Chmielewska Joanna - wszelki Wypadek.pdf

(540 KB) Pobierz
Microsoft Word - wszelki wypadek.txt
"Wszelki wypadek"
Joanna Chmielewska
Agrafkę, która po trzeciej lekcji zastąpiła guzik, Janeczka nagle poczuła w
sobie. Poranek w dniu dzisiejszym był zdecydowanie pechowy. Dwie pary dżinsów po
wczorajszym praniu jeszcze były wilgotne, na trzecią parę, którą miała na sobie,
jej brat, Pawełek, wylał przy śniadaniu całą szklankę herbaty z mlekiem i z
miodem Postanowiła włożyć ulubioną spódniczkę i zupełnie zapomniała, że zamek
błyskawiczny w tej spódniczce zaczął ostatnio grymasić. Przebierając się w
pośpiechu, na ten guzik prawie nie zwróciła uwagi, przypomniała sobie o nim
dopiero, kiedy odpadł i okazał się ważny, bez niego bowiem zamek błyskawiczny
wcale nie chciał się trzymać. Musiała posłużyć się agrafką, która do tej pory
zachowywała się przyzwoicie i dopiero teraz odmówiła usług. Nastąpiło to na
ulicy. Janeczka wracała do domu od Beatki po wspólnym odrabianiu lekcji. Beatka
prezentowała doskonałą tępotę matematyczną, w zamian umiała świetnie pisać
wypracowania, podział zajęć zatem polegał na tym, że Janeczka rozwiązywała
zadania matematyczne, Beatka zaś pisała dwa różne wypracowania, jedno dla
siebie, drugie dla niej. Dwa razy w tygodniu Janeczka prosto ze szkoły udawała
się do koleżanki, razem zjadały obiad, po czym przystępowały do pracy. Tego
akurat popołudnia zajęcia nieco się przeciągnęły, w pierwszej kolejności bowiem
trzeba było obejrzeć film na wypożyczonej kasecie, która musiała zostać zwrócona
przed osiemnastą, a potem okazało się, że Beatka dostała od swojej prababci
stare rodzinne zdjęcia, szalenie śmieszne. Panie miały na nich długie suknie i
kapelusze z piórami, a panowie dziwaczne, zabawnie zakręcone wąsy i nie można
było na to nie popatrzeć. W rezultacie Janeczka wracała do domu znacznie później
niż zwykle. Noc to jeszcze nie była, zaledwie wieczór, wpół do ósmej, ale
ciemności panowały kompletne, jak zwykle w końcu listopada. Latarnie świeciły
średnio, ulice zalegało błoto, a w powietrzu czuło się jakby lodowatą mżawkę,
Janeczka zatem szła szybkim krokiem do przystanku autobusowego, chcąc jak
najprędzej znaleźć się w domu. Była już blisko ulicy Ciszewskiego, kiedy
zastopowała ją właśnie ta agrafka. Wbiła się w nią jakoś dziwnie, nie z boku,
tylko trochę z tyłu, i z każdym krokiem wbijała się porządniej. Zgadłszy, że
spódniczka przekręciła się nieco, Janeczka zatrzymała się i spróbowała dosięgnąć
zamka. Okazało się to niemożliwe. Agrafka weszła nie tylko w nią, ale także w
rajstopy, które ograniczały pole manewru. W dodatku obie ręce Janeczka miała
zajęte, w jednej niosła tornister, w drugiej dość ciężką torbę z książkami, i
musiała najpierw pozbyć się balastu, a dopiero potem uporządkować garderobę.
Rozejrzała się; błoto było okropne, odrobina śniegu, która spadła przedwczoraj,
właśnie stopniała i zamieniła się w rzadką breję. Za nic w świecie Janeczka nie
położyłaby tornistra w czymś takim. Uczyniła jeszcze kilka kroków z nadzieją, że
to świństwo trochę się przesunie i przestanie tak mocno kłuć, całą postacią
wykonała wijący ruch, podobny nieco do tańca brzucha, i rezultat był okropny.
Przypomniała sobie rozmiar agrafki i z irytacją pomyślała, że lada chwila
zostanie przebita na wylot, a może już ten ostry koniec wychodzi jej z przodu.
Rozejrzała się ponownie, bo wyjście już było tylko jedno - znaleźć kawałek
suchego miejsca, odłożyć bagaże i dostać się do tej obrzydliwości. Agrafka
połączyła spódniczkę z rajstopami, prawdopodobnie trzeba będzie zsunąć z siebie
wszystko razem i dopiero wtedy przekręcić. Nie będzie przecież rozbierać się na
ulicy, musi wejść do jakiejś bramy. W ogóle do jakiegoś domu, na klatkę
schodową... Budynki w tej części Ursynowa zaopatrzone były w domofony i do
żadnej klatki schodowej nie miała dostępu, ale przedsionki pozostawały otwarte.
Wyobraziwszy sobie jeszcze jazdę autobusem z tym potwornym, ostrym kolcem,
Janeczka otrząsnęła się ze zgrozą i skręciła do najbliższych drzwi. Weszła do
oszklonego przedsionka. Na klatce schodowej było ciemno i światła oczywiście nie
mogła zapalić, ale z ulicy padał blask latarni, nikły, wystarczający jednak,
żeby trochę widzieć. Posadzka przedsionka zadeptana i zabłocona była tylko na
środku, kąty wydawały się suche, Janeczka zatem odłożyła swoje ciężary i
przystąpiła do manipulacji ubraniowych. Męczyła się co najmniej pięć minut,
zanim udało jej się wreszcie odwrócić odzież na sobie i dosięgnąć agrafki. Nie
oznaczało to jeszcze zwycięstwa; agrafka przelazła za daleko, nie pozwalała się
wyjąć, z zaczepionych rajstop wychodziły nitki, spódniczka była z nimi połączona
na mur, szarpanie nie pomagało, obie rzeczy musiały być widocznie w doskonałym
gatunku. Na myśl, że zostanie tu na zawsze, unieruchomiona idiotyczną agrafką,
bez szans na normalne użytkowanie własnej odzieży, Janeczka wpadła w zimną
furię. Zacisnęła zęby, przyklękła nad tornistrem i wyciągnęła z niego piórnik, w
którym obok długopisu, ołówka, gumki, temperówki, kilku spinaczy, dwóch
koralików i złamanego kolczyka kształtu koniczynki spoczywały malutkie nożyczki.
Bez chwili namysłu posłużyła się nimi, wycięła w rajstopach dziurę dookoła
agrafki i wreszcie miała te dwie sztuki garderoby oddzielnie. Dalej poszło już
łatwo. Rezygnując z wyciągania agrafki, zapięła ją po prostu i przekręciła
spódniczkę tak, żeby zamek znalazł się prawie z przodu. Pozostawiania go na boku
wolała nie ryzykować. Odetchnęła głęboko, poprawiła kurtkę i pochyliła się, żeby
schować piórnik. W tym momencie gdzieś bardzo blisko, prawie przy samym budynku,
rozległo się przeraźliwe, alarmowe wycie samochodu. Dźwięk był jej doskonale
znany, ale wybuchł tak nagle i tak głośno, że poderwała się gwałtownie, a
piórnik wypadł jej z ręki. Uderzył o podłogę, otworzył się i wszystko z niego
wyleciało. Zostawiając pozbieranie szkolnych skarbów na później, wyjrzała przez
oszklone drzwi. Wył samochód, stojący po drugiej stronie ulicy. Właściciel
akurat otwierał go i wsiadał, zapomniawszy najwidoczniej o wcześniejszym
wyłączeniu alarmu. -No! - powiedziała Janeczka szeptem pełnym irytacji. -
Zamkniesz mu gębę, czy nie? Przez urywane donośne wycie przedarły się nagle
jakieś inne dźwięki. Dochodziły skądś z góry i można w nich było rozróżnić
szczęknięcie otwieranego okna i wrzeszczący gniewnie głos. Niepewna, czy jest w
tym coś interesującego, wyłącznie na wszelki wypadek, Janeczka uchyliła swoje
drzwi i popatrzyła ku górze. Niczego nie zobaczyła, ale za to wycie właśnie
umilkło i głos z góry zabrzmiał potężnie i wyraźnie.
-Won od tego wozu!!! - darł się jakiś osobnik. - Złodzieje!!! Ludzie, on. to
kradnie!! Won, ty palancie, bo będę strzelał!!! Człowiek w samochodzie nie
zwracał na krzyki żadnej uwagi. Zapalił silnik i zaczął się wycofywać z
parkingu. Janeczka zostawiła wszystkie swoje rzeczy w przedsionku, wyszła,
oddaliła się o kilkanaście kroków i z tej odległości spojrzała na budynek. W
otwartych drzwiach balkonowych na czwartym piętrze miotał się facet ze słuchawką
telefoniczną przy uchu, wygrażając pięścią w kierunku odjeżdżającego samochodu.
Nie zniżał głosu i można było doskonale usłyszeć, że zawiadamia policję o fakcie
kradzieży. - Odjeżdża, ścierwo, jeszcze go widzę! Panie, ja jestem na czwartym
piętrze! Golf, granatowy, numer rejestracyjny... Kradziony samochód wycofał się
spomiędzy innych wozów i zaczął skręcać, bo ulica nie miała przelotu. Osobnik na
czwartym piętrze rzucił słuchawkę i znikł z drzwi balkonowych. Janeczka z uwagą
przyjrzała się kierowcy, określanemu mianem złodzieja. Przez chwilę padało na
niego światło z jednego parterowego okna, widać go było wyraźnie i postarała się
na wszelki wypadek zapamiętać jego profil. Następnie wróciła do przedsionka i
pośpiesznie pozbierała porozrzucane przedmioty z piórnika, co przyszło jej o
tyle łatwo, że na klatce schodowej zapłonęło światło. Przez wewnętrzne drzwi,
również oszklone, ujrzała owego osobnika z balkonu, jak pokonywał ostatnie
stopnie schodów, zjeżdżając z nich na obcasach i chwytając za poręcz, bo
odrzucała go siła odśrodkowa. Wypadł z budynku jak szaleniec, w ogóle jej nie
zauważywszy. Janeczka porwała torbę i tornister i wybiegła za nim. Granatowy
Golf docierał już do końca ulicy. Mamrocząc pod nosem różne niezbyt eleganckie
wyrazy, osobnik z góry runął do małego fiata, zaparkowanego tuż obok pustego
miejsca po Golfie, wyprysnął nim do tyłu, zawrócił i pognał za ukradzionym
samochodem. -Małym fiatem pojechał ganiać volkswagena? - zdumiał się Pawełek,
kiedy w trzy kwadranse później siostra złożyła mu relację z wydarzeń. -
Zwariował, czy co? - No owszem - przyznała Janeczka. - Wyglądał, jakby
zwariował. Ale wcale mu się nie dziwię, ten jego samochód był chyba zupełnie
nowy. -I jak się włamał? Widziałaś?
- Wcale się nie włamał. Otworzył drzwiczki zwyczajnie, kluczykami. I te kluczyki
potem wetknął gdzie trzeba i odjechał. Tylko z alarmem miał kłopoty, wyło mu tak
długo, że aż mnie zdenerwował. Pawełek z niedowierzaniem przyglądał się
siostrze.
- Coś chyba musiałaś przeoczyć. Skąd niby miał te kluczyki? Najpierw mu ukradł
kluczyki, a potem samochód? - Uważam, że to możliwe. Albo sobie dorobił. Ciekawa
jestem, czy go dogonił. - Mowy nie ma, ale też jestem ciekaw. I co mu zrobił,
jeśli go dopadł. Ty tam jeszcze będziesz? - No pewnie, że będę, Beata mieszka o
cztery domy dalej.
- To spróbuj się dowiedzieć. Rozejrzyj się w ogóle, czy ten Golf tam wrócił.
Numer pamiętasz? - Pamiętam. Zapisałam sobie w autobusie. Ale jeśli ten złodziej
ma trochę oleju w głowie... - to pewnie, zmienił od razu. Ale gdyby wrócił do
właściciela, numer będzie miał ten sam. - I złodzieja pamiętam. ByU średniego
wzrostu, średnio gruby, na głowie miał dużo czarnych włosów, chyba kręconych, i
z profilu potrafię go rozpoznać. Z frontu nie, bo jak go zobaczyłam, już
zaczynał wsiadać i gębę miał w środku. - To skąd wiesz, że się nie włamał, tylko
otworzył kluczykami? - Tak wyglądało. Wyjrzałam prawie od razu, jak tylko
zaczęło wyć i już sobie otwierał drzwiczki. I mówię przecież, że zaczynał
wsiadać. Gdyby się włamywał, byłby jeszcze w trakcie i co najmniej jedna szyba
byłaby nie w porządku. A tu nic. I nawet się zastanawiam, czy ten z góry się nie
pomylił... Pawełek pożałował głęboko, że sam nie był świadkiem wydarzenia i tym
bardziej zażądał dalszego ciągu. Kwestia owych kluczyków intrygowała go
niezmiernie. Janeczka obiecała poczynić odpowiednie starania i z westchnieniem
przystąpiła do przyszywania guzika i cerowania dziury w rajstopach. Na wszelki
wypadek wolała nie zwracać się w tej sprawie do babci. Już po dwóch dniach mogła
zaspokoić wymagania brata. Zniecierpliwiony Pawełek czekał na nią w ogrodzie,
bawiąc się z psem. Kazał mu warować przy drzwiach, sam biegł w najdalszy
zakątek, kładł specjalnie zaznaczony patyk obok licznych, bardzo podobnych, po
czym wracał i polecał szukać. Najmądrzejszy pies świata bez chwili wahania
pędził ku właściwemu miejscu i przynosił w zębach patyk Pawełka, nie
dostrzegając w tym zadaniu najmniejszej nawet trudności. Pawełek doskonale
wiedział, że Chaber znajdzie jego patyk wśród miliona innych, absolutnie
identycznych, ale, zdenerwowany oczekiwaniem na Janeczkę, nie umiał wymyślić
bardziej skomplikowanej zabawy. Ruszył na drugą stronę domu, żeby schować ten
patyk dwudziesty piąty raz, postanowił nawet pomacać jakiś inny, leżący obok,
ciekaw, czy pies przyniesie także i ten drugi, kiedy po dwóch krokach zatrzymało
go radosne piśnięcie. Chaber skoczył w kierunku furtki i Pawełek już wiedział,
że Janeczka wraca. Dał sobie spokój z patykami, również popędził ku furtce. -
Ty, było gadanie, że niepotrzebnie latasz sama po ciemku! - zawołał, zaledwie
Janeczka zbliżyła się na słyszalną odległość. - Babcia zaczęła! Mówią, że
powinnaś zabierać ze sobą psa! - Mój pieseczek najdroższy - powiedziała z
czułością Janeczka, tuląc i głaszcząc witającego ją, uszczęśliwionego Chabra, po
czym wyprostowała się. - Gdzie niby mam go zabierać? Do szkoły? Ruszyła ku
Pawełkowi, który czekał przed furtką.
- Poza tym, do Beaty nie zabiorę go za żadne skarby świata - oznajmiła
stanowczo. - Bo co? - zainteresował się Pawełek. Janeczka dotarła już do furtki
i razem weszli do ogrodu. - Bo tam jest małe dziecko. Beata ma siostrzyczkę,
prawie dwa lata, obrzydliwy bachor. Byłam z Chabrem raz i nigdy więcej. -Bo co?
- Bo ten bachor do niego aż kwiczał i dziwię się, że pies z tego nie wyszedł w
kawałkach. Nie pozwolę wydłubywać mu oczu i wyrywać ogona i uszu, i siadać na
nim, i nie wiem co tam jeszcze, a Chaber jej przecież nie ugryzie. W lecie
mógłby czekać na zewnątrz, ale teraz gdzie? W tym błocie? -Trochę przeschło...
- Głupi jesteś.
- No fakt - przyznał Pawełek bez oporu. - O głupotach tu ględzę, zamiast
załatwiać poważne sprawy. I co? Czego się dowiedziałaś? Janeczka sapnęła
triumfująco i zatrzymała się przed wejściowymi schodkami. - Wszystkiego!
Rozmawiałam z tym facetem!
- Z którym? Z tym okradzionym?
- No a co? Myślałeś, że ze złodziejem? Pawełek z pewnym trudem ukrył wybuchły w
nim podziw dla siostry. Takich uczuć okazywać po prostu nie wypadało.
-Jak? - spytał krótko.
- Zwyczajnie. Wyszłam od Beaty, poszłam do tamtego domu, to jest po drodze,
obliczyłam po oknach, które to może być mieszkanie, i zadzwoniłam. Na tym jego
balkonie się świeciło, więc musiał być w domu i wyobraź sobie, trafiłam od razu!
- Co powiedziałaś?
- Spytałam, czy to jemu ukradli samochód dwa dni temu. Bardzo się przejął i
otworzył czym prędzej, i czekał na mnie na schodach przed drzwiami. Powiedział,
że jestem jedynym świadkiem, który przyznaje się, że jest świadkiem, bo cała
reszta oślepła, ogłuchła i nie istnieje, a policja podobno mówi, że najszybciej
z miejsca przestępstwa uciekają świadkowie. Jedna wypowiedź Janeczki zawierała w
sobie tyle atrakcyjnej treści, że Pawełek musiał to jakoś przetrawić. Milczał
chwilę. -Dobra, rozumiem. Ciekawa rzecz... I co dalej?
Janeczka nie miała wątpliwości, jakie kwestie interesują jej brata. Oddała mu
swój tornister, a Pawełek odruchowo przejął ciężar. Ciągle stali na schodkach. -
On mówi, że ten złodziej rzeczywiście miał kluczyki. Mówi, że usłyszał swoje
wycie, a to był pierwszy dzień, no, wieczór... kiedy postawił nowy samochód
przed domem, bo przedtem trzymał go u znajomych w garażu. Więc usłyszał wycie i
natychmiast wyskoczył na balkon, a telefon stoi obok, więc jednocześnie
wrzeszczał na tego złodzieja i dzwonił na policję. Straszył, że będzie strzelał,
chociaż nie ma z czego. Widział wszystko od pierwszej chwili, mówi, że ten
złodziej musiał mieć dobre kluczyki, bo wcale nie próbował, tylko od razu
wetknął jak w masło, bez żadnych trudności. Tylko alarmu nie umiał wyłączyć, a
to dlatego, że alarm on sobie sam troszeczkę przerobił natychmiast po kupieniu.
Dlatego wyło tak długo. A co do reszty, to on mówi, że musi być jakaś zmowa,
ludzie kupują samochody, a do każdego już są dorobione kluczyki, złodziej te
kluczyki dostaje razem z adresem tego, co kupił. tylko sprawdza, ma garaż, czy
nie. On mówi, że to jest mafia.
Pawełek słuchał w, skupieniu, co drugie słowo że zrozumieniem kiwając głową. -
Dogonił go?
- A skąd! Mówi, że to już było z rozpaczy. Tego starego małego fiata jeszcze nie
zdążył sprzedać, więc wsiadł i pojechał, ale z góry wiedział, że nic z tego nie
będzie. Widział przed sobą swojego volkswagena nawet przez duży kawał drogi, ale
potem znikł mu z oczu, pojechał w ogóle gdzieś na Pragę. Trasą Łazienkowską. Za
to spotkał policyjny radiowóz i okazało się, że wcale nawet nie wiedzieli, że
złodziej ucieka koło nich kradzionym samochodem. Komunikat był, ale oni nie
słuchali, bo byli zajęci. - Czym?
- Czymś tam. Jakąś awanturą, do której mieli pojechać albo nie. No i ten
samochód oczywiście przepadł. Otworzyły się drzwi i wyjrzała z nich ich matka,
pani Krystyna. - Dzieci, czy to ma być wasza najnowsza przestrzeń życiowa? -
spytała z wyrzutem. - Nie stójcie na tych schodkach, jest za zimno. - No owszem,
dosyć zimno - zgodziła się Janeczka i wszyscy razem weszli do domu. -
Ubezpieczony był chociaż? - zapytał Pawełek w holu, gdzie jego siostra
zdejmowała kurtkę i buty. - Ubezpieczony. Mówi, że to cud. Zwrócą mu wszystko,
tylko musi być dochodzenie.
Będą sprawdzać, czy mu rzeczywiście ukradli, bo mógł go sam gdzieś schować, żeby
dostać pieniądze i możliwe, że ja mu się nadzwyczajnie przydam. Mogę
zaświadczyć, co widziałam. Pawełek westchnął i ponownie pożałował, że go tam,
przy tej kradzieży, nie było. Nie zazdrościł Janeczce, szlachetnie przyznał, że
należało się jej, ostatecznie poprzednim razem to on uczestniczył osobiście w
najbardziej wstrząsających wydarzeniach, a nie ona. Odgórna sprawiedliwość
obdarowała teraz osobę, wcześniej nieco pokrzywdzoną. Cała impreza jednakże
utkwiła w nim na mur. Nazajutrz w drodze powrotnej ze szkoły wszystkie samochody
ciągnęły jego wzrok niczym magnes, prawie nie mógł oderwać od nich oczu.
Szczególną uwagę poświęcał tym stojącym, koło których ktoś się kręcił, chociaż
mało było nadziei, żeby kradzieży dokonywano w biały dzień na gęsto zaludnionej
ulicy. A jednak miał szczęście! Warto było patrzeć, chociażby tylko na wszelki
wypadek... Wpadł do domu mocno spóźniony, niecierpliwie kopnął w kąt buty, byle
jak powiesił kurtkę, z rozpędu wrzucił tornister do swojego pokoju i runął do
Janeczki. Janeczka siedziała przy biurku, już odwrócona ku drzwiom, bo hałasy w
holu brzmiały jednoznacznie. - No? - powiedziała, zanim brat zdążył otworzyć
usta.
- Ano właśnie! - odparł z triumfem Pawełek i rzucił się na tapczan. - Jak
znalazł, trafiłem na takie coś, że się skichać można! Wcale bym nie zwrócił
uwagi, żebyś mi o tamtym nie powiedziała, ale zwróciłem i specjalnie
podsłuchiwałem, i nawet potem pogadałem na ten temat Ale ubaw! Słuchająca
niecierpliwie Janeczka odwróciła się razem z krzesłem tyłem do biurka i popukała
palcem w czoło. - A może byś tak zaczął mówić z sensem, co? - zaproponowała
cierpko. - Ja ci opowiadam porządnie. Nic nie rozumiem na razie i nie wiem,
gdzie ten ubaw. - Dobra, zaraz ci wyłożę na patelnię. Chwilowo streściłem. No
więc akurat jak wracałem ze szkoły, policja złapała faceta w samochodzie, dwóch,
ściśle biorąc, ojciec i syn to byli. Tak się tylko zatrzymałem, na wszelki
wypadek, i od razu wyszło, że słusznie. Ten samochód był kradziony. Ojciec się
strasznie złościł, a syn go uspokajał... - Skąd wiesz, że kradziony? - przerwała
Janeczka.
- Od policji. Usłyszałem. Powiedzieli to wyraźnie. Panie, mamy zgłoszenie o
kradzieży tego wozu, powiedzieli, skąd pan go ma? A on na to, ten syn, że kupił.
Od znajomego, ale coś mi się widzi, że kręcił, bo nazwiska znajomego nie znał,
to co to za znajomy. Kupił i jeździ nim już ładne parę miesięcy, nie ukradł
przecież, wszystkie papiery im pokazywał, mam na myśli dowód osobisty i tak
dalej. Ale umowę kupna miał w domu i obiecywał, że też im pokaże, na tym
stanęło, pojechali z nim razem. Zaglądali do silnika, numer sprawdzali,
przebity, z tym że byle jak, nawet się ten złodziej nie fatygował, żeby to
zrobić porządnie, i ten poprzedni odczytali. Parę osób tam się przyglądało, bo
ten ojciec pomstował, ale bardzo elegancko. Tyle że dosyć głośno. A syn mówił,
cicho tatusiu i daj spokój tatusiu, i wyglądał jak ogłuszony. - Każdy na jego
miejscu byłby ogłuszony - przyznała Janeczka. - I co dalej? Jaki to w ogóle był
samochód? - Ford Fiesta. Nie wiem, co dalej, wsiedli i odjechali oglądać umowę.
- I jak on się nazywa?
-Kto?
-- Ten właściciel kradzionego samochodu.
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- Jak to? Nie podejrzałeś? Nie usłyszałeś, jak
mówili?
Pawełek zakłopotał się nieco.
- Usłyszeć, może i usłyszałem, ale prawdę mówiąc, nie zwróciłem uwagi. Bo co?
Janeczka odwróciła się z powrotem do biurka, ale nie podjęła odrabiania lekcji.
Wsparła łokcie na blacie i brodę na dłoniach i z namysłem popatrzyła w okno.
-Na wszelki wypadek -odparła po chwili milczenia. -- On zna takiego, który
pewnie zna złodzieja, chyba że sam kradnie, ale to jeszcze lepiej. Coś mi się w
tym wszystkim nie podoba. To, co tamten mówił... Pan Zajrzał... - Co za pan i
gdzie zajrzał? - przerwał rzeczowo Pawełek, zsuwając się nieco z tapczanu i
siadając prosto. - Nigdzie nie zajrzał, on się tak nazywa. Ten od Golfa. Nazywa
się pan Zajrzał. - A... To co ten pan Zajrzał?
- Mówił, że on uważa, że policja ma to w nosie. Nawet nie próbują szukać
samochodów i łapać złodziei. Kichają kompletnie. - A to niby dlaczego? - oburzył
się Pawełek i zjechał z tapczanu na dywan. Obejrzał się, sięgnął po kolorową
poduszkę i podłożył ją pod siebie. - On uważa, że machnęli ręką, bo nie dają
sobie rady. Mają tego za dużo. A oprócz tego, on uważa, że może nawet biorą
łapówki od złodziei, nie żeby wszyscy, ale niektórzy. I w ogóle lekceważą. - Ej
że! - zaprotestował Pawełek z wyraźną urazą. - Ci tutaj wcale sobie nie
lekceważyli! Sprawdzali faceta, bo rzeczywiście na czerwonym świetle przejechał,
to od ludzi słyszałem, sam przyszedłem, jak już stał, a przy okazji, z miejsca,
pierwsze co obejrzeli, to ten przebity numer. Nikt ich nie zmuszał, sami z
siebie. I uczepili się jak rzepy, chociaż grzeczni byli do nieprzytomności.
Proszę bardzo, mówili, i dziękuję bardzo, i pan będzie łaskaw...
- No to przecież mówię, że nie wszyscy! - zirytowała się Janeczka. Porzuciła
okno i znów odwróciła się do brata. - Ci może akurat nie. I wcale nie ja to
mówię, tylko pan Zajrzał. - On przesadza, bo jest poszkodowany.
- No owszem, możliwe. Ale jednak ten radiowóz, do którego dojechał, ani nie
słuchał komunikatu, ani nie ruszył ganiać złodziei... - Bo to nie tak jest! -
przerwał energicznie Pawełek. - Tam ludzie mówili między sobą i każdy opowiadał,
a ja tylko słuchałem. Tego jest zatrzęsienie! - Czego jest zatrzęsienie?
- Tego złodziejstwa. Tych kradzieży samochodów. I najwięcej kradną Volkswagenów
Golfów, nie było wiadomo dlaczego, ale teraz już wszyscy wiedzą. Wywożą je do
Związku Radzieckiego. - Już nie ma Związku Radzieckiego -
Zgłoś jeśli naruszono regulamin