Landau Irena - Pierwszy dzień miłości.pdf

(262 KB) Pobierz
50353274 UNPDF
Irena Landau
PIEBWSZT DZIEŃ MIŁOŚCI
Tekst © Irena Landau Ilustracja © Ewa Laszczkowska
©Wydawnictwo "JAWORSKI"
01-391 Warszawa, ul. A. Krzywoń 6/45
e-mail: jaworskil2@wp.pl
WARSZAWA
Dział handlowy
tel./fax 862-40-36
ISBN 83-88797-47-6
Druk i oprawa: Zakłady Graficzne „Drogowiec" Kielce
óó
m
Rozdział I
Magda szła do nowej szkoły z duszą na ramieniu. Nawet trudno się temu dziwić.
Dziewczyna nie znała ani nauczycieli, ani kolegów, oczywiście, oprócz Bartka
Stasiaka i Emilki. Dzięki Bogu, że chociaż Emilka zdała do tego samego liceum,
bo bez Bartka chyba by się obeszło...
Kiedy Madzia pomyślała, że ten kretyn znowu się przyczepi, zrobiło jej się
słabo. Przez całą szkołę podstawową Bartek nazywał ją „panienką", wyśmiewał
wszystko, co mówiła, albo robiła. Łaził za nią jak cień i dokuczał, dokuczał,
dokuczał... A teraz zły los sprawił, że znalazł się w tej samej pierwszej
licealnej ogólniaka imienia Jana Chryzostoma Paska. Emilka podejrzewała, że
chłopiec w jakiś, sobie tylko wiadomy sposób, pomógł losowi.
- Zwariowałaś? - informowała się po egzaminach Magda.
- Raczej nie. On się w tobie kocha. Przypuszczenie było, zdaniem Magdy,
idiotyczne.
- Chyba odwrotnie!
- Odwrotnie? To znaczy, że ty się w nim kochasz?!
- Wiesz co, Emiliado? - zdenerwowała się Magda. - Puknij się w łeb! Ja?! W tej
Zarazie?! „Odwrotnie", to znaczy, że on mnie nie znosi. Ciągle się przyczepia.
Wszystko mu nie pasuje.
- No właśnie - odpowiedziała pozornie bez sensu Emilka. -Zresztą nie martw
się. We dwójkę jakoś sobie z nim poradzimy...
3
We dwójkę... No tak... Zresztą nie Bartek był powodem, że Magda się bała. On
przynajmniej był kimś znanym, a do jego wygłupów Magda była przyzwyczajona.
Gorsze były te wszystkie niewiadome - koledzy, szkoła... O, gdyby Emilka szła
teraz z Magdą, byłoby lepiej, ale przyjaciółka jak pojechała w sierpniu do
krewnych w Londynie, tak nie wracała i nie wracała.
„Sama nie wiem - pisała do Magdy - czy to dobrze, że tu mam jeszcze pobyć, czy
źle. Mama mi przysłała podręczniki i powiada, że najważniejsza jest dobra
znajomość angielskiego. Fakt, że mówię coraz lepiej, nawet z Dianą
oplotkowałyśmy jej rodzinkę! Pouczę się tu trochę z książek, a jak wrócę to mnie
do reszty oświecisz, dobra? Tyle, że nikogo z klasy teraz nie poznam, będzie mi
łyso. No, co się odwlecze, to nie uciecze, grunt, że znam ciebie. Do zobaczenia,
twoja na wieki Emilia Plater."
Tak wyglądała sprawa z Emilką i teraz Magda jest sama przez ten pierwszy
najgorszy okres. Co za pech!
Magda dotarła właśnie do szerokich drzwi z ciemnego drewna. Były obramowane
szarym murem, jak za zamierzchłych czasów, kiedy do tego samego liceum chodziła
mama i jak za czasów wręcz prehistorycznych, gdy w szarych murach babcia łapała
dwóje z chemii. Niestety, żadna z babcinych nauczycielek już tu nie uczyła,
nawet nie było wiadomo, czy ktoś z tamtego zespołu nauczycielskiego jeszcze
żyje. Uczyły natomiast dwie nauczycielki mamy - pani od polskiego i pani od
historii oraz nauczyciel matematyki, bardzo już wiekowy pan Stanisław Owieczko.
Podobno nie można było po jego lekcjach nie rozumieć matematyki, nawet jeśli się
było osłem i tępym matołem. Pan Owieczko dawno już przekroczył wiek emerytalny,
ale nie chciała go puścić dyrekcja szkoły, ministerstwo, grono nauczycielskie, a
także, co bywa zwykle rzeczą rzadko spotykaną, młodzież. Na wieść, że nauczyciel
zamierza zrezygnować wreszcie z pracy, wszyscy uczniowie klas, w których
wykładał matematykę, przyszli ubrani na czarno. Aby było wiadomo, że nie jest to
jednak żałoba, każdy niósł jedną czerwoną różyczkę, którą wręczył panu Owieczko
dopiero po jego przyrzeczeniu, że przemyśli sprawę. No i pan Stanisław został, a
jego
4
decyzję klasy powitały gromkim „Meeeee!!!!" - okrzykiem dozwolonym i
usankcjonowanym od pokoleń.
No tak, ale o innych pedagogach Magda nie wiedziała nic. Nawet mama, która na
przykład o perypetiach z matematykiem dowiedziała się od córki swojej
przyjaciółki, reszty nauczycieli nie znała. Tak, że nie wiadomo było, co kryje
się za tymi ciemnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Teraz właśnie Magda je
przekracza i od razu wpada na plecy wysokiego, barczystego chłopaka.
- Co jest?! - burczy jasnowłosy dżentelmen.
- Ojej, przepraszam - bąka Magda i patrzy na kolegę. Patrzy i patrzy. Patrzy i
nie może wzroku oderwać. To jest właśnie to! Wymarzony, szarooki, przystojny.
Brwi czarne, rzęsy na kilometr. Wzrok przeszywający, a jednocześnie jakby
pieszczotliwy. Dłonie z czystymi paznokciami, piękne, długie palce. Głos jak
dzwon. Może to baryton albo wręcz bas. Magda zapomniała o szkole, lekcjach,
nauczycielach. Nareszcie!
- I czego stoisz, jak przyrośnięta, nastąp się, przejść nie można! „To jednak
baryton..."
- Ogłuchłaś?
- Nie... tak... o co chodzi? - ocknęła się Magda.
- Odsuń się, stoisz jak słup.
- Ojej, przepraszam.
Magda z trudem odrywa stopy od podłogi i rusza naprzód z bezmyślnym uśmiechem.
Królewicz z barytonem idzie jakby obok niej, jakby z nią...
- Gdzie tu jest pierwsza Be? - udaje się wykrztusić dziewczynie.
- Zaraz... tam... A co, ty tu pierwszy raz?
- Byłam na egzaminie. Ale w ogóle to tak, pierwszy. A ty?
- O, ho, ho - takiego pięknego śmiechu Madzia nie słyszała jeszcze nigdy. - O,
ho, ho... Ja już tu wrosłem z korzeniami. Jestem w drugiej A.
„To znaczy - myśli gorączkowo dziewczyna - to znaczy, że jest o rok starszy.
Cudownie. Ciekawe, jak się nazywa?" - zastanawia się i w tej samej chwili
zachwycający blondyn pyta:
- A ty jak się wabisz?
5
- Magdalena Ośka. A... a ty?
- Jerzy. Jerzy Czajowski. To znaczy Jurek.
- Na mnie mówią Magda.
- E tam - krzywi się Jerzy Czajowski - „Magda". Nie. Dla mnie będziesz Lena.
Chcesz?
Ojej! To coś znaczy! To na pewno coś znaczy... Dla niego... Specjalnie dla
niego... Lena... Nikt nigdy tak nie mówił, a teraz on... Jurek... Lena...
Drrrr! To po prostu świństwo. Tak dzwonić na człowieka jak na jakiegoś
niewolnika. Wyrywać ze snu, z marzeń!
- Rany koguta, to ja lecę. Cześć, Lena.
- Cześć - odpowiada Magda i myśli „Dla ciebie mogłabym być
nawet Hermenegildą".
* * *
Wychowawczynią okazała się bardzo młoda pani od w.f. Weszła dziarskim krokiem do
klasy i uśmiechnęła się tak szeroko, że widać jej było wszystkie bielutkie i
domyte zęby, od jedynek do szóstek włącznie.
- Witaj, młodzieży! - powiedziała. - Jestem waszą wychowawczynią i mam zamiar
was wychowywać, żebyście sobie nie myśleli! Co się mówi?
- Dzień-do-bry-pa-ni! - wyskandowali uczniowie, a Bartek pisnął sopranem
nadprogramowe „cześć".
- Cześć - odpowiedziała nie zrażona nauczycielka - nazywam się Janina Altowicz.
Będę wyczytywała wasze nazwiska, a wy powiecie mi, z kim chcecie siedzieć.
Bananowska Ela.
- Ja z Witusią Remek!
Witusia Remek też się podniosła, pani zapisała coś w dzienniku i wy-czytywanie
potoczyło się dalej. Madzia przestała słuchać. Przed jej oczami zamigotała
czupryna blond, szare spojrzenie...
- Ośka. Ośka! Ośka!!! Nie ma cię, czy śpisz?
- Ona jest obecna, ale nieprzytomna - przypomniał sobie stary kawał Bartek.
Nauczycielka widocznie wiedziała, że dawniej na osoby obecne mówiło się, że są
„przytomne", bo grzecznie się roześmiała i to dopiero obudziło Magdę.
6
- Jestem!
- Z kim chcesz siedzieć?
- Aby nie z Bartkiem Stasiakiem! Klasa, nie wiadomo dlaczego, zarechotała.
- Ja bym z nią chętnie usiadła - odezwała się jakaś ładna blondynka i zanim
Magda zdążyła zaprotestować, pani zapisała coś w dzienniku. Chłopak, który
usiadł prowizorycznie przy Magdzie wstał i nowa koleżanka przycupnęła na jego
miejscu. Wyglądała bardzo sympatycznie, ale co powie Emilka?!! Przecież uma-
wiały się, że będą razem! Że też Jurek akurat dziś musiał Magdę ogłupić! Czemu
od razu nie powiedziała nauczycielce, że chce poczekać na Emilkę? Po co wyrywała
się z tym kretynem Bartkiem? Teraz, bez względu na sens jej uwagi, wszyscy będą
ich łączyć! O, Bartek jest zadowolony śmieje się, coś tam mruczy do kolegi.
Blondynka też się uśmiecha, jak jej teraz powiedzieć, że Magda miała inne plany?
Trzeba było od razu. Teraz z każdą minutą jest trudniej, szczególnie, że
Magdalena słyszy szept koleżanki:
- Ojej, fajnie. Ja się nazywam Ewita, Ewita Ozdowska. Jak to dobrze, że nie
wybrałaś nikogo innego. Od pierwszej chwili mi się spodobałaś, jak tylko weszłaś
do klasy, z takim roztargnionym spojrzeniem... Pewnie układałaś wiersz. No
przyznaj się, ja też piszę wiersze.
Miła ta Ewita, ale okropnie naiwna. Dziecinna. Wiersze. No tak, zdarza się...
Ale żeby od razu o tym opowiadać?
- Mieszkam niedaleko - szept Ewity zaczyna być trochę irytujący - jak chcesz,
to możemy się razem uczyć.
- Dziewczyny, cisza! - ingeruje nauczycielka. - Koniec listy. Teraz wyjmijcie
zeszyty, podyktuję wam różne takie rzeczy organizacyjne...
Śmiertelna nuda. Zebrania Komitetu Rodzicielskiego. Opłaty za obiady. Składki.
Trzeba to zapisać, chociaż okrutnie się nie chce, bo myśli uciekają na pierwsze
piętro, tam, gdzie skierował kroki upojny blondyn, gdzie jest sala, w której
uczy się klasa druga A.
I nawet nie można iść do Emilki, żeby jej wszystko opowiedzieć. A zresztą, jak w
ogóle można będzie rozmawiać z Emilią, skoro tak trudno wytłumaczyć, jak to się
stało, że Ewita... że z Ewitą... Życie jest doprawdy zbyt skomplikowane.
7
Rozdział W
Pan Andrzej nie lubił jesieni. Kiedyś, kiedy był zakochany w Adeli, spadające
Uście, ich złotobrązowy kolor, kojarzyły mu się z lek-korudawymi włosami
dziewczyny i dlatego wrzesień i październik wprawiały go w dobry nastrój. Jedna
z tych rzeczy nie zmieniła się - kolor liści nadal przypominał mu włosy Ady, ale
właśnie te skojarzenia były przykre i niepożądane.
- Do diabła z Adą - mruczał pan Andrzej sam do siebie - do diabła z tym typem!
Niech to wszystko szlag trafi!
Do dworca było już blisko. Za trzy kwadranse przyjedzie pociąg, a z pociągu
wysiądzie jego syn, Wojtek. Jaki będzie? Co się okaże, co z niego może wyskoczyć
po pobycie - aż wstyd pomyśleć! -w domu poprawczym? Pan Andrzej był pełen obaw.
Przed tą okropną sprawą Wojtek mieszkał z matką i ojczymem i widocznie nie było
mu tam dobrze, skoro pewnego dnia rzucił się na męża matki ze srebrnym, ciężkim
świecznikiem. Ojczym Wojtka znalazł się w szpitalu, wdała się w to policja.
Potem sąd, wyrok. No, a teraz ten Sekundowicz nie chce na oczy widzieć chłopaka.
„Czy dam sobie z nim radę?" - denerwuje się pan Reśniak i nie ma pojęcia, jak
przywitać, jak potraktować swego syna.
Już jest na dworcu, o wiele za wcześnie. Warto może napić się kawy? W dworcowej
kawiarni jest tłok, do jedynego wolnego stolika razem z panem Andrzejem zbliża
się jakaś pani.
- Ależ proszę bardzo.
8
- Przecież pan był pierwszy?
- Ale pani jest kobietą...
- Nie ma o czym mówić - śmieje się ta pani - przecież możemy usiąść obydwoje.
- Pozwoli pani?
Pani pozwoliła. Była bardzo miła i bardzo nawet ładna - zadbana, pachnąca,
ubrana skromnie, ale gustownie. W innych okolicznościach może pan Andrzej byłby
bardziej wymowny, ale teraz nie w głowie mu były flirty. Jego sąsiadka
zorientowała się, że coś jest nie w porządku.
- Ma pan chyba jakiś kłopot?
- No... sam nie wiem.
- Zdrowie?
- Ależ nie, skąd. Wie pani, syn przyjeżdża.
Koniec zwierzeń. Kropka. To przecież obca kobieta. Pana Andrzeja kusi, żeby
opowiedzieć o wszystkim, ale nie. Skoro on sam nie wie komu wierzyć, czy synowi,
który opowiadał takie nieprawdopodobne rzeczy, czy temu typowi, który może
kłamał, a może nie, to jaką radę może mu dać ktoś obcy, nawet taki miły jak ta
pani. A ta pani właśnie się uśmiecha.
- Ja przecież nie nalegam. Każdy ma swoje problemy. Może kiedyś pan mi powie?
Maria już w trakcie tego zdania czuje, że się zagalopowała. „Kiedyś" - to tak,
jakby proponowała ponowne spotkanie. Ojej, pani Maria nie lubi się narzucać.
Może ten facet nic nie zauważy?
Pomimo wszystko zauważył. Uśmiechnął się.
- Rzeczywiście, może kiedyś. Ale w tym celu musimy się poznać bliżej. - Teraz
to on ma wrażenie, że jest niezręczny. Sformułowanie było niezbyt eleganckie. Ta
pani zaraz zacznie się wycofywać. Ale nie. Właśnie wyciąga wizytówkę.
- Proszę do mnie zadzwonić, jeśli pan będzie miał ochotę porozmawiać.
Zabrzmiało to idiotycznie. Pani Maria, tak jak i jej towarzysz, nie ma dobrego
dnia. Po cholerę mu dawała wizytówkę, pewnie
9
za chwilę ją wyrzuci. Teraz on powinien się przedstawić i właśnie zaczyna.
- Andrzej Reśniak, pracuję...
Ale głośnik coś bełkocze i pan Andrzej zrywa się jak oparzony.
- Przepraszam, to mój pociąg, do zobaczenia!
Pobiegł. Szkoda. Już dawno pani Marii nikt tak się nie podobał. Miły facet,
kulturalny. Oczytany. I ten dołek w brodzie!
Taki sam dołek w brodzie ma chłopiec, który właśnie wysiadł z pociągu. Rozgląda
się. Jest! Jest ojciec. Wbiega właśnie na peron i na widok syna zatrzymuje się
jak wryty.
- Wojtek!
- No to jestem - mówi na przywitanie chłopiec i zbliża się niepewnie do pana
Andrzeja. - No to jestem. Cześć. - Wojtek stoi z opuszczonymi rękami. Nie wie,
co robić.
Nie wie, jak ojciec przyjmie syna, który napadł na człowieka, rozbił mu głowę,
syna, który był oskarżany także o kradzież. Którego nie chce własna matka. Syna
kryminalistę, można by powiedzieć wyrzutka społeczeństwa, syna którego oskarżają
także i' o kłamstwa, o zniesławienie. „Będziesz teraz mieszkał z rodzonym ojcem
- pisała ostatnio matka. - Boleczek nie chce cię widzieć na oczy, chyba że go
przeprosisz i odwołasz te wszystkie absurdalne świństwa. Jesteś moim jedynym
synem i serce mi krwawi, ale to ci powiem, że się Boleczkowi nie dziwię. Twój
ojciec zgodził się wziąć cię pod opiekę i chociaż sąd przyznał tę opiekę mnie,
ja rezygnuję. Widocznie coś jest w tobie złego, z czym sobie nie poradziłam i to
jest moją tragedią i porażką. Więc proszę, pomieszkaj z tatą, niech i on
poczuje, co to znaczy mieć takiego syna. Pomimo wszystko kocham cię i do serca
przytulam i ile mogę, tyle ci wybaczam, mój biedny synku."
Jeżeli rodzony ojciec czuje to samo, co matka, to Wojtek dziękuje bardzo, nie
skorzysta. Już woli nie wiem co, woli uciec, mieszkać na dworcu.
Pan Andrzej widzi niepewność w oczach syna i serce mu się ściska. A jeśli on
cały czas mówił prawdę?
10
- No, jesteś nareszcie - udało się ojcu opanować drżenie głosu
- już się doczekać nie mogłem! Boże, Де czasu marzyłem o tym, żeby z tobą
zamieszkać i w końcu jesteś!
Pan Andrzej podchodzi do syna i po męsku klepie go po plecach, aż nagle nie
wytrzymuje, obejmuje mocno chłopca, całuje go w oba policzki, gładzi po głowie.
Obaj panowie ukrywają przed sobą starannie trochę załzawione spojrzenia i idą do
domu.
* * *
Antonina nie znosiła swojego imienia i na pewno nie używałaby go, gdyby miała
drugie. Niestety, rodzice stwierdzili, że dając swoim córkom tak piękne imiona
spełnili już swój obowiązek wobec nich i dalej głowić się nie muszą.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi - odpowiadała pani Maria na zarzuty starszej
córki. - „Antonina" to takie królewskie imię. Twoja prababcia tak się...
Dziewczyna miała niemiły zwyczaj przerywania rozmówcy w pół słowa.
- Otóż to. Prababcia! Właśnie wtedy były modne takie imiona.
- Modne! Dzisiaj wszystko jest modne! Zresztą możesz być „Antosią" albo „Niną".
Jeszcze ci mało?
- E tam. Starocie. Wolałabym być Violettą!
- Przepraszam, zapomniałam cię przed chrztem zapytać - burknęła zgryźliwie
mama.
- Zresztą Madzia ma też tylko jedno imię i co?
- I stęka...
- Nie, już nie - wtrąciła Magda. - Przecież mogę być „Leną". To takie ładne
imię. Romantyczne. Więc właśnie...
- Od kiedy ty jesteś „Leną"? - przerwała Madzi starsza siostra.
- Nikt nigdy tak cię nie nazywał.
- Ale może - powiedziała wolno dziewczyna - i właśnie...
- Co „właśnie"?
- Nieważne.
Pani Maria ciężko westchnęła. Trudno jej było wychowywać dwie córki. Ojciec
dziewczynek umarł nagle na zawał pięć lat temu i cho-
11
ciąż marna Madzi i Antoniny robiła co mogła, żeby w domu było prz^tulnie, czasem
po prostu nie wytrzymywała samotności. Oczywiście samotność nie była taka
dokuczliwa, skoro w domu mieszkały dwie dorastające panny. Ale co córki, to nie
mąż... Mąż, który przytuli, pocałuje, przyniesie kwiatki, a także naprawi kran,
załatwi na przykład sprawy podatkowe. Przez prawie pięć lat pani Maria była
wierna pamięci męża, ale ostatnio... No cóż, ostatnio na dworcu poznała pana
Andrzeja. I tak się zdarzyło, że dosyć długo czekała na jego telefon. Już ze
smutkiem myślała, że nic z tej znajomości nie będzie. Tymczasem po pewnym czasie
nowy znajomy się odezwał. I od tej chwili zaczęły się dni zupełnie inne niż
dotychczas. Pełne radości, że ktoś jest i pełne smutku, bo ten ktoś był smutny.
A pan Andrzej rozdarty pomiędzy nową miłością a strachem o Wojtka, był wyjątkowo
trudnym towarzyszem. Nagle, podczas seansu w kinie szeptał „Marysiu, nie
wytrzymam, wychodzimy!" i chociaż film wcale nie był taki zły, trzeba było
zbierać się, przepychać pomiędzy rzędami i wychodzić. Pan Reśniak przepraszał
potem jak mógł.
- Kochana, wybacz, nie mogłem wysiedzieć, zdawało mi się, że z Wojtkiem coś
się stało.
- Nie szkodzi - pani Maria rozumiała Andrzeja - ale co się mogło stać? To
taki dorosły chłopak.
- Mógł narozrabiać, wpaść pod coś, bo ja wiem? Mógł uciec z domu.
~~ Po co miałby uciekać? Przecież mu dobrze, robisz co możesz.
- Ale co ja o nim wiem? I w ogóle, co wiem o takich chłopcach? Tyle czasu
mieszkał z Adą. Tak bym chciał, żeby mnie zaakceptował.
- Kiedy on cię akceptuje, naprawdę!
- Tak tylko mówisz.
- Prawdę mówię, mam własne dzieci, to wiem.
Ale pani Ada też martwiła się o Wojtka i jej córki zauważyły, że matka jest
czasem nieswoja. Antonina była tym zmartwiona. W czwartek po lekcjach przyszła
nawet do klasy I B.
- Nie leć, Magda. Musimy pogadać.
12
- O czym? - zapytała niecierpliwie młodsza siostra.
Miała nadzieję, że w szatni spotka Jurka, który od owego pamiętnego poniedziałku
znikł dziewczynie zupełnie z oczu.
- O mamie.
- A co się stało?!
- Nie rób takiej miny, nic się nie stało. Ale mama mi się nie podoba.
- No wiesz!
Dziewczynki wychodziły już ze szkoły. Jurka nie było ani w szatni, ani na
boisku. Zapadł się pod ziemię, czy co?
- Przecież nie w tym znaczeniu. Tylko jest jakaś inna. Przypaliła rosół.
- Tak, wiem. Nie przypaliła, tylko się wygotował.
- A mama rozmawiała przez telefon.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin