Dick Philip K.- Czas poza czasem.rtf

(507 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

PHILP K. DICK

 

 

 

CZAS POZA CZASEM

 

(Przełożył: Robert Reszke)


Victor Nielson pchnął wózek wyładowany po brzegi ziemniakami. Gdy zamknęły się drzwi chłodni, wjechał na zaplecze sklepu, przystanął przy piramidzie prawie pustych skrzynek i zaczął rozładowywać warzywa, odrzucając zgniłe i uszkodzone. Dorodna bulwa wy­mknęła mu się z ręki. Schylił się, aby ją podnieść, rzucając przy tym spojrzenie na pełne kontenery. Spojrzał na uchylone drzwi, prowadzące na ulicę. Kilku przechodniów przeszło obok sklepu, jakiś klient wsiadł do volkswagena zaparkowanego przy latarni. Od wypolerowanych zderza­ków odbijało się letnie słońce.

- Czy to była może moja żona? - zapytał Lizę, korpulentną kasjerkę rodem z Texasu.

- Nie, z pewnością poznałabym ją - odpowiedziała, podając dwa kartony mleka i funt chudej wołowiny. Jakiś starszy jegomość obmacywał się po kieszeniach w po­szukiwaniu portfela.

- Chciała wpaść do mnie - ciągnął Vic. - Jeśli przyjdzie, niech mnie pani zawoła.

Margo miała dzisiaj zaprowadzić Sammy'ego na prze­świetlenie zęba. Był kwiecień. Gdy patrzył w kalendarz, nie mógł się uwolnić od dręczącej myśli o konieczności uisz­czenia podatku dochodowego. Właśnie mijał termin płat­ności, a stan konta niepokojąco opadł.

Nie mógł znieść przeciągającego się oczekiwania.

Podszedł do automatu obok półki z zupami w puszkach. Wrzucił dziesiątaka.

- Hallo - zgłosiła się Margo.

- Już go zaprowadziłaś na zdjęcie? Margo była zdenerwowana.

- Musiałam zadzwonić do doktora Milesa i przesunąć termin. W południe przypomniałam sobie, że właśnie dzisiaj z Annę Rubinstein miałyśmy pójść do Wydziału Zdrowia i zanieść nasze petycje. Musimy to zrobić dzisiaj, bo, jak słyszałam, teraz wchodzą w życie kontrakty.

- Jakie petycje?

- Chcemy zmusić magistrat do uprzątnięcia resztek z wyburzonych w zeszłym roku ruin. W zwalisku bawią się dzieci, a przecież nietrudno o wypadek. Pełno tam prze­rdzewiałego żelastwa i betonowych kloców.

- Nie możecie wysłać tego pocztą? - zapytał zniecierp­liwiony, lecz jednocześnie poczuł, że ciężar spadł mu z serca.

- Jak długo zamierzasz tam siedzieć? Czy to znaczy, że nie przyjedziesz po mnie?

- Nie wiem. W domu mam teraz zebranie sąsiadek. Nanosimy ostatnie poprawki. Jeśli nie będę mogła cię odwieźć do domu, zadzwonię, o’kay? Pa kochanie, muszę już lecieć.

Odwiesił słuchawkę i powlókł się do kasy. W sklepie było pusto. Liza miała czas na szybkiego papierosa. Uśmiechnęła się współczująco, pyzata jak księżyc w pełni.

- Jak z małym?

- W porządku. Pewnie się cieszy, że wizyta u dentysty odwlokła się do następnego miesiąca.

- Znam takiego starszego, miłego lekarza - zaszczebiotała Liza - ma chyba ze sto lat. A jaki zręczny: nigdy mnie nie bolało, gdy wyrywał zęby. Ot, po prostu wyciąga i po strachu.

Czerwono wylakierowanym paznokciem podniosła gór­ną wargę. Z lewej strony błysnęła złota koronka. Vica owionęła chmura dymu tytoniowego i zapach cynamonu.

- Widzi pan? Był taki wielki, ale nic nie bolało. W ogóle żadnego bólu!

Ciekawe, co powiedziałaby na to Margo, pomyślał. Jak by zareagowała, gdyby weszła teraz przez automatycznie rozsuwające się szklane drzwi i zobaczyła, jak wiszę przy ustach Lizy. Przyłapany na gorącym uczynku... Cóż to za osobliwy sposób podniecania się... Zaglądać kobiecie w zę­by.

Po południu sklep się wyludnił. Na ogół o tej porze klienci tłoczyli się przy kasie, lecz dzisiaj było prawie pusto. Recesja, to na pewno skutki recesji. Victor próbował wyjaśnić przyczynę zastoju w interesie. W lutym było pięć milionów bezrobotnych. To się daje odczuć.

Podszedł do wyjścia i obserwował przechodniów. Z pew­nością jest dzisiaj mniej ludzi niż zwykle. Wszyscy siedzą w domach i gorączkowo przeliczają oszczędności.

- Nie ma co liczyć na prosperity - odwrócił się w stronę kasy.

- A czym się pan przejmuje? - odpowiedziała Liza. - W końcu to nie pański sklep. Jest pan tylko pracow­nikiem, tak jak i cała reszta. A w dodatku mamy mniej roboty.

Jakaś klientka zaczęła wykładać na ladzie zakupy. Liza przebierała palcami po klawiszach kasy, nie przerywając rozmowy.

- Nie wierzę w żaden kryzys. To tylko straszenie demokratów. Pewnie skończyliby tę ponurą śpiewkę, gdyby gospodarka znowu wpadła w ich łapy.

- Nie jest pani demokratką? - zdziwił się. - Po­chodzi pani z Południa i nie jest pani demokratką?

- Już mam ich dosyć. Od kiedy tu zamieszkałam, zerwałam z nimi. Ponieważ jest to stan republikanów, ja także jestem republikanką.

Zadźwięczał dzwonek, Liza oderwała paragon, wydała resztę i zaczęła wkładać towary do papierowej torby.

Reklama „American Diner Cafe" z naprzeciwka przy­pomniała mu o filiżance kawy. Teraz był najbardziej stosowny czas na popołudniowy odpoczynek.

- Za dziesięć minut będę z powrotem. Poradzi sobie pani sama?

- Oh, skąd te wątpliwości... - Liza ciągle zmagała się ze stosem zakupów, które upychała w firmowej torbie. - Proszę tylko tak się uwinąć, żebym i ja mogła później wyjść. Chcę jeszcze przejść się po sklepach. Niech pan już idzie.

Wyszedł ze sklepu z rękoma w kieszeniach. Przez chwilę stał na skrzyżowaniu, wypatrując jakiejś przerwy w koro­wodzie samochodów tłoczących się na ulicy. Nigdy nie szedł do przejścia ze światłami, lecz przekraczał jezdnię w miejscu tuż naprzeciwko kawiarni, nie oszczędzając zresztą czasu, gdyż długo musiał czekać na jakiś przesmyk w sznurze wozów. Lecz należało to do poobiedniego rytuału, świadczyło o męskości, nie poddającej się wymo­gom przepisów ruchu drogowego, wymyślonych dla star­szych kobiet i dzieci.

Usiadł przy stoliku, który zajmował od lal. i z roztarg­nieniem mieszał brunatną, parującą ciecz.

- Marny dzień - odezwał się Jack Barnes. sprzedawca butów w Domu Mody Samuela, przysiadając się do stolika Vica. Jack był jak zwykle ospały i niemrawy, gdyż miał za sobą kilka godzin tkwienia w nie klimatyzowanym pomiesz­czeniu w nie przepuszczającej powietrza koszuli nylonowej.

- Wszystkiemu winna ta pogoda - ciągnął sennie.

- Ale jeszcze tylko kilka ciepłych wiosennych dni, a zacznie się wykupywanie rakiet tenisowych i kocherów.

Vic wygrzebał z kieszeni najnowszą broszurę Klubu Książki Miesiąca. Zapisali się do niego wraz z Margo przed paroma laty. gdyż mieszkali w dzielnicy, gdzie do lego rodzaju rzeczy przywiązuje się dużą wagę. Trzeba trzymać fason. Położył książkę na stoliku w ten sposób, aby i Jack mógł obejrzeć. Lecz sprzedawca butów nie wykazywał żadnego zainteresowania.

- Niech pan się zapisze do Klubu Książki Miesiąca

-zaproponował. - Trzeba się rozwijać intelektualnie

- Czytam przecież książki.

- Tak, pewnie te broszury z kiosku Beckera.

- Nie, naukowe. Dobrze pan wie, że Klub kupczy powieściami pornograficznymi, babrzącymi się w tych wszystkich wyuzdanych obrzydliwościach. Nie sądzę, żeby tego rodzaju lektura mogła być pomocna w dociekaniach naukowych.

- Dostałem z Klubu Zarys historii Toynbee'go. To z pewnością będzie odpowiadać pańskim zainteresowaniom.

Tom, którym się tak chwalił, otrzymał jako premię przy zapisywaniu się do Klubu. Co prawda, nie przeczytał go jeszcze w całości, lecz wiedział, że jest to książka w rodzaju tych, które z powodzeniem można ustawić na honorowym miejscu regału w salonie.

- Poza tym - dodał - wspomniana przez pana seria, choć nie należy do literatury najwyższego lotu, niewątpliwie jest mniej szkodliwa dla moralności niż pełne seksu filmy o nastolatkach, te z Jamesem Deanem i spółką.

Jack poruszając wargami przeliterował tytuł "Książki miesiąca".

- Powieść historyczna... O Południu i Wojnie Domo­wej. Zawsze to reklamują. Czy te starsze panie, wysiadujące godzinami w klubowych fotelach, nie nudzą się czytając ciągle to samo?

Vic nie miał jeszcze sposobności, aby dokładniej przej­rzeć broszurę.

- Nie biorę wszystkiego, co oferują - wyjaśnił. Spojrzał na tytuł: Chata wuja Toma. O autorze nie słyszał. Tak, nazwisko Harriet Beecher Stowe było mu obce. Książkę reklamowano jako niezwykle plastyczne przed­stawienie historii handlu żywym towarem w Kentucky, sprzed wojny secesyjnej. Dokumentalny zapis najbardziej okrutnych i nieludzkich praktyk, uderzających przede wszystkim w bezradne, niewinne czarne dziewczyny.

- O, to byłoby coś dla mnie - ucieszył się Jack.

- Ee... nie można się dać złapać na taki prosty chwyt. Wszystko, cokolwiek dzisiaj się pisze, reklamują tak samo.

- To prawda - zgodził się handlarz butami. - Nie ma dzisiaj żadnych zasad. Niech pan przypomni sobie te piękne dobre czasy sprzed wojny i porówna z naszymi. Cóż za różnica! Nie było wtedy mowy o nieuczciwości i prze­stępcach, i w ogóle o tych wszystkich brudach, których pełno wokół nas. Samochody, autostrady, bomby wodoro­we... wszystko dla młodzieży. Ciągłe podwyżki... Kto na tym zarabia?

Rozpoczęli niemrawą dyskusję. Popołudnie mijało wol­no i sennie, nie działo się nic godnego uwagi albo zgoła nic.

O siedemnastej Margo Nielson założyła płaszcz, wzięła kluczyki od samochodu i wyszła przed domu. Rozejrzała się wokół, lecz nigdzie nie mogła wypatrzeć Sammy'ego. Z pewnością gdzieś się bawi. Nie miała czasu go szukać. Spieszyła się, by zdążyć przywieźć Vica. Gdyby spóźniła się choć kilka minut, wróciłby autobusem.

Weszła z powrotem do domu. W pokoju siedział Ragle, jej brat, popijając z puszki piwo. Nieprzytomnie spojrzał na nią. Uniósł głowę i wymamrotał:

- Już wróciłaś?

- Nie mogę się zebrać. Sammy gdzieś przepadł. Mógł­byś zwrócić na niego uwagę, gdy mnie nie będzie?

- Oczywiście.

Z twarzy Ragle'a wyzierało takie zmęczenie, że na moment zapomniała o swoim pośpiechu. Patrzył na nią przekrwionymi, załzawionymi oczami, co chwila mrugając. Krawat zwisał niedbale, rękawy wysoko podwinięte, ręka drżała podnosząc do ust puszkę. Na podłodze rozesłane były notatki i wyciągi, z których korzystał w pracy. Otaczały go, a on siedział w środku. Dobrze zrobiłaby mu krótka przechadzka, lecz ciągle był zbyt zajęty.

- Ale nie zapomnij, że przed szóstą muszę zdążyć z tym wszystkim na pocztę.

Z segregatorów wystawały setki zapisanych kartek. Już od lat zbierał materiał: poradniki, diagramy, tabelki, przeróżne kompendia, encyklopedie. W tej właśnie chwili zapatrzył się w poszeregowane według kolejności wysyłki kopie diagramów, sporządzone na przepuszczającej światło folii. Przesuwał je tak długo, aż otrzymał coś, co nazywał 10 „wzorem". Margo już parę razy próbowała zorientować się, na czym polega ta metoda, lecz nigdy nie dokonała lej sztuki. I dlatego nigdy nie wygrała.

- Jak daleko już zaszedłeś?

- Właśnie ustaliłem czas. Czwarta po południu. Teraz muszę jeszcze... - skrzywił się - ustalić współrzędne w przestrzeni.

Na długim kawałku dykty rozłożył papiery z dzisiejszym zadaniem dostarczonym przez poranne gazety. Setki malut­kich, chaotycznie ponumerowanych kwadratów. Ragle znalazł element określający czas, oznaczony kratką z liczbą 344. Widziała szpilkę z czerwoną główką. Ale miejsce...

Najwyraźniej było to dużo trudniejsze do rozwiązania.

- Daj sobie spokój na parę dni - usiłowała wpłynąć na nieustępliwego brata. - Ciężko pracowałeś przez ostatnie dwa miesiące i zasłużyłeś na jakiś relaks.

- Jeśli przestanę, wypadnę z formy. Stracę wszystko - wzruszył ramionami. - Stracę wszystko, co już wy­grałem od 15 stycznia.

Za pomocą suwaka logarytmicznego znalazł punkt przecięcia kilku linii.

Każdą wysyłkę, wyjaśniał siostrze, opatrywał datą, kopię zaś składał w archiwum. Dzięki temu rosły szansę na zagarnięcie najwyższej stawki. Im dłuższą miał praktykę i więcej danych, tym prostszą stawała się cała ta zabawa. Takie przynajmniej wnioski należało wysnuć beznamiętnie obserwując grę, lecz ostatnio wydawało mu się że odnaj­dywanie właściwych liczb i miejsc staje się coraz trudniejsze. Dlaczego? - zapytała go pewnego razu widząc, jak brat marnieje w oczach.

- Ponieważ nie mogę sobie pozwolić na przegraną - wyjaśnił. - Im częściej trafiam, tym więcej pracy muszę wkładać w to, aby ciągle być bezbłędnym.

Konkurencja deptała mu po piętach. Zapewne już dawno stracił trzeźwy osąd zysków i strat. Zwyciężał zawsze. Miał talent i umiał go właściwie używać. Lecz to, co w przeszłości rozpoczynał jako niewinną zabawę w roz­wiązywanie wyrafinowanych zagadek, z biegiem lat stało się codziennym przykrym obowiązkiem lub, w najlepszym wypadku, czynnością pozwalającą zarobić parę dolarów. W tej chwili nie umiał już przestać.

Zapewne na tym polega cała ta sztuczka, rozmyślała Margo, wyślesz raz i już wpadłeś w ich sidła, mają cię na całe lata i nawet życia nie starczy, by odebrać przy kasie nędzne parę centów.

Lecz nie - Ragle ustawiał się często po wypłatę, gazeta sumiennie wywiązywała się ze zobowiązań. Nie miała pojęcia, jak wysokie mogły być te sumy, lecz najwidoczniej sięgały co najmniej stu dolarów tygodniowo. W każdym razie było to tyle, że mógł się z tego utrzymać.

Pracował jednak zbyt dużo. Więcej, niż gdyby miał jakąś regularną pracę. Od ósmej rano, gdy chłopak rzucał gazety na werandę, aż do dziewiątej lub dziesiątej w nocy. Nieustanne poszukiwania. Wysubtelnianie metod. A przede wszystkim - stała obawa przed popełnieniem błędu. Jeden jedyny błąd i wszystko przepadnie. Wcześniej lub później i tak nadejdzie ta chwila. Oboje o tym wiedzieli.

- Przynieść ci kawę? - zapytała Margo. - Zanim wyjdę, zrobię ci kanapkę. Przecież nie jadłeś obiadu... Kiwnął głową, błądząc myślami gdzieś daleko. Zdjęła płaszcz, odłożyła torebkę i poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę, wypatrując czegoś, co szybko można byłoby podać na stół. Gdy stawiała talerz, drzwi wejściowe skrzypnęły, w progu zaś stanął Sammy wraz z psem sąsiadów, obaj ciężko zdyszani, z trudem łapiący oddech.

- Pewnie słyszałeś, jak otwierałam lodówkę?

- Jestem strasznie głodny - powiedział Sammy. - Czy dostanę mrożonego hamburgera? Nie musisz od­grzewać, zjem zimnego. Taki jest lepszy. Je się dłużej!

- Wsiadaj do samochodu. Zaraz zrobię podwieczorek dla wujka Ragle'a i pojedziemy do supermarketu po ojca. Przy okazji zabierz stąd tego psa. To nie jego dom.

- W porządku - powiedział Sammy. - Założę się, że w sklepie dostanę coś do jedzenia. Drzwi trzasnęły.

- W końcu go znalazłam - postawiła przed bratem talerz i szklankę soku jabłkowego. - Już nie musisz zaprzątać sobie głowy. Biorę go ze sobą. Ragle wziął kanapkę.

- Wiesz, myślę, że byłoby lepiej, gdybym zaczął grać na wyścigach konnych. Uśmiechnęła się.

- Nic byś nie wygrał.

- A może...

Już od godziny pociąga ciepłe piwo z tej samej puszki. W jaki sposób może zajmować się tymi skomplikowanymi rachunkami pijąc ciepłe piwo? - zastanawiała się w duchu, biorąc płaszcz i torebkę. Wyszła do samochodu. Przecież to działa jak narkoza. Mijała rabatki, pchnęła furtkę, podeszła do wozu. Przyzwyczaił się pewnie w wojsku. Razem z kolegą stacjonował przez dwa lata na małym rozkosznym atolu na Pacyfiku, konserwując urządzenia meteorologiczne i radionadajnik.

Popołudniowy ruch był jak zwykle duży. Lecz wy­służony volkswagen zręcznie lawirował między pojazdami i parł naprzód. Większe, niezgrabne auta stały w miejscu niczym żółwie na plaży. To najlepszy nasz zakup, pomyś­lała. Bardzo praktyczne posunięcie z tym kupnem za­granicznego wozu. Prawie wieczny. Ci Niemcy mają wy­czucie. Budują niezwykle precyzyjnie. Tylko skrzynia bie­gów trochę nie pasuje do wzorca idealnego samochodu... ale po piętnastu tysiącach mil na liczniku... wszystko może się wydarzyć. Świat też nie jest bez skazy. Bomby wodoro­we, Rosja, wzrost cen... Sammy, z nosem przylepionym do szyby, przerwał te rozmyślania.

- Dlaczego nie mamy mercedesa? Czemu ciągle jeź­dzimy tym przysadzistym kufrem na czterech kółkach?

Oto, czego się doczekała. Własną piersią wykarmiła zdrajcę.

- Posłuchaj, młody człowieku. Nie znasz się na samo­chodach. Nie płacisz podatku drogowego, nie musisz się przeciskać zatłoczonymi ulicami i nie myjesz wozu. A skoro tak, to możesz zatrzymać te poglądy dla siebie.

Sammy skrzywił się pogardliwie.

- Taka zabawka, zupełnie jak samochód dla dzieci...

- Powiedz to ojcu!

- Nie dbam o jego zdanie.

Patrząc ciągle na chłopaka nie zauważyła nadjeżdżają­cego z naprzeciwka autobusu. Zatrąbił. Przeklęte pudło. Zręcznie wyminęła olbrzyma, przez trotuar przejechała obok neonu „Penny Supermarket" i zaparkowała przed wejściem.

- Nareszcie jesteśmy - odwróciła się do syna. - Mam nadzieję, że nie przybyliśmy za późno.

- Wejdźmy do środka! - krzyknął.

- Nie, poczekamy tutaj.

Obserwowali długą kolejkę wolno przeciągającą przed kasami. To ostatnie chwile robienia zakupów. Klienci pchali załadowane po brzegi wózki i wychodzili na parking. Automatyczne drzwi otwierały się i zamykały. Słychać było warkot uruchamianych silników, trzaskały klapy bagaż­ników.

Przepiękna, lśniąca, czerwona limuzyna majestatycznie zawinęła przed garbusem. Oboje przypatrywali się z po­dziwem.

- Zazdroszczę tej kobiecie - westchnęła Margo. Krążownik szos był tak piękny, jak jej volkswagen. Ale oczywiście zbyt wielki, by mógł być praktyczny. W każdym razie...

Być może w przyszłym roku będzie okazja, żeby wymie­nić garbusa na nowy wóz. Na szczęście, używane volkswageny są ostatnio w cenie. Koszty prawie się zwrócą... Czerwona limuzyna płynnie włączyła się w ruch.


Tego samego wieczoru o pół do ósmej Ragle Gumm wyjrzał przez okno w salonie i dostrzegł zbliżające się ciemne sylwetki Black'ów. Blade światło latarni pozwalało dostrzec jakiś przedmiot, który dźwigała Junie - skrzynkę albo karton. Ragle jęknął.

- Co się stało? - zaniepokoili się Margo i Victor, gapiący się w telewizor. Na ekranie widniał profil Sida Caesara.

- Wizyta - podniósł się z fotela. W tej samej chwili u drzwi zadźwięczał dzwonek. - Sąsiedzi. Niestety, nie da się ukryć, że jesteśmy w domu.

- Może się wyniosą, gdy zobaczą, że oglądamy film - z nadzieją odezwał się Vic. Blackowie, rozpierani ambicją, przekonani, że wdrapali się na wyższy szczebel drabiny społecznej, utrzymywali, że wzięli rozbrat z telewi­zją i wszystkim, co od niej pochodzi, niezależnie od tego, czy na ekranie można było podziwiać wygłupy clownów, czy transmisję beethovenowskiego Fidelia z Wiener Staat-soper.

Vic powiedział kiedyś, że nawet gdyby telewizja obwieś­ciła ponowne przyjś...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin