Serce Na Temblaku.doc

(229 KB) Pobierz
Katarzyna Grochola

Katarzyna Grochola

Serce na temblaku

2002


Mojemu Ojcu,

Mojemu Bratu


Pędzel

 

 

Nawet mi się nie śniło, a może zapomniałam, że życie z mężczyzną może być tak wyczerpujące. A życie z Adamem wymaga ode mnie znacznie więcej uwagi, niż dotychczas sobie wyobrażałam. Na przykład nic nie mogę znaleźć. Oczywiście, że kiedy mieszkałyśmy same z Tosią, też czasami nie mogłam nic znaleźć, a były to bluzki albo spódnice, albo czarne spodnie, które są na mnie za ciasne, albo mój tusz do rzęs, albo moje cienie, a jak już w końcu coś znajdowałam, to u niej w pokoju.

Nie zamierzam, Boże broń, insynuować, jakoby Adam podprowadzał mi moją garderobę lub tusz do rzęs. Nie. Tutaj Tosia dzielnie dzierży palmę pierwszeństwa i na pewno jej nikomu nie odda. Ale nie miałam pojęcia, że pędzel z borsuka zmieni tak bardzo moje życie. I codziennie będzie mi uświadamiał, że, doprawdy, mam anielską cierpliwość do tego mężczyzny.

Ale po kolei.

Minęło już parę miesięcy od czasu, kiedy pędzel do golenia pojawił się w mojej łazience, a wraz z nim Adam, zwany Niebieskim. Z pędzlem i Adamem przybył też drugi komputer, zupełnie zbędne narzędzia w rodzaju piły skośnej elektrycznej, piły tarczowej, szlifierki i mnóstwa innych narzędzi, których nazw nawet nie staram się nauczyć. Nie wiem, po co socjologowi piła i szlifierka. I jeszcze parę innych rzeczy poprzywoził, a to ubrania męskie, a to książki, a to papier ścierny, a to cały barek dobrych alkoholi, z tym że tu się bardzo ucieszyłam, bo Ula też lubi dobre alkohole. Do pędzla przywiązuję wagę nadzwyczajną, bo jak mawia nasza nowa sąsiadka Renia, dopóki mężczyzna nie przyniesie do ciebie przyrządów do golenia, jesteś dla niego nikim.

Renia wprowadziła się pod koniec lutego do domku pod lasem, który budował się od jakichś siedmiu miesięcy. Domek, dobre sobie! Domek ma trzysta dwadzieścia metrów kwadratowych w parterze i niewykończoną górę. Renia natomiast ma wykończonego budową męża, który sprawia miłe wrażenie, ma też piękne, rude włosy do ramion, psa rottweilera, który sprawia wrażenie wprost przeciwne niż mąż Reni. Renia jest osobą bardzo zajętą, ponieważ zajmuje się domem. W tym celu ma jedną pomoc domową do gotowania, drugą panią do sprzątania w poniedziałki i piątki, samochód terenowy. No i Renia cierpi na brak czasu.

Od kiedy Renia zagościła w naszym wiejskim pejzażu, życie nabrało barw bardziej zdecydowanych, rudoczerwonych. Renie polubiłyśmy z Ulą bardzo, choć i Krzyś, i Adam na jej widok znikają, ale może to lepiej, bo Renia jest naprawdę atrakcyjna.

Więc (nigdy nie zaczynaj zdania od więc - jak mawia Moja Mama), więc kiedy Renia powiedziała mi o tych przyrządach do golenia i o tym, że szczoteczka do zębów to przyrząd przenośny i nawet ona w swoim terenowym ma szczoteczek parę, bo przecież nie wiadomo, co się może stać - zrozumiałam, że nie jestem dla Adama nikim, tylko kimś nadzwyczajnym.

Ale dzisiaj znowu bym się spóźniła przez ten pędzel od borsuka. Pędzla nie tykam, choć kupiłam mu go na imieniny, więc jest trochę jakby mój, ale krem do golenia to co innego, i nie wiem, dlaczego Niebieski krzyczy, że mu zużywam, skoro się umówiliśmy, że mogę. A ja nie krzyczę, ja za to nic nie mogę znaleźć na swoim miejscu, bo on chowa różne użyteczne rzeczy tam, gdzie nigdy bym nie wpadła, że mogą być schowane.

Na przykład dzisiaj rano. Mam spotkanie w sprawie wspaniałego interesu, który odmieni moje życie, z Bardzo Ważną Osobą. Osoba nazywa się Ostapko i jest niezwykle przedsiębiorcza. Ale nie zapeszam...

On zostaje w domu, bo robi badania. Jak Adam robi badania, to znaczy, że będzie się szwendał po domu, aż mu się znudzi, potem wyjdzie do ogrodu i skosi trawę, walnie sobie piwo z Krzysiem i będzie leżał w hamaku. I będzie myślał oczywiście.

A ja muszę pracować! Nie jest to sprawiedliwe, ale Adam mówi, że życie w ogóle nie jest sprawiedliwe.

Ale wracam do sedna sprawy. Sedno jest takie, że mam trzy minuty do kolejki, wpadam do pokoju, sięgam ręką na półkę z dramatami, na której obok kamieni z Cypru powinny stać moje perfumy. Nie stoją. Więc krzyczę:

- Gdzie, do cholery, są moje perfumy?

I wtedy z góry słyszę krzyk Tosi:

- Nie krzycz! Nie brałam!

- Przecież nie mówię, że brałaś - krzyczę – tylko pytam spokojnie!

- Nie pytasz, tylko oskarżasz! - krzyczy Tosia. - Ja cię znam!

- Jeśli tak mówisz, to znaczy, że brałaś! - krzyczę.

Tosia trzaska drzwiami na górze, Adam krzyczy z ogrodu:

- Dlaczego krzyczysz na Tosię?

Obudzi całą wieś! Która zresztą nie śpi, bo jest przed ósmą. Biegnę do okna, otwieram szeroko – jaki piękny dzień, słońce stoi wysoko nad brzozami, przecież to już maj, więc krzyczę przez okno:

- Czego tak krzyczysz, przecież ludzie chcą spać!

Adam macha na mnie ręką. Coś podobnego - parę miesięcy wspólnego mieszkania i już na mnie macha - i krzyczy:

- Nie słyszę!

Trochę go to usprawiedliwia, ale krzyczę:

- Widziałeś moje perfumy?

Ula wychyla się z okna i krzyczy:

- Dzieńdoberek!

Adam krzyczy z ogrodu:

- Cześć, Ula! - i do mnie: - Są na swoim miejscu!

Krzyczę do Uli:

- Cześć, przepraszam, że krzyczę, ale nie mogę znaleźć perfum!

Ula krzyczy ze zrozumieniem:

- Aha! To zapytaj Tosię!

Tosia krzyczy przez okno:

- Ja już mówiłam, że nie brałam!

Krzyczę do Adama:

- Nie ma!

Adam krzyczy:

- Sprawdź, sam kładłem!

Cofam się do pokoju, rzucam okiem jeszcze raz na półkę - proszę bardzo, Witkacy jest, o! Hemar się znalazł!, szesnaście kamieni, dzban na nalewki, kasety magnetofonowe, które powinny być zupełnie gdzie indziej, ale jeszcze nie wiem gdzie, a perfum nie ma.

Jestem zrozpaczona, muszę wyglądać oraz pachnieć jak kobieta interesu, a przez ten pędzel od borsuka nie znajdę perfum.

- Adam!

- Są na swoim miejscu!

- A gdzie mają swoje miejsce? - Inteligencja dała o sobie znać równocześnie z gwizdem kolejki. Właśnie odjeżdżała.

Biegnę do komórki. Oczywiście mam rację. Niebieski z czarnymi rękami grzebie przy kosiarce. Badania socjologiczne!

- Ty - mówię. - Dlaczego ruszałeś moje perfumy?

- Ty - mówi Adaśko. - Położyłem na półeczce w łazience.

W łazience! W łazience! W życiu nie trzymałam perfum w łazience! W łazience jest tyle innych rzeczy! Dlaczego tam mają stać jeszcze perfumy, które muszę mieć pod ręką, gdy sobie w ostatniej chwili przypominam, że mam być elegancką kobietą? I przecież w tej ostatniej chwili nie jestem na ogół w łazience!

Tak oto przez pędzel z borsuka w łazience spóźniam się na kolejkę.

Tosia wybiega do szkoły.

Jestem wściekła.

Adam mnie przytula tymi swoimi czarnymi łapami.

- Nie możesz jechać później?

Nie, absolutnie nie mogę, niech mnie w tej chwili odwozi, przed spotkaniem z Ostapko mam być jeszcze w redakcji, wściekną się, ale już, chociaż co prawda nieczęsto się zdarza, żebyśmy byli sami, zupełnie sami, i naprawdę to jest bardzo przyjemne, tak się trochę w tej komórce poprzytulać, ale natychmiast muszę wychodzić, czeka na mnie Naczelny oraz Ostapko, to jest bardzo ważna rozmowa, nie mogę w ogóle się spóźnić, ani minuty dłużej w tej komórce, Adam wchodzi do domu, bierze kluczyki, troszkę oczywiście go mogę pocałować, co mi szkodzi, dwie minuty nie zrobią różnicy, poza tym mogę wziąć samochód ewentualnie, jakby mi się znowu tak bardzo spieszyło, ale przecież nie pali się, zupełnie się nie pali...

Właściwie spokojnie mogę pojechać następną kolejką.

Albo jeszcze później.


Jest interes do zrobienia

 

 

Siedzę sobie w tej kolejce swojej ulubionej i zdecydowanie jestem szczęśliwa. Tyle dobrych rzeczy przydarzyło mi się w ciągu ostatniego roku. Co prawda nie pamiętam prawie, jak wygląda Ula, bo teraz mam zdecydowanie mniej czasu. Cały dom na głowie. I mężczyznę. Adam nie lubi pizzy, więc odpadły szybkie obiady z najbliższej pizzerii. Tosia jest zadowolona, ja mniej. Ale na ogół przyjemnie jest pichcić dla kogoś, kto jest tym zachwycony. I przyjemnie jest sobie z Adaśkiem posiedzieć w samotności - oczywiście względnej, bo przecież czasem do nas zajdzie Tosia z góry, jak sobie przypomni, że ma matkę. A najlepsze z tego wszystkiego jest to, że Adaśkowi w ogóle nie przeszkadza, że wyglądam tak, jak wyglądam, że Tosia bez przerwy czegoś od niego chce oraz że czasami trzeba wlać kreta w urządzenia sanitarne.

Tylko mniej mi się zrobiło czasu dla świata. Mańki nie widziałam od Bóg wie kiedy, Ule przynajmniej przez płot czasami złapię i pogadamy chwileczkę, Renia wpadnie raz na jakiś czas, ale poza tym... Z Agnieszką nie plotkowałam od miesięcy. Mężczyzna jest bardzo czasochłonny. Zupełnie o tym nie pamiętałam.

Dzisiaj skorzystam z okazji, że jestem w mieście, i spotkam się z Ostapko. To kapitalna dziewczyna, którą poznałam kiedyś w redakcji. Drobniutka, szarutka, o wesołej twarzy, bez przerwy zabiegana, coś robiła, coś jej nie wychodziło, zaczynała coś następnego, mieszkała kątem u znajomych, niesamowicie dzielna. A tydzień temu spotkałam ją przypadkiem po dłuższym niewidzeniu. Ludzie święci! Nie poznałam jej! Jak Feniks! Ktoś na mnie trąbnął na ulicy. Myślę sobie, świat nie jest do końca zły, jeśli na mnie jeszcze ktoś trąbi (na chodniku byłam). Nie odwróciłam się dumnie, bo co będę reagować na zaczepki, ale serce mi zaczęło pikać z radości. Trąbienie nie ustawało, a ja poczułam, jak prostują mi się plecki, a krok robi się sprężysty, co tu będę udawać. Dopóki się nie odwróciłam, udając zniecierpliwienie. I wtedy zobaczyłam Ewę. W jakim samochodzie! Nie znam się na samochodach, dopiero niedawno Adam, zaśmiewając się z mojej nieprawdopodobnej ignorancji, wytłumaczył mi, na czym polega różnica między sedanem a hatchbackiem. Zupełnie przypadkowo weszliśmy do salonu Nissana - stary opel Adama się rozlatuje. Weszliśmy, rzecz jasna, nie żeby kupić, kogo stać na taki samochód, ale żeby obejrzeć. I w jednym salonie zobaczyłam naraz trzy marki - Nissana, Sedana i Hatchbacka. Najbardziej mi się podobała ta trzecia - ale Adam dostał ataku śmiechu i musieliśmy wyjść. Całą drogę do domu tłumaczył mi, że sedan to wygląd taki samochodziasty, a hatchback to ścięty tył w każdej marce. Potem długo mówił o koniach i ich stosunku do pojemności, mocy, ABS, ASR, ESP itd. Wcale mnie to nie bawiło. W dalszym ciągu uważam, że w samochodzie najbardziej liczy się kolor.

W każdym razie wylądowałam z Ewą w knajpie. Mieszkanie wynajęte, samochód jej, ciuchy, że matko moja! Zupełnie niezależna finansowo osoba! A ja od Adama dostaję na rachunki, na całe szczęście zresztą. Bardzo byłam ciekawa, co to za praca, bo przecież nie z pensji redaktora. Ewa powiedziała, że to skutek dobrego inwestowania, pospłacała długi i myśli o wpłacie pierwszej raty na mieszkanie. A potem popatrzyła na mnie i powiedziała:

- Jeśli chcesz, mogę cię w to wprowadzić.

Ale oczywiście wcale nie chcę. Wystarczy mi to, co mam. Słyszałam o piramidkach i cudownych interesach, które potem się latami spłaca. Nie jestem idiotką. Ale Ewa przysięgła mi, że to nie żadna sieć bezpośredniej cudowności ani piramida, po prostu ma znajomego w Berlinie, który jest maklerem. I dobrze inwestuje.

Poza tym Adam na pewno byłby przeciwny takim cudom. On stoi mocno na ziemi. Ale spotkam się dzisiaj z Ostapko, bo skoro i tak będę w Warszawie, to co mi szkodzi. I miło popatrzyć na osobę, której się powiodło.

W redakcji jestem o trzynastej. Okazuje się, że notes z telefonami zostawiłam w domu, bo szukałam biletów na kolejkę i wszystko z torebki wyrzuciłam na stół. Ale nie wszystko z powrotem schowałam. Dzwonię do domu. Muszę przed czternastą skontaktować się z Ostapko! Od tego zależy moja przyszłość! Ach, jaki on ma miły głos, ten mój Niebieski!

Rzucam okiem na drzwi od pokoju, i szepczę w słuchawkę.

- Znajdź mi Ostapko.

Adam mówi:

- Nie ma.

Ja mówię:

- Leży na stole.

Adam mówi:

- Przeceniasz mnie. Słowo daję, że nie leży.

- Notes - mówię.

- Jest! - mówi ze zdumieniem. Idiota. Przecież mówiłam, że jest na stole. Przez chwilę w słuchawce słyszę tylko szelest kartek.

- Nie ma pod O.

Ja mówię:

- Oczywiście, że nie ma pod O. Chyba nie jestem głupia, żeby obcą osobę, do której miałam tylko raz zadzwonić w bardzo pilnej sprawie, pakować pod O, które już jest wypełnione do cna przez znajomych, którzy są na O.

Adam:

- To gdzie może być?

Logiczne jest, że matkę mam pod M, ojca pod K - kancelaria, brata pod S - bo tam mieszka, hydraulika pod W - jak woda, wodociągi pod P - projekt. Pedikiurzystkę mam albo pod N - nogi, albo pod G - Gośka, albo pod M - Małgośka, albo pod Z - zakład kosmetyczny, nie pamiętam dokładnie, ale jakie to ma znaczenie, skoro zawsze ją znajduję, gazownię pod X - bo tam było dużo wolnego miejsca. Więc Ostapko może być pod X albo Inne.

Adam mówi, żebym zadzwoniła za dziesięć minut, to może zdąży przeczytać cały mój notatnik z telefonami i zapoznać się z moim wyjątkowo rozczulającym sposobem prowadzenia notatek.

Nie chcę, żeby czytał cały! Ale muszę mieć telefon Ostapko. Odkładam słuchawkę i patrzę na zegarek. Mózg mój pracuje na przyspieszonych obrotach. Ostapko pracowała kiedyś w “Expressie Porannym”, to może być pod P. Albo pod G - gazeta, albo pod R - redakcje. Co prawda poznałam ją dzięki Agnieszce - to może być pod A. Chociaż Agnieszka nie jest pod A, tylko pod G - Grześki. To Ostapko może też być pod G. A nawet na pewno.

Dzwonię do domu, żeby powiedzieć Adamowi, gdzie ma szukać.

Zajęty!

Z kim on, do cholery, gada, jak ja czekam i czekam już chyba ze dwie godziny?

Dzwonię. Zajęty.

Wchodzi Naczelny i pyta, kiedy dostanie odpowiedzi na listy i czy wychodzę i gdzie, i czy wiem, że Napoleon chorował na taką chorobę, co to zmniejsza się i zmniejsza penis męski. Pierwsze słyszę i wykazuję chorobą Napoleona należne zainteresowanie, żeby odwrócić jego uwagę od pierwszych dwóch pytań. Jednak prawdą jest to, co twierdzi Renia - zwróć uwagę na penisa, a zapomną o wszystkim innym.

Okazuje się, że Naczelny przeczytał, że penis Napoleona miał dwa i pół centymetra. Zauważam uprzejmie, że to więcej niż średnia krajowa. Naczelny rozbawia się niemożebnie i mówi, że zawsze mu się miło ze mną rozmawia. O listach już nie wspomina. Zamyka za sobą drzwi, a ja rzucam się do telefonu.

Dzwonię.

Zajęty.

Zabiję go, jak wrócę do domu. Gdyby pędzel z borsuka nie stał w łazience, mój telefon nie byłby zajęty i mogłabym sobie spokojnie do siebie dzwonić! W porę sobie przypominam, że jednak mężczyzna w domu się przydaje - na przykład zaraz mi poda numer do Ostapko oraz skosi trawnik.

No i są jeszcze noce. Dużo powyżej średniej krajowej. Trochę się rozmarzam i wtedy dzwoni telefon. Adam!

- Boże, z kim ty tyle czasu gadałeś?

- Próbowałem się do was dodzwonić - mówi rozkosznie.

- Ale cały czas zajęte. Ostapko nie ma pod żadną literą w twoim notesie. Kto to jest H.M.?

O, psiakrew. To ja Hireczka nie wykreśliłam jeszcze na zawsze? To nie jest wygodne pytanie.

- Nie wiem - mówię słodko. - Może hydraulik.

- Hydraulików masz pod W. Dlaczego same inicjały?

- To pewno jakiś skrót - mówię. - Już dawno nieważny.

- A pod K masz Kochany Miś. Kto to jest Kochany Miś?

No wiecie, ludzie! Tak mnie sprawdzać? Nie po to jesteśmy razem, żebym była cały czas pod kontrolą! Kochany Miś? Nie mam pojęcia.

- Dlaczego ty mi grzebiesz w moich prywatnych rzeczach - postanawiam się zdenerwować. – Ostapko może być pod...

- Nie ma! Rozumiesz! Nie ma. Pod żadną literą. Za to jest dużo innych skrótów, na przykład - Szymon N. Kto to jest Szymon N.?

- Słuchaj, nie mogę z tobą rozmawiać w tej chwili, jestem w pracy, na miłość boską!

- A Hrabia? - Adam staje się dociekliwy. - To ten od jaj?

I wtedy sobie przypominam, że Ostapko jest pod E - bo ma na imię Ewa i na pewno nie zanotowałam nazwiska, żeby mi się nie pomyliło z innymi Ewami.

I oczywiście mam rację. Adam wzdycha i podaje mi numer.

- Masz trochę bałaganu w tym notesie – słyszę na koniec.

No wiecie, ludzie! Ja i bałagan! Przecież dokładnie wiem, co gdzie jest! Tylko troszkę się muszę zastanowić. Kiedyś postanowiłam zrobić porządek. Nic nie mogłam znaleźć! A on sobie spokojnie w domciu kosi trawkę i leży na słoneczku, i jeszcze mi robi uwagi - mężczyzna! Zupełnie jak, nie przymierzając, Moja Mama. Albo Mój Ojciec! Oni też uważają, że mam bałagan.

Wyłącza się, a ja dzwonię do Ewy Ostapko. Umawiamy się o szesnastej. A teraz, no cóż, muszę wziąć się do roboty i sprawdzić, która komisja wojskowa przyjmie pismo od rodziców zrozpaczonego Roberta G. z Pruszcza, który absolutnie do wojska się nie nadaje, i droga redakcjo, pomóż!

Dzwonię do Adama, żeby podał mi telefon do geodety, to zdążę załatwić mapkę. Geodeta jest pod U - Urząd Gminy. Geodeta może szybciutko zrobić mapkę, ale jutro wyjeżdża na urlop, więc mapkę trzeba dzisiaj odebrać. Więc dzwonię do Adama, żeby wsiadł w samochód i pojechał po tę cholerną mapkę. I przy okazji zrobił zakupy. Wiem, że się szwenda po domu, udając, że pracuje, ale ostatecznie ja też się nie obijam.

Do spotkania z Ostapko półtorej godziny, a ja nie mam co ze sobą zrobić. Kupka listów przede mną, przeglądam.

Droga Redakcjo,

całe swoje umiejętności wkładam w podłogi, ale mąż tego nie docenia. A i w pracy mam opinię, na którą nie zasługuję. Weźmy taki dzień, był to poniedziałek, jak dziś pamiętam, bo do niedzieli wieczór...

Nie, to bez sensu. Wolę pracować w domu, w redakcji mnie wszystko rozprasza. Ten wiecznie dzwoniący telefon! I rozmowy, i w ogóle! Tym bardziej że jestem sama i nie ma do kogo gęby otworzyć. To nie są warunki do pracy. Może skoczę do Mojej Mamy? Głupio się umówiłam z Ewą, cały dzień zmarnowany, a Adam tam sobie siedzi sam w domciu i jest mu przyjemnie.

Znów dzwoni telefon.

Jola!!! Od Tego od Joli. Że chciałaby przekazać alimenty (?) w imieniu Tego od Joli, bo on taki zapracowany, i czy możemy się spotkać, bo jej bardzo zależy. No wiecie, ludzie! Wszystkiego się mogłabym spodziewać, ale nie tego, że wyskoczę na przyjemny lanczyk z tą od Eksia. Nie widziałam jej od czasu, kiedy maszerowała z brzuszkiem i, niestety, wyglądała znakomicie. Nie wiem, dlaczego była żona ma się spotykać z teraźniejszą kobietą jego życia, która i tak jest przyszłą byłą. Ale tak dobrze jej nie życzę, o nie. Niech się z nim męczy do końca świata.

- Mam nadzieję, że nie sprawi to pani różnicy, bo mąż wyjechał i prosił...

Ależ skądże. Jaka to różnica, on czy ona. Na oko żadna. Podobna do niego jak dwie krople wody.

Nie do odróżnienia. Nie jest w stanie mi zaszkodzić. A więc pójdę na bardzo przyjemny lanczyk.

Ledwie zobaczyłam ją w drzwiach, wiedziałam, że się przeliczyłam. W pasie ma z sześćdziesiąt, i to po dziecku. Rączki jak pączki, gładziuchne. Paznokcie wypielęgnowane. Jest cool. Choć chyba oczka lekko podkrążone. Niestety, wydawało mi się. Nic na to nie poradzę, że nie przepadam za nią.

- Dzień dobry, jakże mi miło, przepraszam, ale łatwiej mi osobiście, mąż prosił, żebym dopilnowała, a nie mogę skontaktować się z Tosią.

Żmija. Niech zostawi moje dziecko w spokoju. Z Tosią to i ja się nie mogę skontaktować, bo koniec roku niedaleko i bez przerwy się uczy, głównie u koleżanek.

Kładzie na stoliku kopertę, którą skrzętnie chowam. Wcale nie mam ochoty na rozmowę, na cholerę zgodziłam się z nią spotkać, sama nie wiem. Chyba mnie odmóżdżyło.

- ...I w związku z tym ja do pani jak do matki...

O mały włos nie udławiłam się tuńczykiem. Chyba nie jej matki, na litość boską!

- Bo przecież państwo też mieliście dziecko – Jola patrzyła na mnie tymi swoimi niewinnymi oczami.

Jakoś nie myślałaś o tym wcześniej, flądro jedna. Nic cię nie obchodziło, że maleńkiemu dziecku zabierasz tatusia, który zresztą i tak nie miał dla niego nigdy czasu.

Właściwie od momentu rozwodu Tosia z nim więcej przebywa niż wcześniej. Właściwie ten rozwód to nie był taki zły pomysł. Właściwie niepotrzebnie się złoszczę na Jolę. To przecież dzięki niej jest Adaśko.

Ale przed oczami pojawiły mi się wszystkie sceny z moich ukochanych filmów, kiedy zła kobieta źle kończy - wpada do morza z samochodem ze skały, płonie w zamku, który się zapada w bagno, wypija truciznę, którą przygotowała komu innemu – więc uśmiechnęłam się uroczo i zapytałam, w czym mogę pomóc.

- Tak sobie pomyślałam, że skoro animozje między nami należą do przeszłości, to zwrócę się do pani jak kobieta do kobiety. Bo pani go jednak lepiej zna... - wyszeptała Jola, i z przykrością zauważyłam, że szyję miała pierwszej świeżości. - Chciałam zapytać, czy jak urodziła się Tosia, to on też... Co pani zrobiła, żeby go zatrzymać w domu?

- Jak pani najle...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin