Nilc - Chłopiec i jego pies.doc

(37 KB) Pobierz
Tytuł: Chłopiec i jego pies

Tytuł: Chłopiec i jego pies

Autor Nilc

 

 

— Panie Black, czy byłby pan łaskaw nie spać na mojej lekcji? Rozumiem, że nocne gryfońskie gonitwy po zamku potrafią być wyczerpujące, ale klasa od zaklęć naprawdę nie jest odpowiednim miejscem na odzyskiwanie sił.
— Hę? - mruknął rozespany, zgoniony Gryfon. Wśród Krukonów po drugiej stronie klasy przebiegł lekki rechocik.
— A tym bardziej za słabością ciała nie powinna iść słabość umysłu, panie Black - kontynuował profesor Flitwick, żwawy, choć wchodzący powoli w wiek średni nauczyciel zaklęć. - Choć najwyraźniej dopadły pana obie te dolegliwości.
Syriusz potoczył wokoło nieprzytomnym wzrokiem. Po całej klasie przegalopował silniejszy już śmiech. Siedzący obok James wytrwale poszturchiwał Blacka w żebra. Remus popatrywał na nich karcąco, z uniesionymi wysoko brwiami, a Peter szarpał go za rękaw, najwyraźniej potrzebując pomocy z zapisem jakiegoś zaklęcia.
— Przepraszam, panie profesorze - wymamrotał Syriusz, z trudem podnosząc się z ławki, na której wcześniej pogrążył się w objęciach Morfeusza, choć, po prawdzie, wolałby, by to była Morfea.
Profesor Flitwick ruchem ręki powstrzymał kolejną falę chichotu.
— Zatem wracajmy do lekcji. Mówiliśmy niedawno o zaklęciach zaliczających się do ożywiających i przywracających przytomność. Czy ktoś wie coś o Enervatusie?
— Plama, Black - szepnął James. - Plama, plaaamaaa.
— Odplumkaj się łaskawie, Potter, i przestań mi wrażać łokieć w bok, co? - Syriusz roztarł piekące oczy i odcisk ręki na policzku, na której się zdrzemnął.
— Właściwie to gdzie tak zabalowałeś? Pełnia minęła, myślałem, że odespałeś. Wylazło ci się gdzieś po nocy?
— Byłem pobiegać.
— Co?! - zapytał James, może trochę za głośno, i Flitwick spiorunował go spojrzeniem.
Syriusz wydobył jakiś świstek z kieszeni i napisał: "JAKO ŁAPA", po czym podsunął to Potterowi. Kiedy James przyswajał tę wieść, Black wbił wzrok w łopatki Remusa, odkształcające szatę na jego plecach. Ten, jakby wyczuł palące spojrzenie Łapy, spojrzał na niego ponad lewym ramieniem.
Świdrujący wzrok Remusa, jego bursztynowe oczy z iskierkami wesołości. Łagodne, jeszcze trochę dziecięco miękkie rysy, nieśmiały uśmiech. To Remus poprosił, by z nim wyjść w nocy, bo chciał powietrza i przestrzeni. Syriusz nie zastanawiał się wtedy długo. Wyszli jednym z sekretnych wyjść.
Chłopiec i jego pies.
Pies. Łapa.


Zbudził się, mając w nozdrzach zapach świeżego powietrza, ziemi i gnijących liści. Ktoś pogłaskał go po łbie, podrapał za uchem. Łapa wystawił wietrznik, wywąchał rozgrzaną wełnę, gorzką czekoladę i piżmowy zapach wilkołaka. Zamachał ogonem i polizał głaszczącą go rękę.
Ręka. Dobra ręka. Ręka Lunatyka. Ręka miła.
Dobra ręka.
Wlepił ślepia w rozmazany nieco kontur kucającej postaci Remusa. Polizał go znowu po dłoni. Dobra, dobra ręka.
— No, Łapa. Zachowuj się po ludzku - powiedział Lupin, jak zwykle cicho, bacząc, by nie urazić czułego psiego słuchu.
Odsunął się, a w miejscu czarnego, kudłatego brytana pojawił się skulony mężczyzna. Wstał, otrząsnął się, podał rękę Lupinowi.
— Wybacz, Remusie. Kiedy tu jest tak pusto, to sypiam całymi dniami. A Łapie niewiele wystarczy do szczęścia - wymamrotał, przeczesując włosy palcami. - Jest łatwiej. Jesteś głodny?
— W sumie to nie...
— To znaczy, że jesteś. Chodźże, Lunatyku, do kuchni. Wpuściła cię Tonks?
— Tak, ale zaraz uciekła.
— Nie zdążyła nic stłuc?
— Nie.
— Cii... - Przeszli przez ciemny, zakurzony hol, na palcach, by nie budzić wiecznie wrogo nastawionego portretu Pani Matki Black. Syriusz pchnął drewniane, okute metalowymi listwami drzwi do kuchni i zamknął je zaraz za Lupinem.
Na podłodze znaleźli rozsypane pudełko biszkoptów.
— Przemiła ta kuzyneczka, nie? - Syriusz z iście męczeńskim westchnieniem pozbierał ciastka i wepchnął je na powrót do pudełka, po czym jak gdyby nigdy nic odstawił na półkę. Remus przezornie nie wspomniał nic o bakteriach, bowiem znajdował się w samym sercu królestwa wielkiego blackowego nieporządku.
Rzadkie odwiedziny gości na Grimmauld Place na powrót wyzwoliły w Syriuszu dzikiego bałaganiarza, a wizyty Mundungusa, który tam czasem bywał, wcale tego nie poprawiały.
Black zajrzał do garnka, zamieszał w nim i postawił go na rozgrzanym piecyku.
— Przegląd tygodnia, ale się nada. Napijesz się?
— Dla mnie tylko sok, zakładając, że żaden jeszcze nie dostał tu nóg i nie uciekł.
— Mam tylko mleko i whisky.
— To coś mówi o gospodarzu. Wlej mi mleka, jeśli łaska.
Syriusz z pewnym ociąganiem napełnił mlekiem wielki, niebieski kubek, a poobtłukiwaną szklankę - już z większą ochotą - whisky i postawił naczynia na stole. Zamieszał znowu w garnku i usiadł ciężko.
— No co tam w wielkim świecie?
— Nic takiego ciekawego... - wzruszył ramionami Remus.
— Mam rozumieć, że stary Dumble zabronił ci o tym ze mną rozmawiać? Czy oficjalnie zmienił już mój status na gospodynię domową?
— Skoro już o tym mówimy, marna by z ciebie była gospodyni - Lupin posłał wiele mówiące spojrzenie w kierunku naczyń kwitnących w zlewie. - Nawet różdżką nie chce ci się ruszyć. Zgnijesz z lenistwa i pijaństwa.
— A tak, gniję tu - zaperzył się Syriusz. - Gniję tu przez was! To znaczy, przez...
Zrozumiał, że się zapędził i zamilkł. Remus w ciszy popijał mleko.
— Wiesz co? - podjął Syriusz po chwili. - Poniekąd jesteśmy gorsi od Smarkerusa. Wierzyliśmy, że możemy zmieniać świat, osiągnąć, co sobie zamarzymy, i jak skończyliśmy? Ja jako poszukiwany przestępca, ty jako bezrobotny nauczyciel... a Snape? Może być i podwójnym szpiegiem, ale siedzi w swoich lochach, wśród swoich eliksirów, ludzie boją się go i nienawidzą... tak, jak zawsze chciał... może się snuć wszędzie ze swoim gigantycznym nochalem, a uczniowie boją się jego cienia. A my? Siedzę znowu w zamknięciu, w domu, z którego uciekłem kiedyś "na zawsze". Ty nie możesz znaleźć roboty, chociaż jesteś rewelacyjny, tylko dlatego, że jesteś wilkołakiem.
— Nie tylko dlatego, Syriuszu. To jakbyś dziwił się, że goblina, znakomitego wszak bankiera, nie chcą nigdzie przyjąć na stanowisko domowego księgowego. Wpierw jest wszak goblinem, a potem księgowym. Jak ja wpierw jestem wilkołakiem, a potem... resztą.
— Przeważnie jesteś resztą.
Znowu zapadła nieprzyjemna cisza. Remus dopił swoje mleko i obtarł górną wargę z białych wąsów.
— Skoro już kontynuujemy tę melancholijną rozmowę, czy wiesz może, czego najbardziej żałuję?
— Nie? - Syriusz spojrzał na niego zza włosów.
— Drobnych przyjemności. Nie potrafię się już cieszyć, gdy zrobię sobie kakao, albo kromkę pachnącego chleba z twarożkiem i miodem, albo znajdę kasztana na ulicy, a w starej książce pocztówkę, o której dawno zapomniałem...
Syriusz, zamyślony, odchylił się na krześle i podrapał po chudym brzuchu tuż nad linią dżinsów.
— Gdzieśmy zgubili tę młodość, Lunatyku? Gdzie?
— Myślę, że w tę noc, kiedy Harry przeżył - odparł smutno Remus.
— Kiedy stałem się winny. Jedna noc, koniec młodości, koniec wszystkiego. Morderca. Tylu ludzi na sumieniu! Niech go pocałują bez procesu! Parszywy zdrajca. Do Azkabanu. Na łódeczkę i do Azkabanu, a tam...
— Cii, Syriuszu.
— Gwałt na duszy każdego dnia! Dzień za dniem jak w piekle. Nawet diabły były...
— Cii, Syriuszu - powtórzył silniej Remus, gdy głos Blacka przybrał niebezpiecznie wysoki i gorzki ton. - Cicho. Ja nie rozpamiętuję tej nocy, kiedy ugryzł mnie wielki wilk.
— Tak, ale to ja jestem teraz zgorzkniałym bydlakiem, który robi kawkę Severowi i tylko czeka, aż wpadnie tu ktoś z Avadą. Który nie potrafi utrzymać emocji na wodzy i zwierza się z tego, co spartaczył, nie mniej zatroskanemu facetowi.
— Przestań tak o tym myśleć.
— Ale nie mogę zapomnieć!
— Syriuszu, dość tej ekspiacji. Ni miejsce, ni czas na to - powiedział Remus, może zbyt ostro, bo ściągniętą dotąd żałośnie twarz Blacka wykrzywił grymas złości.
— Owszem, to ekspiacja. Nic innego jak gadanie mi nie pozostało.
— Porozmawiam z Albusem. Da ci jakieś zajęcie, bo widzę, że nie daje ci to spokoju.
— Byle nie haft krzyżykowy.
— Szydełkowanie albo robienie na drutach. Łapo, czemuś ty taki uparty - Remus wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na chudym przedramieniu Syriusza. - Zobaczysz, wszystko się ułoży. Wierz mi, po takiej burzy zawsze muszą nadejść słoneczne dni.
Cienie przeszłości na nowo zaległy w ciemnych kątach starej kuchni, choć, raz poruszone, nie chciały znowu usnąć. Siedzieli w ciszy i w ciszy jątrzyły się stare rany, a na piecu radośnie i domowo bulgotało w garnku. Ciepło powoli przejmowało ich obu, wyganiając zimno azkabańskiej celi i samotnego, biednego pokoju na poddaszu.
Zapadł zmrok i do wnętrza kuchni przedostawało się już bardzo niewiele światła, ale ani Remusowi, ani Syriuszowi nie chciało się zapalić świec. Siedzieli więc w półmroku, a Black patrzył długo w świecące, wilkołacze oczy, dopóki nie westchnął.
— Masz rację. Teraz zapiję, potem zagłuszę. W końcu trzeba, choćby dla Harry'ego.
Dopił whisky i zapalił świece na stole, bo nagle ciemność za własnymi plecami wydała mu się zimna i niepokojąca. Lupin wstał, rozlał bulgoczący "przegląd tygodnia" do dwóch misek z brązowej ceramiki i jedną podał Syriuszowi, a z drugą usiadł tuż obok niego.


Tej nocy do łóżka Lupina władował się wielki, kudłaty pies. Pokręcił się trochę przy nogach Remusa, powąchał, udeptał pościel i w końcu padł u jego boku z zadowolonym, przeciągłym, psim westchnieniem. Lupin przerzucił rękę przez jego grzbiet.
Chłopiec i jego pies.

...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin