DANIELLE Steel
Paczka przyszła w śnieżne popołudnie, dokładnie dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Starannie zapakowana, zawiązana sznurkiem, tkwiła pod drzwiami, kiedy wróciłam z dziećmi do domu. W drodze do domu zatrzymaliśmy się w parku. Siedziałam na ławce, uważając na dzieci, a myśląc o niej, jak prawie bez przerwy przez ostatni tydzień. Mnóstwa rzeczy nigdy o niej nie wiedziałam, wielu się tylko domyślałam, tyle było zagadek, do których tylko ona miała klucz. Najbardziej żal mi było, że nie wypytywałam o jej życie, kiedy jeszcze miałam okazję, ale po prostu uznałam, że to nieważne. Była w końcu stara, jakie to mogło mieć znaczenie? Sądziłam, że wiem o niej wszystko.
Była babcią o tańczących oczach, uwielbiała jeździć ze mną na wrotkach, nawet kiedy miała już z górą osiemdziesiątkę, piekła pyszne ciasteczka i zwracała się do dzieci w swoim miasteczku jak do dorosłych, co świetnie ją rozumieją. Była bardzo mądra i bardzo zabawna, więc dzieci za nią przepadały. A jak już bardzo się naprzykrzały, pokazywała im sztuczki karciane. Okropnie im się to podobało.
Miała ładny głos, grała na bałałajce i śpiewała cudowne stare romanse rosyjskie. Wydawało się, że ciągle się krząta, coś śpiewa, nuci. Do samego końca była zwinna i pełna gracji, wszyscy się nią zachwycali. Kiedy już ktoś ją poznał, nie mógł jej nie kochać. Właściwie nikt z nas dotąd jej nie znał. Nikt nie rozumiał, kim przedtem była, gdzie mieszkała, z jakiego nieprawdopodobnego świata przybyła. Wiedzieliśmy, że urodziła się w Rosji, do Vermontu przy jechała w 1917 roku, a trochę później wyszła za mąż za dziadka. Naszym zdaniem była tu zawsze, niezmienna część naszego życia. Jak zwykle w przypadku starych ludzi, uważaliśmy, że zawsze była stara.
Nikt z nas właściwie nic o niej nie wiedział, a teraz odkładane pytania pozostały bez odpowiedzi. Mogłam tylko pytać samą siebie, dlaczego nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby pytać ją. Dlaczego nigdy nie byłam ciekawa odpowiedzi?
Mama umarła dziesięć lat wcześniej. Chyba nawet ona nie znała odpowiedzi na niezadane pytania i wcale nie chciała ich znać.
Wdała się raczej w ojca, poważna, rzetelna, jak przystało na mieszkankę Nowej Anglii, chociaż dziadek aż taki nie był. Była jednak małomówna jak on i nieprzenikniona. Mało mówić, mało wiedzieć i nie wtykać nosa w tajemnice innych światów, czyli w życie innych. Chodziła do super marketu, kiedy była przecena pomidorów albo truskawek, a jako osoba praktyczna, która żyje w świecie materialnym, miała niewiele wspólnego z własną matką. Najlepiej pasowało do niej słówko solidna, a nie jest to pojęcie, które kojarzyłoby się z jej matką, babcią Dań, jak ją nazywałam.
Babcia Dań była jak z bajki. Eteryczna lekkość, złoty pyłek elfa, anielskie skrzydła, wszystko czarodziejskie, świetliste i pełne wdzięku. Te dwie kobiety były absolutnie do siebie niepodobne, i to właśnie babcia przyciągała mnie jak magnes, jej serdeczność i delikatność ujmowała mnie tysiącem niewymownie wdzięcznych gestów. To babcię Dań kochałam nad życie i to po niej tęskniłam tak rozpaczliwie w to śnieżne popołudnie w parku, głowiąc się, co ja bez niej pocznę. Umarła dziesięć dni wcześniej w wieku dziewięćdziesięciu lat.
Kiedy mama zmarła, a miała wtedy pięćdziesiąt cztery lata, było mi smutno, poza tym wiedziałam, że będzie mi jej brak. Będzie mi brak poczucia stałości, poczucia pewności, jakie mi zapewniała, miejsca, do którego mogłam wracać jak do domu. Ojciec ożenił się z jej najlepszą przyjaciółką w rok po śmierci mamy, ale nawet tym niespecjalnie się przejęłam. Miał sześćdziesiąt pięć lat i schorowane serce, potrzebował więc kogoś, kto by mu gotował obiady. Connie była od wieków jego przyjaciółką i nadawała się na dublerkę mamy. Nie ubodło mnie to. Rozumiałam. Nie rozpaczałam po mamie. Ale babcia Dań... Świat bez niej stracił dla mnie połowę uroku. Wiedziałam, że już nigdy nie usłyszę jej śpiewu, jej zadzierzystej niszczyzny... Po bałałajce od dawna już nie było śladu. Razem z Babcią odeszła jednak jakaś aura szczególnego niepokoju. Wiedziałam, że moje dzieci nigdy nie zrozumieją, co straciły. Była dla nich po prostu bardzo starą kobietą z dobrocią w oczach i śmiesznym akcentem... ale ja wiedziałam więcej. Ja właśnie wiedziałam, co tracę, i to bezpowrotnie. Była niezwykłym człowiekiem, istotą czarodziejskiego gatunku. Gdy się ją poznało, nie sposób jej było zapomnieć.
Paczka długo leżała na stole w kuchni, kiedy dzieci z krzykiem domagały się kolacji, a potem gapiły na telewizję, gdy szykowałam jedzenie. Byłam tego popołudnia w supermarkecie. Kupiłam wszystko, żeby upiec z nimi świąteczne ciastka. Mieliśmy je piec właśnie tego wieczora, żeby dzieci mogły w szkole poczęstować nauczycieli. Katie zamiast kruchych ciasteczek chciała robić babeczki, ale Jeff i Matthew godzili się tylko na gwiazdkowe dzwonki z czerwono-zieloną posypką. Wieczór był odpowiedni, bo Jack, mój mąż, akurat był poza miastem. Wyjechał służbowo na trzy dni do Chicago. Tydzień wcześniej wybrał się ze mną na pogrzeb, był serdeczny i miły. Wiedział, ile dla mnie znaczyła, ale jak to jest w zwyczaju, pozwolił sobie zauważyć, że przeżyła piękne, długie życie i można się pogodzić z tym, że teraz odeszła. Kto może, ten może. Ja czułam, że mi ją zabrano podstępem, bo co z tego, że miała dziewięćdziesiąt lat.
Nawet po dziewięćdziesiątce była piękna. Proste, siwe włosy zaplatała jak zwykle w długi warkocz, a przy ważnej okazji upinała ściśle w koronę. Przez całe życie tak się czesała. Odkąd pamiętam, wyglądała zawsze tak samo. Proste plecy, szczupła sylwetka, niebieskie oczy, tańczące, kiedy na mnie patrzyła. Piekła takie same ciasteczka, jakie miałam zamiar upiec tego wieczora, nauczyła mnie, jak się to robi. A kiedy już je upiekła, przypinała wrotki i z gracją śmigała po kuchni. Czasem doprowadzała mnie do śmiechu, a czasem do płaczu swoimi cudownymi opowieściami o baletnicach i książętach.
To ona pierwszy raz zabrała mnie na balet. Gdybym jako dziecko miała tę szansę, chciałabym móc z nią tańczyć. Ale w Vermoncie, tam gdzie mieszkaliśmy, nie było szkoły baletowej, a mama nie życzyła sobie, żeby to babcia mnie uczyła. Parę razy próbowała w kuchni, ale mama uważała, że ważniejsze jest odrabianie lekcji, pomoc w domu i w oborze, gdzie mój ojciec trzymał dwie krowy. Nie gustowała w fanaberiach jak jej matka. Ani taniec, ani muzyka nie zmieściły się w moim dzieciństwie. Cudowność i tajemnica, wdzięk i sztuka, ciekawość świata o ileż rozleglejszego niż mój: to wszystko dawała mi babcia Dań, kiedy siedziałam i całymi godzinami słuchałam jej w kuchni.
Zawsze ubierała się na czarno. Zdawało się, że ma nie przeliczony zasób znoszonych czarnych sukienek i śmiesznych kapeluszy. Gustowna schludność z odcieniem pewnej naturalnej elegancji. Ale nigdy żadnych ekstrawaganckich toalet.
Jej mąż, mój dziadek, umarł, kiedy byłam dzieckiem: atak influency skończył się zapaleniem płuc. Kiedyś, w wieku dwunastu lat, zapytałam, czy go kochała, to znaczy... czy go kochała tak naprawdę... Spojrzała na mnie zaskoczona, a potem uśmiechnęła się powoli i odpowiedziała po chwili namysłu.
- Pewnie, że tak. - Powiedziała to z miłym rosyjskim akcentem. - Był dla mnie bardzo dobry. Był wspaniałym mężczyzną.
Nie było to dokładnie to, co chciałam usłyszeć. Chciałam wiedzieć, czy kochała go do szaleństwa, jak któregoś z książąt, o których opowiadała mi bajki.
Dziadek nigdy nie wydawał mi się szczególnie przystojny, a przy tym był znacznie starszy od niej. Na zdjęciach, które widziałam, był bardzo podobny do mojej matki, po ważny i trochę surowy. W tamtych czasach ludzie nie uśmiechali się na fotografiach. Nabierali przez to jakiegoś cierpiętniczego wyglądu. Z trudem wyobrażałam sobie ich oboje razem. Był od niej starszy o dwadzieścia pięć lat. Poznała go w 1917 roku, po przyjeździe z Rosji do Ameryki, Pracowała w jego banku, dziadek zaś stracił pierwszą żonę wiele lat wcześniej. Nie miał dzieci i nie ożenił się powtórnie. Babcia Dań zawsze mówiła, że był okropnie samotny, kiedy go poznała, i bardzo dla niej miły, ale nigdy nie wdawała się w objaśnienia. Musiała być wtedy piękna, zapewne olśniła go, nawet wbrew jego woli. Pobrali się w szesnaście miesięcy po poznaniu. Mama urodziła się w rok później, więcej dzieci nie mieli. Tylko to jedno. Świata nie widział poza mamą, pewnie dlatego, że była taka do niego podobna. Wiedziałam to wszystko od zawsze. Nie wiedziałam natomiast, w każdym razie nie na pewno, co było wcześniej. Kim była babcia Dań w młodości, skąd dokładnie i dlaczego przyjechała. Szczegóły historyczne w dzieciństwie wydawały mi się nieistotne.
Wiedziałam, że tańczyła w petersburskim balecie, że po znała cara, ale mamie się nie podobało, że babcia mi o tym opowiada. Mówiła, że nie ma co nabijać mi głowy głupimi pomysłami na temat cudzoziemców i miejsc, których nigdy w życiu nie zobaczę, a babcia stosowała się do życzeń córki. Rozmawiałyśmy o znajomych z Vermontu, o miejscach, w których bywam, o tym, co robię w szkole. Tylko kiedy szłyśmy na ślizgawkę na jeziorze, miała przez chwilę rozmarzone oczy, a ja wiedziałam, że myśli o Rosji i o ludziach, których tam znała. Mogła o tym mówić lub nie, oni i tak w niej tkwili, byli jej cząstką, którą kochałam i bardzo chciałam poznać, cząstką tak dla niej ważną, że odczuwałam to nawet wtedy, ponad pięćdziesiąt lat po jej rozstaniu z nimi. Wiedziałam, że jej najbliżsi krewni, ojciec i czterej bracia, zginęli w czasie wojny i rewolucji, walcząc po stronie cara. Ona wyjechała do Ameryki i nigdy już ich nie zobaczyła. Zaczęła nowe życie w Vermoncie. Ale przez cały czas pamięć o tych ludziach, których znała i kochała, wplatała się w tkankę jej codzienności, w osnowę jej życia, i nie sposób było uciec od tego wątku, choćby nawet zasnuła go tyloma innymi nitkami.
Któregoś dnia, szukając na strychu jakiejś jej starej sukienki, żeby się przebrać na zabawę szkolną, znalazłam jej baletki. Tkwiły tam, w otwartym kufrze na strychu. Po rządnie znoszone, w moich rękach wydawały się miniaturowe. Wytarte noski miały w sobie coś czarodziejskiego, kiedy delikatnie dotykałam palcami satyny. Później zagadnęłam ją o te pantofle.
- Och - powiedziała, z początku zaskoczona, a potem roześmiała się, odmłodzona nagle wspomnieniem. - Tańczyłam w nich ostatniego wieczoru w Petersburgu, w Teatrze Maryjskim... Była cesarzowa... I wielkie księżniczki...
Tym razem zapomniała o zmieszaniu.
- Tańczyliśmy Jezioro łabędzie - opowiadała, myślami o milion kilometrów od Vermontu. - To był cudowny spektakl... Nie wiedziałam wtedy, że mój ostatni... Nie wiem, po co zachowałam te pantofle... To wszystko było już tak dawno, kochanie.
Jakby zatrzasnęła drzwi za wspomnieniami. Podała mi kubek gorącej czekolady z mnóstwem bitej śmietany, po sypanej tartą czekoladą i cynamonem.
Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym balecie, ale znikła na dłużej, a potem wróciła z robótką, kiedy odrabiałam lekcje w kuchni. Nie miałam już okazji zapytać ją tego wieczoru ani kiedykolwiek później, nawet po latach. A może zapomniałam o baletkach. Wiedziałam, że tańczyła w balecie, wszyscy to wiedzieliśmy, ale trudno mi było ją sobie wyobrazić jako primabalerinę. Była moją babcią, babcią Dań, jedyną babcią w mieście, która miała własne wrotki. Wkładała je dumnie do którejś czarnej sukienczyny. A znów kiedy wybierała się do miasta, zwłaszcza do banku, zawsze brała kapelusz, rękawiczki i ulubione kolczyki. Wyglądała, jakby miała coś ważnego do załatwienia. Nawet kiedy odbierała mnie ze szkoły swoim przedpotopowym samochodem, wydawała się dostojna i uszczęśliwiona moim widokiem. Nie było trudno zauważyć, kim jest, a za to okropnie trudno pamiętać, kim była kiedyś. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że nigdy nie chciała, byśmy pamiętali. Była osobą, którą się stała, wdową po dziadku, matką mamy, babcią, co piecze rosyjskie ciasteczka. Cóż mogło być poza tym: za dużo do zmyślenia, ba, nawet do zrozumienia.
Zastanawiałam się, czy babci Dań zdarza się budzić w nocy i wspominać, co czuła, tańcząc w Jeziorze łabędzim przed carycą i jej córkami, czy też zarzuciła te wspomnienia wiele lat temu. Bogu dziękując za życie wśród nas w Vermoncie? Te dwa okresy jej życia były zupełnie różne. Tak bardzo różne, że pozwalały nam wszystkim zapomnieć o jej przeszłości, uwierzyć, że jest teraz kimś innym niż w Rosji. A ona pozwalała nam w to wierzyć przez wszystkie te lata. I na odwrót, to myśmy jej pozwalali zapomnieć o tamtym, wręcz zmuszaliśmy ją do zapomnienia, stworzyliśmy sobie wygodny obraz jej obecnej. W moim wyobrażeniu nigdy nie była młoda. W pojęciu mojej matki nie była ani piękna, ani zachwycająca, ani nie była baletnicą. Jej mąż był przekonany, że należała do niego od zawsze. Słyszeć nawet nie chciał o jej ojcu i braciach. Byli częścią świata, od którego chciał ją na zawsze oddzielić. Pewnie wolał, żeby nie pamiętała.
Należała do niego, dopóki nie umarł i nie zostawił nam jej w spadku. Mnie bardziej niż mamie. Mamie nigdy nie była bliska, a mnie tak. Ukochana babcia, która znaczyła dla mnie wszystko... jej fantazja zrobiła ze mnie człowieka, którym jestem, jej wyobraźnia dodała mi odwagi do opuszczenia Vermontu. Po collegeu wyjechałam do Nowego Jorku, znalazłam pracę w reklamie, wreszcie wyszłam za mąż i urodziłam trójkę dzieci. Wyszłam za przyzwoitego człowieka, żyję, jak chcę, nie pracuję od siedmiu lat. Zamierzam wrócić do pracy, jak dzieci trochę podrosną i nie będą mnie tak potrzebowały, gdy już nie będę czuła, że muszę być z nimi w domu i piec ciasteczka.
A kiedy sama podrosnę, kiedy się zestarzeję, chcę się stać taka jak babcia Dań. Jeździć na wrotkach po własnej kuchni, chodzić na ślizgawkę, co robiłam z nią i dalej uwielbiam robić. Chcę, żeby moje dzieci i wnuki się śmiały i pamiętały, w co się z nimi bawiłam. Żeby pamiętały dzwonki choinkowe i wspólne ze mną ubieranie drzewka i czekoladę na gorąco, którą przygotowuję dokładnie tak jak ona, kiedy odrabiają lekcje. Żeby moje życie coś dla nich znaczyło i żeby czas, kiedy jestem z nimi, to było coś. Ale żeby też wiedziały, kim byłam i skąd się tu wzięłam, i że bardzo kochałam ich ojca.
W moim życiu nie ma tajemnic, żadnych ukrytych opowieści, żadnych triumfów, takich jak jej, kiedy tańczyła w Jeziorze łabędzim w ostatnich chwilach carskiej Rosji. Nie mogę sobie teraz nawet wyobrazić, jakie musiało być jej życie albo ilu rzeczy musiała się wyrzec, kiedy tu przy jechała. Nie mieści mi się w głowie, jak można nigdy o tym nie mówić i jak można porzucić wszystkich, których się kochało. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak można się przenieść do takiego Vermontu, kiedy się przyjechało z Rosji. Chciałabym wiedzieć, dlaczego nigdy nic więcej o tym mi nie powiedziała. Może po prostu dlatego, że nie chcieliśmy, żeby była tancerką Daniną Pietroskową. Miała być babcią Dań i już, matką, żoną i babcią. Tak nam było łatwiej, nie musieliśmy się do niczego dopasowywać. Nie czuliśmy, że jesteśmy czymś mniejszym niż jej poprzednie życie, mniejszym niż to, kim sama dawniej była. Skoro nigdy jej nie znaliśmy, nie znaliśmy też, nie czuliśmy jej bólu, smutku, utraty, żałoby po samej sobie. A dziś, kiedy o niej myślę, żal mi, że nie wiedziałam o niej więcej. Żal. że nie mogłam widzieć jej wtedy, być z nią tam.
Odłożyłam paczkę na bok, żeby razem z Jeffem i Mattem przygotować gwiazdkowe dzwonki, od stóp do głów obsypując się czerwono-zieloną posypką. Później robiłam ciasteczka z Katie, a ona już się postarała, żeby od stóp do głów polukrować siebie, mnie i caluteńką kuchnię.
Kiedy wreszcie wszystkich ułożyłam do spania, było już późno. Jack zadzwonił z Chicago. Dzień miał ciężki, ale udany. Przez ten czas na śmierć zapomniałam o paczce. Przypomniałam sobie dopiero, kiedy po północy zeszłam do kuchni, żeby się czegoś napić. Tkwiła tam dalej, odsunięta na bok, z drobinami pokruszonego ciasta na sznurku, zamaskowana cienką warstwą czerwono-zielonej posypki.
Wzięłam paczkę, omiotłam ze śmieci i usiadłam z nią przy kuchennym stole. Parę minut zeszło, zanim rozplotłam sznurek i mogłam ją otworzyć. Paczka była z domu opieki, w którym babcia Dań spędziła ostatni rok życia. Kiedy zebrałam już wszystkie jej rzeczy, zajrzałam po grzebie do pielęgniarek, żeby im podziękować. Większość rzeczy była mocno znoszona, niewiele dało się zachować, ot, mnóstwo dziecięcych fotografii i garść książek. Zatrzymałam tomik wierszy po rosyjsku, bo wiedziałam, że je lubiła, a resztę zostawiłam pielęgniarkom. Ocaliłam po niej złotą obrączkę ślubną, złoty zegarek, który dziadek jej ofiarował przed ślubem, i parę kolczyków: to wszystko. Opowiadała mi kiedyś, że ten zegarek był pierwszym prezentem, jaki dostała od dziadka. Nigdy się na nią specjalnie nie wykosztowywał, to znaczy na prezenty i świecidełka, choć zapewniał jej godziwy byt. Wzięłam jeszcze koronkową nocną narzutkę. W domu wsunęłam ją w najdalszy kąt szafy. A całą resztę rozdałam. Pojęcia więc nie miałam, co oni mi teraz przysłali.
Obdarłam papier, a pod nim ukazał się duży kwadratowy karton, wielkości mniej więcej pudła na kapelusze. Uniosłam go - był ciężki. Załączony liścik mówił, że znaleźli to na jej szafie i że wolą mieć pewność, że to odebrałam. Zdjęłam pokrywkę, niczego się nie spodziewając - i aż mnie zatkało na ich widok. Były dokładnie takie, jak pamiętałam, pantofle zużyte i trochę wytarte, tasiemki wiązane wokół kostek spłowiałe i zmięte. To były jej baletki. Takie widziałam przed laty u niej na strychu. Ostatnia para, jaką miała na nogach przed opuszczeniem Rosji. Były też w kartonie inne rzeczy, na przykład złoty medalion z fotografią mężczyzny w środku. Miał wypielęgnowaną brodę i wąsy, a ze staromodną powagą było mu bardzo do twarzy. Miał oczy podobne jak ona. Po tylu latach zdawały się śmiać z fotografii, chociaż on się przecież nie uśmiechał. Były też zdjęcia innych mężczyzn, w mundurach. Odgadłam, że to jej ojciec i bracia. Jeden z chłopaków był nie wiarygodnie do niej podobny. Był też mały konwencjonalny portrecik jej matki, który chyba już kiedyś widziałam. Był program teatralny jej ostatniego Jeziora łabędziego, fotografia roześmianych baletnic, a w środku ich grupki młoda piękność, której oczy i twarz przez wszystkie późniejsze lata nie zmieniły się ani na jotę. Nietrudno było poznać, że to Danina. Oszałamiająco piękna i nieprawdopodobnie szczęśliwa. Śmiała się na zdjęciu, a pozostałe kobiety patrzyły na nią z zachwytem i podziwem.
A na dnie pudła leżała gruba paczka listów. Rzuciłam na nie okiem. Pisane po rosyjsku starannym, eleganckim pismem, znamionującym męskość i inteligencję. Związane wypłowiałą niebieską wstążką. Strasznie dużo ich było.
Biorąc je do ręki, już wiedziałam, że tu znajdę rozwiązanie wszystkich zagadek, wszystkie tajemnice, o których nigdy nie opowiadała, z których nigdy się nie zwierzała, odkąd wyjechała z Rosji. Tyle uśmiechniętych twarzy w tym pudełku, tyle osób, tak kiedyś dla niej ważnych, a później porzuconych dla życia, które nie mogłoby być bardziej odmienne od dotychczasowego.
Trzymałam w ręku baletki, delikatnie gładząc satynę, i myślałam o niej. Jaka była dzielna, jaka silna i jak wielu wyrzekła się rzeczy i osób. Zastanawiałam się, czy któraś z tych osób jeszcze żyje, czy ona też tak wiele dla nich znaczyła, czy przechowują jej fotografie. No i zadumałam się nad tym mężczyzną, który pisał do niej listy, kim on był dla niej i co się z nim stało. Nawet jednak bez możliwości ich odczytania wiedziałam wszystko. Pieczołowitość, z jaką zawiązała kokardkę, z jaką przechowywała listy sprzed pół wieku, zabierając je ze sobą do domu opieki - mówiła sama za siebie. Musiał być dla niej kimś ważnym i jak się łatwo domyśliłam ze wszystkiego, co do niej pisał. musiał ją najczulej kochać.
Miała inne życie, zanim się pojawiła w naszym, a już zwłaszcza w moim. Życie zupełnie inne niż to, w którym umiejscowiliśmy ją w Vermoncie, życie dawne, czarodziejskie, fascynujące i pełne świetności. Pamiętam, jak surowo wyglądał mój dziadek na zdjęciach. Mam nadzieję, że ten człowiek dał jej szczęście, że ją kochał. Zabrała jego tajemnicę do grobu, a teraz oddała mi ją... razem z baletowymi pantoflami... z programem Jeziora łabędziego... i z jego listami.
Spojrzałam jeszcze raz na fotografię w medalionie i instynkt mi powiedział, że listy są właśnie od niego. I znowu setki pytań. Nie było komu na nie odpowiedzieć. Pomyślałam zaraz, żeby dać te listy do przetłumaczenia: wiedziałabym wtedy, o czym mówią. Równocześnie jednak poczułam, że naruszenie ich tajemnic jakoś by ją obrażało. Ona mi tych listów nie dała. Po prostu zostały po niej. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, miałam więc z kolei na dzieję, że nie wzięłaby mi za złe tego wtargnięcia w jej sprawy. Były z nas pokrewne dusze. Pozostawiła mi po sobie setki wspomnień o wspólnie spędzonym czasie, o tym, cośmy razem robiły, o legendach i bajkach, które mi opowiadała. Może wśród innych legend nie wzbraniałaby się podzielić ze mną również tą cząstką własnych dziejów. Przynajmniej taką miałam nadzieję. No i tak podniecenie rozpalało się we mnie nad odnalezionymi listami i zdjęciami, aż zrobił się z tego pożar nie do ugaszenia. Nie było ucieczki przed tą cząstką prawdy, którą ona ukryła na całe życie.
Dla mnie zawsze była stara, zawsze moja, zawsze była babcią Dań. W innym czasie, w innym miejscu był jednak taniec, ludzie, śmiech, miłość. Zostawiła tylko wzmiankę o tym, by mi uprzytomnić, że kiedyś była młoda. A zrozumiałam to wreszcie, wpatrzona w uśmiech na twarzy młodej baletnicy ze zdjęcia. Tęsknota za nią wycisnęła mi łzę z oka, kiedy tak siedziałam i uśmiechałam się, trzymając w ręku spłowiałe różowe pantofle, które zostawiła mi w spadku. Tuląc policzek do starodawnej różowej satyny, wpatrywałam się w paczki listów, starannie powiązane wstążkami. Miałam nadzieję, że w końcu poznam jej historię. Szóstym zmysłem czułam, że jest tu o czym opowiadać.
Danina Pietroskowa urodziła się w Moskwie w roku 1895. Jej ojciec był oficerem w pułku litewskim, miała też czterech braci. Wysokich, eleganckich, w mundurach. Przynosili jej słodycze, kiedy zaglądali do domu z wizytą. Najmłodszy był o dwanaście lat starszy od niej. Kiedy byli w domu, śpiewali i bawili się z nią, razem robiąc niezły hałas. Lubiła ich obecność, ich silne ramiona, w których co chwila ginęła, kiedy biegali z nią, udając jej wierzchowce. Było dla niej oczywiste, jak dla każdego zresztą, że bracia za nią przepadają.
O matce Danina pamiętała tyle, że miała śliczną twarz i wdzięczne obejście, że jej perfumy pachniały bzem i że śpiewała córce na dobranoc, kończąc w ten sposób długie cudowne opowieści o tym, jak sama była dziewczynką. Lubiła się śmiać, toteż Danina ją kochała. Zmarła na tyfus, kiedy mała miała pięć lat. Po śmierci matki zmieniło się całe życie Daniny.
Ojciec nie miał pojęcia, co z nią począć. Nie był przygotowany do zajmowania się dzieckiem, zwłaszcza tak małym, i to dziewczynką. Był wojskowym, tak jak i jego synowie. Najął więc kobietę do opieki nad małą, potem zmieniał te opiekunki, ale po dwóch latach uprzytomnił sobie, że po prostu dłużej tak być nie może. Musiał znaleźć dla Daniny jakieś inne wyjście. I znalazł - jak mu się wydawało, doskonałe. Wybrał się do Petersburga, żeby wszystko urządzić. Madame Markowa w rozmowie wywarła na nim duże wrażenie. Była niewiastą wybitną, a szkoła i towarzystwo baletowe, które prowadziła, miały zapewnić Daninie nie tylko dom, ale też pożyteczny sposób spędzania czasu i spokojną przyszłość. Gdyby okazało się przypadkiem, że dziewczynka to prawdziwy talent, życie miałaby tu urządzone, przynajmniej dopóty, dopóki mogła by tańczyć. Takie życie nie było łatwe, wymagało od małej wielkich poświęceń, ale jego żona kochała kiedyś balet, w głębi serca był więc przekonany, że matka dziewczynki byłaby zadowolona z rozwiązania, jakie znalazł. Utrzymanie córki miało być kosztowne, uważał jednak, że sprawa warta jest poświęcenia, zwłaszcza gdy z czasem zostanie wielką tancerką. Z tym ostatnim liczył się poważnie. Była przecież dziewczynką zgrabniutką jak mało która.
Ojciec i dwaj bracia odwieźli Daninę do Petersburga w kwietniu, kiedy tylko skończyła siedem lat. Na ulicach leżał jeszcze śnieg. Z zadartą głową wpatrując się w swój nowy dom, czuła, że wszystko w niej w środku drży. Była przerażona. Nie chciała, żeby ją tu zostawili. W żaden sposób nie umiała ich jednak powstrzymać, żadnym uczynkiem czy słowem. Jeszcze w Moskwie błagała ojca, żeby nie oddawał jej tu do baletu. Odpowiedział, że to dla niej wspaniały prezent, możliwość, która odmieni jej życie: pewnego dnia zostanie wielką baleriną i będzie szczęśliwa, że kiedyś poszła do tej szkoły.
Tego przełomowego dnia nic takiego jednak nie przy chodziło jej na myśl. Zamiast rozważać korzyści z nowego życia, marzyła o tym, które właśnie utraciła. Stała, ściskając rączkę swojego neseserka, kiedy stara kobieta otworzyła drzwi. Stara poprowadziła ich przez ciemny westybul. Danina mogła dosłyszeć z oddali okrzyki, dźwięki instrumentów i głosy, i jeszcze jakieś twarde, okropne łomotanie w podłogę. Odgłosy wokoło były dziwne i złowróżbne, a korytarze, którymi szli - ciemne i zimne. Dotarli wreszcie do gabinetu madame Markowej. Oczekiwała ich, kobieta o ciemnych włosach, upiętych w kok bez żadnych ozdób, o gładkiej, bladej jak śmierć twarzy i jasnoniebieskich oczach, które zdawały się przewiercać dziewczynkę na wylot. Danina miała ochotę rozpłakać się na jej widok, ale nie śmiała. Za bardzo była wystraszona.
- Dzień dobry. Danino - powiedziała surowo Madame. - Spodziewaliśmy się ciebie.
Jej głos brzmiał w uszach dziecka jak głos diabła u progu piekła.
- Będziesz musiała bardzo ciężko pracować, jeżeli chcesz mieszkać u nas - ostrzegła Madame, a Danina ze ściśniętym gardłem kiwnęła głową.
- Czy mnie zrozumiałaś?
Mówiła bardzo wyraźnie. Dziewczynka wpatrywała się w nią oczami szeroko otwartymi ze zgrozy.
- Niech ci się przyjrzę.
Wyszła zza biurka w długiej czarnej spódnicy i w krótkim czarnym żakiecie. Strój dobrany był do koloru włosów. Przyjrzała się nogom Daniny, zadarła jej sukienkę, żeby je lepiej widzieć. Wydawała się zadowolona z tego, co zobaczyła. Spojrzała na ojca Daniny i skinęła głową.
- Zobaczymy, jak jej idzie, panie pułkowniku. Balet nie jest dla wszystkich, jak wspominałam.
- To dobra dziewczynka - powiedział łagodnie, a obaj bracia uśmiechnęli się z dumą.
- Mogą nas teraz panowie opuścić. - Madame była świadoma stanu dziecka, bliskiego paniki.
Trzej mężczyźni kolejno ucałowali jej dłoń, a Daninie łzy popłynęły z oczu. W chwilę później pozostawili ją w gabinecie sam na sam z kobietą, która zyskała odtąd władzę nad jej życiem. Po ich wyjściu w pokoju zapadło dłuższe milczenie. Nie odzywała się ani nauczycielka, ani dziecko. Jedynym odgłosem były tłumione pochlipywania Daniny.
- Nie uwierzysz mi teraz, moje dziecko, ale będziesz tutaj szczęśliwa. Kiedyś okaże się, że to jedyne życie, które znasz i którego pragniesz.
Danina spojrzała na nią z podejrzliwą udręką, a wtedy Madame wstała, wyszła zza biurka i podała jej szczupłą, zgrabną dłoń.
- Chodź, popatrzymy na inne.
Zdarzało jej się już przyjmować do szkoły równie małe dzieci. W gruncie rzeczy wolała nawet ten tryb. Jeżeli miały talent, pozostawało tylko należycie je wyszkolić, uczynić taniec ich jedynym życiem, jedynym światem, jedynym przedmiotem pragnień. A w tym dziecku coś ją zastanowiło, jakaś czystość i bystrość spojrzenia. Coś bajecznego i fantasmagorycznego. Kiedy więc tak szły ręka w rękę przez długie, zimne korytarze, wysoko nad głową Daniny starsza kobieta uśmiechała się z satysfakcją.
Zatrzymywały się na chwileczkę w każdej klasie, począwszy od tej, której baletnice występowały już na scenie. Madame chciała pokazać dziewczynce wzór, do którego ma dążyć, zwrócić uwagę na żywość ich tańca, a zarazem na styl i dyscyplinę. Potem przeszły do młodszych tancerek, które miały już za sobą chlubny debiut. Te mogły jej dać inspirację. Na końcu zaś zatrzymały się w klasie uczennic, z którymi Danina miała odtąd razem się uczyć, ćwiczyć i tańczyć. Danina ani rusz nie mogła sobie wyobrazić, jakim cudem miałaby tańczyć jak one. Obserwowała je, aż nagle podskoczyła z przerażenia, kiedy Madame zastukała twardo w podłogę laską, którą w tym właśnie celu niosła.
Nauczycielka zatrzymała klasę, a Madame przedstawiła dziewczynkę i objaśniła, że Danina przybyła z Moskwy i będzie wraz z innymi mieszkać przy szkole. Odtąd miała być najmłodszą i najbardziej dziecinną uczennicą. Pozostałe miały twarde, wyrobione charaktery. Wyglądały przez to na starsze niż w rzeczywistości. Najmłodszym dotąd uczniem był dziewięciolatek z Ukrainy, Danina tymczasem miała dopiero siedem lat. Kilka dziewczynek skończyło dziesięć lat, jedna - jedenaście. Tańczyły już trzeci rok. Danina będzie musiała ciężko się napracować, żeby im dorównać. Kiedy jednak z uśmiechem zaczęły się jej przedstawiać, ona też uśmiechnęła się nieśmiało. Jakby nagle zyskała mnóstwo sióstr zamiast samych braci. Kiedy zaś po obiedzie zaprowadziły ją do internatu, żeby pokazać jej łóżko, poczuła się jedną z nich. Łóżko było małe, wąskie i twarde.
Przed snem tamtego wieczoru myślała o ojcu i braciach. Nie pozostało jej nic, jak tylko rozpłakać się z żalu za nimi. Słysząc jej płacz, dziewczynka z sąsiedniego łóżka przyszła jednak, żeby ją pocieszyć, a wkrótce już kilka siedziało koło niej na posłaniu. Siedziały przy niej i opowiadały o różnych baletach, o tym, jak im tu bywało cudownie, o występach w Coppelii albo w Jeziorze łabędzim i o tym, jak cesarz i cesarzowa pojawiali się na spektaklu. Opowieści brzmiały tak interesująco, że Danina słuchała z najwyższym przejęciem, niepomna własnych nieszczęść, aż wreszcie zasnęła wśród tych wszystkich zapewnień, że będzie tu taka szczęśliwa.
Nazajutrz rano obudzono ją o piątej, kiedy wszystkie wstawały, i wręczono pierwsze w życiu trykoty i baletki. Śniadanie jadły zawsze o pół do szóstej, a o szóstej miały już w klasach rozgrzewkę. Przy obiedzie była już jedną z nich. Madame zaglądała parę razy, żeby sprawdzić, jak jej idzie. W swoich klasach nie spuszczała jej z oka i co dziennie obserwowała postępy wychowanki, chcąc mieć pewność, że uczy się należycie, zanim jeszcze zaczęła tańczyć. Od razu dostrzegła, że to pisklę, które przyfrunęło do nich z Moskwy, jest wyjątkowo wdzięcznym dzieckiem, urodzonym do tańca. Mała była po prostu stworzona do życia, jakie ojciec dla niej wybrał. Po niedługim czasie i dla Madame, i dla innych nauczycieli stało się jasne, że to przeznaczenie ją tu przyniosło. Danina Pietroskowa urodziła się tancerką.
Jej życie, jak zresztą Madame zapowiedziała od początku, poddane było rygorowi, pełne wyczerpującej pracy i przerastających jej wyobrażenia codziennych poświęceń. Przez trzy pierwsze lata znosiła to jednak z niezłomną, niezachwianą determinacją. Tymczasem skończyła dziesięć lat. Żyła tylko tańcem i ustawicznym dążeniem do doskonałości. Czternastogodzinny dzień spędzała prawie wyłącznie w salach ćwiczeń. Była niestrudzona, zawsze gotowa poprawić to, czego się już nauczyła. Madame była z niej nad wyraz zadowolona, jak zapewniała ojca Daniny, kiedy się z nim widziała. Odwiedzał córkę kilka razy do roku, zawsze podbudowany widokiem jej tańca, podobnie jak nauczyciele.
Kiedy przyjechał na pierwszy jej większy występ na scenie, miała czternaście lat. Tańczyła w roli partnerki Franza w mazurze z Coppelii. Była już pełnoprawnym członkiem corps de ballet, nie tylko uczennicą. Wielce to usatysfakcjonowało ojca. Spektakl był piękny, a precyzja, elegancja stylu i po prostu siła talentu Daniny zapierały dech w piersiach. Ojciec miał łzy w oczach, kiedy patrzył na jej występ, ona zaś, kiedy ujrzała go za kulisami po spektaklu. Był to najbardziej porywający wieczór w jej życiu, marzyła więc tylko o tym, by podziękować ojcu, że przywiózł ją tutaj przed siedmioma laty. Spędziła właśnie w balecie połowę życia, a było to jedyne życie, jakie znała, i jedyne, jakiego pragnęła.
W rok później tańczyła w roli Wróżki Bzu w Śpiącej królewnie, a w wieku lat szesnastu miała świetny występ w Bajaderze. Jako siedemnastolatka została primabaleriną. Nikt, kto widział ją w Jeziorze łabędzim, nie potrafiłby o tym zapomnieć. Madame wiedziała, że brak jej dojrzałości, że prawie nie widziała świata, że nie zna życia, ale dziewczyna miała tak niewiarygodną technikę i styl, że przełożona wstrzymywała oddech i dawała jej pierwszeństwo przed wszystkimi.
Cesarzowa i jej córki znały ją już dobrze. Dziewiętnastoletnia Danina tańczyła na prywatnym spektaklu przed carem w Pałacu Zimowym. Było to w kwietniu 1914 roku. W maju otrzymała zaproszenie na występ w carskiej rezydencji w Peterhofie. Wraz z madame Markową i kilkoma gwiazdami baletu jadła tam obiad z rodziną carską w prywatnych apartamentach. Nigdy jeszcze nie spotkał dziewczyny taki honor i żaden hołd nie znaczył dla niej więcej. Uznanie ze strony ich cesarskich mości było najwyższym awansem, jedynym zaszczytem, do którego na prawdę tęskniła. Ich fotografię w małej ramce umieściła przy swoim łóżku. Szczególnie lubiła spotkania z księżniczką Olgą, tylko o kilka miesięcy młodszą od niej samej. Była też oczarowana carewiczem, który miał dopiero dziewięć lat, ale Daninę uważał za bardzo ładną, jak zresztą każdy, kto ją zobaczył.
Wraz z dojrzałością Danina zyskała rzadki wdzięk, delikatność i równowagę, pewną figlarność, a zarazem ujmujące poczucie humoru. Nic dziwnego, że carewicz bardzo ją polubił. Był wątły, chorował przez całe dzieciństwo. Nie bacząc na tę jego wątłość, żartowała z niego i traktowała go całkiem normalnie, i to właśnie lubił. Był wyjątkowo mądrym, wrażliwym dzieckiem, chętnie podejmował z nią każdą rozmowę. Wydawała mu się taka mocna, taka zdrowa.
Danina obiecała Aleksemu, że któregoś dnia będzie mógł przyjrzeć się jej nauce w klasie, jeżeli madame Markowa pozwoli. Co prawda nie mieściło się jej w głowie, jakim cudem Madame miałaby się nie zgodzić na odwiedziny tak wpływowej osoby, jeżeli pozwoli na nie stan zdrowia i doktorzy. Hemofilia carewicza wymagała stałej obecności przy nim paru lekarzy zapewniających mu pomoc w razie wypadku. Danina współczuła mu, z wyglądu był chory i nieznośnie słabowity, a przecież otaczała go aura ciepła, życzliwości i czegoś bardzo miłego. Cesarzowa była wzruszona jej do niego stosunkiem.
Koniec końców Madame wraz z Daniną otrzymała tego lata zaproszenie od cesarzowej na tydzień do Liwadii, do carskiego pałacu letniego na Krymie. Był to niebywały zaszczyt, ale mimo to Danina nie paliła się do wyjazdu. Nie mogła pogodzić się z myślą o opuszczeniu zajęć i prób na siedem dni. Z pilności sama siebie poganiała do upadłego. Odpowiadały jej surowe wymagania twardego, wyczerpującego, niemal klasztornego życia, któremu wszystko składała w ofierze. Wszystko, co miała, co mogła, co śmiała poświęcić. Dawno już w tej gorliwości przeszła najśmielsze oczekiwania swojej preceptorki. Miesiąc minął, zanim Madame przekonała ją, by przyjęła cesarskie zaproszenie, i to tylko dlatego, że odmowa równałaby się obrazie carycy.
Były to pierwsze jej wakacje, jedyny okres od ukończenia lat siedmiu, kiedy nie tańczyła, nie zaczynała każdego dnia rozgrzewką o piątej, nie zaczynała lekcji w klasie o szóstej, a prób o jedenastej, kiedy przez czternaście godzin na dobę nie zmuszała swojego ciała, by dokonywało rzeczy niemożliwych. W Liwadii, w lipcu tamtego roku, po raz pierwszy w życiu pozwalała sobie na zabawę i wbrew samej sobie bardzo to lubiła.
Madame obserwowała Daninę. Wydawała się jej niemal dziecinna. Bawiła się z wiel...
Neorator