Remarque_Erich_Maria_-_Na_Zachodzie_bez_zmian.rtf

(480 KB) Pobierz
Erich Maria Remarque

Erich Maria Remarque

 

 

 

Na Zachodzie bez zmian

Przełożył Stefan Napierski


Rozdział 1

 

Biwakujemy dziewięć kilometrów poza frontem. Wczoraj zluzowano nas; teraz mamy brzuchy pełne fasoli z wołowiną i jesteśmy syci i zadowoleni. Nawet na wieczór jeszcze udało się każdemu zapełnić menażkę; do tego dochodzą poza tym podwójne porcje kiełbasy i chleba – to jest coś. Podobnego przypadku nie było już od dawna: kuchta o głowie czerwonej, przypominającej pomidor, sam pcha się z jedzeniem; każdego, kto przechodzi, przyzywa swą łyżką i udziela mu porcyjki co się zowie. Jest całkiem zdesperowany, gdyż nie wie, jak ma opróżnić swą kuchnię polową. Tjaden i Müller wytaszczyli skądsiś kilka misek i polecieli wypełnić je po brzegi, na zapas. Tjaden czyni to z żarłoctwa, Müller z przezorności. Jest zagadką dla wszystkich, gdzie się to podziewa u Tjadena. Jest i będzie chudy, jak śledź.

Najważniejsze jest jednak, że dostaliśmy także podwójne racje tytoniu. Dla każdego po dziesięć cygar, dwadzieścia papierosów i dwie kromki tytoniu do żucia, to wcale przyzwoicie. Mój tytoń do żucia zamieniłem z Kaczyńskim na jego papierosy, stanowi to dla mnie czterdzieści papierosów, z tym da sobie człowiek radę przez jakiś czas. Przy czym cała ta feta właściwie nie należy się nam wcale. Prusacy nie są tak hojni. Mamy ją do zawdzięczenia wyłącznie omyłce.

Przed czternastu dniami musieliśmy wyruszyć na front, aby zluzować innych. Było dość spokojnie na naszym odcinku, przeto kwatermistrz w dniu naszego powrotu otrzymał zwykłą ilość żywności, by z góry zaopatrzyć kompanię w sile stu pięćdziesięciu ludzi. Ale właśnie ostatniego dnia zasypała nas niespodzianie duża ilość pocisków z dział dalekonośnych i granatów, angielska artyleria bębniła bez przerwy w naszą pozycję, tak iż mieliśmy silne straty i powróciliśmy ledwo z osiemdziesięcioma ludźmi.

Wkroczyliśmy nocą i zwaliliśmy się pokotem, aby przede wszystkim znów wyspać się, jak należy; gdyż Kaczyński ma słuszność: cała ta wojna uszłaby od biedy, gdyby można było tylko chwycić nieco więcej snu. Tam, na przednich pozycjach, w gruncie rzeczy nie udaje się to nigdy, a czternaście dni za każdym razem, to okres bardzo długi.

Było już południe, kiedy pierwsi z nas wygramolili się z baraków. W pół godziny później każdy złapał już swą menażkę, i zgromadziliśmy się przed kuchnią polową, która pachniała tłusto i pożywnie. Na przedzie, oczywista, najgłodniejsi: drobny Albert Kropp, który z nas wszystkich myśli najściślej i dlatego jest dopiero frajtrem, Müller V, który jeszcze taszczy z sobą podręczniki szkolne, marzy o egzaminach i w ogniu huraganowym kuje formuły fizyczne, Leer, który zapuścił długą brodę i ma szczególne upodobanie do dziewczynek z burdelu oficerskiego; zaklina się, iż na mocy rozkazu armii obowiązane są do noszenia jedwabnych koszul, a mając gości od kapitana wzwyż, do kąpania się przedtem; jako czwarty ja, Paweł Bäumer. Wszyscy czterej dziewiętnastoletni, wszyscy czterej wyruszyliśmy na wojnę z tej samej klasy.

Tuż za nami nasi przyjaciele. Tjaden, chudy ślusarz, w tym samym co my wieku, największy obżartuch kompanii. Zasiada szczuplutki do jedzenia, a powstaje gruby, jak brzemienna pluskwa, Haie Westhus, tyleż lat, kopacz torfu, który z łatwością może ująć w dłoń bochen komiśnego chleba i zapytać: zgadnijcie no, co też mam w garści, Detering, chłop, myślący tylko o swej zagrodzie i żonie i wreszcie Stanisław Kaczyński, przywódca naszej grupy, wytrwały, sprytny, przebiegły, czterdziestoletni, o twarzy ziemistej, niebieskich oczach, zwisających barkach i przedziwnym węchu dla niebezpieczeństwa, dobrego żarcia i dekowania się.

Grupa nasza stanowiła czoło kolejki przed kuchnią polową. Zaczęliśmy się niecierpliwić, gdyż nie przeczuwający niczego kuchta ciągle jeszcze stał i czekał.

Wreszcie Kaczyński, zwracając się ku niemu, zawołał:

– Otwórz no swoją garkuchnię, Henryku! Widać przecie, że fasola się zagotowała. Ów sennie potrząsał głową:

– Naprzód wszyscy musicie się stawić.

Tjaden wykrzywił się w grymasie śmiechu:

– Jesteśmy wszyscy.

Podoficer ciągle jeszcze niczego nie mógł spostrzec.

– To byłoby do was podobne. Gdzież są inni?

– Tych nie potrzebujesz dzisiaj zaopatrywać. Szpital polowy i wspólny grób.

Kuchta polowy był całkiem rozklekotany, kiedy przewiedział się o faktach. Zachwiał się.

– A ja ugotowałem dla stu pięćdziesięciu ludzi.

Kropp dał mu szturchańca w żebra. – No, to wreszcie najemy się do syta. Jazda, rozpoczynać!

Tjaden doznał nagle jakby objawienia. Jego spiczasta mysia twarz poczęła lśnić po prostu, oczy zwęziły się od cwaniactwa, policzki zadrgały, przystąpił bliżej jeszcze:

– Ależ człowieku, więc otrzymałeś również chleb dla stu pięćdziesięciu ludzi, prawda? – Podoficer potakiwał ogłupiały i nieprzytomny. Tjaden chwycił go za mundur.

– I kiełbasę także?

Głowa pomidorowa skinęła znowu.

Szczęki Tjadena latały.

– Tytoń także?

– Tak, wszystko.

Tjaden obejrzał się promieniejący.

Psiakrew, to się nazywa urodzić się w czepku! Więc to wszystko jest dla nas. Zatem każdy dostanie – czekajcie no – faktycznie dokładnie podwójne porcje.

Teraz jednak pomidor na nowo zbudził się do życia i oświadczył:

– To nie uchodzi.

Ale obecnie i my ożywiliśmy się i pchaliśmy się naprzód.

– Dlaczegoż to nie uchodzi, ty łbie buraczany? – zapytał Kaczyński.

– Co jest dla stu pięćdziesięciu ludzi, nie może być przecież dla osiemdziesięciu.

– To my ci już pokażemy – warknął Müller.

– Niech tam już jedzenie, ale porcje mogę wydać tylko dla osiemdziesięciu – upierał się pomidor. Kaczyński rozzłościł się.

– Ty chcesz być pewnie zluzowany, co? Otrzymałeś furaż nie dla osiemdziesięciu ludzi, a dla drugiej kompanii i basta! Rozdzielisz go. Druga kompania – to my!

Gotowaliśmy się do zalania facetowi sadła za skórę. Nie był lubiany, już kilka razy z jego winy w okopach dostaliśmy jedzenie o wiele za późno i zimne, gdyż przy odrobinie ognia granatniego nie odważył się podejść dostatecznie blisko ze swym kotłem, tak iż nasi żołnierze łącznikowi odbyć musieli o wiele dłuższą drogę, niźli ci z innych kompanii. Choćby taki Bulcke z pierwszej, to był już lepszy chłop. Był wprawdzie tłusty, jak chomik zimą, ale gdy trzeba było, wlókł garnki aż do przedniej linii..

Byliśmy akurat w odpowiednim usposobieniu i na pewno posypałyby się drwa, gdyby nie zjawił się dowódca naszej kompanii. Zasięgnął wiadomości o spornej kwestii i na razie rzekł tylko:

– Tak, mieliśmy wczoraj znaczne straty. Potem zerknął do kotła.

– Fasola, zdaje się, doskonała. Pomidor przytaknął.

– Gotowana z tłuszczem i mięsem. Porucznik wpatrywał się w nas. Wiedział o czym myślimy. I poza tym wiedział niejedno jeszcze, gdyż wzrósł między nami, i jako podoficer uzyskał dowództwo kompanii. Raz jeszcze uniósł pokrywę kotła i wąchał. Na odchodnym powiedział:

– Przynieście no i mnie pełny talerz. A porcje wydzieli się wszystkie. Przydadzą się nam.

Pomidor zrobił głupią minę. Tjaden tańczył wokół niego.

– To ci nic nie zaszkodzi. Tak się droży, jak gdyby do niego należał wydział zaopatrywania. A teraz rozpoczynaj stary słoniu, a nie przelicz się aby.

– Powieś się – fuknął pomidor. Pękał, coś podobnego nie mieściło mu się w głowie, przestał pojmować świat. I, jak gdyby chcąc okazać, że teraz i tak już wszystko jedno, dobrowolnie rozdzielił na głowę po pół funta sztucznego miodu.

 

* * *

 

Dzień dzisiejszy jest doprawdy pomyślny. Nawet poczta nadeszła, prawie każdy ma po kilka listów i gazet. I oto spacerujemy powoltkuu ku łące poza barakami. Kropp trzyma pod pachą okrągłą pokrywę beczułki z margaryny.

Na prawym skraju łąki wystawiony jest wielki zbiorowy wychodek kryty dachem, stateczna budowla. Lecz to jest coś dla rekrutów, którzy nie przyuczyli się jeszcze do wyciągania z każdej rzeczy korzyści. My szukamy czegoś lepszego. Wszędzie bowiem stoją porozrzucane małe pojedyncze skrzynie, służące do tego samego celu. Są czworokątne, schludne, całe zbite z drewna, zamknięte wokół, z wygodnym, pysznym siedzeniem. Po bokach znajdują się ucha, tak iż można je przenosić.

Trzy w krąg przysuwamy do siebie i zasiadamy przytulnie. Nie powstaniemy stąd, dopóki nie upłyną dwie godziny.

Pamiętam jeszcze, jak krępowaliśmy się z początku, jako rekruci w koszarach, kiedy musieliśmy korzystać z wspólnego ustępu. Nie ma tam drzwi, dwudziestu ludzi siedzi obok siebie, jak w kolei. Można objąć ich jednym spojrzeniem, żołnierz ma być wszakże stale pod nadzorem.

W międzyczasie nauczyliśmy się czegoś więcej, niż przezwyciężania tej odrobiny wstydu. Z czasem nabyliśmy biegłości w całkiem innych jeszcze rzeczach.

Tutaj, pod gołym niebem, sprawa ta jest po prostu przyjemnością. Nie wiem już, czemu przedtem rzeczy te zawsze musieliśmy pomijać lękliwie, są one przecie równie naturalne, jak jedzenie i picie. I być może, nie trzeba by też wcale zatrzymywać się nad nimi szczegółowo, gdyby pomiędzy nami nie odgrywały one roli tak istotnej i gdyby właśnie dla nas nie były tak nowe – dla innych z dawien dawna były same przez się zrozumiałe.

Dla żołnierza żołądek i jego trawienie jest dziedziną bardziej spoufaloną, niż dla każdego innego człowieka. Trzy czwarte jego gwary wywodzi się z tej dziedziny i zarówno wyraz najwyższej radości, jak i też najgłębszego oburzenia, znajduje tu swe jędrne określenie. Jest rzeczą niemożliwą wypowiedzieć się w inny sposób równie zwięźle i jasno. Rodziny nasze i nauczyciele niemało będą się dziwić, gdy powrócimy do domu, lecz trudno, tutaj jest to język potoczny.

Dla nas wszystkie te czynności odzyskały charakter niewinności przez swą przymusową jawność. Co więcej: są one dla nas tak oczywiste, że wygodne ich załatwienie równie bywa cenione, jak, powiedzmy, ładnie przeprowadzony, najzupełniej pewny “grand bez czterech".) Nie na próżno dla bajdurzenia wszelakiego rodzaju powstało określenie “gadanie wychodkowe", miejsca te są ogniskiem plotkarstwa i namiastką stołów, przy których gwarzy się stale w kantynie.

Czujemy się chwilowo lepiej, niźli w nie wiedzieć jak zbytkownej białymi kaflami wyłożonej wygódce. Tam może być tylko higienicznie; ale tutaj jest pięknie.

Są to godziny cudownie bezmyślne. Ponad nami unosi się błękitne niebo. Na widnokręgu zwisają jasno oświetlone, żółte balony i białe chmurki przeciwlotniczych pocisków. Niekiedy, gdy gonią jakiegoś lotnika, pryskają w górę, jak snop.

Jeno jak bardzo oddaloną burzę słyszymy przytłumiony pomruk frontu. Bąki, które przelatują brzęcząc, już go przygłuszają.

A w krąg, wokół nas, rozpościera się kwitnąca łąka. Kołyszą się delikatne kity traw, kapustniki wirują zawrotnie, bujają w miękkim, ciepłym wietrze późnego już lata, odczytujemy listy i gazety, palimy, zdejmujemy czapki i kładziemy je obok siebie, wiatr igra naszymi włosami, igra naszymi słowami i myślami.

Wszystkie trzy skrzynie stoją pośród lśniących czerwonych maków polnych.

Kładziemy pokrywę beczułki od margaryny na nasze kolana. W ten sposób mamy odpowiednią podstawę do grania w skata. Kropp ma karty przy sobie. Po każdym “null–ou–vert") wstawia się partie durnia. Można by tak siedzieć wiecznie.

Od strony baraków dźwięczą tony harmonijki. Niekiedy kładziemy karty i spoglądamy na siebie. Któryś z nas powiada: – No, chłopcy – albo: – To się mogło źle skończyć – i na chwilę milkniemy.

Jest w nas mocne, utajone uczucie, każdy je wyczuwa, nie trzeba mu wielu słów. Łatwo mogło się wydarzyć, a nie siedzielibyśmy dzisiaj na naszych skrzyniach, diabelnie blisko byliśmy tej możliwości. I dlatego wszystko jest nowe i silne – czerwone maki i dobre jedzenie, papierosy i letni wiatr.

Kropp zapytuje: – Czy któryś z was widział jeszcze Kemmericha?

– Leży w St. Joseph – odpowiadam.

Müller orzeka, iż ma on postrzał górnego uda, niezły paszport powrotny do domu. Postanawiamy odwiedzić go po południu.

Kropp wydostaje jakiś list.

– Mam dla was ukłony od Kantorka.

Śmiejemy się. Müller rzuca swego papierosa i mówi. – Chciałbym bardzo, aby był tutaj.

 

* * *

 

Kantorek był to nasz wychowawca, surowy, mały człeczyna w szarym surducie o spiczastej mysiej twarzy. Miał mniej więcej tę samą postawę, co podoficer Himmelstoss, ów “postrach Klosterbergu". Jest zresztą rzeczą śmieszną, iż nieszczęście świata tak często wywodzi się od ludzi małych, są o wiele energiczniejsi i mniej skłonni do zgody niż rośli. Zawsze wystrzegałem się przydziału do oddziałów z małymi dowódcami kompanii; są to zwykle najgorsze psy.

Kantorek w czasie lekcji gimnastyki tak długo perorował, dopóki cała nasza klasa, jak jeden mąż, nie wyruszyła pod jego przewodem do powiatowej komendy uzupełnień i nie zgłosiła się. Widzę go jeszcze przed sobą, jak groźnie błyska poprzez okulary i pyta nas głosem przejętym:

– Niewątpliwie pójdziecie i wy, koledzy?

Tacy wychowawcy często mają uczucia swe pod ręką w kieszonce od kamizelki; wydają je przecież co godzina, na porcje. Ale wtedy nie budziło to w nas jeszcze wątpliwości.

Jeden z nas ociągał się wszakże i nie bardzo się kwapił. Był to Józef Behm, grube, dobroduszne chłopaczysko. Potem jednak dał się przekonać, w przeciwnym razie znalazłby się zresztą w położeniu bez wyjścia. Być może wielu jeszcze myślało tak, jak on, ale ostatecznie nikt nie mógł się wyłączyć, gdyż słowem “tchórz" w owych czasach nawet rodzice chętnie szafowali. Po prostu wszyscy bez wyjątku nie mieli pojęcia o tym, co miało nadejść. Najrozsądniejsi właściwie byli biedni i prości ludzie; wojnę od razu uważali za nieszczęście, podczas gdy lepiej sytuowani nie posiadali się z radości, chociaż właśnie oni powinni byli raczej zdawać sobie sprawę ze skutków.

Kaczyński utrzymuje, iż pochodzi to z owego wykształcenia, ogłupia ono. A, co powiada Kat, to dobrze sobie przemyślał.

Rzecz dziwna, Behm był jednym z pierwszych, którzy padli. Podczas wypadu otrzymał postrzał w oczy i jako umarłego pozostawiliśmy go w polu. Nie mogliśmy go zabrać z sobą, gdyż w najwyższym pośpiechu musieliśmy wracać. Po południu usłyszeliśmy nagle, jak woła i ujrzeliśmy go pełzającego z daleka. Uprzednio był tylko nieprzytomny. Ponieważ nie widział nic i był oszalały z bólu, nie wykorzystał żadnej osłony, tak że zastrzelono go celnie z tamtej strony, zanim ktokolwiek zdołał doń dotrzeć.

Niepodobna, oczywista, kojarzyć z tym Kantorka, bo i cóż stałoby się ze światem, gdy to już chcieć nazywać winą. Istniało już przecie tysiące Kantorków, którzy wszyscy przekonani byli, iż spełniają rzecz najgodniejszą w sposób dla siebie wygodny.

Ale w tym właśnie zawarte jest dla nas ich bankructwo.

Mieli być dla nas, osiemnastolatków, pośrednikami i przewodnikami do świata tego, co dorosłe, do świata pracy, obowiązku, kultury i postępu, do przyszłości. Niekiedy podrwiwaliśmy sobie z nich i płataliśmy im głupie figle, ale w gruncie rzeczy wierzyliśmy im. Z pojęciem autorytetu, którego byli wyrazem i podporą, w myślach naszych łączyło się większe, wnikliwsze zrozumienie i bardziej ludzkie pojmowanie. Ale pierwszy trup, którego ujrzeliśmy, zniweczył to przekonanie. Zmuszeni byliśmy rozpoznać, iż nasz wiek był uczciwszy niźli ich; górowali nad nami frazesem tylko i zręcznością. Pierwszy ogień huraganowy ukazał nam naszą omyłkę i pod nim to runął pogląd na świat, którego nas nauczali.

Podczas gdy oni wciąż jeszcze pisali i gadali, my oglądaliśmy lazarety i umierających; podczas gdy oni uważali służbę dla państwa za rzecz największą, myśmy wiedzieli już, że trwoga śmierci jest większa. Nie staliśmy się przeto buntownikami, ani dezerterami, ani tchórzami – a tymi wyrażeniami szafowano przecież z lekkiej ręki – ojczyznę naszą kochaliśmy zupełnie tak samo, jak oni, a podczas każdego ataku mężnie parliśmy naprzód; ale rozróżnialiśmy obecnie, raptem nauczyliśmy się widzieć. I ujrzeliśmy, że ze świata ich nie pozostało nic. Nagle zostaliśmy straszliwie osamotnieni; i sami jedni musieliśmy sprostać temu.

Zanim wyruszymy do Kemmericha, pakujemy jego rzeczy; z pewnością przydadzą mu się w drodze.

W lazarecie panuje wielkie ożywienie; jak zazwyczaj cuchnie karbolem, ropą i potem. Do niejednego nawykło się w barakach, ale tu człowiekowi jednakże może zrobić się ckliwo. Wypytując przeciskamy się do Kemmericha; leży w jednej z sal i wita nas słabym wyrazem radości i bezradnego podniecenia. W czasie, gdy był nieprzytomny, skradziono mu zegarek.

Müller potrząsa głową. – Przecie mówiłem ci zawsze, że nie zabiera się z sobą tak drogiego zegarka.

Müller jest nieco niedźwiedzdowaty i uparciuch. W przeciwnym razie nie gadałby, gdyż każdy widzi, że Kemmerich nie wyjdzie już z tej sali. Wszystko to jedno, czy odnajdzie swój zegarek, co najwyżej można by go odesłać do domu.

– Jakże się masz, Franek? – pyta Kropp.

Kemmerich opuszcza głowę.

– Owszem, jako tako – tylko mam takie nieznośne bóle w stopie.

Spoglądamy na jego kołdrę. Noga jego leży pod siatką drucianą, pościel grubo wzdyma się ponad nią. Kopię Müllera w goleń, gdyż on potrafiłby powiedzieć Keminerichowi to, co sanitariusze opowiedzieli nam już poza drzwiami, że Kemmerich nie ma stopy. Noga jest amputowana.

Wygląda okropnie, żółty i ziemisty, w twarzy wystąpiły już te obce linie, które znamy tak dokładnie, gdyż widzieliśmy je setki razy. Nie są to właściwie linie, lecz oznaki. Pod skórą przestało pulsować życie; zostało ono wypchnięte aż po brzeg ciała, od wewnątrz, zwolna, na wskroś przerzyna się śmierć, włada już oczami. Tam oto leży kolega nasz Kemmerich, który niedawno jeszcze smażył z nami końskie mięso i kucał w leju; to jeszcze on, a jednak już nie on, zatarty, niewyraźny stał się jego obraz, jak klisza fotograficzna, na której zrobiono dwa zdjęcia. Nawet głos jego ma chrzęst popiołu.

Myślę o tym, jak to odjeżdżaliśmy wtedy. Matka jego, zacna, gruba kobiecina, odprowadzała go na stację. Płakała bez przerwy, twarz jej był nabrzmiała z tego i opuchła. Krępowało to Kemmericha, gdyż ze wszystkich najmniej była opanowana, wprost rozpływała się w tłuszczu i wodzie. Mnie sobie upatrzyła, wciąż na nowo chwytała mnie za ramię i błagała, bym tam, w polu, uważał na Franka. Zresztą miał on istotnie twarzyczkę jakby dziecka i tak miękkie kości, iż już po czterech tygodniach dźwigania tornistra spłaszczyły mu się stopy. Ale jakżeż można uważać na kogo w polu!

– No, teraz pojedziesz do domu – powiada Kropp – na urlop musiałbyś czekać jeszcze co najmniej trzy, cztery miesiące.

Kemmerich potakuje. Nie, patrzeć nie mogę na jego ręce, są jak z wosku. Pod paznokciami tkwi brud okopów, wygląda błękitnie–czarny, jak jad. Przychodzi mi na myśl, że paznokcie te nadal będą rosły, długo jeszcze, widmowe piwniczne latorośle, kiedy Kemmerich od dawna nie będzie już oddychać. Obraz ten widzę przed sobą; zakrzywiają się podobne korkociągom, i wyrastają, i wyrastają, a wraz z nimi włosy na rozpadającej się czaszce, niby trawa na pulchnej glebie, całkiem jak trawa; jakżeż to możliwe – ?

Müller schyla się. – Przynieśliśmy twoje rzeczy, Franuś.

Kemmerich wskazuje ręką. – Połóżcie je pod łóżkiem.

Müller czyni to. Kemmerich znów rozpoczyna o zegarku. Jakże by go tu uspokoić, nie budząc w nim podejrzenia.

Müller zjawia się znów z parą butów lotniczych. Są to wspaniałe angielskie trzewiki z miękkiej, żółtej skóry, sięgające kolan i sznurowane aż do samej góry, pożądana gratka. Müller zachwycony jest ich widokiem, przykłada ich podeszwy do swych własnych, niezgrabnych buciorów i pyta. – Czyż chcesz te buty zabrać z sobą Franuś?

Wszyscy trzej myślimy jedno i to sanno: gdyby nawet wyzdrowiał, mógłby używać tylko jednego, a zatem byłyby dlań bez wartości. Ale tak, jak sprawa przedstawia się obecnie, to strata byłaby niepowetowana, gdyby miały tu pozostać – gdyż sanitariusze, oczywista, zwędzą je natychmiast, kiedy on umrze.

Müller powtarza. – Czy nie zechciałbyś zostawić ich tutaj?

Kemmerich nie chce. To najlepszy jego ekwipunek.

– Moglibyśmy je przecie zamienić – proponuje znów Müller – tutaj w polu coś podobnego mogłoby się przydać. – Lecz Kemmerich nie daje się przekonać.

Trącam Müllera w nogę; ociągając się, kładzie piękne buty z powrotem pod łóżko.

Gadamy jeszcze o tym i owym, po czym żegnamy się.

– Trzymaj się, Franuś.

Obiecuję mu, że powrócę jutro. Müller także wspomina o tym: myśli o sznurowanych trzewikach i dlatego pragnie mieć się na baczności.

Kemmerich jęczy. Ma gorączkę. Za drzwiami zatrzymujemy jednego z sanitariuszy i namawiamy go, by zrobił zastrzyk Kemmerichowi.

Odmawia.

– Gdybyśmy chcieli każdemu dawać morfinę, musielibyśmy mieć całe beczki.

– Ty pewnie obsługujesz tylko oficerów – powiada nienawistnie Kropp.

Szybko wtrącam się i przede wszystkim na początek daję sanitariuszowi papierosa. Bierze go. Potem zapytuję:

– Czy tobie w ogóle wolno robić zastrzyki?

Jest obrażony.

– Jeśli nie wierzycie, po co mnie pytacie. Wciskam mu jeszcze kilka papierosów do ręki.

– Zróbcie nam tę przysługę.

– No, pięknie – powiada.

Kropp wchodzi wraz z nim, nie dowierza mu i chce asystować. Czekamy za drzwiami.

Müller znów poczyna mówić o trzewikach.

– Pasowałyby na mnie jak ulane. W tych kaloszach mam nogi pełne bąbli. Czy myślisz, że przetrzyma do jutra, aż po służbie? Jeśli kiwnie tej nocy, nam diabli wezmą buty.

Albert powraca.

– Wiecie, że jednak zastrzyknął.

– To w porządku – konkluduje Müller.

Powracamy do naszych baraków. Rozmyślam o liście, który będę musiał jutro napisać do matki Kemmericha. Müller skubie trawki i żuje. Nagle drobny Kropp rzuca swego papierosa, rozdeptuje go wściekle, ogląda się z twarzą rozedrganą i błędną, i bełkoce:

– Przeklęte gówno, to przeklęte gówno!

Idziemy dalej długi czas. Kropp uspokoił się, znamy się na tym, to bzik frontowy, każdy podlega mu kiedyś.

Müller pyta go:

– Co właściwie napisał ci Kantorek?

Tamten śmieje się. – Że my jesteśmy młodzieżą z żelaza. Wszyscy trzej śmiejemy się podrażnieni. Kropp urąga; jest rad, że może mówić.

– Tak, oto tak myślą oni, tak myślą ci stutysięczni Kantorkowie. Młodzież z żelaza! Młodzież! Każdy z nas nie ma wiele więcej ponad dwadzieścia lat. Ale młodzi? Młodość? Dawno to było. Jesteśmy ludzie starzy.


Rozdział 2

 

Dziwna jest dla mnie myśl, że w domu, w szufladzie biurka leży rozpoczęty dramat “Saul" i stos wierszy. Niejeden wieczór przeminął mi nad tym, prawie wszyscy wreszcie popełnialiśmy coś podobnego: ale stało się to dla mnie tak nierzeczywiste, iż zaledwie mogę to sobie wyobrazić.

Od czasu, kiedy jesteśmy tutaj, poprzednie nasze życie jest odcięte, chociaż w niczym nie przyczyniliśmy się do tego. Niekiedy usiłujemy uzyskać pogląd na to i wyjaśnienie, zwłaszcza dla nas dwudziestolatków wszystko jest szczególnie niejasne, dla Kroppa, Müllera, Leera, dla mnie, dla nas, których Kantorek nazywa młodzieżą z żelaza. Ludzie starsi są wszyscy zespoleni silnie z tym, co było uprzednio, mają grunt pod nogami, mają żony, dzieci, zajęcia i interesy, które na tyle już są mocne, iż wojna nie zdoła ich zerwać. My zaś, dwudziestoletni, mamy tylko naszych rodziców, a niektórzy dziewczynę. To nie jest wiele – gdyż w naszym wieku wpływ ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin