, ale wiedziała już, że tym razem córka nie mogłaby jej zatrzymać. Tamten moment był bezpowrotnie stracony.

- Tak? - odrzekła przystając z ręką na klamce.

- Bardzo ucałuj tatusia.

- Dobrze.

Ewelina wyszła przed dworzec. Sanie czekały, woźnica stał obok, przytupując od czasu do czasu. Padał śnieg, a ponieważ nie było wiatru, płatki obracały się w powietrzu, kręcąc młynka. Dopełniało to poczucia nierealności, w jakim Ewelina znajdowała się od czasu opuszczenia rodziny. Grupa dzieciaków trzymała się z daleka, zanim Ewelina wsiadła do sań, rzuciła w ich stronę garść monet.

- Żebyście pamiętały o mnie, chociaż do wieczora - powiedziała po francusku.

Nie ruszyły się z miejsca. Woźnica otulił Ewelinie nogi baranicą, zaciął konie. Dopiero wtedy dzieciarnia rzuciła się wyszukiwać w śniegu monety. Ewelina obserwowała to z przykrością. Mignęła jej twarz dziewczynki, która przypominała małą Karolinę.

Pożegnały się w gniewie.

Kareta z herbem Lechickich na drzwiach stała załadowana kuframi, na ganku zgromadzili się wszyscy domownicy, służba, ochmistrzyni, doktor i kuzynki zamieszkałe w pałacu. Przedtem były niewidoczne, Ewelina zdziwiła się więc, że jest ich aż tyle. Niektórych nawet nie odróżniała i nie pamiętała, jak mają na imię, nie potrafiłaby powiedzieć, czy pochodzą ze strony ojca, czy matki. Wszystkie ubrane na czarno, jak i ona zresztą. Bo taka była moda po ostatnich wydarzeniach, w końcu to jeszcze świeża data. Był rok tysiąc osiemset sześćdziesiąty piąty...

- Gdzie Karolina? - spytała, nie widząc jej na ganku. - Poszukajcie.

Jedna ze służących zniknęła w pałacu, a Ewelina zwróciła się do ochmistrzyni:

- Miej na nią oko, Katarzyno, ona jest jeszcze taka nierozważna.

Ochmistrzyni kiwnęła głową na znak, że będzie to miała na uwadze. Dobry, wypróbowany przyjaciel. Ona jedna wiedziała, do kogo naprawdę jedzie Ewelina. Obaj zostali zesłani, Cyprian i Jan, za udział w powstaniu. I to niemal w to samo miejsce...

Z pałacu wyszła Karolina ubrana jak do drogi, z torbą podróżną w ręku.

- A to co znowu? - spytała ostro córkę.

- Jadę z tobą.

- Nie możesz ze mną jechać. Nie masz pojęcia, co to za podróż, ja też nie...

Oczy córki spoglądały błagalnie, jednocześnie kryła się w nich determinacja, gotowość na wszystko. Poczuła piekący żal. Karolina była jej kimś bardzo drogim, w jej buncie, w niezgodzie na życie odnajdowała siebie z czasów młodości.

Może dlatego tak często wchodziły ze sobą w konflikt, że w gruncie rzeczy były bardzo do siebie podobne. W nagłym odruchu zdjęła z szyi krzyżyk, który dostała od ojca. Była na nim wyryta data: 1831. I to miejsce - Olszynka Grochowska. Tam walczył ojciec Eweliny, został nawet ranny w kostkę. Rana odnowiła się, utykał. Kto wie, czy to muśnięcie kuli nie okazało się muśnięciem śmierci. Ojciec Eweliny umarł na gruźlicę kości. Bardzo przeżyła jego śmierć, bo bardzo go kochała. Miał tubalny głos, wszędzie go było słychać:

- Dawać mi tu gazetę!

- Siodłać mi tu konia!

Teraz niemal nie mogła znieść tych snujących się po pałacu anemicznych, ubranych na czarno kobiet.

Chciała zawiesić córce krzyżyk na szyi, ale Karolina cofnęła się.

- Po co mi to dajesz? - spytała z nagłym lękiem.

- Mam to po ojcu, a teraz chcę, żebyś miała to ty!

- Przecież jadę z tobą - odpowiedziała córka, ale w jej głosie nie było nadziei.

Patrzyły na siebie, oczy Karoliny z wolna wypełniły się łzami. Odwróciła się i wbiegła do pałacu. Ewelina poszła w stronę karety. Kiedy wyjechała na drogę, zwróciła się do stangreta:

- Odwiedzę rodziców.

Konie skręciły z głównej drogi i stanęły przed ogrodzeniem cmentarza, który został uformowany w kształcie herbu rodu Lechickich. Ewelina wysiadła. Idąc pośród grobów nie umiała już powstrzymać łez. Tragiczna twarz młodszej córki majaczyła jej przed oczami. Gdyby rzeczywiście udawała się do Cypriana, być może byłoby jej lżej, wypełniałaby swój obowiązek. Ale ona szła przecież za głosem serca, dopuszczała do siebie występną miłość, krzywdząc tym kilkoro ludzi. I było jej bardziej przykro z powodu córki niż z powodu Cypriana, który przecież tracił najwięcej. Ewelina zatrzymała się przed grobem rodzinnym wyróżniającym się spośród innych. Kamienna muza wspierała na dłoni twarz w głębokiej zadumie. Ewelina uklękła, opierając czoło o chłodną płytę. Cóż mam wam powiedzieć - pomyślała - wiem, co oznacza moja decyzja, nie potrafię się już cofnąć...

Ciężko podniosła się z klęczek i ruszyła w stronę karety. Las się skończył, na jego skraju zobaczyła grupę rosyjskich żołnierzy wykopujących broń powstańczą. Ewelina odprowadziła ich wzrokiem, zamajaczyła jej nawet myśl, że takim obrazem żegna ojczyznę...

 

Cytadela, 2 września 1864

Sprawa została wyjaśniona, zaliczono mnie do drugiej kategorii przestępców stanu, co oznacza wywózkę na Sybir. Sądziłem, że będzie gorzej i mój los dopełni się na stoku Cytadeli. Bóg zapłać i za to. Niepokoję się, czy zabiegi podjęte przez Ewelina w celu uratowania Lechic zostaną uwieńczone sukcesem. Byłbym niepocieszonym, gdyby miała stracić przeze mnie to, co ukochała całym sercem. I wiem, że nie usłyszałbym od niej słowa skargi. Zbyt dumną jest do tego, by okazać po sobie jakową bądź zgryzotę. Kiedym ją po raz pierwszy zobaczył, serce moje zamarło w zachwycie, i tak jest do tej pory, to znaczy z górą lat dwadzieścia, l nie opuszcza mnie zdumienie, że takie przecudne zjawisko było mi dane pojąć za małżonkę moją. W oczach mi stoi jej czarowna postać, kiedy wrześniowego dnia w kaplicy lechickiego pałacu ślub ze sobą braliśmy, dzisiaj mija dwudziesta pierwsza rocznica tej daty. Ewelina miała wszystkiego siedemnaście wiosen, a więc z górą była ode mnie lat dwadzieścia młodszą. Główka jasna, złotopszeniczna, z misternie upiętą fryzurą, białymi różyczkami przystrojoną. Twarz przepiękna, bliska doskonałości, o rysach najszlachetniejszych, oczach tak modrych, jakby farbami malowanych. Postać jej obleczona w koronki najprzedniejsze doskonałą była w każdym szczególe, szyja przeszlachetnie sklepiona, gors zgrabniutki ciasno w biel tychże koronek ujęty. I szczęście wszechogarniające duszę moją i ciało moje, że oto tego doświadczam w życiu, o czym bym w najśmielszych snach nie marzył, A teraz precz przyjdzie mi od niej jechać, od tej ponad wszystko umiłowanej. Przecie żem jej na dłużej niż dni kilka przez te lata nie pozostawił był, bomże nie mógł, sercem swoim osierocony zaraz będąc.

I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można. Chociaż i takie głosy były, że szansę jako naród mamy. Uzbrojenie było nawet dobre, chociaż część transportów broni władze pruskie i rosyjskie rekwirowały. Wojsko nasze powstańcze wykazywało chęć przemożną walki, a także znajomość terenu lepszą od najeźdźcy. Ale miałżeby on nam pozwolić do wolności dojść przez krew naszą i ofiarność, miałżeby cofnąć się, skoro już przeciw nam armaty swoje ustawił? Caryca Katarzyna, ta moskiewska szatanica zawczasu wszystko tak przygotowała, żebyśmy na straconej pozycji byli. Kazała uczyć własną młodzież rzeczy o Polakach najgorszych, pokazywać same ich błędy. Taki nasz wizerunek w młodych stworzyła, że im sama ręka do szabli się garnęła na dźwięk naszego imienia. Jaką mieliśmy szansę, skoro siły najeźdźcy doszły do miliona i połowy, a więc była to armia najpotężniejsza, jaką Rosja kiedykolwiek wystawiła. Wszyscy zginęli. Wszyscy... 13 maja padł Ludwik Narbutt pod Dubletami, 15 maja rozstrzelany w Płocku Padlewski, pod koniec czerwca powieszony w Wilnie Zygmunt Sierakowski, pod Kruszyną legł generał Taczanowski, w listopadzie zabity przewaleczny Czachowski. W Kownie powieszono księdza Mackiewicza. Dziw bierze, że mnie taka łaska z ich strony nie spotkała, że moje przestępstwo wycenili tak nisko, nie każąc wymazywać go krwią. Czasem taka myśl nachodzi jednak, że ja tam z nimi być powinienem.

Więc jedź sobie - pomyślała Karolina mściwie, idąc po schodach na górę.

Po raz drugi napotkała oczy matki, tym razem na portrecie. Miały inny wyraz, były spokojne, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było sceny przed gankiem. Przez chwilę wydało się nawet Karolinie, że oczy na portrecie są kpiące. Przyspieszyła kroku. Za drzwiami pokoju po-czuła nagle przypływ rozdzierającej tęsknoty za matką. To było jak atak duszności, Karolina łapała ustami powietrze w poczuciu, że jakiś przedmiot utknął w przełyku. Pot wystąpił jej na czoło, niemal po omacku dotarła do łóżka i położyła się. Spróbowała nabrać powietrza, tym razem mięśnie szyi puściły. Leżała tak, oddychając głęboko w obawie, że za chwilę coś takiego znowu się powtórzy. Po raz pierwszy w życiu Karolina pomyślała o śmierci. Nawiedziło ją niejasne przeczucie, że śmierć przeszła gdzieś blisko. Niemal w tym samym momencie usłyszała czyjś przeraźliwy krzyk. Zerwała się, ale nie miała odwagi zejść na dół. Może coś się stało mamie - pomyślała - może konie poniosły... Czekała w uczuciu odrętwienia, niemal rezygnacji. Była pewna, że za chwilę dowie się czegoś, co zmieni całe jej życie. Bo skoro miałoby w nim zabraknąć matki...

Na dole słychać było krzątaninę, ktoś wbiegł po schodach, ale minął drzwi pokoju Karoliny. Potem wszystko ucichło.

Karolina siedziała na skraju łóżka, nie mając odwagi nawet zmienić pozycji.

Dlaczego mama musiała wyjechać... Dlaczego wszystko musiało się tak źle potoczyć. Powstanie przeciw Rosji upadło... Karolina pamięta jeszcze to podniecenie pierwszych dni. Łzy radości w oczach matki. Potem też płakała, ale opłakiwała klęskę. Ta klęska była wypisana na twarzach wszystkich. Rozmowy toczyły się teraz szeptem, rozglądano się przy tym trwożnie na boki, jakby wróg czaił się w każdym kącie. Ten wyraz napięcia w oczach domowników wzrósł znacznie, kiedy w pałacu pojawił się lokator. Robiono z tego wielką tajemnicę, ale Karolina dokładnie wiedziała, kto zajmuje pokoik na poddaszu. Któregoś dnia się tam zakradła i zobaczyła młodego mężczyznę leżącego na kanapie. Spał, kołdra zsunęła się i dotykała podłogi, chciała ją poprawić. Wtedy otworzył oczy. Długą chwilę patrzyli na siebie, a potem on podniósł palec do ust na znak, że nie wolno jej nikomu mówić o swoim odkryciu. W milczeniu przytaknęła głową. Ten mężczyzna miał na sobie koszulę rozchyloną na piersi i Karolina mogła dojrzeć czerwone zgrubienie, które kiedyś musiało być raną. To chyba bardzo bolało, to było coś o wiele gorszego niż obtarcie kolana czy zwichniecie kostki. Jak to jest, kiedy się otrzymuje taki cios? Co się wtedy myśli? Czy myśli się o tym, że można umrzeć... Karolina pamiętała tę nerwową krzątaninę, wnoszenie gorącej wody na górę i znoszenie pokrwawionych szmat. Katarzyna poleciła je spalić. A potem jeszcze raz działo się coś niedobrego na górze, sprowadzono doktora... W końcu młody powstaniec wyzdrowiał. Przed pałac zajechała sprowadzona z Wrzosowa dorożka. Był już zmrok. Karolina stała przy oknie i widziała ten sekretny odjazd. W dorożce siedziała jakaś kobieta, na twarzy miała woalkę. Karolina zauważyła to, kiedy tamta wychyliła się, aby pomóc wsiąść mężczyźnie w pelerynie z kapturem. Wyglądał jak mnich, ale Karolina dobrze wiedziała, kim jest naprawdę. Trochę ją nawet to wszystko śmieszyło, te tajemnice, które właściwie nie mogły być tajemnicami, bo wiedziało o nich za dużo osób. To, co się działo na zewnątrz, wybuch powstania, walki, a potem klęska, docierało do niej tylko z opowieści innych. I było jakieś mało realne, jak bajka.

Któregoś dnia jednak zrozumiała, że z bajką nie ma to nic wspólnego. Towarzyszyła Katarzynie na targ do Wrzosowa. Pojechały dwukółką, Katarzyna sama powoziła. Wjeżdżały do miasta, kiedy nagle zrobiło się jakieś zamieszanie, nie pozwolono im kierować się w stronę rynku, droga była zamknięta. Mężczyzna w czapce z czerwonym otokiem dyrygował ruchem.

Kto to? - spytała Katarzynę.

- Kozak - odrzekła przez zaciśnięte zęby.

Zostawiły konia i poszły dalej piechotą, przeciskając się wśród tłu- mu zmierzającego na targ, nie przepuszczono żadnej furmanki. Wkrótce wyjaśniło się dlaczego. W głębi ulicy, od strony kościoła pojawił się pochód, który eskortowali Kozacy na koniach. Kiedy pochód się przybliżył, Karolina zobaczyła mężczyzn w różnym wieku, ubranych w jakieś łachmany, niektórzy byli boso, mimo panującego chłodu. A najgorsze, że byli skuci ze sobą łańcuchami. Na przegubach rąk i na kostkach mieli żelazne obręcze, łańcuchy pobrzękiwały ponuro na bruku. Karolina wyraźnie widziała twarze skazańców, były jakby puste, bez żadnych uczuć.

- Dlaczego tak ich traktują? - spytała szeptem.

- Pędzą ich na Sybir - odrzekła ochmistrzyni.

Karolina przeraziła się teraz na dobre, bo przecież tam właśnie miano wysłać jej ojca. Wysyłano tam wszystkich, którzy brali udział w powstaniu. Bogatym odbierano majątki, Lechice też były zagrożone.. Karolina nie potrafiła sobie wyobrazić, co by było, gdyby musiała nagle opuścić pałac. Przecież on był od zawsze, urodziła się w nim, znała wszystkie jego zakamarki, od strychu do piwnic.

- Czy tatuś też tak będzie szedł? - głos się jej załamał.

- Nie... - uspokoiła ją Katarzyna - on jest wysokiego stanu, pojedzie saniami...

A teraz matka jechała tam za nim. Opuszczała swoją córkę, która tak bardzo jej potrzebowała. Karolina poczuła nagły żal do całego świata. Do tego zimnego i bezdusznego świata, który w milczeniu przystawał na tak wielką niesprawiedliwość.

Słońce oświetlało teraz tę ścianę pałacu, na której znajdowało się jej okno, znaczyło to, że jest już dawno po południu.

Promień wsunął się do jej pokoju, ukośnie oświetlając parapet i fragment podłogi, wyglądało to jak jaśniejsza plama. Było coś pocieszającego w tej drgającej na deskach plamie słonecznej. Karolina zapatrzyła się w nią. Minęło jeszcze trochę czasu, promień przesunął się teraz na ścianę, potem zniknął. Pokój powoli pogrążył się w mroku. Karolina nie poruszyła się, kiedy drzwi się otworzyły. Nie odwróciła głowy. Ochmistrzyni usiadła obok i objęła ją ramieniem.

- Tutaj się ukryło nasze biedactwo - powiedziała ciepło.

- Coś się stało na dole? - spytała Karolina. Ochmistrzyni nie odpowiedziała, więc poczuła lęk.

- Czy mama...

- Jaśnie pani w drodze, droga przecież daleka...

- Ktoś krzyczał na dole.

- To dziewucha z kuchni, głupie stworzenie.

- Ale dlaczego krzyczała?

Ochmistrzyni namyślała się chwile, a potem powiedziała wolno:

- Siostra jaśnie panienki zeszła z tego świata.

- Mania?

Kobieta skinęła głową, ale nawet takie potwierdzenie nie zmieniło w Karolinie poczucia niedorzeczności tego, co przed chwilą usłyszała. Przecież Mania urodziła córeczkę. Leżała w łóżku, była taka szczęśliwa. Można z nią było porozmawiać. Dlaczego nagle miałaby umierać. I to teraz, kiedy mama wyjechała tak daleko.

- Nie miała zdrowia - powiedziała ochmistrzyni. - Niby urodziła dziecko, ale puściła się z niej krew...

Po tych słowach Karolina rzuciła się na łóżko i wybuchnęła płaczem. Poczuła się nagle zupełnie sama, jakby nikt oprócz niej nie pozostał już na tej ziemi. Ochmistrzyni gładziła ją po plecach, a w Karolinie wywoływało to jeszcze większe uczucie żalu.

- Ja mam trzynaście lat - poskarżyła się łkając.

Ochmistrzyni podniosła ją i przytuliła do siebie. Karolina przywarła do tego ciepłego rozległego ciała z uczuciem, że być może znajdzie w nim ratunek. Ukołysało ją, jak zawsze, ilekroć działo się coś nieprzyjemnego, kiedy piekło stłuczone kolano albo została zraniona duma. Tym razem jednak było to coś dużo gorszego i Karolina niejasno zdawała sobie sprawę, że ulga jest chwilowa, przyjmowała ją jednak skwapliwie, niemal z pokorą. To było jak przerwa w samotności, której tak naprawdę Karolina doświadczała ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin