Robards_Karen_-_Uwodziciel.rtf

(832 KB) Pobierz

Karen Robards

 

 

 

UWODZICIEL

(tłum. Joanna Klaput)


Książkę tę dedykuję

mojemu najmłodszemu synowi,

Johnowi Hamiltonowi Robardsowi,

urodzonemu 16 listopada 1995 roku.

Dedykuję ją również z wielką miłością

Dougowi, Peterowi i Christopherowi.

 


Prolog

 

 

19 czerwca 1996, godz.15.00

Jesteś gotów na śmierć?

Jess Feldman zerknął porozumiewawczo na swego brata Owena i skręcił w bok, starając się ominąć mężczyznę o nawiedzonym spojrzeniu, który niespodzie-wanie zaszedł im drogę.

- Pytałem, czy jesteś gotów na śmierć?

- Mężczyzna podniósł głos o oktawę, nie dając za wygraną.

Należał do niewielkiej gromadki maszerującej z transparentami przed budynkiem lotniska w Salt Lakę City. Miał ze czterdzieści lat, z lekka łysiejącą czaszkę, nosił tani kombinezon z szarego poliestru; pożółkłą ze starości koszulę i niemodny czar ny krawat.

- Spływaj! - warknął niezbyt uprzejmie Jess.

Owen, chwyciwszy brata za rękaw flanelowej koszuli w kratę, pociągnął go za sobą.

- Żałujcie za grzechy! - huknął za nimi mężczyzna. - Koniec tego świata jest bliski!

- Doprawdy? - zadrwił Jess, odwracając głowę.

Owen ponownie szarpnął go bezlitośnie. - A kiedyż to ma nastąpić?

- Dwudziestego trzeciego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięć dziesiątego szóstego roku, nędzny grzeszniku. O dziewiątej rano!

Do krawężnika cicho podjechał policyjny wóz na światłach. Zwiastun apokalipsy ulotnił się w okamgnieniu.

- Co za precyzja działania - zwrócił się Jess do brata. - Ciekaw jestem, co się dzieje z takimi prorokami, kiedy ich przepowiednia się nie sprawdza?

Owen wzruszył ramionami.

- Zapewne układają nową. Chodź już! Chyba nie chcesz spóźnić się na spotkanie z naszymi uroczymi turystkami z tej szacownej szkoły dla dziewcząt w Chicago?

- Za nic. To mój ulubiony typ turystek. - Jess wykrzywił twarz w uśmiechu.

Wchodząc za Owenem do budynku, obejrzał się raz jeszcze. Dwóch policjantów w mundurach zawzięcie dyskutowało z uczestnikami pochodu. Ujrzawszy porzucony na ziemi transparent, Jess odczytał jego słowa: “Żałujcie za grzechy! Koniec świata już blisko!”. Pod napisem wymalowano pęknięte na pół krwistoczerwone serce. Jedna z połówek leżała przewrócona na bok. Poniżej zaś umieszczone było hasło: “Miłość uzdrawia”.

- Stek bzdur - mruknął Jess, kręcąc głową. A gdy tylko szklane drzwi zamknęły się za nim cicho, natychmiast o wszystkim zapomniał.


1

 

 

19 czerwca 1996, godz. 23.45

Ktoś jest na zewnątrz!

Szesnastoletnia Theresa Stewart wypuściła z dłoni koniec spłowiałej żółtej zasłony i spłoszona cofnęła się od okna. W jej głosie brzmiał strach. Bezkresne, górzyste pustkowie, otaczające trzy po chylone ze starości chaty, tonęło w ciemnościach nocy. Zagubiona w głuszy leśnych rezerwatów Uinta w Utah dawna osada górników stanowiła dotąd bezpieczny azyl. Theresa niejednokrotnie słyszała, jak ojciec zapewniał matkę, że nikt ich tutaj nie znajdzie.

Tymczasem teraz, po upływie ośmiu miesięcy od dnia, kiedy Stewartowie osiedlili się w swojej pustelni, po raz pierwszy zawitali do niej obcy. Światło księżyca na krótką chwilę wydobyło z mroku sylwetki przybyszów, którzy wynurzyli się z lasu na polanę otaczającą osadę. Było ich trzech, może więcej.

- To pewnie niedźwiedź - odezwała się Sally, matka Theresy, odrywając się na chwilę od Eliasza, najmłodszego, siódmego dziecka, które właśnie usypiała, kołysząc się razem z nim w fotelu na biegunach. Eliasz, pulchniutki i słodki bobas, miał już sześć miesięcy. Sally powoli odzwyczajała go od karmienia piersią, lecz wciąż lubiła tulić synka w ramionach przed snem. Twierdziła, że dzięki temu mały spokojniej śpi.

- To nie niedźwiedź, mamo. Widziałam obcych mężczyzn wychodzących z lasu.

- W takim razie zapewne turyści. W końcu jest lato i teraz, niestety, nie mamy lasu tylko dla siebie jak podczas srogiej zimy.

Sally siedziała przed kominkiem, który stanowił jedyne źródło ciepła i światła w maleńkiej chatce. Choć starała się mówić uspokajającym tonem, jej głos zdradzał napięcie. Razem z Theresą i czwórką młodszych dzieci była w chatce sama. Jej mąż, Michael, zabrał dwóch najstarszych chłopców do Provo, gdzie mieli załatwić parę spraw i kupić żywność. Nie spodziewała się ich wcześniej niż następnego dnia.

- To nie turyści - odrzekła Theresa ściszonym głosem, podchodząc do matki.

Zatrzymała się przy niej, zaciskając dłonie w pięści. Maleńki domek, składający się z dwóch pomieszczeń na parterze i sypialni na strychu, nagle ożył. Z każdego zakamarka zdawały się wyzierać chybotliwe cienie. Dławiący, prymitywny strach ścisnął dziewczynę za gardło. Nie miała pojęcia, skąd ta pewność, kim są nieznajomi przybysze. Mimo to wiedziała.

- Może więc Kyle. Albo Alice lub Marybeth. Albo któreś z dzieci pobiegło do lasu.

Marybeth i Alice były siostrami Michaela, a Kyle mężem Alice. Razem z jedenaściorgiem dzieci w wieku od ośmiu do osiemnastu lat zamieszkiwali dwie sąsiednie chaty. Ponieważ osada pochodziła z końca dziewiętnastego wieku, domy nie miały kanalizacji i do załatwiania naturalnych potrzeb obecnym mieszkańcom służyła naprędce przystosowana do tego celu szopa, stojąca u wejścia do starej kopalni srebra. Czasem też szukano odosobnienia w głębi lasu.

- Nie, wyraźnie widziałam jakiegoś mężczyznę. Kilku mężczyzn. Wyszli z lasu. - głos Theresy się załamał.

- Jesteś pewna?

Theresa pokiwała głową.

Odjąwszy śpiące dziecko od piersi, Sally wstała i zapięła bluzkę.

- Thereso, skarbie, to na pewno nie oni. To niemożliwe.

- Mamo...

Przerwało jej pukanie do drzwi. Obie z matką instynktownie przywarty do siebie, wpatrując się z napięciem w grubo ciosane drewniane deski. Jakby w przeczuciu nadciągającego zagrożenia niemowlę zakwiliło żałośnie. Sally przycisnęła je mocniej do piersi.

I ona, i Theresa dobrze wiedziały, że nikt z ich krewnych nie zastukałby w ten sposób. Cicho, a zarazem złowieszczo.

- Spokojnie, mój maleńki - szepnęła do synka Sally. A potem, oddając go Theresie, nakazała: - Zabierz go stąd.

To polecenie przeraziło dziewczynę; uświadomiła sobie, bowiem, iż matka podziela jej obawy. Wzięła w ramiona niemowlę i przytuliła je mocno do siebie. Kontakt z dzieckiem sprawił jej przyjemność. Zapach mleka, ciepło bijące od małego ciałka, dotyk główki muskającej jej podbródek, kiedy braciszek próbował umościć się wygodnie na jej piersi, na chwilę przywróciły Theresie spokój.

- Idź już - ponagliła ją Sally, popychając z lekka. - To na pewno turyści, ale na wszelki wypadek...

Theresa schroniła się do pomieszczenia służącego jednocześnie jako kuchnia i składzik. Wszedłszy tam, odwróciła się, by zapytać o coś jeszcze. Lecz na widok matki, która schyliła się po stojącą w kącie siekierę o dwóch ostrzach, dziewczyna straciła mowę.

Przyciskając do siebie Eliasza, ukryła się w najgłębszym cieniu pomieszczenia, podczas gdy Sally, z siekierą w ręku, ruszyła ku frontowym drzwiom.

Znienacka ciszę rozdarł głuchy łoskot. Z piekielnym trzaskiem pękającego drewna i zgrzytem wyłamywanych zawiasów drzwi runęły do środka. Rozpaczliwie szukając lepszej kryjówki, Theresa, z niemowlęciem w ramionach, usłyszała odgłosy walki i krzyk matki.

Aż w końcu dał się słyszeć głos; rozpoznała go od razu, głos z dręczącego ją od dawna sennego koszmaru, o którym nadaremnie starała się zapomnieć.

To był szept śmierci:

- Godzina wybiła!


2

 

 

20 czerwca 1996, godz. 17.00

Dół pośladków stał się nieznośny.

Z trudem powstrzymując się od jęku, Lynn Nelson obiema dłońmi potarła dającą się jej we znaki część ciała. Ten zaimprowizowany masaż nie przyniósł jednak żadnego rezultatu. Ból nie ustąpił ani trochę.

Nagle zdała sobie sprawę, że jej zabiegi mogą wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Zakłopotana opuściła ręce, niespokojnie rozglądając się, wokół, aby sprawdzić, czy przypadkiem nikt jej nie obserwuje. Ale wszyscy uczestnicy tej wakacyjnej wyprawy: dwadzieścia czternasto - i piętnastoletnich dziewcząt; dwie nauczycielki oraz pozostałe dwie matki, pełniące podobnie jak ona funkcję opiekunek, wydawali się całkowicie pochłonięci przygotowaniem obozowiska do noclegu. Nikt me zwracał na nią najmniejszej uwagi. Nikt też nie cierpiał z powodu bolących pośladków.

Mają to miejsce ze stali czy co?

Ani chybi. Nikt oprócz niej nie stąpał tak, jakby miał jeża w spodniach tam, gdzie słońce nie dochodzi. Nikt nawet nie utykał.

- Czy już wiesz, co mu dolega? - zagadnął ją dwudziestokilkuletni twardziel o imieniu Tim, pozujący na kowboja.

W dżinsach, długich butach i nasuniętym na jasne loki kowbojskim kapeluszu w każdym calu pasował do otaczającego ich krajobrazu. I jak podsumowała Lynn, o to zapewne chodziło.

- Jeszcze nie. - Lynn zmierzyła nienawistnym spojrzeniem kudłatego górskiego konika o imieniu Heros - przyczynę swych kłopotów, po czym odnalazła wśród trawy metalowy szpikulec, który przed chwilą wetknęła w ziemię na chybił trafił. Schwyciwszy przednią nogę zwierzaka w sposób, który wcześniej pokazał jej Tim, usiłowała nieco unieść ubłocone kopyto.

Pięćset kilogramów żywego, spoconego i smrodliwego cielska oparło się o nią przyjacielsko, a jej szyję owionął mdły oddech Herosa, zalatujący odorem sfermentowanej trawy.

 

Brrr. Lynn już wiedziała, dlaczego tak nie cierpi koni.

- Odsuń się, ty... - syknęła przez zęby, z całej siły odpychając zwierzę ramieniem; w nagrodę czule przygniótł ją jeszcze większy ciężar.

Choć zaparła się ze wszystkich sił, kopyto ani drgnęło.

- Poczekaj. - Tim wyszczerzył zęby w uśmiechu i poderwał się by jej pomóc. Bez najmniejszego wysiłku uniósł nogę konia.

- Dzięki - wycedziła Lynn kwaśnym tonem.

Jeśli nawet zabrzmiało to szorstko, nie umiała temu zaradzić. Tak się właśnie czuła. Skwaszona i obolała.

Stanęła w rozkroku, zgięta nieomal wpół nad kosmatą, ubłoconą nogą zwierzęcia i wkłuła stalowy szpikulec w kopyto, unieruchomione między jej kolanami.

Heros nachylił się ku niej łagodnie. Swoją drogą jego cierpliwość była godna podziwu.

- Spróbuj trochę głębiej, a założę się, że zaraz znajdziesz ten kamyk - poradził jej Tim.

“Nauczysz się oporządzać swego wierzchowca” - obiecywał slogan reklamowy, zachwalający tę wycieczkę.

Rzeczywiście, pomyślała Lynn, sama radość.

Jeszcze jedno dźgnięcie i wreszcie kawał zaschniętego błota poleciał w trawę. Spod niego, zgodnie z przewidywaniami Tima, wyłonił się kamyk, oblepiony substancją znacznie bardziej cuchnącą niż błoto. Fuj. Nareszcie. Co za ulga.

- Dobra robota.

Tim klepnął ją z uznaniem w plecy, (choć może słowo “trzasnął” byłoby bardziej na miejscu). Lynn zatoczyła się do tyłu, puszczając jednocześnie nogę wierzchowca i szpikulec. Konik tupnął i parsknąwszy głośno, odwrócił łeb, by jej się przyjrzeć. Gdyby to zwierzę było człowiekiem, Lynn przysięgłaby, że w prychnięciu zabrzmiała pogarda.

- Och, przepraszam. - Tim nie krył rozbawienia, schylając się po szpikulec. - Wkrótce zrobimy z ciebie prawdziwego jeźdźca. Zobaczysz.

- Nie mogę się doczekać.

- Masz, daj to Herosowi, a zaskarbisz sobie jego dozgonną miłość.

- Szczęściara ze mnie.

- Pod okiem Tima Lynn z niechęcią założyła na szyję swego wierzchowca worek z obrokiem. Zwierzę zastrzygło z wdzięcznością uszami i zaczęło się posilać.

- A teraz poklep go jeszcze po szyi - zachęcił ją mężczyzna.

Lynn, co prawda miała ochotę zupełnie inaczej potraktować tę paskudną bestię, lecz powściągnęła swe zamiary i posłusznie poszła za radą kowboja. Skóra konika okazała się nieprzyjemna w dotyku. Klepnąwszy go, Lynn z obrzydzeniem spojrzała na wnętrze dłoni oblepione burorudą sierścią i brudem.

- Doskonale - pochwalił ją Tim, po czym ruszył przed siebie, wzdłuż szeregu pozostałych wierzchowców.

Kiedy tylko się oddalił, pozostawiona wreszcie sobie samej Lynn natychmiast przycisnęła pięści do bolącej części ciała poniżej pleców, usilnie starając się nie myśleć o tym, że minął dopiero drugi z dziesięciu dni cudownych “wakacji” w głuszy. Z całej siły powstrzymywała się również, by ponownie nie potrzeć pośladków.

Co, u licha, skłoniło ją do uczestniczenia w tej wyprawie? No tak, Rory, przypomniała sobie, patrząc na swą czternastoletnią córkę przycupniętą przy jednym z niewielkich ognisk, które rzekomo miały chronić od “niewidzialnych” niebezpieczeństw. Rory, co prawda, wcale nie zapraszała jej do wzięcia udziału w wycieczce pierwszoklasistek. Wręcz przeciwnie: na wieść o tym, że matka sama zgłosiła się jako opiekunka, jęknęła tylko głucho - Jednak Lynn w głębi duszy czuła, że córka bardzo potrzebuje jej obecności. Pragnęła poświęcić dziewczynce trochę więcej czasu niż zwykle, aby umocnić mocno ostatnio nadwątloną więź między nimi.

Poza tym wszystkie ulotki reklamowe zachwalały ten rodzaj letniego odpoczynku jako niepowtarzalne, a zarazem pouczające oraz niezwykle odprężające doświadczenie życiowe.

 

Toteż nie namyślając się długo, postanowiła zafundować sobie pierwsze od trzech lat prawdziwe wakacje. Pożegnała się na dwa tygodnie z niekończącym się codziennym młynem w rodzimej stacji telewizyjnej i tak oto właśnie znalazła się na zapomnianym przez Boga i ludzi górzystym pustkowiu w paśmie Uinta w stanie Utah, wlokąc się jak cień za zwariowaną grupą kilkuna stoletnich pannie, które tam właśnie postanowiły urządzić sobie konną wycieczkę.

Czy przynajmniej miała przyjemność z tej eskapady?

Odpowiedź brzmi: nie, i jeszcze raz nie!

Usiadła ciężko na wiązce siana, rozłożonej specjalnie w tym celu przy ognisku, próbując znaleźć jaśniejsze strony w całym tym przedsięwzięciu. W każdym razie lepiej już pozwolić Rory wyszaleć się na takiej wyprawie niż przyglądać się bezradnie jej rosnącemu zainteresowaniu chłopcami. Ta wycieczka, stanowiąca nagrodę za rok mężnie spędzony w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt, kosztowała fortunę, ale za to eliminowała męskie towarzystwo.

Z wyjątkiem przewodników, niestety. Jak na złość samych mężczyzn. I do tego przystojnych. No tak. Cóż za ironia losu. Na leżało przewidzieć taką ewentualność.

Powinna była przewidzieć również, że nowe buty do konnej jazdy będą ją uwierać, pośladki boleć, a nos spiecze jej się w słońcu jak skwarka - pomimo mleczka chroniącego przed słońcem i kapelusza z szerokim rondem, który nosiła przez cały dzień - oraz że każdy cal jej ciała, nawet głęboko ukryty pod ubraniem, pokryją tony drażniącego pyłu.

Och, jakże nienawidziła jazdy konnej!

Zmieniła pozycję, jęcząc przy tym z bólu, po czym zaciśniętymi w pięści dłońmi potarła zesztywniałe uda. Od pasa w dół czuła wszystkie mięśnie.

- To powinno pomóc. - Mężczyzna, który przycupnął obok niej na piętach (a jakżeby inaczej mógł przysiąść prawdziwy kowboj z Utah), wręczył jej płaską złotą puszeczkę.

“Maść dla jeźdźców doktora Grandviewa” - głosiły wielkie czarne litery na wieczku.

Pięknie, pomyślała Lynn. Fakt, że nawet zaoferowany lek udawał specyfik z podręcznej apteczki Johna Waynea, podsycił jej rosnący z godziny na godzinę sceptycyzm. Wszystko wokół, poczynając od przewodników, a na muchach bzykających bez przerwy podczas jazdy wokół końskich uszu kończąc, wyglądało jak żywcem wyjęte z legend o dawnym Dzikim Zachodzie. Jednym słowem, w opinii Lynn - raziło zbytnią sztucznością.

- Wyglądam aż tak źle? - Mimo wszystko zdobyła się na uśmiech, obracając wolno puszeczkę w dłoni.

Owen Feldman do spółki ze swym młodszym bratem prowadził firmę Adventure Inc., która zajmowała się zorganizowaniem i obsługą tej wyprawy. Owen był wysoki, miał szerokie bary i wąskie biodra, krótko ostrzyżoną płową czuprynę, wyrazistą twarz o kwadratowej szczęce i błękitne jak niezabudki oczy. Zapewne starszy o kilka wiosen od trzydziestopięcioletniej Lynn, robił wrażenie rasowego mieszkańca Utah, urodzonego i wychowane go w tych stronach, który jak nikt znał wszystkie bezdroża górzystych pustkowi Uinta. Ponadto ulotka reklamowa przedstawiała go jako człowieka uczciwego, biegłego w swym fachu oraz w naj wyższym stopniu godnego zaufania, a na dodatek - prawdziwego kowboja.

Po dwóch dniach podróży Lynn miała jednak dość kowbojów. Szczególnie tych podrabianych. Ilekroć Feldmanowie lub któryś z ich ludzi wskakiwali na koński grzbiet, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że za chwilę rozlegną się pierwsze takty znanej melodii z filmu “Bonanza”.

W przeciwieństwie do matki Rory z zachwytem chłonęła te wszystkie ekstrawagancje. Co więcej, zdążyła już wyznaczyć Owenowi rolę potencjalnego konkurenta mamy, sobie zaś zarezerwowała przywilej ubiegania się o względy jego młodszego brata, Jessa.

Lynn zmartwiała nagle. Gdzie podziewa się Rory? I gdzie zniknął Jess?

- Wiele osób po pierwszym dniu spędzonym w siodle ma kłopoty - zauważył Owen, najwyraźniej biorąc jej smętną minę za wyraz przygnębienia wywołanego dolegliwościami fizycznymi. - Wetrzyj to w... bolące miejsce, a jutro poczujesz się o wiele lepiej.

- Dzięki, tak zrobię. Lynn schowała metalową puszeczkę wielkości pudełka pasty do butów do kieszeni swej jaskrawopomarańczowej kurtki. Sprawiła sobie ów ubiór specjalnie na tę wyprawę, wybierając kolor, który miał ułatwić zbyt impulsywnym myśliwym odróżnienie jej od łosia. Potem, przezwyciężając drżenie w kolanach, ból pośladków i dygotanie wewnętrznej części ud, wstała. Zagryzając wargi, omiotła szybkim spojrzeniem grupę siedzącą przy ognisku, po czym zwróciła się do Owena:

- Nie widziałeś Rory? Albo swojego brata?

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, aż wokół oczu zarysowały mu się głębokie zmarszczki, właśnie takie, jakie powinny się po jawić wokół oczu kowboja. Również wstał, przytłaczając Lynn swym okazałym wzrostem. Najlepszy reżyser nie obsadziłby trafniej tej roli, pomyślała z sarkazmem.

- Rory to twoja córka? Ta mała blondyneczka? Razem z grupą innych dziewcząt chciała nauczyć się rzucać lassem. Jess zaofiarował się, że udzieli im lekcji przed kolacją.

- Wspaniale - podsumowała Lynn jawnie zgryźliwym tonem.

Owen, oczywiście, nie dostrzegał niczego niestosownego w zachowaniu brata, który bez żenady oddalił się w odosobnione miejsce sam na sam ze stadkiem egzaltowanych nastolatek, lecz ona wprost zatrzęsła się z oburzenia. Niewątpliwie Jess Feldman był ulepiony z zupełnie innej gliny niż jego starszy brat i określenie “godny zaufania” z pewnością w tym wypadku nie mogło mieć zastosowania.

- W którą stronę poszli? - Próbowała nadać swemu głosowi lekki ton, ale nie w pełni jej się to powiodło.

Twarz Owena nieco stężała.

- Chodź, pokażę ci - zaproponował.

- Och, nie chciałabym cię odciągać od innych pilnych zajęć.

W odpowiedzi tej znalazło się ziarenko prawdy, sedno jednak tkwiło, w czym innym. Otóż Lynn przyzwyczaiła się unikać jak ognia nawet drobnych gestów uprzejmości ze strony innych ludzi. Od tak wielu lat sama borykała się z życiem i nauczyła się cenić wszystko, co z takim trudem zdobywała dla siebie i Rory, że w końcu jej jedyną dewizą życiową stało się: “Nigdy nie być od nikogo zależną”.

A już w szczególności od podrabianych kowbojów.

- Bob i Ernst zajmują się przygotowaniem posiłku, Tim dogląda koni. Nie mam więc do czego się śpieszyć. - Owen posłał jej uspokajający uśmiech. - Chodźmy.

Odwzajemniwszy się nieco wymuszonym grymasem ust. Lynn ruszyła potulnie aa kowbojem. Przeszli przez obozowisko, kierując się w stronę gęstego lasu porastającego strome zbocze na jego tyłach. Niebotyczne sosny zdążyły przez wiele dziesiątków lat zrzucić tyle igieł, że Lynn nie mogła oprzeć się wrażeniu, iż spaceruje po grubym, miękkim kobiercu.

Po drodze minęli grupę dziewcząt, siedzących razem kołem na trawie i z zapałem wyśpiewujących piosenki. Pat Greer i Debbie Stapleton, dwie pozostałe mamy-opiekunki, oderwały się na chwilę od dobrowolnie podjętego zadania - prowadziły bowiem improwizowane gry i piosenki - aby bacznym spojrzeniem obrzucić przechodzącą parę.

- “Jeśli kolejna butelka spadnie, osiemdziesiąt siedem butelek mleka pozostanie na dnie...”.

Mleka! Dobre sobie!

Taka wersja znanej piosenki nie przyszłaby Lynn do głowy. Owe stanowczo przesłodzone, naiwne słowa napełniły ją niesmakiem. Te dwie świętoszkowate matrony, Pat i Debbie, nigdy by nie pozwoliły swym podopiecznym śpiewać o czymś równie nieodpowiednim dla ich wieku jak piwo.

Lynn lubiła piwo. Gdyby jakaś butelka znalazła się w zasięgu ręki, nie odmówiłaby sobie przyjemności pociągnięcia tęgiego haustu - chociażby po to, by zdenerwować obie mamusie.

Ich demonstracyjna wesołość, wścibstwo i perfekcyjna macierzyńska nadopiekuńczość wyjątkowo ją drażniły.

Oddalając się, nieomal namacalnie czuła spojrzenia obu pań wbite niczym dwie pary sztyletów w plecy jej i Owena. Dwie zadowolone z siebie damy z luksusowego przedmieścia, szczęśliwie poślubione ludziom sukcesu, którzy zapewnili im życiową stabilizację, instynktownie czuły nieufność w stosunku do Lynn. Podejrzewała nawet, że jako samotna matka, miłośniczka kawy i papierosów, a przede wszystkim przedstawicielka trudnej profesji wymagającej specjalnych predyspozycji i lat nauki, została przez obie zaliczona do odmiennego niż one same gatunku kobiet.

Nie bez pewnej racji, przyznała niechętnie.

- Czy masz więcej dzieci? - niespodziewanie zagadnął ją Owen, zatrzymując się, by przytrzymać gałąź tarasującą ścieżkę, która wiodła w las, i przepuścić Lynn pierwszą.

- Tylko Rory - wyjaśniła krótko, siląc się na ożywiony ton.

Wyprzedzając mężczyznę, próbowała odsunąć od siebie nieprzyjemne myśli. W leśnym gąszczu było ciemno i ponuro. Mech porastał wszystko: od skał przez pnie drzew aż po wąską ścieżkę. Powietrze pachniało stęchlizną jak w piwnicy.

- To moje jedyne pisklątko.

- Jest uderzająco podobna do ciebie. Nie sposób tego nie zauważyć.

Niespodziewanie Lynn wpadła w pułapkę misternej pajęczyny rozciągniętej w poprzek dróżki. Wzdrygnęła się, a potem za częła zdejmować z twarzy porwane, mokre nitki. Wyswobodziwszy się z pułapki, ponownie ruszyła przed siebie.

- Naprawdę? - wróciła do tematu, starając się nie myśleć, co też mogło się stać z pająkiem, który zrobił tę sieć.

Nie znosiła pająków. Co do Rory, faktycznie przypominały dwie krople wody. Obie miały jasne włosy, (choć Lynn pomagała trochę naturze w utrzymaniu świetlistego odcienia swej krótkiej blond czupryny), perłową karnację i wielkie, niebieskie oczy. Żadna z nich nie odznaczała się wysokim wzrostem (Lynn nie tolerowała określenia: niska), lecz nienaganne sylwetki z nawiązką nagradzały im ów niedostatek. Jedyna różnica między matką a córką w kwestii wyglądu polegała na tym, że o ile Lynn od kilkunastu lat z ogromnym samozaparciem zabiegała o utrzymanie szczupłej sylwetki, jej córce przychodziło to bez najmniejszego wysiłku.

- Biedna mała - podsumowała po dłuższej chwili z niezamierzoną kokieterią.

- W żadnym razie tak bym tego nie ujął. - Szedł o krok za nią. Choć nie widziała twarzy swego towarzysza, ton głosu zdradzał podziw dla jej urody.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin