1. Zła krew
Clary zakręciło się w głowie zupełnie jakby z pokoju wyssano całe powietrze. Chciała się cofnąć ale potknęła się i uderzyła ramieniem o drzwi, które zatrzasnęły się z hukiem. Jace i nieznajoma odskoczyli od siebie.
Clary zamarła. Zauważyła, że dziewczyna miała czarne proste włosy do ramion i była nadzwyczaj ładna. Górne guziki jej bluzki były rozpiete, ukazując pod spodem rąbek koronkowego stanika. Clary poczuła, że za chwilę zwymiotuje.
Dziewczyna szybko pozapinała guziki. Nie wyglądała na zadowoloną.
- Przepraszam – powiedziała marszcząc brwi – ale kim jesteś?
Clary nie odpowiedziała. Patrzyła na Jace’a, który gapił się w nią z niedowierzaniem. Jego skóra była całkiem pozbawiona koloru i podkreślała ciemne kręgi wokół oczu. Patrzył na nią jak na celownik pistoletu.
- Aline – w jego głosie nie było nawet cienia ciepła – to moja siostra, Clary.
- Och. Och – uspokoiła się Aline a na jej twarzy zagościł lekko zakłopotany uśmiech. – Przepraszam! Co za spotkanie! Cześć, jestem Aline.
Nie przestając się uśmiechać podeszła do Clary i wyciągnęła rękę. Nie sądzę, bym mogła ją teraz dotknąć, pomyślała Clary z przerażeniem. Spojrzała na Jace’a, który zdawał się czytać jej w myślach i wcale się nie uśmiechał. Złapał Aline za ramiona i szepnął jej coś do ucha. Zrobiła zdziwioną minę, wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju bez słowa.
Clary została sam na sam z Jasem. Sam na sam z kimś, kto patrzył na nią jakby była najgorszym koszmarem, który właśnie się spełnił.
- Jace – odezwała się i postąpiła krok w jego stronę.
Cofnął się jakby pluła trucizną.
- Co ty, na imię Anioła, tutaj robisz?
Mimo wszystko, surowość w jego głosie zabolała ją.
- Mógłbyś przynajmniej udawać, że się cieszysz na mój widok. Chociaż trochę.
- Nie cieszę się – odparł. Wróciły mu rumieńce ale cienie pod oczami ciągle odcinały się fioletowymi plamami na jego skórze. Clary czekała aż Jace powie coś jeszcze, ale wydawało sie że jemu wystarcza gapienie się na nią z nieskrywanym przerażeniem. Z roztargnieniem zauważyła że miał na sobie czarny sweter, który wisiał na nim jakby stracił na wadze, a jego paznokcie były obgryzione. – Ani trochę.
- Daj spokój, nie znoszę kiedy się tak zachowujesz.
- O, naprawdę? W takim razie chyba muszę przestać, prawda? Bo przecież ty też zawsze robisz wszystko o co ja cię poproszę.
- Nie miałeś żadnego prawa żeby tak postąpić! – warknęła na niego, wściekła. – Nie miałeś prawa mnie okłamywać. Nie miałeś...
- Miałem każde prawo! – wrzasnął. Nigdy wcześniej na nią nie krzyczał. – Miałem każde prawo, ty głupia dziewczyno. Jestem twoim bratem i...
- I co? Jestem twoją własnością? Nie jestem nią, obojętnie czy jesteś moim bratem czy nie!
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł Alec ubrany w długą, niebieską kurtkę i z włosami w nieładzie. Jego buty były powalane błotem a jego zazwyczaj spokojna twarz pełna niedowierzania.
- Co tu się dzieje, do jasnej cholery? – spytał, patrząc raz na Clary raz na Jace’a. – Chcecie się nawzajem pozabijać?
- Ależ skąd – powiedział Jace. Jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki cała jego wściekłość i panika ulotniły się. Jego postawa na powrót wyrażała lodowaty spokój. – Clary właśnie wychodziła.
- To świetnie – rzucił Alec – bo muszę z tobą pogadać.
- Czy już nikt w tym domu nie potrafi powiedzieć „Cześć, miło znów cię widzieć”? – spytała Clary nie mając na myśli nikogo konkretnego.
O wiele łatwiej było zwalić winę na Aleca niż na Isabelle.
- Zawsze dobrze cię widzieć, Clary – odparł Alec. – Oczywiście nie licząc faktu, że nie powinno cię tutaj w ogóle być. Isabelle powiedziała mi, że dostałaś się tu na własną rękę. Jestem pod wrażeniem.
- Mógłbyś jej nie zachęcać? – spytał Jace.
- Ale ja naprawdę muszę porozmawiać z Jasem. Dasz nam chwilę?
- Ja też muszę z nim porozmawiać. O naszej matce...
- Nie jestem w nastoju do prowadzenia rozmów z żadym z was – uciął Jace.
- To zaraz będziesz – nie dawał za wygraną Alec. – Naprawdę musisz mnie wysłuchać.
- Watpię – popatrzył na Clary. – Nie przyszłaś tutaj sama, prawda? – spytał powoli, jakby zdając sobie sprawę z tego, że sytuacja przedstawiała się gorzej niż myślał. – Kto jeszcze z tobą przyszedł?
Nie było sensu go okłamywać.
- Tylko Luke.
Jace zbladł.
- Przecież Luke to Przyziemny. Masz pojęcie, co Clave robi z niezarejstrowanymi Przyziemnymi, którzy wchodzą do Szklanego Miasta, przekraczając jego granicę bez zgody strażników? Wejście do Idris to jedno, ale wejście do Alicante? I to bez niczyjej wiedzy?!
- Nie mam – powiedziała cichutko Clary – ale dobrze wiem co zaraz powiesz...
- Masz na myśli to, że jeśli ty i Luke natychmiast nie znajdziecie się w Nowym Jorku, to przekonasz się jak to jest?
Milczał przez chwilę gdy mierzyli się spojrzeniami. Desperacja w jego oczach zszokowała Clary. W końcu to on jej groził a nie na odwrót.
- Jace – wtrącił się Alec głosem zabarwionym strachem. – Nie zastanawiałeś się gdzie się podziewałem przez cały dzień?
- Sądząc po twoim nowym płaszczu – powiedział Jace bez patrzenia na swojego przyjaciela – wnioskuję, że byłeś na zakupach. Ale dlaczego chcesz mnie tym teraz zamęczać to nie mam pojęcia.
- Nie byłem na żadnych zakupach – rzucił wściekle Alec. – Poszedłem...
Drzwi otworzyły się ponownie. Do środka wpadła Isabelle i szeleszcząc spódnicą, zatrzasnęła za sobą drzwi. Spojrzała na Clary i potrząsnęła głową.
- Ostrzegałam cię, że wpadnie w szał.
- Ach, słynne „A nie mówiłam”.
Clary spojrzała na niego przerażona.
- Jak możesz z tego kpić? – wyszeptała. – Dopiero co groziłeś Lukowi. Człowiekowi, który ci ufa i darzy sympatią. I to tylko dlatego, że jest Przyziemnym. Co jest z tobą nie tak?
Isabelle wyglądała na wstrząśniętą.
- To Luke też tu jest? Na litość boską, Clary...
- Nie. Wyszedł gdzieś rano i nie mam pojęcia dokąd poszedł. Ale teraz doskonale rozumiem czemu to zrobił – ledwie mogła znieść widok Jace’a. – W porządku. Wygraliście. Nie powinniśmy byli tu przychodzić. Nigdy nie powinnam była otwierać tego Portalu...
- Otwierać Portalu? – spytała oszołomiona Isabelle. – Clary, tylko czarownik jest w stanie zrobić coś takiego a ich liczba jest dość ograniczona. Jedyny Portal jaki jest w Idrisie znajduje się w Gardzie.
- I to jest właśnie to o czym chcę z tobą porozmawiać – wysyczał Alec. Clary ze zdumieniem spostrzegła, że Jace wyglądał o wiele gorzej niż przed chwilą – jakby miał zaraz zemdleć. – O przesyłce, którą miałem wczoraj dostarczyć do Gardu.
- Alec, stop. STOP – desperacja w głosie Jace’a sprawiła, że zamilkł. Patrzył na Jace’a przygryzając wargę. Tyle że Jace nie patrzył wcale na Aleca tylko na Clary a jego oczy były twarde jak szkło. – Masz rację – odezwał się w końcu zdławionym głosem, jakby zmuszał się do mówienia. – Nie powinnaś była tu przychodzić. Powiedziałem ci, że to dlatego, że nie jesteś tutaj bezpieczna, ale to nieprawda. Prawda jest taka, że nie chciałem byś tu trafiła bo jesteś narwana, bezmyślna i wszystko psujesz. Taka już jesteś. Ostrożność to nie jest twoja najlepsza cecha.
- Ja... wszystko... psuję? – Clary zdobyła się na słaby szept.
- Och, Jace – powiedziała smutno Isabelle, jakby to on został skrzywdzony. Jace nie patrzył na nią. Przewiercał wzrokiem Clary.
- Gonisz na ślepo bez zastanowienia – podjął. – Dobrze, o tym wiesz. Nigdy byśmy nie wylądowali w Dumort gdyby nie ty.
- A Simon by nie żył! Czy to się nie liczy? Może działałam w pośpiechu ale...
- Może? – spytał Jace podniesionym tonem.
- Nie wszystko co robię, robię źle! Po tym co się stało na łodzi powiedziałeś, że uratowałam wszystkim życie!
Z twarzy Jace’a odpłynęła cała krew.
- Zamknij się, Clary, po prostu się ZAMKNIJ – rzucił z nagłą i niespodziwaną zajadłością.
- Na łodzi? – oszołomiony Alec patrzył raz na jedno raz na drugie. – Co to ma znaczyć, Jace?
- Powiedziałem tak tylko dlatego, żebyś wreszcie przestała jęczeć! – krzyknął Jace kompletnie ignorując Aleca, ignorując zupełnie wszystko poza Clary. Mogła odczuć jego gniew, który uderzał w nią jak fala i prawie zwalił z nóg. – Stanowisz dla nas zagrożenie! Jesteś mieszańcem, zawsze nim bedziesz, i nigdy nie zostaniesz Nocnym Łowcą. Nie masz pojęcia o naszym sposobie myślenia, nie wiesz co jest dla nas dobre – potrafisz myśleć tylko o sobie! Nadciąga wojna a ja nie mam czasu ani ochoty chodzić za tobą krok w krok i pilnować, żebyś przypadkiem nie zabiła któregoś z nas!
Clary mogła tylko na niego patrzeć. Nie potrafiła znaleźć słów, żeby coś powiedzieć. Jace nigdy tak do niej nie mówił. Nigdy nawet nie wyobrażała sobie, że mógłby tak się do niej odezwać. Mimo że w przeszłości kilka razy udało jej się wyprowadzić go z równowagi, to nigdy nie mówił do niej tak jakby jej nienawidził.
- Wracaj do domu, Clary – powiedział zmęczonym głosem, zupełnie jakby powiedzenie tego wszystkiego zupełnie go wyczerpało. – Wracaj do domu.
Wszystkie jej plany rozwiały się jak mgła – poszukiwania Ragnora Fella, uratowania matki, nawet odnalezienia Luke’a – już nic się nie liczyło. Podeszła do drzwi. Alec i Isabelle odsunęli się, żeby zrobić jej przejście. Żadne z nich na nią nie patrzyło. Odwrócili wzrok, zawstydzeni i zszokowani. Clary wiedziała, że powinna czuć się upokorzona i zła, ale zamiast tego czuła się martwa w środku.
Odwróciła się od drzwi i spojrzała za siebie. Jace na nią patrzył. Światło wpadające przez okno za jego plecami ukryło jego twarz w cieniu. Widziała tylko drobinki światła tańczące w jego jasnych włosach jak odłamki tłuczonego szkła.
- Nie wierzyłam ci kiedy pierwszy raz powiedziałeś mi, że Valentine jest twoim ojcem. Nie dlatego, że nie chciałam żeby to była prawda, ale dlatego że wcale nie zachowywałeś się jak on. Nigdy nie myślałam, że możesz być do niego podobny. Ale jesteś. O tak, jesteś.
- Zagłodzą mnie tu – mruknął Simon.
Leżał na zimnej, kamiennej podłodze w swojej celi. Z tego punktu mógł widzieć skrawek nieba w oknie. Od dnia kiedy został wampirem i myślał, że już nigdy nie zobaczy słońca, ciągle przyłapywał się na bezustannym myśleniu o słońcu i niebie. O tym jak zmieniało kolory w ciągu dnia: jasny błękit o poranku, intensywny w południe i kobaltowy o zmierzchu. Leżał w ciemności a w umyśle przesuwał mu się korowód wszystkich odcieni niebieskiego.
Teraz uwięziony w podziemiach Gardu zastanawiał się czy umiejętność chodzenia w pełnym słońcu była mu dana tylko po to, żeby resztę swojego krótkiego, mało przyjemnego życia spędził w ciasnej klitce z plamą światła wpadającą przez zakratowane okno w ścianie.
- Słyszałeś co powiedziałem? – podniósł głos. – Inkwizytor chce mnie zagłodzić na śmierć. Nie dostanę już więcej krwi.
Za ścianą rozległ się szelest a potem słyszalne westchnięcie. W końcu Samuel powiedział:
- Słyszałem. Tylko nie mam pojęcia czego w związku z tym po mnie oczekujesz – umilkł na chwilę. – Przykro mi, Daylighterze, jeśli to ci w czymś pomoże.
- Nie bardzo jest w czym – odparł Simon. – Inkwizytor chce żebym skłamał. Żebym powiedział, że Lightwoodowie są w zmowie z Valentinem. Potem odeśle mnie do domu – przekręcił się na brzuch. – Zresztą, nieważne. Sam nie wiem po co ci to mówię. Pewnie nawet nie masz pojęcia o czym gadam.
Samuel wydał z siebie dziwny dźwięk, coś pomiędzy chichotem a kaszlem.
- Mówiąc szczerze, to wiem. Znałem Lightwoodów. Należeliśmy razem do Kręgu. Lightwoodowie, Waylandowie, Pangbornowie, Harondale’owie, Penhallow’owie. Wszystkie najznamienitsze rody Alicante.
- Oraz Hodge Starkweather – powiedział Simon, myśląc o nauczycielu Lightwoodów. – On również należał do Kręgu, prawda?
- Zgadza się – odparł Samuel. – Ale jego rodziny nie darzono szczególnym szacunkiem. Hodge złożył kiedyś obietnicę ale boję się, że nie zdążył jej dotrzymać – urwał na chwilę. – Aldertree nienawidził Lightwoodów odkąd byliśmy dziećmi. Nie był ani bogaty, ani zdolny, ani tym bardziej przystojny. A oni, no cóż, nie byli dla niego zbyt mili. Nie sądzę żeby mu kiedyś przeszło.
- Bogaty? – spytał Simon. – Myślałem, że wszyscy Nocni Łowcy są opłacani przez Clave.
- Teoretycznie. Ci, którzy zasiadają na wysokich stanowiskach w Clave lub wykonują ważne obowiązki – na przykład prowadzą Instytut – otrzymują większe wynagrodzenia. Istnieją również tacy którzy żyją poza Idrisem i wybrali całkiem zwyczajny sposób zarabiania pieniędzy. Nie jest to zabronione dopóki oddają część swoich zarobków Clave. – Ale... – Samuel zawahał się na chwilę - ... przecież sam widziałeś dom Penhollowów, prawda? Co o nim sądzisz?
Simon przywołał wspomnienie domu.
- Bardzo luksusowy.
- To jeden z najwspanialszych domów w Alicante. Mają też wiejską rezydencję, tak jak prawie wszystkie bogate rodziny. Nefilim mają też inny sposób na zdobycie bogactwa. Nazywają to „łupami”. Wszystko co posiada demon albo Przyziemny zabity przez Nocnego Łowcę staje się jego własnością. Więc jeśli zamożny czarownik złamie Prawo i zostanie zabity przez jednego z Nefilim...
Simona przeszedł dreszcz.
- Wychodzi na to, że zabijanie Przyziemnych to niezły interes.
- Całkiem możliwe – odparł cierpko Samuel – pod warunkiem, że nie jesteś zbyt wybredny jeśli chodzi o to kogo chcesz zabić. Teraz już wiesz dlaczego Porozumienia wywołują taki sprzeciw. Bycie ostrożnym jeśli chodzi o zabijanie Przyziemnych nie popłaca. Być może dlatego zdecydowałem się wstąpić do Kręgu. Moja rodzina nigdy nie należała do zamożnych i pogardzano nią ze względu na nieodpowiednie koneksje... – urwał.
- Ale przecież członkowie Kręgu również mordowali Przyziemnych – zaoponował Simon.
- Z przeświadczenia, że to ich święty obowiązek – odparł Samuel. – Nie z chciwości. Chociaż teraz nie potrafię powiedzieć dlaczego tak wtedy myślałem – powiedział zmęczonym głosem. – To wszystko przez Valentine’a. Potrafił cię nakłonić do wszystkiego. Pamiętam, jak stałem obok niego z zakrwawionymi rękami i patrzyłem na ciało martwej kobiety myśląc tylko o tym, że to co zrobiłem było słuszne bo Valentine tak powiedział.
- Zabicie Przyziemnego jest słuszne?
Samuel westchnął rozdrażniony po drugiej stronie muru.
- Zrozum – powiedział w końcu. – Musiałem robić wszystko co mi kazał. Każdy z nas musiał. W tym Lightwoodowie. Inkwizytor o tym wie i stara się to wykorzystać. Ale powinieneś wiedzieć, że jeśli się poddasz i zrzucisz winę na Lightwoodów, to i tak cię zabije. Wszystko zależy od tego na jak długo spodoba mu się pomysł bycia łaskawym.
- To i tak nie ma znaczenia – odparł Simon. – I tak tego nie zrobię. Nie zdradzę ich.
- Jesteś pewny? – Samuel nie wyglądał na przekonanaego. – Jest po temu jakiś szczególny powód? Aż tak ci na nich zależy?
- Wszystko co mu o nich powiem będzie kłamstwem.
- Ale takim, które on chce usłyszeć. Chyba chcesz kiedyś wrócić do domu, prawda?
Simon wpatrywał się w ścianę jakby jakimś cudem mógł przez nią zobaczyć siedzącego po drugiej stronie człowieka.
- I to jest właśnie to co ty robisz? Okłamujesz go?
Samuel zakaszlał ze świstem jakby był chory. W celi było mokro i zimno. Simonowi to nie przeszkadzało, ale zwykłemu człowiekowi na pewno.
- Nie radziłbym ci brać ze mnie przykładu – powiedział. – Ale tak, pewnie tak bym zrobił. Zawsze wolałem ratować własną skórę.
- To nie może być prawda.
- Niestety jest. Kiedy dorośniesz, Simonie, zdasz sobie sprawę z tego, że gdy ludzie mówią ci o sobie coś mało przyjemnego, to zazwyczaj się to sprawdza.
Tyle że ja już nigdy nie dorosnę, pomyślał Simon.
- Pierwszy raz nazwałeś mnie po imieniu.
- No cóż, chyba tak.
- A co do Lightwoodów, nie chodzi o to że tak bardzo mi na nich zależy. To znaczy, lubię Isabelle, Aleca i Jace’a również. Ale jest pewna dziewczyna. Jace jest jej bratem.
Gdy Samuel odpowiedział, w jego głosie po raz pierwszy dało się słyszeć prawdziwe rozbawienie.
- Zawsze chodzi o dziewczynę.
W chwili gdy za Clary zamknęły się drzwi, Jace oparł się ciężko o ścianę jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Na jego poszarzałej twarzy malowały się przerażenie, szok i coś, co wyglądało prawie jak... ulga, jakby z ledwością uniknął katastrofy.
- Jace – odezwał się Alec, robiąc krok w stronę przyjaciela. – Naprawdę sądzisz...
- Wyjdźcie stąd. Po prostu stąd wyjdźcie. Oboje – powiedział Jace niskim głosem.
- Po co? – naskoczyła na niego Isabelle. – Żebyś mógł jeszcze bardziej spieprzyć sobie życie? O co wam w ogóle do cholery poszło?
Jace potrząsnął głową.
- Odesłałem ją do domu. Tak będzie dla niej najlepiej.
- Zrobiłes coś o wiele gorszego. Zniszczyłeś ją. Widziałeś jej twarz?
- Było warto – odparł. – Nie zrozumiesz tego.
- Jeśli chodzi o nią, to pewnie nie – powiedziała. – Mam tylko nadzieję, że dla ciebie też było warto.
Jace odwrócił wzrok.
- Zostaw mnie, Isabelle. Proszę.
Isabelle posłała Alecowi zaskoczone spojrzenie. Jace nigdy nie prosił. Alec położył dłoń na jej ramieniu.
- Nie przejmuj się, Jace – powiedział tak łagodnie jak tylko mógł. – Nic jej nie bedzie.
Jace uniósł głowę i spojrzał na Aleca nic niewidzącym wzrokiem.
- Mylisz się. A skoro już tu jesteś, to równie dobrze możesz mi powiedzieć po co przyszedłeś. Odniosłem wrażenie że miałeś na myśli coś ważnego.
Alec zdjął rękę z ramienia siostry.
- Nie chciałem tego mówić przy Clary...
Jace skupił wreszcie wzrok na Alecu.
- Czego nie chciałeś mi powiedzieć przy Clary?
Alec się zawahał. Rzadko widywał Jace’a w takim stanie i mógł sobie tylko wyobrazić jak wpłynie na niego kolejna zła wiadomość. Ale nie miał wyboru. Jace musiał o tym wiedzieć.
- Kiedy wczoraj zaprowadziłem Simona do Gardu, Malachi powiedział mi, że w Nowym Jorku będzie czekał na niego Magnus. Więc wysłałem mu wiadomość. A dzisiaj rano dostałem odpowiedź. Simona nie ma w Nowym Jorku. Co więcej, Magnus mówi, że odkąd Clary przeszła przez Portal, nie odnotował żadnej innej aktywności.
- Może Malachi jest w błędzie – zasugerowała Isabelle po tym, jak zerknęła na bladą twarz Jace’a. – Może ktoś inny spotkał się z Simonem. A Magnus może się mylić co do aktywności Portalu...
Alec pokręcił przecząco głową.
- Rano byłem w Gardzie razem z mamą. Chciałem zapytać Malachiego czy to prawda, ale gdy tylko go zobaczyłem, to sam nie wiem czemu, ale schowałem się za rogiem. Nie potrafiłem stawić mu czoła. A potem podsłuchałem jego rozmowę ze strażnikami. Powiedział, żeby zaprowadzili wampira na górę, bo Inkwizytor znów chce z nim rozmawiać.
- Jesteś pewien, że chodziło o Simona? – spytała Isabelle bez przekonania w głosie. – Może...
- Mówili o tym, że Przyziemny był na tyle głupi żeby uwierzyć, że wyślą go do Nowego Jorku bez żadnego przesłuchania. Jeden z nich nie mógł uwierzyć, że ktoś miał czelność przemycić go do Alicante. Na co Malachi odpowiedział: „A czego się spodziewaliście po synu Valentine’a?”
- O Mój Boże – wyszeptała Isabelle. – Jace...
Jace przyciskał dłonie do boków. Jego zapadnięte oczy wyglądały jakby uciekły w głąb czaszki. W innych okolicznościach Alec położyłby dłoń na jego ramieniu, żeby dodac mu otuchy ale nie teraz. Coś w wyglądzie Jace’a powstrzymało go przed tym.
- Gdybym to nie ja go przyprowadził – powiedział z namysłem Jace jakby recytował wiersz – to może pozwoliliby mu wrócić do domu. Uwierzyliby...
- Nie – przerwał mu Alec. – Jace, to nie twoja wina. Uratowałeś mu życie.
- Tylko po to żeby Clave mogło go teraz torturować. Też mi przysługa. Jeśli Clary się o tym dowie... – pokręcił głową. – Pomyśli, że zrobiłem to celowo. Że doskonale wiedziałem co go wtedy czeka.
- Nie zrobi tego. Nie miałeś powodu żeby zrobić coś takiego.
- Być może – powiedział wolno Jace – ale po tym, jak ją potraktowałem...
- Nikt nawet nie pomyślałby, że byłbyś do tego zdolny – wtrąciła Isabelle. – Nikt, kto cię zna. Nikt kto...
Ale Jace nie czekał, aż Isabelle powie czego jeszcze nikt by o nim nie pomyślał. Zamiast tego obrócił się i podszedł do witrażowego okna, które wychodziło na kanał. Stał przy nim przez chwilę; światło barwiło kosmyki jego włosów na złoto. A potem poruszył się tak szybko, że Alec nie miał nawet czasu zaregować. Zanim zorientował się co miał zamiar zrobić Jace i doskoczył do niego by temu zapobiec, było już za późno.
Rozległ się trzask a w powietrze strzeliły odłamki rozbitego szkła przypominające wyszczerbione gwiazdy. Jace spojrzał na swoją lewą rękę z niemal kliniczną ciekawością. Grube, czerwone krople krwi skapywały na ziemię u jego stóp.
Isabelle spojrzała na Jace’a a potem na dziurę w szybie. Rozchodzące się promieniście srebrzyste pęknięcia przypominały pajęczą sieć.
- Jace – powiedziała głosem tak miękkim jakiego Alec nigdy u niej nie słyszał. – Na litość boską, jak my to teraz wytłumaczymy państwu Penhallow?
Clary udało się jakimś cudem opuścić dom. Nie miała pojęcia jakim – wszystko przypominało zamazaną plataninę schodów i korytarzy. Po chwili biegła już do drzwi wejściowych i wypadła na zewnątrz, nie mogąc się zdecydować czy ma zwymiotować w krzaki róż czy też nie. Aż się prosiły o to by to zrobić. Żołądek ją bolał, ale dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że przez cały dzień zjadła tylko trochę zupy, więc tak naprawdę nie miała nawet czym zwymiotować. Zamiast tego zeszła ze schodów i rozejrzała się dookoła. Nie pamiętała już skąd przyszła ani jak jak trafić z powrotem do domu Amatis, ale to nie miało dla niej znaczenia. Nie uśmiechało jej się wracać tylko po to by powiedziec Lukowi, że muszą opuścić Alicante bo inaczej Jace wyda ich przed Clave.
Może Jace miał rację. Może rzeczywiście była narwana i bezmyślna. Może naprawdę nie dbała o to co robi i jaki ma to wpływ na ludzi, których kochała. W jej umyśle pojawiła się twarz Simona, wyraźna jak na zdjęciu, a potem twarz Luke’a...
Zatrzymała się i oparła o latarnię. Kwadratowy szklany klosz był podobny do tych jakie wieńczyły lampy gazowe w Slope Park. W jakiś sposób dodało jej to otuchy.
- Clary! – rozległ się zaniepokojony głos. Clary od razu pomyślała o Jasie. Rozejrzała się dookoła.
To nie był on. Stał przed nią Sebastian, ciemnowłosy chłopak z salonu Penhallowów, i lekko dyszał jakby gonił ją przez pół ulicy.
Clary poczuła wybuch tych samych emocji jakie ogarnęły ją podczas ich pierwszego spotkania, połączonych z czymś czego nie potrafiła zidentyfikować. To nie była ani sympatia ani niechęć – raczej impuls, który popychał ją ku niemu. Możliwe, że to z powodu jego wyglądu. Był piękny, równie piękny co Jace, mimo że Jace był cały w kolorach złota a Sebastiana charakteryzowały bladości i cienie. Teraz w świetle lampy mogła dostrzec, że podobieństwo Sebastiana d...
Krajculka