Zbrodnie w imieniu Chrystusa.doc

(885 KB) Pobierz
Haasler Robert A

100

 

Haasler Robert A

 

Zbrodnie w imieniu Chrystusa

 

Zamiast wstępu

 

 

„…cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnie uczyniliście

/Mat. 25-40/

 

 

Przedmowa do wydania polskiego

 

                   „Mówili o Chrystusie i wszystkich świętych, nakazując jednocześnie rzeź”, takie słowa jakże często powtarzano w marcu 2000 roku, w czasie, kiedy papież Jan Paweł II przygotował deklaracje Kościoła katolickiego, w której prosił o wybaczenie wszystkich zbrodni i niegodziwości popełnionych przez ludzi Kościoła i w imieniu Kościoła. Zaiste ważne to było wydarzenie dokonane „pod naciskiem” wielu wyznań chrze3ścijańskich, reformatorskich sił w samym Kościele, a głównie środowisk żydowskich; papież wywodzący się z kraju tolerancyjnego musiał wbrew wielu najwybitniejszym hierarchom Kościoła znaleźć takie słowa, które oddawałyby prawdę o krwią opływającej historii, a jednocześnie nie obciążały winą współwyznawców. Jak zawsze w takich przypadkach, wśród słów podziwu dla odwagi papieża, padały głosy niezadowolenia, że przyznanie się do błędów historii było tylko połowiczne. Nie sposób sprostać oczekiwaniom wszystkich.

                   Z całą pewnością jednym z największych osiągnięć Roku Świętego – jubileuszu dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa – było papieskie pochylenie się nad błędami: zbrodniami wielkich swoich poprzedników i Kościoła w całości. Mina lata i dziesięciolecia nim cała prawda o okropnościach zbrodni zostanie ujawniona. Przede wszystkim musi być wyrażona zgoda samego Kościoła, jego hierarchów i przyzwolenie milionów wiernych na wskazanie najczarniejszych kart historii Kościoła. Kościół czeka ciężka próba. Od jej pokonania, od głębi przemyśleń zależeć będzie jego przyszłość. Bez prawdy o przeszłości nie da się, bowiem budować prawdziwych fundamentów wiary. Tylko wtedy Piotrowa opoka stanie się litą skałą. Jakże często jeszcze głośniej niż słowa papieża, biskupa Rzymu, pobrzmiewają w Kościele głosy „zwolenników” relatywizmu historycznego, takich jak choćby Vittorio Messori – autor cieszącej się ogromnym powodzeniem książki „Czarne karty Kościoła”.

                   Chyba już nigdy nie będziemy w stanie dokonać rzetelnego bilansu zbrodni popełnionych bądź to bezpośrednio na polecenie Kościoła, bądź też z jego inspiracji. Zadanie takie, wymagające dziesiątków lat gruntownych studiów historycznych, i tak skazane byłoby na niepowodzenie. Zawierucha dziejów, bowiem nie oszczędzała źródeł archiwalnych.

                   Z całą pewnością i bez żadnego uproszczenia można by stwierdzić, że Kościół, w tym szczególnie Kościół katolicki, stworzył najstraszniejszy w dziejach ludzkości mechanizm struktur władzy i właściwą temu doktrynę moralną, której metodą była zbrodnia. Zbrodnicze i anty ludzkie systemy polityczne dziesiątego wieku, hitleryzm i stalinizm, całymi garściami czerpały z doświadczeń i tradycji Kościoła, dokonując eksterminacji całych narodów, a zwłaszcza wszystkich tych, których posądzano o nieposłuszeństwo i nieprawomyślność. Getta, żółte gwiazdy, obozy eksterminacyjne, a nade wszystko myśl usprawiedliwiająca zbrodnię i uzasadniająca potrzebę zbrodni, nie są wynalazkiem dwudziestego stulecia. Wszystko to dobrze znane jest z dziejów Kościoła.

                  Jakże daleko odszedł Kościół od doświadczeń pierwszych wieków swego istnienia. Chrześcijanie, niepomni swej tragicznej historii, mając za nic nakazy Chrystusa o miłości bliźniego, miast niesienia dobrej nowiny, przez przeszło półtora tysiąca lat szerzyli śmierć i zniszczenie. Dziesiątki milionów ludzi zginęło, by Kościół mógł nieść słowa zbawienia.

                   Pogromy całych miast południowej Francji, tysiące stosów płonących od Portugalii po Polskę, noc świętego Bartłomieja, śmierć zakonu templariuszy, wojny husyckie, eksterminacja Indian, rzezie w Azji i w Ameryce, wreszcie kary wymierzane z całą surowością najwierniejszym nawet sługom Kościoła – oto formy i metody szerzenia dobrej nowiny. Rozdział specjalny tej książki poświęcimy najboleśniejszej i bodajże najkrwawszej ranie Kościoła – Żydom. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że sprawy, które przypominamy w tym tomie, były doświadczeniem jedynie Kościoła katolickiego. Nie były od niej wolne i inne kościoły chrześcijańskie, i te obrządków wschodnich, i te powstałe w wyniku Reformacji.

                   Kościół, kiedy jeszcze sam był zbyt słaby, wykorzystywał władzę świecką, aby ta realizowała dzieło zdobycia. Ale kiedy tron i ołtarz stanowili już jedno, wystarczyło słowo, aby Kościół przejął całkowicie na siebie wymierzanie „sprawiedliwości”. Masowe pogromy całych wsi i regionów, wojny religijne i krzyżowe, płonące stosy, lochy zapełnione więźniami – oto, co złożyło się na obraz dziejów, do tej pory jeszcze obiektywnie nieprzedstawiony.

     Inkwizycja i Urząd Wielkiego Penitencjariusza Kościoła to tylko niektóre struktury stworzone przez Kościół do walki, ale z kim?...

                   Nie jest naszą ambicją przedstawienie w tej książce ani mechanizmów zbrodni, ani wszystkich jej przykładów. Jak się rzekło, takie dzieło nie jest możliwe do przygotowania ani też zasadne. Przedstawiamy Czytelnikom jedynie studia przypadków.

                   „Zbrodnie w imieniu Chrystusa” – które dziś oddajemy w ręce naszych stałych Czytelników – to książka będąca kolejnym tomem serii „Grzeszna historia Kościoła”. Niemal równolegle przedstawiamy dwa dalsze tomy: „Życie seksualne papieży” i jego rozwiniecie – „Życie seksualne w Kościele”.

              Wiele kłopotów doświadczył polski wydawca „Grzesznej historii Kościoła” przy okazji dystrybucji poprzednich tomów. Poczynając od ataków słownych w setkach listów, po donosy do organów ścigania z żądaniem zaprzestania rozpowszechniania wcześniej wydanych tomów, a zwłaszcza wstrzymania edycji tomów przygotowanych. I niewiele brakowało, aby działania te odniosły skutek. W każdym razie temu właśnie „zawdzięczamy” znaczne opóźnienie w wydaniu nowych tomów serii. Za to, za wiele kłopotów z dostarczeniem książek do osób, które zamówiły, a szczególnie za działania podjęte przeciwko wydawcy na etapie przygotowania do druku książki „Kobiety Watykanu” – znacznie obniżające jej poziom edytorski – wszystkich serdecznie przepraszamy. Pozostajemy w przekonaniu, że czas pokaże, iż ani niniejsza książka, ani cała seria nie były wymierzone przeciwko Kościołowi, ani też nie miały na celu obrażania uczuć religijnych. Jednym ich celem była próba – może jeszcze nieudolna – dochodzenia prawdy. Ona, bowiem wyzwoli Was…

Marzec – kwiecień 2000

 

Fałszywi obrońcy

 

                   Przez kilka lat włoski dziennik „Vivaio” prezentował na swych łamach serie artykułów Vittorio Messoriego. W postaci książkowej, aż w trzech tomach, opublikowane zostały przez Wydawnictwo Świętego Pawła w Mediolanie w 1995 roku, a następnie przetłumaczone na wiele języków europejskich i wydane w kilku krajach. W Polsce część pierwszą zbioru artykułów Messoriego opublikowało, w gigantycznym nakładzie, Wydawnictwo św. Jacka w Katowicach.

                   Zdawać by się mogło, że oto powstała kolejna książka odnosząca się do najtrudniejszych historycznych chwil Kościoła. „Czarne karty Kościoła” Vittorio Messoriego nie są książką obojętną. Tej książki nie można nie zauważyć. Sam autor należy, bowiem do czołowych publicystów Kościoła, silnie związanych z najwyższymi rangą jego przedstawicielami. Messori współpracował z samym papieżem przy książce „Przekroczyć próg nadziei”, był autorem „Raportu o stanie wiary”, a także, miedzy innymi, „Opinii o Jezusie”. Przedmowy do jego książek pochodziły spod piór najważniejszych kardynałów.

                   Kardynał Giacomo Biffi, arcybiskup Bolonii, w przedmowie do „Czarnych kart Kościoła” chwali autora za jego „odważną służbę prawdzie i jego umiłowanie Kościoła”. Pisze kardynał dalej: „W końcu trzeba sobie zdać sprawę z arbitralnych opinii, istotnych deformacji i ewidentnych kłamstw ciążących na historii Kościoła. Jesteśmy niemal oblężeni przez złośliwość i kłamstwo; większość katolików albo nie chce, albo nie próbuje tego zmienić”.

                   Sam autor zresztą dziękuje Bogu, że nie zalicza się do tych – dziś licznych – „którzy są przekonani, że to właśnie im udzielono mocy odkrywania, na czym polega prawdziwe chrześcijaństwo i prawdziwy Kościół”. Zastanawia się nad tym, dlaczego dopiero od lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku w wielu środowiskach akademickich zaczęto poszukiwać „prawdy” niesionej przez Ewangelię. Pyta, dlaczego Duch Święty miałby „przez tyle wieków trwać w letargu albo wręcz sadystycznie cieszyć się inspiracją do błędów i nadużyć tylu pokoleń wierzących”.

                   Właśnie w tych słowach nawet niezbyt uważny czytelnik artykułów i książek Messoriego znajdzie źródło niezwykłego spojrzenia na historie Kościoła.

                   Warto, aby każdy z Czytelników naszej „Grzesznej historii Kościołamógł poznać wywody Messoriego. Otwiera je esej „Poczucie winy”. Kościół, według świętego Augustyna, to ludzie reprezentujący różne stopnie świętości, a także grzesznicy. Cała książka pełna jest skomplikowanych wywodów myślowych, udowadniających, dlaczego wierzącemu eklezjologia nie pozwala zaakceptować a priori takiego wydarzenia, które – choć wydaje się prawdziwe i dobrze udokumentowane – ubliża dobremu imieniu chrześcijaństwa.

                  „Grzeszna historia Kościoła” wielokroć przypomina lub przedstawia wydarzenia z historii kościoła, które Vittorio Messori próbuje zbagatelizować posługując się radami sędziwego historyka Leo Moulina, profesora historii i socjologii na uniwersytecie w Brukseli. Moulin, wcześniej mason, potem świecki racjonalista, „którego agnostycyzm graniczy z ateizmem”, daje, Messeriemu taką oto radę:

                   „Posłuchajcie starego niedowiarka, który wie, co mówi: mistrzowska propaganda anty chrześcijańska zdołała wytworzyć u chrześcijan, zwłaszcza u katolików, złą świadomość, obciążoną niepokojem, jeśli już nie wstydem, z powodu własnej historii. Siłą stałego nacisku, od reformacji aż do naszych czasów, zdołała przekonać was, że jesteście odpowiedzialni za całe albo prawie całe, zło na świecie. Sparaliżowała was na etapie masochistycznej autokrytyki, aby zneutralizować krytykę tych, którzy zajęli wasze miejsce”.

                   I jeszcze jeden wyimek z książki, Messoriego, przytaczającego ponownie słowa, Moulina:

                   „Feminiści, homoseksualiści, tercerumundyści (sympatycy Trzeciego Świata – przyp. RAH), pacyfiści, reprezentanci najróżniejszych mniejszości, kontestatorzy i niezadowoleni z jakichkolwiek powodów, naukowcy, humaniści, filozofowie, ekolodzy, obrońcy zwierząt i świeccy moraliści: >>Pozwoliliście, aby za wszystko, nawet za kłamstwa, bezdyskusyjnie obarczali was. Nie było w historii problemu, błędu lub cierpienia, którego nie przypisaliby wam. A wy, niemal zawsze nieznający swojej przeszłości, zaczęliście w to wierzyć, a nawet wspomagać ich w tym działaniu. Tymczasem ja (agnostyk, ale także i historyk starający się być zawsze obiektywny) mówię wam, że macie przeciwstawiać się temu w imię prawdy. W rzeczywistości, bowiem większość zarzutów jest nieprawdziwa. A jeśli któryś ma nawet jakieś uzasadnienie, to oczywiste jest, że w rozliczeniu dwudziestu wieków chrześcijaństwa światła zdecydowanie górują nad ciemnościami. Dlaczego więc nie żądacie odpowiedzialności od tych, którzy żądają ją wyłącznie od was? Czyż rezultaty ich prac są lepsze od waszych? Z jakich ambon, skruszeni, słuchacie kazań?<<. Mówi też o średniowieczu, które studiował: >>Owe wstydliwe kłamstwa o ciemnych wiekach czyżby były inspirowane wiarą płynącą z Ewangelii? Dlaczego więc to, co pozostało nam z tamtych czasów, odznacza się tak fascynującym pięknem i mądrością? Także w historii trzeba kierować się zasadą przyczyny i skutku<<”…

                   Ten przydługi cytat, który mieści w sobie i to, co boskie, i to, co ludzkie, jest dla nas niezwykle interesujący. I choć nie jest naszym celem omówienie pracy Messoriego, pragnęlibyśmy skierować uwagę naszych Czytelników na tę kontrowersyjną, ale przecież interesującą publikację.

                   Mnóżmy, więc wątpliwości, co do prezentowanej przez Messoriego oceny faktu wyniszczenia czterdziestu milionów Indian miedzy XVI a XIX wiekiem i roli, jaką spełniły w tym dziele arcykatolicka Hiszpania i Portugalia oraz protestancka Anglia i Ameryka – przy czym autor, choć dopuszcza możliwość masakry Indian przez Hiszpanów w XVI wieku, nazywa ten fakt domniemanym. Wdzięczny jest Bogu, zew Hiszpania i Portugalia nie przeszły na stronę kościołów reformowanych i nie stały się protestanckie, przejmując te same zasady moralne, co Ameryka Północna. Gdyby tak się stało, snuje śladem innych historyków przypuszczenie, olbrzymie ludobójstwo sprawiłoby, że wyginęłyby od Meksyku po Ziemie Ognistą wszystkie ludy tubylcze. I tu powołuje autor koronny argument li8czb. Oto w protestanckiej Ameryce Północnej w czasie od połowy XVIII i do końca XIX wieku wymordowano blisko trzydzieści milionów Indian, a więc wielokrotnie więcej niż przez czterysta lat konkwisty iberoportugalskiej na bezkresnych obszarach Ameryki Łacińskiej (wliczając w to nawet niewolników, zwłaszcza Afrykańczyków sprowadzonych do ciężkich prac na plantacjach).

                   Przykładem „cywilizowanej”, wręcz „kulturalnej” kolonizacji w stylu hiszpańsko – portugalskim ma być, według Messoriego, barbarzyński zwyczaj skalpowania. Zwyczaj ten znany był powszechnie na północy i południu obu Ameryk. Dzięki wprowadzonemu przez Hiszpan zakazowi skalpowania, zwyczaj ten w swej okrutnej formie przetrwał na obszarach Ameryki Północnej i był jednym z głównych narzędzi rzezi, stosowanych przez ludność osiedleńczą. Gotów jest Messori szukać usprawiedliwienia dla katolickich Hiszpanów, nie próbując nawet dopuścić myśli, że w Ameryce Północnej przynajmniej trzecia część białych osadników wywodziła się z europejskich krajów katolickich. Jedni i drudzy, katolicy i protestanci, stosowali wobec ludności tubylczej te same metody eksterminacji. I jedni, i drudzy byli chrześcijanami. Łączyła ich niemal ta sama Ewangelia.

                  Osobne eseje poświęca Messori niewolnictwu i masakrom Żydów, także w kontekście podejmowanych w Hiszpanii prób beatyfikacji arcykatolickiej królowej Izabeli Kastylijskiej. Do niektórych tylko spraw z tego zakresu powrócimy w specjalnym rozdziale.

 

Papieże mordercy

 

                   Wielu, bardzo wielu z namiestników Chrystusa na ziemi, mogło nawoływać do Boga: „Oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie” /Łuk 22,42/.

                   Przez ponad 1500 lat sprawowanie najwyższego urzędu w Kościele bywało ciężka próbą. Biskupi Rzymu godność tę przypłacali życiem. Wielu z nich jednak życie to odbierało, w tym także swoim braciom w kapłańskiej, biskupiej, kardynalskiej i papieskiej posłudze.

                  Kościół powszechny uznaje trzydziestu pięciu papieży za męczenników wiary, wynosząc ich na ołtarze jako świętych. Władcy Europy, cesarze, królowie, zwłaszcza w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, gotowali papieżom los tragiczny. Przyjaźń następców św. Piotra z dworami Francji, Niemiec i książąt Italii nierzadko kończyła się śmiercią.

                   Spośród dwustu sześćdziesięciu trzech papieży, uznanych za prawowitych, sześciu zostało zamordowanych, dwóch zginęło wskutek ran odniesionych w czasie zamieszek, jeden – w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Przynajmniej w dwudziestu dalszych przypadkach okoliczności śmierci wskazywały na ich nienaturalna przyczynę odejścia. Nie mniej niż piętnastu papieży zmarło bądź to na apopleksję, bądź to z powodu różnych epidemii i zaraz, które nawiedzały Rzym. W tym przypadku najczęstszą przyczyną zgonów była malaria i febra. Najprawdopodobniej otruto dziewięciu papieży: Urbana VI, Innocentego V, (którego Kościół uznał za błogosławionego), Stefana IX (X), Damazego II, Klemensa II (fakt otrucia tego papieża potwierdziły badania jego szczątków w 1942 roku), Sergiusza IV, Grzegorza V, Jana XIV, Hadriana III i antypapieża Bonifacego VII.

                   Więcej na ten temat piszemy w książce „Tajne sprawy papieży”.

                   W tej książce przypomnimy tylko tych biskupów Rzymu, którzy splamili swe ręce krwią swoich braci.

                   Najbardziej haniebnym tragicznym wydarzeniem w historii papiestwa był los, jaki spotkał papieża Formozusa (891-896), a raczej jego szczątki. Sprawę tę opisujemy w rozdziale „Trupi synod”. Papiescy mściciele i grabarze szczątków Formozusa nie byli jednak oryginalni w swym dziele. Trzysta sześćdziesiąt lat wcześniej o tron papieski rywalizowali Dioskur i Bonifacy.

                   Szósty wiek chrześcijaństwa przyniósł Europie kolejną schizmę, podział Kościoła..

                   Początek tego wieku to setki i tysiące trupów na ulicach Rzymu, ofiar „wojny papieży” – uznanego dziś za nielegalnego – Wawrzyńca oraz Symmacha (obaj 498-514). Zamieszki w Rzymie, krwawe porachunki miedzy stronnikami obu papieskich pretendentów, przekupstwo wysokich dostojników dworu królewskiego, to tylko niektóre fragmenty obrazu tamtych czasów. Ostatecznie, aby rozstrzygnąć sukcesję, zwrócono się o arbitraż do ariańskiego (schizmatyckiego) króla Ostrogotów, Teodoryka. Wśród wielu prób zażegnania konfliktu podjęto i tę – sąd nad Symmachem w Rimini przed królem Teodorykiem. Oprócz niszczącego Kościół sporu z Wawrzyńcem, zarzucano mu także rozwiązłe stosunki z kobietami oraz roztrwonienie majątku kościelnego. Szerzej temat drugiego zarzutu podejmujemy w książce „Kobiety Watykanu”.

                   To już szósty raz młody Kościół przeżywał trudne chwile wewnętrznego podziału. Szósty już raz groził mu rozpad. Tym razem osią konfliktu stał się spór miedzy królestwem Ostrogotów ze stolicą w Rawennie a cesarstwem bizantyjskim. Cesarz, wsparty postawą patriarchy Konstantynopola, z całą mocą prześladował arian, grabił ich kościoły, zmuszał do wypierania się wiary. Wszyscy Ostrogoci wraz z królem Teodorykiem byli arianami. Papież w Rzymie, nawet będąc niechętny arianom, musiał liczyć się z królem rezydującym przecież tak blisko i dominującym militarnie nad Rzymem. Kruche pojednanie Kościołów Rzymskiego i Konstantynopolitańskiego, konkurujących o prymat w całym chrześcijaństwie, znowu było zagrożone. Dopiero przed paroma laty, za pontyfikatu papieża Hormizdasa (514-523), 28 marca 519 roku patriarcha Konstantynopola uroczyście przyjął i proklamował tzw. formułę Hormizdasa: „Uznaję Święty Kościół Boży, Kościół starego i nowego Rzymu, za jeden i ten sam, za siedzibę apostoła Piotra, a stolicę biskupią Bizancjum za jedną i tę samą. Wyznaję tę doktrynę, której strzeże papież, potępię zaś wszystko, co on potępi”.

                   Kiedy nowy papież, Jan I (523-526), przeniósł ze wschodu na cały Kościół zachodni kalendarz ustalony prawie sto lat wcześniej przez Cyryla Aleksandryjskiego dla wyznaczania daty Wielkanocy, cesarz triumfował. Wydał edykt konfiskujący świątynie arian i nakazujący im nawrócenie się na katolicyzm. Król Teodoryk musiał sprzeciwić się cesarskim restrykcjom. Wezwał do Rawenny papieża i wraz z biskupami i senatorami Rzymu wysłał go z misją do Konstantynopola. Mimo iż papież przyjmowany był w stolicy cesarskiej z największą godnością i wszelkimi honorami, wyznaczonych przez króla Teodoryka celów nie uzyskał. Cesarz zgadzał się na zwrot kościołów Ostrogotom wyłącznie pod warunkiem, ze ci porzuca arianizm. Wzburzony Teodoryk wszystkich towarzyszących papieżowi posłów wtrącił do lochów, a samego biskupa Rzymu uwięził na królewskim dworze. Kiedy ten 12 maja 526 roku zmarł, Teodoryk postanowił narzucić Rzymowi swego, uległego jego woli, biskupa. Tylko dzięki roztropności rodzonej córki króla, księżniczki Amalaswinty, której wcześniej papież Jan I zawdzięczał, że nie zginął w lochu, wybrano na nowego biskupa Rzymu diakona – Feliksa. Już jako papież Feliks IV (III), rządził Kościołem (526-530) mądrze i rozważnie. Wkrótce jednak zachorował i nim zmarł, zdążył wyznaczyć swojego następcę, archidiakona Bonifacego.

                   Rzymski kler, silny w swoich prawach, nie chciał zaakceptować papieskiego wyboru. Jeszcze w ostatnich chwilach życia Feliksa sam dokonał wyboru. Część poparła Bonifacego, część natomiast – diakona Dioskura z Aleksandrii. Bonifacy był zwolennikiem Ostrogotów, Dioskur – Bizancjum. Konflikt i kolejna schizma (już siódma) znów zagrażała jedności Kościoła.

                   Obu pretendentów wyświęcono jednego dnia, 22 września 530 roku, tj. w dniu śmierci Feliksa. Źródła podają, że Dioskur uzyskał poparcie większości duchowieństwa i wyświęcony został nieco szybciej niż Bonifacy. Kolejny już raz Rzym miał dwóch papieży. Konflikt był nieunikniony. Rozwiązała go jednak wkrótce Opatrzność. Po trzech tygodniach panowania zmarł Dioskur. Na arenie historii pozostał Bonifacy. Sprawa wydawałaby się załatwiona. Choć nie było bitwy, musiały pozostać trupy.

                   W zasadzie trudno jest jednoznacznie przedstawić powody dalszych występków Bonifacego. Zdecydował, że odbędzie się sąd nad zmarłym papieżem. Bonifacy zebrał sześćdziesięciu biskupów, by „osądzili” zwłoki Dioskura. Oczywiście wyrok mógł być tylko skazujący. Dioskur został ekskomunikowany, a biskupi – sędziowie, dokument5 z ekskomuniką musieli sygnować. Odrażający postępek Bonifacego II został powszechnie potępiony. Jeden z jego następców, papież Agapit I (535-536), wyrok anulował, a dokument ekskomunikacyjny kazał publicznie spalić. Kościół do dziś nie może się zdecydować na jednoznaczna ocenę pontyfikatu Dioskura i postępku Bonifacego. „Annuario Pontificio” – jedyny legalny i oficjalny wykaz papieży – do 1942 roku uznaje Dioskura za prawowitego biskupa, a od tego roku wymienia go w gronie antypapieży. Część historyków jednak „dopuszcza” uznanie go za prawowitego następcę św. Piotra.

                  Nie koniec było tragedii na papieskim tronie. Krótki, bo jedenastomiesięczny pontyfikat Agapita I, aż przeładowany był problemami. Król Ostrogotów Teodoryk już nie żył. Tron w Rawennie objął król Teodohad. To za jego sprawą, i na jego rozkaz, została uduszona wspominana wcześniej księżniczka Amalaswinta, zresztą kuzynka króla.

     ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin