Rozdział 15.doc

(101 KB) Pobierz

15. Wszystko się sypie

 

 

Luke spędził większość nocy na obserwowaniu ruchu księżyca, widocznego przez przejrzysty dach Sali Porozumień, wyglądającego jak sebrna moneta tocząca się po szklanej tafli stołu. Gdy osiągnął pełnię, tak jak teraz, poczuł jak wyostrzają mu się wzrok i zmysł węchu, nawet gdy był w swojej ludzkiej postaci. Teraz na przykład wyczuwał woń niepewności w pokoju i skryty pod powierzchnią ostry zapach strachu. Wyczuwał niepokój swojej sfory skrytej w Lesie Brocelind, przemierzającej ciemność między drzewami i oczekującej na wiadomość od niego.

- Lucian – głos Amatis był niski ale wwiercał się w jego uszy. – Lucian!

              Wyrwany z otępienia, Luke z trudem skupił swoje zmęczone oczy na scenie rozgrywającej się przed nim. To była niewielka grupa ludzi, którzy zgodzili się przynajmniej wysłuchać jego planu. Było ich mniej niż się spodziewał. Kilku z nich znał jeszcze ze swojego poprzedniego życia jakie prowadził w Idris – Penhallowów, Lightwoodów, Ravenscarów – i kilku, których dopiero co poznał, tak jak państwo Monteverde, którzy prowadzili Instytut w Lizbonie i mówili mieszanką portugalskiego i angielskiego, oraz Nasreen Chaudhury, głowę Instytutu w Mombaju o dość surowym wyglądzie. Jej ciemnozielone sari zdobiły skomplikowane runy z tak jasnego srebra, że Luke instynktownie cofnął się do tyłu gdy go minęła.

- Doprawdy, Lucian – zaczęła Maryse Lightwood. Jej drobna biała twarz była ściągnięta z wyczerpania i smutku. Luke tak naprawdę nie spodziewał się zobaczyć tu ani jej ani jej męża, ale zgodzili się jak tylko im o tym wspomniał. Spodziewał się, że powinien być wdzięczny za to, że w ogóle tu byli, nawet jeśli smutek sprawiał, że Maryse była jeszcze bardziej zapalczywa niż zazwyczaj. – To w końcu ty chciałes żebyśmy tu przyszli, więc przynajmniej mógłbyś się wreszcie skupić.

- Właśnie to robi – odparła Amatis, siedząc z nogami podwiniętymi pod siebie jak młoda dziewczyna, ale wyraz jej twarzy był stanowczy. – To nie wina Luciana, że chodzimy w kółko od kilku godzin.

- I będziemy, dopóki nie znajdziemy jakiegoś rozwiązania – wtrącił się Patrick Penhallow ostrym tonem.

- Z całym szacunkiem, Paticku – odezwała się Nasreen ze swoim akcentem – bardzo możliwe że może nie być rozwiązania dla tego problemu. W najlepszym razie możemy liczyć na jakiś plan.

- Plan, który nie uwzględnia ani masowego poddaństwa ani... – zaczęła Jia, żona Patricka, a potem urwała, przygryzając wargę. Była piękną, smukłą kobietą, bardzo przypominającą swoją córkę, Aline. Luke pamiętał jak Patrick udał się do Instytutu w Pekinie i poślubił ją. To było coś na kształ skandalu, bo miał ożenić się z dziewczyną, którą już wybrali dla niego rodzice w Idris. Ale Patrick nigdy nie robił tego co mu kazano, i teraz Luke był za to wdzięczny.

- Ani sprzymierzenia się z Podziemnymi? – podsunął Luke. – Obawiam się, że nie ma innego wyjścia.

- To nie jest problem i dobrze o tym wiesz – odparła Maryse. – Tu chodzi o tę całą sprawę ze stanowiskami w Radzie. Clave nigdy się na to nie zgodzi. Dobrze o tym wiesz. Cztery stanowiska...

- Nie cztery – sprostował Luke. – Po jednym dla baśniowego ludku, Dzieci Ksieżyca i Lilith.

- Dla czarowników, wróżek i likantropów – powiedział miękkim głosem senior Monteverde, unosząc brwi. – A co z wampirami?

- Nie obiecywały mi niczego – przyznał Luke. – Ja też niczego im nie przyrzekłem. Mogą nie okazać chęci do zasiadania w Radzie; nie są dobrze usposobieni do mojego gatunku i nieskorzy do spotkań ani ustanawiania zasad. Ale drzwi będą przed nimi otwarte w razie gdyby zmienili zdanie.

- Malachi i jego stronnictwo nigdy się na to nie zgodzi a bez nich możemy nie mieć wystarczającej liczby głosów – wymamrotał Patrick. – Poza tym, bez wampirów, jaką mamy szansę?

- Bardzo dobrą – powidziała krótko Amatis, która zdawała się wierzyć w plan Luke’a bardziej niż on sam. – Jest bardzo dużo Podziemnych, którzy będą z nami walczyć, i są bardzo potężni. Z pomocą czarowników...

              Kręcąc głową, seniora Monteverde odwróciła się w stronę męża.

- Ten plan to szaleństwo. Nie ma mowy, żeby zadziałał. Podziemnym nie można ufać.

- Zadziałał podczas Powstania – przypomniał jej Luke.

              Usta Portugalki zacisnęły się.

- Tylko dlatego, że Valentine walczył u boku z bandą idiotów zamiast armii – odcięła się. – Nie z demonami. A skąd możemy mieć pewność, że starzy członkowie Kręgu nie wesprą go w chwili gdy ich do siebie wezwie?

- Niech pani zważa na słowa, seniora – zagrzmiał Robert Lightwood. Odezwał się po raz pierwszy od przeszło godziny; większą część wieczoru spędził siedząc nieruchomo, pogążony w smutku. Luke mógł przysiąc, że na jego twarzy pojawiły się bruzdy, których nie było tam jeszcze trzy dni temu. Cierpienie było widoczne w jego napiętych ramionach i zaciśniętych w pięści dłoniach; Luke ledwo mógł go za to winić. Nigdy za bardzo nie lubił Roberta, ale w widoku tego potężnego mężczyzny pogrążonego w bezsilności przez smutek było coś tak bolesnego, że nie mógł na to patrzeć. – Jeśli myśli pani, że dołączę do Valentine’a po śmierci Maxa... on zamordował mojego syna...

- Robercie... – szepnęła Maryse, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Jeśli się do niego nie przyłączymy – powiedział senior Monteverde – to wszystkie nasze dzieci mogą zginąć.

- Skoro tak myślisz, to po co tu przyszedłeś? – Amatis wstała z miejsca. – Myślałam, że uzgodniliśmy...

              Ja również. Luke’a rozbolała glowa. Zawsze tak z nimi było, uświadomił sobie, dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. Byli tak samo źli jak walczący ze sobą Podziemni; gdyby tylko potrafili to dostrzec. Może i lepiej by się stało, gdyby rozwiązali swoje problemy za pomocą walki, tak jak to robiła jego sfora.

              Jego wzrok przyciągnął ruch przy drzwiach. Był tak szybki, że gdyby nie zbliżająca się pełnia księżyca, to nawet nie zauważyłby i nie rozpoznał postaci, która przeszła przez drzwi. Przez chwilę zastanawiał się, czy sobie tego nie wymyślił. Czasami, gdy był już bardzo zmęczony, myślał, że widzi Jocelyn... w drżącym cieniu lub grze światła na ścianie.

              Ale to nie była ona. Luke wstał z miejsca.

- Idę odetchnąć świeżym powietrzem, zaraz wracam – czuł na sobie ich spojrzenia, gdy szedł w stronę wyjścia. Wszyscy na niego patrzyli, nawet Amatis. Senior Monteverde szepnął coś do swojej żony po portugalsku. Luke wyłapał wyraz „lobo” oznaczający wilka, w potoku jego słow. Pewnie myślą, że idę pobiegać sobie w kółko i powyć do książyca.

              Powietrze na zewnątrz było rześkie i chłodne a niebo przybrało stalowoszarą barwę. Świt zabarwił na czerwono niebo na południu i rzucił bladoróżowy poblask na białe marmurowe schody prowadzące w dół z Sali. W połowie schodów czekał na niego Jace. Biały, żałobny strój jaki miał na sobie, był dla Luke’a jak policzek, przypomnienie śmierci jaką dopiero co zdążyli przetrwać i zapowiedź tej, którą dopiero mieli.  Zatrzymał się kilka stopni nad Jasem.

- Co tu robisz, Jonathanie?

              Nie odpowiedział, a Luke przeklął się w duchu za swoje zapominalstwo – Jace nie lubił gdy nazywano go Jonathanem i zazwyczaj reagował na to imię ostrym sprzeciwem. Jednak tym razem wydawał się wcale o to nie dbać. Jego twarz, gdy uniósł ją by na niego spojrzeć, była równie poważna jak twarze reszty dorosłych w Sali. Mimo że Jace’owi brakowało roku do osiągnięcia pełnoletności w świetle prawa Clave, to widział w swoim krótkim życiu tyle okropności, jakich reszta dorosłych nie była w stanie sobie nawet wyobrazić.

- Szukałeś swoich rodziców?

- Masz na myśli Lightwoodów? – potrząsnął głową. – Nie. Nie chcę z nimi rozmawiać. Szukałem ciebie.

- Chodzi o Clary? – Luke zszedł kilka stopni w dół, zanim stanął tuż nad Jasem. – Wszystko z nią w porządku?

- Tak.

              Wspomnienie Clary sprawiło, że Jace spiął się cały, co z kolei spowodowało że i on się zdenerwował... tyle że Jace nigdy nie powiedziałby, że Clary ma się dobrze, gdyby tak nie było.

- Więc o co chodzi?

              Jace spojrzał w bok, w kierunku drzwi Sali.

- Jak idzie? Robicie jakieś postępy?

- Nie bardzo – przyznał Luke. – Mimo że nie chcą się poddać przed Valentinem, to pomysł umieszczenia Podziemnych w Radzie podoba im się jeszcze mniej. A bez tego moi ludzie nie będą walczyć.

              Oczy Jace’a rozbłysły.

- Clave znienawidzi tą decyzję.

- Nie musi jej kochać. Muszą jedynie polubić ją bardziej od samobójstwa.

- Będą przeciągać jej podjęcie. Na twoim miejscu wyznaczyłbym ostateczny termin – doradził mu Jace. – Clave pracuje szybciej gdy ma terminy.

              Luke nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Wszyscy Podziemni, których mogę wezwać, zjawią się o zmierzchu przy Północnej Bramie. Jeśli Clave zgodzi się walczyć u ich boku, to wejdą do miasta. Jeśli nie, zawrócą. Nie mogłem tego inaczej rozegrać – ledwie starczy nam czasu na dotarcie do Brocelind przed północą.

              Jace zagwizdał.

- Jakie poetyckie. Masz nadzieję, że widok tych wszystkich Podziemnych zainspiruje ich czy przerazi?

- Pewnie jedno i drugie. Wielu członków Clave jest związanych z Instutytami, tak jak ty, więc przywykli do ich widoku. To o rdzennych mieszkańców Idris boję się najbardziej. Perspektywa zobaczenia tylu Podziemnych u ich bram może spowodować, że wpadną w panikę. Z drugiej strony, nie zaszkodzi im przypomnieć jak bardzo są bezbronni.

              Jak na zawołanie, spojrzenie Jace’a przesunęło się ku ruinom Gardu, czarnej bliźnie przecinającej zbocze ponad miastem.

- Nie jestem pewien czy potrzebują więcej przypomnień – skierował wzrok na Luke’a, jego oczy były bardzo poważne. – Chcę ci coś powiedzieć i chcę, żebyś to zachował tylko dla siebie.

              Luke nie mógł ukryć zdumienia.

- Dlaczego akurat mnie? Dlaczego nie możesz powiedzieć Lightwoodom?

- Bo to nie oni tutaj dowodzą. Wiesz o tym.

              Luke się zawahał. Coś w białej i zmęczonej twarzy Jace’a sprawiło, że wykrzesał z siebie pomimo własnego wyczerpania współczucie – współczucie i chęć pokazania temu chłopcu, który został w swoim życiu tyle razy zdradzony i wykorzystany przez dorosłych, że nie wszyscy tacy byli i że na niektórych z nich nadal mógł polegać.

- W porządku.

- Co więcej – ciagnął Jace – ufam, że będziesz to potem umiał wyjaśnić Clary.

- Wyjaśnić Clary co?

- Dlaczego musiałem to zrobić – w świetle poranka jego oczy wyglądały na jeszcze większe, przez co sprawiał wrażenie w wiele młodszego. – Wyruszam na poszukiwania Sebastiana. Wiem jak go znaleźć i mam zamiar śledzić go, dopóki nie zaprowadzi mnie prosto do Valentine’a.

              Zaskoczony Luke wypuścił powietrze z płuc.

- Wiesz jak go znaleźć?

- Magus pokazał mi jak używać naprowadzającego zaklęcia, gdy mieszkałem u niego na Brooklynie. Próbowaliśmy namierzyć mojego ojca za pomocą jego pierścienia. Wtedy nie podziałało, ale...

- Nie jesteś czarownikiem. Nie powinieneś używać takich zaklęć.

- To są runy. Tak jak wtedy gdy Inkwizytor za ich pomocą wyśledził mnie gdy poszedłem spotkać się z Valentinem na statku. Jedyne czego potrzebowałem żeby to zadziałało, to coś co zostawił po sobie Sebastian.

- Przecież sprawdzaliśmy to już z Penhallowami. Niczego po sobie nie zostawił. Jego pokój został dokładnie uprzątnięty prawdopodobnie właśnie z tego powodu.

- Znalazłem coś – powiedział Jace. – Kawałek nitki nasączonej jego krwią. Niedużo, ale zawsze coś. Wypróbowałem go i podziałało.

- Nie możesz sam ścigać Valentine’a. Nie pozwolę ci na to.

- Nie powstrzymasz mnie. Chyba że chcesz walczyć ze mną teraz na tych stopniach. I tak nie wygrasz. Wiesz to tak samo dobrze jak ja – w jego głosie pobrzmiewała dziwna nuta, mieszanina pewności i nienawiści do samego siebie.

- Posłuchaj, jakkolwiek zdeterminowany jesteś żeby odgrywać rolę samotnego bohatera...

- Nie jestem bohaterem – odparł Jace bezbarwnym głosem, jak gdyby stwierdzał oczywisty fakt.

- Zastanów się jak to przyjmą Lightwoodowie, nawet jeśli nic ci się nie stanie. Pomyśl o Clary...

- Sądzisz, że o niej nie pomyślałem? Że nie pomyślałem o swojej rodzinie? Jak myślisz, dla kogo to wszystko robię?

- Uważasz, że nie pamiętam jak to jest mieć siedemnaście lat? – zrewanżował się Luke. – Myśleć, że ma się siłę zdolną uratować świat... Tu nie chodzi tylko o siłę ale także o odpowiedzialność...

- Spójrz na mnie – przerwał mu Jace. – Spójrz na mnie i powiedz mi, że jestem zwyczajnym siedemnastolatkiem.

              Luke westchnął.

- W tobie nie ma nic zwyczajnego.

- A teraz powiedz mi, że to niemożliwe. Że to, co proponuję, jest niewykonalne – gdy Luke milczał, Jace kontynuował. – Na dłuższą metę twój plan jest dobry. Wprowadź tu Podziemnych i walcz z Valentinem aż do bram Alicante. To o wiele lepsze niż położenie się na ziemi i pozwolenie by po tobie przeszedł. Będzie się tego spodziewał. Nie uda wam się go zaskoczyć. Ja... ja mógłbym to zrobić. Możliwe, że nie ma pojęcia, że Sebastiana ktoś śledzi. To zawsze jakaś szansa, a my musimy wykorzystywać każdą szansę jaka się nadarzy.

- Możliwe – zgodził się Luke. – Ale nie można aż tyle oczekiwać od żadnej osoby. Nawet od ciebie.

- Czy ty tego nie rozumiesz? To mogę być tylko ja – odparł Jace, a desperacja zakradła się do jego głosu. – Nawet jeśli Valentine wyczuje, że go śledzę, to może pozwoli mi podejść na tyle blisko, żeby...

- Na tyle blisko żeby zrobić co?

- Żeby go zabić – odparł Jace. – A cóż by innego?

              Luke spojrzał w dół na stojącego poniżej chłopca. Pragnął w jakiś sposób wejrzeć w niego i zobaczyć w nim Jocelyn, tak samo jak widział ją w Clary, ale Jace był zawsze tylko sobą – zawsze oddzielny, wyłącznie sam.

- Zrobiłbyś to? – spytał Luke. – Zabiłbyś własnego ojca?

- Tak – odparł Jace, głosem odległym jak echo. – Teraz powinieneś powiedzieć mi, że nie mogę go zabić bo w końcu jest przecież moim ojcem, a ojcobójstwo to niewybaczalna zbrodnia.

- Nie. Teraz powiem ci, że musisz być pewny że zdołasz to zrobić – odparł Luke, i z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że jakaś część niego zaakceptowała już to, że Jace chciał zrobić dokładnie to co przed chwilą powiedział że zrobi, a on mu na to pozwoli. – Nie możesz zrobić tego  – odciąć się od wszystkich i samemu ścigać Valentine’a – tylko po to, żeby polec na ostatniej przeszkodzie.

- Jestem do tego zdolny – powiedział Jace. Spojrzał w dół schodów prowadzących na plac, który do wczorajszego ranka był pełen ciał. – Mój ojciec uczynił mnie tym kim jestem. I nienawidzę go za to. Mogę go zabić. To on się o to postarał.

              Luke potrząsnął głową.

- Jakiekolwiek było twoje dzieciństwo, Jace, udało ci się przez to przejść. Nie zepsuł cię...

- Nie – zgodził się Jace. – Nie musiał – spojrzał w niebo poznaczone pasami szarości i błękitu. Ptaki rozpoczęły swój poranny śpiew w konarach drzew otaczających plac. – Lepiej już pójdę.

- Chcesz żebym powiedział coś Lightwoodom?

- Nie. Nic im nie mów. Tylko cię obwinią za to, że wiedziałeś co mam zamiar zrobić i że mnie nie powstrzymałeś. Zostawiłem wiadomości – dodał. – Zrozumieją.

- To dlaczego...

- Dlaczego powiedziałem ci to wszystko? Bo chciałem żebyś wiedział. Żebyś miał to na uwadze gdy będziesz przygotowywał plan bitwy. Że jestem tam i szukam Valentine’a. Jeśli go znajdę, wyślę ci wiadomość – na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech. – Pomyśl o mnie jako o swoim planie B.

              Luke wyciągnął rekę i uścisnął dłoń chłopca.

- Gdyby twój ojciec nie był tym, kim jest – powiedział – byłby z ciebie dumny.

              Przez moment Jace wyglądał na zaskoczonego, a potem, tak szybko jak się zaczerwienił, cofnął rękę.

- Gdybyś wiedział... – zaczął, przygryzając wargę. – Nieważne. Powodzenia, Lucianie Graymark. Ave atque vale.

- Miejmy nadzieję, że nie będzie prawdziwego pożegnania – powiedział Luke. Słońce wschodziło szybko, a gdy Jace uniósł głowę, mrużąc oczy od intensywnego światła, coś w jego twarzy uderzyło Luke’a – połączenie bezbronności i głupiej dumy. – Przypominasz mi kogoś – powiedział bez zastanowienia. – Kogoś, kogo znałem lata temu.

- Wiem – powiedział Jace, krzywiąc usta w grymasie. – Przypominam ci Valentine’a.

- Nie – odparł Luke z zastanowieniem w głosie, ale Jace już się odwrócił a podobieństwo zniknęło, rozwiewając wspomnienia. – Nie... wcale nie jego miałem na myśli.

 

 

              W chwili gdy się obudziła, Clary wiedziała że Jace’a już nie było, nawet zanim jeszcze otworzyła oczy. Jej dłoń, nadal rozciągnięta na łóżku, była pusta; nie czuła już uścisku palców na swoich własnych. Usiadła powoli, czując napięcie w klatce piersiowej.

              Jace musiał rozsunąć zasłony zanim wyszedł, bo okna były otwarte a jasne smugi słonecznego światła znaczyły łóżko. Clary zastanawiała się czemu światło jej nie obudziło. Sądząc po pozycji słońca, musiało być już południe. Głowa jej ciążyła a oczy zaszły mgłą. Może to dlatego, że nie miała wczoraj koszmarów, po raz pierwszy od bardzo dawna, a jej ciało wypoczęło podczas snu.

              Ledwo wstała z łóżka gdy zauważyła zwinięty kawałek papieru na nocnym stoliku. Wzięła go do ręki z uśmiechem błąkającym się wokół ust – Jace zostawił jej wiadomość - a kiedy coś ciężkiego wysunęło się z papieru i zagrzechotało na podłodze u jej stóp, była tak zaskoczona, że odskoczyła do tyłu, myśląc że to coś żywego.

              Przy jej stopach leżał jasny krążek z metalu. Wiedziała co to było jeszcze zanim pochyliła się, by go podnieść. Łańcuszek i srebrny pierścień który Jace nosił na szyi. Rodzinny pierścień. Rzadko kiedy widziała go bez niego. Ogarnęło ją nagłe poczucie strachu.

Otworzyła liścik i przeleciała wzrokiem kilka pierwszych linijek.

              Pomimo wszystko, nie mogę znieść myśli, że ten pierścień mogłby zaginąć, tak samo jak nie mogę znieść myśli że opuszczam cię już na zawsze. I chociaż nie mam żadnego wpływu na to pierwszego, to przynajmniej mogę wybrać to drugie.

              Reszta listu zdawała się rozmywać w niezrozumiałą plamę liter. Musiała go czytać raz po raz żeby zrozumieć jego sens. Kiedy w końcu pojęła jego znaczenie, zapatrzyła się w dół na skrawek papieru w swojej drżącej ręce. Teraz zrozumiała dlaczego Jace powiedział jej to wszystko i dlaczego stwierdził, że jedna noc nie ma znaczenia. Mogłeś powiedzieć wszystko komuś, kogo myślałeś, że już nigdy nie zobaczysz.

              Później nie pamiętała nawet co miała zrobić ani w co się ubrać, ale jakimś cudem zbiegała już ze schodów mając na sobie zbroję Nocnego Łowcy, list w jednym ręku i łańcuszek zapięty pośpiesznie wokół szyi. Salon był pusty, ogień na kominku wygasł zmieniając się w kupkę popiołu, ale z kuchni dobiegał jakiś hałas i widać było palące się światło: usłyszała gwar rozmów i poczuła zapach przyrządzanego jedzenia. Naleśniki?, pomyślała zaskoczona. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że Amatis umiałaby je zrobić.

              I miała rację. Wchodząc do środka, Clary poczuła jak jej oczy się rozszerzają – przy kuchence, z lśniącymi włosami zebranymi w kok na karku, owinięta fartuchem i z metalową łyżką w ręku, stała Isabelle. Simon siedział za nią, trzymając nogi na krześle, a Amatis, daleka od skarcenia go żeby zostawił mebel w spokoju, opierała się o ladę i wyglądała na wielce rozbawioną.

              Isabelle machnęła łyżką w stronę Clary.

- Dzień dobry – powiedziała. – Masz ochotę na śniadanie? Chociaż przypuszczam, że to już bardziej pora lunchu.

              Oniemiała Clary popatrzyła na Amatis, która wzruszyła ramionami.

- Dopiero co wpadli tu i chcieli zrobić śniadanie – powiedziała – a ja muszę przyznać, że nie jestem zbyt dobrą kucharką.

              Clary przypomniała sobie o okropnej zupie, jaką Isabelle ugotowała w Instytucie, i wzdrygnęła się.

- Gdzie jest Luke?

- W Lesie Brocelind, razem ze swoją sforą – odparła Amatis. – Wszystko w porządku, Clary? Wyglądasz na odrobinę... 

- Rozkojarzoną – dokończył za nią Simon. – Czy wszystko jest w porządku?

              Przez chwilę nie mogła znaleźć żadnej odpowiedzi. Dopiero co wpadli, powiedziała Amatis. A to znaczyło, że Simon spędził całą noc u Isabelle. Spojrzała na niego. Nie wyglądał jakoś inaczej.

- Tak, wszystko dobrze – odparła. Nie miała teraz czasu roztrząsać życia miłosnego Simona. – Isabelle, muszę z tobą porozmawiać.

- Więc mów – powiedziała Isabelle, szturchając bezkształtny przedmiot na dnie patelni, który musiał być, pomyślała ze strachem Clary, naleśnikiem. – Słucham.

- W cztery oczy.

              Isabelle zmarszczyła brwi.

- To nie może zaczekać? Już prawie skończyłam...

- Nie – powiedziała Clary, a w jej tonie głosu było coś, co kazało Simonowi usiąść prosto. – Nie może.

              Simon ześlizgnął się z krzesła.

- W porządku. Damy wam trochę prywatności – powiedział, zwracając się do Amatis. – Może mogłabyś mi pokazać te zdjęcia Luke’a z dzieciństwa, o których mówiłaś...

              Amatis rzuciła Clary zaniepokojone spojrzenie ale wyszła razem z Simonem z kuchni.

- Owszem, mogłabym...

              Isabelle potrząsnęła głową gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. Coś połyskiwało na jej karku: delikatny i smukły nóż wetnięty w pukle jej włosów i utrzymujący je w miejscu. Pomimo tej domatorskiej afmosfery, ciągle była Nocnym Łowcą.

- Posłuchaj, jeśli chodzi ci o Simona...

- To nie ma nic wspólnego z Simonem, tylko z Jasem – wręczyła jej liścik. – Czytaj.

              Wzdychając, Isabelle odwróciła się od kuchenki, wzięła kartkę i usiadła, żeby ją przeczytać. Clary wyjęła jabłko z koszyka i usiadła, podczas gdy Isabelle przebiegła oczami liścik po drugiej stronie stołu. W ciszy zaczęła dłubać w jego skórce – w rzeczywistości nie mogła się nawet zmusić żeby je zjeść, żeby już w ogóle cokolwiek jeść.

              Isabelle spojrzała na nią znad listu, unosząc brwi.

- To jest raczej... osobiste. Jesteś pewna, że powinnam to przeczytać?

              Pewnie nie. Clary ledwie mogła sobie teraz przypomnieć słowa jakie zawierał list. W jakiejkolwiek innej sytuacji nigdy by go jej nie pokazała, ale jej obawa względem Jace’a przeważyła wszystkie inne.

- Po prostu przeczytaj to do końca.

              Isabelle wróciła do liściku. Gdy skończyła, położyła go na stole.

- Myślę, że mógłby zrobić coś takiego.

- Teraz wiesz o co mi chodzi – powiedziała Clary, jąkając się. – Jace wyszedł niedawno i nie mógł daleko zajść. Musimy za nim iść i... – urwała, gdy jej mózg w końcu przetrawił to, co powiedziała Isabelle. – Jak to mógł zrobić coś takiego? Co masz na myśli?

- Dokładnie to, co przed chwilą mówiłam – Isabelle wsunęła za ucho opadający jej na oczy kosmyk włosów. – Odkąd Sebastian zniknął, wszyscy głowią się nad tym jak go odszukać. Przekopałam się przez jego pokój u Penhallowów w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogło bym nam go namierzyć... ale niczego nie znalazłam. Mogłam się spodziewać, że jeśli Jace znalazł coś, co pozwoli mu go odnaleźć, to zrobi to bez żadnego zastanowienia – przygryzła wargę. – Miałam tylko nadzieję, że weźmie ze sobą Aleca. Alec nie będzie zadowolony.

- Więc myślisz, że Alec za nim pójdzie? – spytała Clary z nową nadzieją.

- Clary – w głosie Isabelle pobrzmiewało lekkie rozdrażnienie. – Niby jak mamy za nim pójść? Skąd w ogóle mamy wiedzieć dokąd poszedł?

- Musi być jakiś sposób...

- Możemy próbować go namierzyć. Jednak Jace jest sprytny. Znajdzie jakiś sposób na to żeby nas zablokować, tak jak to zrobił Sebastian.

              Lodowata wściekłość wezbrała w piersi Clary.

- Czy ty w ogóle chcesz go odszukać? Czy w ogóle rusza cię to, że poszedł na praktycznie samobójczą misję? Nie może sam stawić czoła Valentinowi.

- Pewnie nie – oparła Isabelle. – Ale ufam, że miał po temu jakiś powód...

- Jaki powód? Żeby dać się zabić?

- Clary – oczy Isabelle rozjarzyły się od gniewu. – Myślisz, że reszta z nas jest bezpieczna? Wszyscy czekamy na śmierć albo na zniewolenie. Naprawdę myślisz, że Jace będzie po prostu siedział i czekał, aż stanie się coś okropnego? Naprawdę widzisz go...

- Jedyne co widzę to to, że Jace jest twoim bratem tak samo jak Max nim był – powiedziała Clary – i że obchodziło cię co się z nim stało.

              Pożałowała swoich słów już w chwili, gdy je powiedziała. Twarz Isabelle zrobiła się całkiem biała, jak gdyby słowa Clary sprały kolor z jej skóry.

- Max – z...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin