Nienacki_Zbigniew_-_Raz_w_roku_w_Skirolawkach.rtf

(1967 KB) Pobierz
ROZDZIA£ 1

 

 

Zbigniew Nienacki

 

 

 

Raz w roku

w Skiroławkach


ROZDZIAŁ 1

 

Kłobuk obudził się. Niemrawo wylazł z gniazda, gdzie jeszcze spała locha i prawie dorosłe warchlaki, mlaskające przez sen swymi ciepłymi, kosmatymi ryjami. Otrzepał ze skrzydeł szron, przestąpił z łapy na łapę i nieco przekrzywiwszy głowę wybałuszył swoje wypukłe oczy, aby jak co dzień wypatrywać strugi dymu z komina na półwyspie. O tej porze Gertruda Makuch rozpalała w piecu kuchennym u doktora, a idąc do niego na półwysep pozostawiała na płocie kromkę chleba. Ale teraz, w grudniu, w pobliżu płotu już czekały żarłoczne sójki i Kłobuk wiedział, że nie dostanie chleba. Będzie musiał pójść z warchlakami aż na paśnik, gdzie myśliwi rozrzucili na wpół zgniłe i zmarznięte ziemniaki. Dymu zresztą nie było widać ani komina, ani domu, ani nawet jeziora, które wąskim językiem oddzielało półwysep od olszynowych mokradeł. Mgła wisiała nad bagnami, choć dzień zapowiadał się mroźny; z mgły robiła się biała sadź i powoli osypywała nastroszone futra dzików, pnie przewróconych olszyn, poschnięte trawy bagienne i połamane pałki trzcin. W mglistym powietrzu trwała cisza, jakby las odpoczywał po nocnej wichurze; jezioro zamarzło bezgłośnie, tak jak bezszelestnie, co rok głębiej, zapadała w bagno kopuła wielkiego czołgu i już tylko czubek jego działa sterczał z traw w miejscu, gdzie locha z warchlakami zrobiła sobie legowisko. Bezszelestnie w błoto i muł zamieniały się kości żołnierzy, skórzane chlebaki, blaszane manierki i łuski wystrzelonych nabojów; nie widział tego nikt, bo tylko Kłobuk i dziki nie bały się wejść na owo bagno nad jeziorem. Co roku leśniczy Turlej odgrażał się, że zimą wytnie olszyny na mokradłach i zrobi z nich stosy papierówki, ale jeszcze nie zdarzył się taki rok, aby mgła nawet w wielki mróz nie lizała wilgotnym ozorem dziczych futer i nie sypała na nie biały proch szronu.

Nie dostanie tego ranka Kłobuk swojej kromki chleba, nie zdąży na ptasich łapach do płotu, zanim wypatrzą Makuchową sójki znieruchomiałe na gałęziach starej jabłoni w ogrodzie doktora. Nie chciało mu się zresztą iść aż tak daleko, gramolić się przez wywrócone pnie i ślizgać się na zamarzniętych kałużach. Czuł zmęczenie, jakby był w czyichś dręczących snach. Jeszcze raz więc zatrzepotał Kłobuk skrzydłami, zrzucając z piór resztki białego pyłu i znowu wgramolił się do legowiska między ciepłe ciała warchlaków, odwracając dziób od ich parujących oddechów, przepełnionych wonią błota i butwiejącego listowia. Tak kończyła się noc z jej tajemniczym biegiem obrazów i zdarzeń, bólu i rozkoszy, narodzin i śmierci, lęku i nadziei, które spływały w wielkim potoku ludzkich snów. Gdzieś za lasem powoli wstawało słońce i ogarnięta przeczuciem zbliżającego się dnia czarna krowa Justyny zajrzała do żłobu, miękkimi nozdrzami dmuchnęła w pustkę, a potem zaryczała boleśnie, przejmując strachem młodą kobietę, która spała za ścianą z cienkiego muru. Krowa nie zaryczała już więcej, ale Justyna wciąż nadsłuchiwała, bo był to dla niej złowróżbny głos kolejnego dnia, kolejnej nocy i znowu dnia, i znowu nocy, gdy śmierć wydłuża swoje kroki.

...Tej nocy Justyna szła nago do obory, aby wydoić swoją czarną krowę. Na belce pod sufitem siedział brązowy kogut z koralowym grzebieniem. Spadł na nią i z ogromną siłą obalił na gnój jeszcze ciepły od krowich odchodów. Jak w gnieździe usadowił się między jej rozchylonymi udami, jego malutki, podobny do naparstka wyrostek nabrzmiał od krwi jak męski członek i wszedł w nią, aż poczuła rozkosz, i nie chciała się bronić. Kogut objął jej biodra puszystymi skrzydłami, położył miłośnie na piersiach malutki łepek z ostrym dziobem i koralowym grzebieniem, który Justyna zaczęła głaskać koniuszkami palców, czując, jak coraz mocniejsza rozkosz przenika jej ciało. Poznawała po szybszych i coraz gwałtowniejszych ruchach w sobie, że za chwilę odczuje delikatne uderzenie białego mleczu, który ją wypełni i zapłodni. Tchu jej zabrakło i pot ją oblał, słyszała bulgotanie w ptasim gardle, jakby kogut za chwilę miał wydać z siebie głośne pianie. I wtedy do obory wbiegł Dymitr z widłami w ręku, uderzył koguta na jej łonie, przebił go trzema ostrymi zębami, aż ciepła krew polała się na rozchylone uda Justyny. “Dymitr!” — krzyknęła. Ale mąż spał tuż obok niej pod kraciastą pierzyną i pochrapywał cicho. Zawsze pochrapywał, ilekroć przed nocą napił się wódki. “Dymitr” — powiedziała ciszej, bo nie chciała, aby mąż się obudził, ponieważ wspomnienie tego, co było przed chwilą, znowu obudziło w niej pożądanie. Lewą dłonią dotknęła czoła, prawą wsunęła pod pierzynę. Leżała z zadartą koszulą, uda miała mokre i lepkie, a gdy koniuszkami palców sięgnęła tam, gdzie dręczyło ją pełne bólu pragnienie, wydawało się jej, że znowu dotyka koralowego grzebienia. Za ścianą ryknęła krowa i Justyna uświadomiła sobie, że zbliża się świt, a po nim nastanie dzień, a po dniu noc, i znowu świt. Pomyślała, że zaraz powinna wstać i pójść do obory wydoić krowę; była ciekawa, czy na belce pod sufitem nocuje wielki brązowy kogut. Koniuszkami palców gładziła miłośnie koralowy grzebień, rozkosz w niej narastała, aż znowu tchu jej zabrakło, coś skurczyło się w niej kilka razy, jakby ogromny wąż zwinął się w niej i rozprostował. Dwukrotnie przebiegły jej ciało delikatne drgawki, może nawet rzuciła się na łóżku, ale zaraz znieruchomiała i tylko oddychała coraz wolniej i spokojniej. Nie czuła już bólu pożądania, ale miała wrażenie pustki, ponieważ zabrakło w jej łonie białego mleczu. Była jak dziupla, w którą Dymitr noc w noc lał nasienie, a nigdy nic nie wykiełkowało. Ten wielki kogut chciał ją wypełnić swoim mleczem, tylko krótkiej chwili zabrakło. Dymitr zabił go widłami, choć gdyby przyszedł odrobinę później, już byłaby syta i pełna. Dymitr chrapał jak zwykle, gdy wieczorem napił się wódki, nawet nie wiedział, że zabił pięknego koguta z koralowym grzebieniem. A stara Makuchowa, co służyła u doktora, mówiła jej wczoraj: “Jeśli spotkasz, Justyna, pod krzakiem zmokłą kurę albo koguta, to weź go do izby i zrób mu miejsce w beczce z pierzem. Na śniadanie przynoś mu jajecznicę, a będzie ci służył, bo to jest Kłobuk”. Za ścianą znowu zaryczała czarna krowa. Justyna wysunęła bose nogi spod pierzyny i dotknąwszy nimi brudnych desek podłogi, zadygotała z zimna. Koszulą wytarła z wilgoci uda, wsunęła stopy w filcowe długie buty i podreptała do pieca, aby rozpalić ogień.


ROZDZIAŁ 2

 

O różnych znakach na niebie i ziemi, które zapowiadały to, co stać się miało

 

Styczeń jest w Skiroławkach jednym z najzimniejszych miesięcy w roku. Średnia temperatura waha się wokół minus 3,5 stopni Celsjusza, suma opadów wynosi około 4O mm, a wilgotność powietrza 85 promile. Są to informacje dokładne, ponieważ w pobliżu szkoły w Skiroławkach znajduje się za ogrodzeniem z siatki maleńka stacja meteorologiczna — trzy białe budki na wysokich nóżkach a nauczycielki mają obowiązek dokładnego i codziennego sprawdzania danych. W Skiroławkach bywa znacznie zimniej niż w stolicy (-2,9°C), co wskazuje, że leżą one na północy kraju, ale nie bardzo daleko.

W styczniu w Skiroławkach słońce wschodzi około godziny 7.4O i zachodzi około 15.3O. Dzień trwa niecałe 8 godzin, a więc jest nieco dłuższy od dni w grudniu, co sprawia, że — jak twierdzi proboszcz Mizerera z Trumiejek diabeł nie ma już tak łatwego dostępu do człowieka. W styczniu Jan Krystian Niegłowicz, lekarz, o którym pisarz Lubiński mówi, że jest “doktorem wszechnauk lekarskich”, bo taki tytuł nosili ponoć niegdyś lekarze w tych stronach, radzi swym przyjaciołom, aby dla poprawienia samopoczucia czytali pisma Arystotelesa “O częściach zwierząt” i pili napar z kwiatu lipy drobnolistnej według przepisu: łyżeczka kwiatu na dwie trzecie szklanki gorącej wody; używać dwa, a nawet trzy razy dziennie po pół szklanki jako “stomachicum”, spasmolyticum”; albo też przed snem jako “diaphoreticum”. Doktor naparu z kwiatu lipy drobnolistnej sam jednak nie pije, natomiast wszystkim we wsi wiadomo, że w styczniu prosi swoją gospodynię, aby do obiadu podawała mu kompot ze śliwek: “Z tej śliwki, Gertrudo, która rośnie w lewym rogu koło płotu”. Co zaś tyczy przyjaciół doktora, to komendant posterunku MO w Trumiejkach, starszy sierżant sztabowy Korejwo, także nie lubi naparu z lipy drobnolistnej, a lekturą jego pozostaje tygodnik “W Służbie Narodu”; zaś pisarz Lubiński nie wychodzi poza “Pisma semantyczne” Gottloba Frege, a napar z lipy budzi w nim wstręt, dlatego nie zasypia bez pastylki relanium. Malarz Porwasz lekceważy wszystkie rady doktora i w miesiącach, gdy jest w Skiroławkach a nie w Paryżu czy Londynie, w ogóle nic nie czyta, a pije czystą wódkę i maluje trzciny nad jeziorem. Co tyczy proboszcza Mizerery z parafii Trumiejki, to oprócz brewiarza ulubioną jego lekturą są dzieła św. Augustyna “Przeciw poganom ksiąg XII”, zaś najsmaczniejszym napitkiem herbata ze spirytusem.

Skiroławki, używając starodawnych określeń, posiadają aż 34 dymy, a uwzględniając przysiółki lub zgoła samotnie rozrzucone zagrody, takie jak Liksajny, Kajtki czy leśniczówkę Blesy, liczą sobie 45 dymów i 229 dusz, krnąbrnych zresztą i dających, jak twierdzi proboszcz Mizerera, łatwy dostęp diabłu oraz jego wysłannikom, gdyż wielu żyje w nieprawości i niewierze. Jeszcze gorsi od niedowiarków są ci, którzy badają Pismo Święte albo podejrzani bywają o pogańskie praktyki, a sprzyja im tajemny mrok rozciągających się wszędzie lasów, smutek jezior, melancholia trzęsawisk.

W Skiroławkach są tacy, co mieszkają tu z dziada pradziada, jak choćby stary Szulc i Kryszczak, Pasemkowie, Wątruch, Millerowa, Malawka, Weber lub Makuch, a także tacy, co przybyli tutaj zaraz po wojnie — Niegłowicze, Kondek, Galembka, Słodowik, Porowa. Jeszcze inni, tak jak Sewruk, przyjechali do Skiroławek przed piętnastoma lub nieco więcej laty. Pisarz Lubiński, leśniczy Turlej i malarz Porwasz mieszkają w Skiroławkach znacznie krócej.

Niektórzy ludzie są prości, zaledwie czytać i pisać umieją, inni mają tytuły i fakultety, wiedza bulgoce im w głowach jak zupa w garnku. A przecież łączy tych tak różnych ludzi jakaś tajemna wspólnota. Z biegiem czasu jakby wszystkich ich nieco odurzył i zamroczył oddech zamglonych łąk i trzęsawisk, zakradł się w ich serca smutek jezior, a myśli przeniknął mrok przepastnych lasów, rodząc w nich brak ciekawości wobec świata i tych, co żyją w ogromnych miastach z mieszkaniami jak trumienki. Utrwaliło się w nich także niczym nie uzasadnione i niczym nie poparte przekonanie, że tylko to jest ważne i pełne znaczenia, co dzieje się u nich, w Skiroławkach, Bajtkach i Liksajnach, co rodzi się i umiera na ich polach, zwanych po starodawnemu ławkami”. Stronami było wiele zresztą wiosek o podobnie brzmiących nazwach — Skitławek, Gutławek, Piławek, Niegławek, Rątławek, Jubławek, Bieloławek. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla mieszkańców Skiroławek, choć nieobce im jest poczucie historii. Ale, jak twierdzi stary Otto Szulc, “uważajcie, bo czas krótki jest”.

A ponieważ czas krótki jest, przeto spiesz się człowieku, a zachowaj duszę swoją. Kształt tego świata przemija, sprawuj się przeto jako pielgrzym na tym świecie.

Otto Szulc ma siwą brodę, która mu opada na piersi jak u niejednego biała serwetka, gdy zasiada do obiadu. Doktor Niegłowicz ma zaledwie siwe skronie. Dlatego stary Szulc śmiało puka do domu doktora, aby w wigilię Nowego Roku zapytać:

— A dlaczego to czas krótki jest, Janku? Bo za nim wieczność stoi, o której niewiele nam wiadomo. Wieczność bowiem nie jest jedynie przybliżeniem czasu nieskończonego, gdyż czas i wieczność różnią się między sobą. Czas nasieniu bywa oddany, a wieczność owoc niesie i żniwa bez końca. I z tej oto przyczyny, że czas krótki jest, napomnienie do ciebie przynoszę, jak do Lota: “Śpiesz się, abyś zachował duszę swoją”.

Doktor Niegłowicz wiązał krawat przed lustrem w swoim salonie, gdzie stały czarne rzeźbione meble gdańskie, które tu rozstawił jeszcze jego ojciec, chorąży Stanisław Niegłowicz, a były one kiedyś własnością księcia Reussa. W dużym lustrze odbijało się światło kryształowego żyrandola, a także fragment czarnego kredensu i biały gors koszuli doktora. Zielonkawy piec na ładnie wygiętych kaflowych nóżkach rozsiewał przyjemne ciepło, które zdawało się być jakimś cudownym zjawiskiem i dawało zapomnienie o piętnastostopniowym mrozie nad skutym lodem jeziorem za oknem.

Brązowy gładki krawat pozwolił zawiązać się w duży węzeł. Jak ostra strzała przecinał biel koszuli od szyi w dół. Doktor spojrzał z zadowoleniem w lustro, potem odwrócił się do Szulca, skłonił głowę i rzekł z pokorą:

— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. — Amen — odpowiedział Szulc.

I wtedy doktor — jak co roku — wyjął z kredensu kryształową karafkę z wiśniakiem oraz dwa wysokie kieliszki na cienkich nóżkach i rozlał po odrobinie krwistego napitku.

— Dobry to będzie rok, Janku — rzekł Szulc, biorąc ostrożnie w czarne, grube od pracy palce cieniutką łodygę kieliszka.

Doktor miał uśmiech pełen smutku:

— Nie dla wszystkich, chyba nie dla wszystkich...

W gabinecie doktora, w segregatorze, leżały żółte karteczki ze szpitala, w którym prawie miesiąc przebywał stary Szulc. Jego choroba miała łacińską nazwę, lecz ładniej będzie powiedzieć, że strzałą śmierci naznaczył go już ten, co nie zna litości.

— Tak, Janku, nie dla mnie — kiwał głową stary. — Ale z tobą będzie inaczej.

Doktor westchnął:

— “Przyjdzie czas, że śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ani krzyku, ani trudu, bo pierwsze rzeczy przeminęły”.

— Niech się tak stanie — rzekł Szulc. A potem dodał po krótkim milczeniu:

— Kobieta nosi dziewięć miesięcy, i tak jest dobrze. Klacz nosi trzysta czterdzieści dni, i tak jest dobrze. Krowa nosi dwieście osiemdziesiąt dni, i jest w tym wielki porządek. Otto Szulc ma lat osiemdziesiąt i musi umrzeć, bo taki jest porządek rzeczy.

— Amen — potwierdził doktor.

Szulc wypił czerwony trunek z kruchego kieliszka, doktor zrobił to samo. A potem uścisnęli się jak ojciec z synem. Szulc odszedł w mrok sylwestrowej nocy, a doktor jeszcze przez chwilę patrzył na mokre ślady topniejącego śniegu, które pozostały przy rzeźbionym wysokim krześle, gdzie on sam kiedyś siadywał jaku chłopiec. Za kilka godzin miał nadejść Nowy Rok. Któryś tam rok od stworzenia świata według Kalwicjusza, od zburzenia Jeruzalem, od narodzenia Chrystusa Pana, od wprowadzenia kalendarza Julianowego, od wprowadzenia kalendarza Grzegorzowego, od wprowadzenia kalendarza poprawionego, od wprowadzenia szczepienia ospy, od rozpowszechnienia machin parowych, od wprowadzenia telegrafu elektryczno — magnetycznego. Któryś tam rok od ustania wichru ogromnej burzy dziejowej, która przetoczyła się nad światem i, jak w wielu innych miejscach i krajach, także i w tej małej wiosce połamała gałęzie drzew, rozwaliła gniazda ptasie, a ludzi jak liście rozrzuciła szeroko, na zgubę lub tylko oddalenie, na poniewierkę lub zapomnienie. Był to też czterdziesty piąty rok od urodzenia Jana Krystiana Niegłowicza, doktora wszechnauk lekarskich.

Jak zwykle wiele różnych znaków na niebie i na ziemi zapowiadało, że nowy rok będzie bogaty w przeróżne wydarzenia. Przede wszystkim, tuż przed Bożym Narodzeniem, dziecię płci żeńskiej urodziła w Trumiejkach młoda lekarka weterynarii, Brygida, panienka urodziwa nad podziw, z zadkiem jak klacz dwuletnia. Niemal aż do dnia połogu nikt nie domyślał się jej stanu, ponieważ nosiła żółtą, szeroką ortalionową kurteczkę, co było uzasadnione jesiennymi chłodami, a brzuch, mimo ciąży, miała niewielki. Ciekawiło ludzi, kto dosiadł zadka Brygidy, gdyż mężczyzna to musiał być wielkiej odwagi. Brygida była piękna i miała łagodne oczy jałowicy, ale paskudny, jak na kobietę, zawód uprawiała. Szczególną umiejętność wykazywała, małymi i delikatnymi rączkami, opróżniając z jąder byczki i młode ogierki, a także barany. Opowiadano, że jej koleżanka ze studiów, również urodziwa panienka, gdy ją trzech mężczyzn zgwałciło, podstępnie ich do swego mieszkania zwabiła i specjalnym winem uśpiła, a potem jąder pozbawiła, jak rozbrykanych byczków. Tedy mimo urody Brygidy i jej łagodnego spojrzenia unikali jej młodzi mężczyźni i aż dziw było, że znalazł się ktoś tak odważny, aby jej dzieciaka zrobić.

Panna z dziecięciem to rzecz w tych stronach zwyczajna. Ale Brygida nie powiedziała nikomu z kim ma dziecko i w Urzędzie Gminnym córeczkę zapisać kazała na swoje nazwisko. Tajemnicy swej nie zdradziła nawet doktorowi Niegłowiczowi, którego wezwała do Trumiejek położna, jako że poród zapowiadał się trudny. Babom, co razem z nią leżały w izbie porodowej, Brygida oświadczyła: “Jak już jesteście takie ciekawe, z kim mam dziecko, to wam powiem, że stało się to na skutek tutejszego powietrza”. Była to, zdaniem ludzi, odpowiedź bezczelna. Nie ma bowiem nic piękniejszego nad widowisko jakie rozgrywa się po panieńskim porodzie, gdy to dziewczyna z dzieckiem na ręku wyławia z tłumu jakiegoś chudzinę, po sądach go włóczy, a on się wykręca, kłamie, na innych palcem wskazuje i rozmaite zabawne szczegóły o dziewczynie opowiada.

Czy nie tak było z córką wdowy Janickowej, kulawą Maryną? Dwudziestoletnią panienką będąc, dziecię płci męskiej urodziła w maju ubiegłego roku, a potem na przystanku autobusowym przydybała młodego Antka Pasemkę, który od pół roku na Wybrzeżu jako kierowca pracował i tylko na niedziele i święta do domu przyjeżdżał. Jemu to głośno na przystanku wykrzyczała, że dziecko ma od niego i albo się z nią ożeni, albo płacić zacznie na synka. Chłopak bronił się jak umiał, opowiadał, że nie tylko on przed dziewięcioma miesiącami do łóżka z kulawą Maryną poszedł, ale że było ich wtedy kilku, bo ona leżała pijana jak świnia. Młody Galembka jej wsadzał, najstarszy syn Szulca, średni z chłopaków cieśli Sewruka, czemu więc właśnie jego, Antka Pasemkę, o ojcostwo oskarża, skoro także i od nasienia tamtych dziecko mogło zostać poczęte? Dokładnie też, ku uciesze ludzkiej, mówił Antek Pasemko, jak to kulawa Maryna sama im się na łóżku pod nieobecność matki rozłożyła, jak potem nogami radośnie wierzgała, kiedy ją kolejno pokrywali — on, Antek, na samym końcu, bo był najbardziej pijany, dlatego na Marynie zasnął i tak go wdowa Janickowa w łóżku z Maryną zastała. Tamci uciekli, a on został i z tego powodu teraz jest przez Marynę posądzony, choć nawet nie pamięta, żeby ją swym nasieniem wypełnił. Tyle że z Maryną spał, nic więcej. I to ludziom powiedziawszy Antek Pasemko na Wybrzeże uciekł i przez trzy albo cztery miesiące do wioski nie wracał, czemu się nikt nie dziwił, gdyż wszyscy wiedzieli, że gniewu swej matki się lękał. Srogą kobietą była bowiem Zofia Pasemkowa, żona rybaka Gustawa, matka trzech synów i córki. Wszystkim we wsi było wiadomo, że i męża, i synów o byle co końskim batem biła, a córkę swoją, ledwo szesnaście lat skończyła, za mąż na dziesiątą wieś wydała i oglądać jej nie chciała, tak ją nienawidziła. Tedy uciekł Antek Pasemko, średni jej syn, na Wybrzeże, gdyż matczynego bata się lękał za to, co zrobił Marynie. Aliści już w sierpniu czy też we wrześniu Antek zaczął kulawej Marynie przysyłać pieniądze na dziecko, raz pięćset złotych, to znów tysiąc, czym dał dowód, że się do dzieciaka poczuwa i to, co o Marynie opowiadał, tylko po części było prawdą. A co dziwniejsze, sroga Zofia Pasemkowa spotkawszy jesienią kulawą Marynę z wózkiem, zatrzymała się przy niej, ale gęby z wyzwiskami nie rozwarła, tylko grzecznie zapytała, czy może do wózka zajrzeć i wnuka zobaczyć, co było znakiem widomym, że srogość w niej nie jest aż tak wielka, albo owa niewinna dziecina ludzkie uczucia w niej obudziła. Jakoż też nieco później Antek Pasemko powrócił do rodzinnego domu, i, podobnie jak jego bracia, odtąd dorywczo w lesie dorabiał lub na gospodarce rodziców pracował oraz na wodę z ojcem wypływał. Bo choć trzech dorodnych i niegłupich synów Pasemkowa się dochowała, to przecież żaden z nich, mimo kilku prób podjęcia pracy w jakiejś hucie, kopalni czy na budowie, nigdzie w świecie miejsca nie zagrzał, rodziny nie założył i z czasem wracał do matki, a także do jej bata. Podobnie późną jesienią uczynił Antek. Odtąd Pasemkowa kulawej Marynie pięćset złotych na dziecko dawała, Antek jednak z Maryną się nie widywał, obchodził jej dom i na synka nawet spojrzeć nie chciał. A gdy matki w pobliżu nie było, lubił siadywać z innymi przed sklepem na ławeczce i pić piwo. Tu też rozpowiadał, że nigdy się z Maryną nie ożeni, ponieważ jest kulawa, co było zresztą prawdą. Inna rzecz bowiem dziecko zrobić, a inna się żenić; miał chłopak dopiero dwadzieścia jeden lat i życie się przed nim otwierało, kto wie jak piękne.

Co się jednak w swoim czasie ludzie o kulawej Marynie nasłuchali, to się nasłuchali. l markotno im teraz było, że nic podobnego o pięknej Brygidzie się nie dowiedzą. Źle więc gadano o Brygidzie, sarkano na nią, mówiono, że się niemoralnie prowadziła i proboszcz Mizerera nie powinien takiego dziecka ochrzcić. Jak to usłyszał proboszcz, w niedzielę wszedł na ambonę i tymi słowami na ludzi krzyczał: “Wedle Starego Testamentu ważna jest tylko matka, bo co do ojca i tak nigdy nie ma zupełnej pewności. Powiadam wam, że mniejszym grzechem jest urodzić niż się skrobać. Dziecko pani Brygidy zostało przeze mnie ochrzczone i otrzymało imię Beata, niech jej Bóg błogosławi. A wy, myślcie o swoich grzechach!”

Również i komendant posterunku, starszy sierżant sztabowy Korejwo, uchylił się od wyjaśnienia prawdy, choć — zdaniem ludzi — milicja powinna o wszystkim wiedzieć. Miał się nawet niegrzecznie wyrazić, żeby mu nie zawracali tyłka, bo nic go nie obchodzi, kto jest ojcem dziecka pani Brygidy. ,,Żadnego śledztwa nie będzie, ani sprawdzania linii papilarnych” — rzekł. Na co mu stary Kryszczak przypomniał, że w czasach, gdy w Trumiejkach przebywał książę Reuss, a na posterunku urzędował wachmistrz żandarmerii Sznabel, to o takich sprawach było ludziom wiadomo.

“Czy kobieta może począć z powodu tutejszego powietrza?” — szydzono głośno przed sklepem w Skiroławkach. “Oczywiście — oświadczył doktor Niegłowicz, który akurat w tym czasie podjechał swoim gazikiem pod sklep, aby kupić kaszankę dla piesków — wbrew ogólnie przyjętej opinii, dla poczęcia dziecka nie jest najważniejszym czynnikiem obecność mężczyzny. Niekiedy o wiele większą rolę odgrywają okoliczności takie, jak nadmierne użycie alkoholu, chwilowy brak prądu albo zepsucie się telewizora. Medycyna zna różne przypadki. Jeśli u kogoś zepsuje się telewizor i pójdzie oglądać film do sąsiada, to nie wykluczone, że po dziewięciu miesiącach u jednego albo drugiego urodzi się dziecko. Świeże powietrze także może mieć znaczenie dla sprawy. Świadczy o tym ogromna liczba kobiet, które zachodzą w ciążę na wczasach i w sanatoriach, w czasie urlopów w górach albo nad morzem”. — “Kobieta wie z kim ma dziecko” — upierał się stary Kryszczak. — “To prawda — zgodził się doktor Niegłowicz. — Kobieta na ogół wie z kim ma dziecko, ale nie zawsze”.

Tak więc nikt nie wiedział, z kim piękna Brygida ma dziecko i w serca ludzkie wkradł się niepokój, że podobne sprawy mogą się powtarzać coraz częściej. Rzeczą męską bowiem było od wieków czynić kobietom rozmaite łajdactwa, a rzeczą kobiecą dochodzić sprawiedliwości. Co będzie z rodem męskim, jeśli kobiety zaczną lekceważyć nawet sprawę ojcostwa? Aż strach oblatywał na myśl, że może nadejść taka chwila, w której baba przyjdzie do chłopa i tyłek mu wystawi, a potem obliże się jak po dobrym daniu i pójdzie precz, nie spojrzawszy na tego, kto jej smakowity obiad pomógł uwarzyć. Smutny i pusty stanie się świat bez babskich wyrzekań, lamentów i płaczów.

Pogłębił się ów niepokój, gdy na trzeci dzień po Bożym Narodzeniu sklepowa Smugoniowa wyrzuciła z domu męża, z którym piętnaście lat mieszkała, bo — jak mówiła — pił, a swojej roboty z nią nie robił. I wygnała go tak, po prostu, jak gdyby jakiego żebraka. Szmaty jego do kupy zebrała i na drogę w śnieg cisnęła. “Idź — powiedziała — do swojej matki”. Chłop się rozbeczał, szmaty pozbierał i poszedł. A dwoje dzieci przecież mieli, które, gdy ojciec odchodził, płakały. Ale Smugoniowa jeszcze chłopu kijem groziła, kiedy się oglądał na dom rodzinny, co wielu widziało, jako że dom Smugoniów naprzeciw sklepu stał, tyle, że po drugiej stronie drogi. Nazajutrz w sklepie babom oświadczyła, że o rozwód wniesie, ma bowiem na ten cel uskładane pieniądze.

I jeszcze tej samej nocy położyła się do łóżka z dwoma chłopami, co przyjechali do niej taksówką aż gdzieś od strony Bart. Rano otworzyła sklep z pewnym opóźnieniem, a pysk miała czerwony od męskich zarostów, co ją w nocy jak szczotką ryżową tarły. Nie wdawała się w żadne wyjaśnienia, tylko w południe szepnęła do wdowy Janickowej: “Źle mi było — tak jak dawniej było, a tak jak wczoraj — to dobrze było...”

W przyrodzie także działy się sprawy zastanawiające. Jeszcze na dzień przed Wilią zupełnie ciepło było, aż w Wigilię mróz przyszedł wściekły i w ciągu jednego dnia grubą warstwą lodu skuł całe jezioro. W noc wigilijną rozpętała się zamieć śnieżna i padało przez całe święta. Na szosie powstały ogromne zaspy, w których uwiązł autobus komunikacyjny, dwutakt naczelnika Urzędu Gminnego w Trumiejkach i fiat z dwoma oficerami służby kryminalnej, których wciąż gnębiła sprawa zabitej latem trzynastoletniej Haneczki. Ale dobrze jest, gdy w zaspach ugrzęźnie samochód naczelnika gminy. Pojawiły się zaraz wielkie pługi śnieżne, przekopały się przez zaspy i odtąd można było wygodnie jeździć po drodze ze Skiroławek do Trumiejek, co w inne zimy należało do rzadkości.

Od owej zamieci śnieżnej w powietrzu panował spokój, nocami na niebie widziało się gwiazdy, a po polach i na pokrytym śniegiem jeziorze cisza i mróz dzwoniły w uszach, wypełniając dusze ludzkie ogromną radością. W grubym śniegu zające, dziki, łosie i sarny pozostawiały wyraźne i głębokie ślady; myśliwi i kłusownicy czyścili z oliwy swoją broń. Na górce koło szkoły od rana do wieczora pokrzykiwały dzieci jeżdżące na sankach, skrzypiały głośno korby studzien i rączki pomp, wesoło szczekały psy podwórzowe. Pisarz Lubiński zmiótł śnieg z tarasu nad garażem i w godzinach słonecznych wystawiał leżak, w którym spoczywał opatulony w kożuch i dwa koce, a wieczorami pracował nad powieścią o pięknej Luizie, która była nauczycielką wiejską i zakochała się w prostym mężczyźnie.

W spokojnym powietrzu z kominów snuł się aż pod niebo siwy, szary lub czarny dym, zależnie od tego, czy ktoś palił drewnem bukowym, czy sosnowym. I jedynie nad stromym dachem domu malarza Bogumiła Porwasza najmniejszy dymek się nie unosił, szyby pokrywał mróz, a na ogrodzonym siatką podwórzu tylko kot wąską jak nić ścieżynkę wydeptał. Zresztą kot nie był Porwasza, ale przychodził łapać myszy po sąsiedzku, od Galembków. Albowiem malarz Porwasz, o czym było we wsi powszechnie wiadomo, przebywał w Paryżu, dokąd na początku grudnia zawiózł swoje cztery obrazy, aby je tam sprzedać po godziwej cenie przy pomocy swojego marchanda nazwiskiem baron Józef Abendteuer. Owego barona nikt w Skiroławkach na oczy nie widział, ale znano go dobrze z opowiadań malarza Porwasza. Był Józef Abendteuer w jednej czwartej Żydem, w jednej czwartej Polakiem, w jednej czwartej Ormianinem i w jednej czwartej Niemcem. Obrazy Porwasza — przeważnie jesienne trzciny nad jeziorem — podobały się paryżanom, dlatego po każdym powrocie z zagranicy malarz Porwasz miał z czego żyć przynajmniej przez pół roku. W Polsce obrazów jego nikt kupować nie chciał, a jak dowiadywał się pisarz Lubiński, ani w stolicy, ani w innych miastach nikt o malarstwie Porwasza w ogóle nie słyszał. Ale pisarza Lubińskiego to nie dziwiło, bowiem o jego pisarstwie także od dawna nie wspominano w stolicy, a przecież Lubiński był mimo to pisarzem, i do tego nawet — jak twierdził Niegłowicz — zupełnie dobrym.

Malarz Porwasz cieszył się we wsi szczególnymi względami, nie korzystał bowiem z łatwych okazji i nie wchodził nikomu w drogę, ale przywoził do siebie coraz to inną panią, którą trzymał nie dłużej jednak niż miesiąc czy półtora. Panie były w różnym wieku i o różnej urodzie; niestety, z powodu niechlujnego trybu życia malarza oraz jego braku dbałości o jedzenie, wkrótce podupadały na zdrowiu i wyjeżdżały z płaczem, rozpowiadając, że “nie chciał dawać na życie” i muszą opuszczać Skiroławki, ponieważ “wyczerpały swoje oszczędności”.

I oto na dzień przed Sylwestrem nagle pojawił się we wsi malarz Bogumił Porwasz. W drodze do swego domu zatrzymał swój stary samochód typu ranchrover przed sklepem, gdzie jak zwykle w południe siedziało na ławkach kilku mieszkańców wioski. Był czterostopniowy mróz, a oni pili zimne piwo. Ci sami zresztą, co zawsze, a więc stary Kryszczak, młody Heniek Galembka, którego dwa razy przyjmowano do pracy w lesie i dwa razy go z niej wyrzucono, aż doszedł do wniosku, że może pozostać na utrzymaniu żony, jej krowy, świnek, kur, kaczek i gęsi. Siadywał na ławce cieśla Sewruk, Antek Pasemko oraz Franek Szulc, najstarszy syn Otto Szulca, godnego szacunku starca. Ale Otto Szulc wciąż nie przekazywał synowi gospodarstwa i ten nie kwapił się do roboty na ojcowskim polu. Mimo że miał lat prawie trzydzieści dwa, jeszcze się nie ożenił, i na złość ojcu dorabiał sobie na piwo, zatrudniając się dorywczo w brygadzie rybackiej.

Zajechał malarz pod sklep w Skiroławkach, wysiadł z samochodu, jak gdyby nigdy nic powiedział wszystkim “dzień dobry”, wszedł do sklepu i kupił dwie paczki tanich papierosów. Na przednim siedzeniu wozu siedziała nowa pani malarza. Natomiast z tyłu, na krytej skórą kanapie — leżała dachówka. Jedna zwykła gliniana dachówka. Dobrze wypalona, wabiąca oczy jasną czerwienią.

Malarz wsiadł do wozu i odjechał płosząc wróble, które grzebały w rudych kupkach końskiego nawozu, rozrzuconego na śniegu przed sklepem. I wtedy odezwał się stary Kryszczak:

— Po co malarzowi dachówka, skoro ma dom kryty eternitem?

I zaraz Heniek Galembka skoczył do sklepu po cztery butelki piwa, a reszta milczała, aby nie ośmieszyć się pochopną i nie przemyślaną wypowiedzią.

Pili piwo, palili papierosy. Ktoś wstawał z ławki i odchodził, inny przychodził i siadał. Aż do szesnastej, gdy sklepowa zamknęła kraty na drzwiach i poczłapała do domu.

A wtedy znowu powiedział stary Kryszczak:

— Książę Reuss, pamiętam, przywiózł z Paryża fotel wiklinowy. I papugę. Wszyscy pytali, po co mu fotel wiklinowy i papuga? A on siadł w fotelu i herbatę pił. A papuga gadała. Dwa słowa umiała: “raus” i “stille”.

O zmroku rozeszli się, a potem o dachówce mówiono w wielu domach. Przy świetle żarówek, przy włączonych telewizorach. We Frankfurcie nad Menem zabito naczelnika p...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin