Norton Andre - Świat Czarownic 22 - Na skrzydłach magii.rtf

(401 KB) Pobierz
Na skrzyd³ach Magii

Andre Norton

P.Matthews

 

 

Na skrzydłach Magii

 

Tytuł oryginału On Wings of Magic

Przełożyła Ewa Witecka


Kronikarz

 

W naszej starożytnej krainie są miłe dla oka miejsca, które mogą okazać się pułapkami zastawionymi na nieostrożnych podróżników. Wprawdzie Lormt (który ja, pozbawiony wszelkich krewnych Duratan, przywykłem uważać za swój Wielki Dwór) napełniony jest wiedzą gromadzoną przez wieki, lecz my, jego mieszkańcy, zdajemy sobie sprawę, że kryją się tu zagubione w otchłani czasu tajemnice i że może nigdy nie wyjdą one na jaw, a jeśli nawet ktoś gdzieś znajdzie jakąś wzmiankę, nie będzie ona tak jasna, by mogli zrozumieć ją ci, którym mogłaby być przydatna.

Żyjemy w czasach nieustannych przemian, nie wiedząc, co przyniesie nam następny dzień. Byłem niegdyś żołnierzem i w każdej chwili, gdy tylko zagrał róg wojny, musiałem być gotów do walki. Teraz także staczam bitwy, ale o wiele bardziej wyrafinowane i subtelne. Walczę w oświetlonej lampą izbie, przy nadgryzionym zębem czasu stole, ale nie z żywym wrogiem, tylko z rozpadającymi się ze starości pergaminowymi zwojami i księgami. Ich kruche, pokryte prawie nieczytelnym pismem stronice zlepiły się i przywarły do grubych drewnianych i metalowych okładek, muszę więc obchodzić się z nimi bardzo ostrożnie i delikatnie. W dodatku często napisano je w nieznanym dziś języku i łamią sobie nad nimi głowy nawet ci, którzy osiwieli zajmując się takimi sprawami.

Podczas Wielkiego Poruszenia runęły dwie wieże i część murów Lormtu. Odsłoniły się wtedy tajemne komnaty i schowki, w których ukryto całe bogactwo starożytnych zapisków. Groziło nam więc, że zostaniemy zalani morzem wiedzy, gdyż nie dość, że nie mogliśmy ich zinwentaryzować, ale nawet znaleźć dla nich miejsca. Nie mówiąc już o jakichkolwiek przypuszczeniach co do ich zawartości. Jakkolwiek niektórzy z nas od lat prowadzili poszukiwania w wybranych przez siebie dziedzinach, to wielu spośród najstarszych uczonych po prostu nie wiedziało, co począć z tym nowym bogactwem. Od czasu do czasu brali do ręki jakiś pergamin, by po kilku minutach porzucić go i chwycić inny zwój czy księgę, byli oszołomieni jak dzieci, które znalazły za dużo słodyczy na biesiadnym stole.

Te nowe zapiski mogły zawierać niebezpieczne treści i niektórzy dobrze o tym wiedzieli. Nolar, utalentowana choć niewykształcona czarownica, przekonała się o tym po spisaniu swojej relacji o Kamieniu z Konnardu. Dopiero później okazało się, jakie groźne są niektóre znaleziska.

A przecież wszystko to zaczęło się nie od charakterystycznego smrodu zła, lecz od czegoś, co dotknęło Nolar do żywego.

Przez kilka lat po Wielkim Poruszeniu wiosny zaczynały się z opóźnieniem, a zimy trwały dłużej niż dawniej. Nie tylko nagłe zawalenie się wież i murów obronnych zmieniło Lormt. Czarownice nigdy nie interesowały się tym, co się tam znajdowało, i dopóki rządziły Estcarpem, niewielu jego mieszkańców przybywało do nas jedyną drogą łączącą naszą skarbnicę wiedzy ze światem zewnętrznym.

Wprawdzie za murami Lormtu rozrzucone były nieduże zagrody, jednakże zewsząd szczelnie otaczał nas leśny pierścień. Nieliczni kupcy przywozili nam to, czego nie mogliśmy wyhodować ani wykonać własnoręcznie. Wszystko, co znajdowało się poza tą granicą, dla większości z nas stało się legendą i jakby nas nie dotyczyło.

Kiedy jednak las runął podczas burzy towarzyszącej Wielkiemu Poruszeniu i rzeka Es zmieniła koryto, nasz mały światek zmienił się nie do poznania. Najpierw pojawili się uciekinierzy, żaden z nich jednak nie pozostał w Lormcie dłużej. Później zaś przybyli tropiciele szczególnego rodzaju wiedzy.

W Estcarpie skończyły się bowiem długoletnie rządy czarownic, otwarły się też granice Escore — pradawnej ojczyzny Starej Rasy. Szalała tam wojna między niedawno obudzonymi złymi mocami i sługami Światła. Usłyszeliśmy opowieści, którym jeszcze wczoraj nikt nie dałby wiary.

Tak, zło zbliżyło się do Lormtu i to dwukrotnie. Stoczyliśmy z nim bój, w którym i ja wziąłem udział.

Kemoc Tregarth, który jak nikt udowodnił wartość ukrytej w Lormcie wiedzy, często korzystał z naszych zapisków. Podobnie postępowali inni, którzy zrozumieli, że dawny sposób życia przeminął bezpowrotnie i że trzeba stworzyć nowy równie sprawnie jak mieczownik wykuwający dobry brzeszczot. Przybywało coraz więcej ludzi zdających sobie sprawę, że w nowych czasach wiedza ma ogromną wartość; zewsząd zwracano się do nas o pomoc i radę.

Dlatego też Ouen, Nolar, ja i czasami Morfew, najbardziej towarzyski ze starszych uczonych, chętnie spełnialiśmy życzenia przybyszów odpowiadając na pytania dotyczące przeszłości.

Wtedy też usłyszeliśmy relacje i niejasne pogłoski, które sprawiły, że po raz pierwszy w swojej historii Lormt musiał poszukać obrońców. Panujący w Estcarpie chaos ułatwiał działanie nie skrępowanym niczym ludziom, którzy z łatwością mogli zająć się rozbojem. W dodatku obudzone w Escore zło nie zawsze pozostawało w jego granicach. W taki oto sposób zostałem dowódcą oddziału złożonego z miejscowych chłopców i nielicznych maruderów ze Straży Granicznej. Moim zastępcą był Darren z Karstenu. Wysyłaliśmy zwiadowców i wystawialiśmy warty wśród okolicznych wzgórz, chociaż to raczej surowe zimy ostatnich lat bardziej nas chroniły przed bandyckimi napadami.

Wracając z obchodu wart, po raz pierwszy wystawionych tej wiosny, natknąłem się na niewielką kotlinkę okoloną resztką dawnego lasu. Powietrze napełniał tak słodki zapach, że ściągnąłem wodze mojego kuca i spojrzałem na ziemię. Zobaczyłem kępę kwiatów zwanych przez pasterzy północą i południem, które rosły tylko w pobliżu Lormtu; ich ciemne główki o dziewięciu płatkach kołysały się na wietrze. Zsunąłem się z siodła, kulejąc podszedłem do nich i zerwałem cztery. W powrotnej drodze trzymałem je bardzo ostrożnie, gdyż chciałem podarować Nolar tę zapowiedź wiosny.

Zastałem ją z Morfew. Na bladej twarzy Nolar ostro odcinała się plama na policzku, przyrodzone znamię; to przez nie unikali jej ludzie zbyt tępi, żeby dostrzec coś więcej niż ciało — dzielną i piękną duszę tej kobiety.

 Na pewno miała ciężkie życie, a kiedy tu przybyła, była prawie dzieckiem. Poza tym za często przysłuchiwała się temu, co mówiła pani Nareth, ta zaś… — wchodząc, usłyszałem złośliwą nutę w głosie Nolar — zawsze trzymała się na uboczu. Arona jest dobra, inteligentna i naprawdę kocha swoją pracę. Długo miałam nadzieję, że z czasem znikną uprzedzenia i gorycz napełniające jej serce. Myślę, iż gdyby zechciała, mogłaby mi zaufać, chociażby dlatego, że jestem kobietą. Jest nas tu tak niewiele. Dlatego właśnie przysłuchiwała się Nareth. Nie widzę bowiem innego powodu, dla którego dziewczyna tak inteligentna jak Arona mogłaby wytrzymać z kimś równie aroganckim. A teraz, kiedy Nareth się zestarzała… No cóż, jeszcze raz spróbuję, ale jeśli zacznie pysznić się i wywyższać tak jak Nareth…

 Myślę, moja córko, że Arona jeszcze nie zdołała się zmienić, gdyż każdą zmianę uważa za niebezpieczną. W tych murach przebywa wiele podobnych do niej osób. A jednak lubi ciebie. Widziałem, jak cię obserwowała na jednym z naszych spotkań. Najwyraźniej toczy ze sobą walkę — powiedział powoli Morfew.

 A czy ktokolwiek więcej ukrywa przed pozostałymi swoją wiedzę? — odparowała Nolar. — Porozmawiam z nią… Lecz jeśli powtórzy, że nie zamierza podzielić się ze mną tym, co wie, dlatego że trzymam z Duratanem…! — Nolar walnęła pięścią w stół tak mocno, że aż podskoczył stojący przed Morfew kałamarz.

 Co masz na myśli mówiąc o Duratanie? — Oparłem jedną rękę na jej ramieniu, drugą podsuwając przed twarz kwiaty. Zaszedłem ją chyłkiem, nie zauważony, od tyłu.

Popatrzyła na mnie przez chwilę, potem zaś roześmiała się szeroko i pokręciła głową.

 Nie próbuj mi dowodzić, Duratanie, że to nie marnotrawstwo. Arona mogłaby zaoferować nam tak dużo! Nie tylko siebie jako urodzoną kronikarkę ratującą przeszłość, ale głównie przekazać nam dzieje jednej z kobiecych wiosek swojej rasy, legendy, które otworzyłyby niektóre zamknięte dzisiaj drzwi. Wiesz przecież, że mogłoby to pomóc Górskiemu Sokołowi! — Westchnęła i mówiła dalej: — Mam zaległą pracę, a mimo to spróbuję jeszcze raz, sprawdzę, czy ufa mi choć trochę. Może uda mi się teraz, kiedy pani Nareth nie może już przeszkodzić.

Dwa dni później przyszła do mnie z triumfalnym błyskiem w oczach.

 Udało się! Arona pozwoli mi przejrzeć swoje skarby pod warunkiem, że zrobimy to tylko we dwie. Muszę więc zniknąć i pogrążyć się na jakiś czas w świecie kobiet, ty zaś podczas mojej nieobecności będziesz mógł w pełni docenić moją wartość.

Uśmiechnęła się, przyłożyła dwa palce do ust, dotknęła nimi moich i odeszła, pozostawiając za sobą słodki zapach kwiatów północy i południa.


Rozdział pierwszy
Uczona Dama w Lormcie

 

Samotny jeździec mozolnie zjeżdżał w dół górskim szlakiem. Jego brązowa opończa z kapturem zlewała się z brązowoszarą sierścią muła, tak że obaj wyglądali jak jeszcze jeden cień na brunatnym zboczu. Zniszczone podróżne sakwy wydawały się dość duże, by pomieścić niezbędne drobiazgi i zapasową odzież, a długie skórzane cylindry przywiązane z boku siodła pozwalały przypuszczać, że jeździec może być łucznikiem — albo posłańcem.

Młoda uczennica strzegąca wejścia do Lormtu rozpoznała w nich futerały na zwoje pergaminu. Siodło muła, choć podniszczone i wyblakłe, uznała za prawdziwe arcydzieło sztuki rymarskiej — oryginalny wyrób Jommy’ego syna Einy, chyba że Nolar na niczym się nie znała. Szczupła postać w spodniach, która zsiadła z muła przy bramie i rozejrzała się dookoła, nie była wiejskim chłopakiem, lecz niewiele od Nolar młodszą dziewczyną o ostrych rysach twarzy i ciemnych włosach ludu Sokolników.

Na widok obcej uczennica zatrzęsła się ze strachu. Macocha Nolar, też Sokolniczka, nienawidziła jej naznaczonej przyrodzonym piętnem twarzy. Ale nowo przybyła, choć należała do tej samej rasy, po prostu spojrzała na Nolar z ulgą i powiedziała:

 Dobry wieczór, siostro. Jestem Arona córka Bethiah z Nadrzecznej Wioski. Czy mogę zobaczyć któregoś z uczonych? Nie mężczyznę, lecz kobietę — jeśli to możliwe.

 Nazywam się Nolar z Maroney — odparła zaskoczona strażniczka. Przebiegła myślą wszystkie uczone pracujące w Lormcie. Dama Rhianne zawsze witała z radością każdą nową uczennicę, ale była już stara i najczęściej tylko podrzemywała w słońcu. Nolar znała parę uczennic będących jednocześnie pomocnicami i kilka starszych od nich kobiet zajmujących niewiele lepszą pozycję. Pozostała tylko jedna. Nolar westchnęła i wezwała posłańca. Kiedy chłopak się zjawił, oświadczyła lakonicznie:

 Gość do uczonej damy Nareth, jeśli zechce go przyjąć.

 Czy jesteś damą z ludu Sokolników? — Chłopiec otwarcie zmierzył spojrzeniem Aronę.

 Byłą damą — odrzekła krótko tamta. — Dawny sposób życia przeminął na zawsze. Nie mogłam tego znieść. — Mówiła bezpośrednio do Nolar, ignorując chłopca, jakby go tu w ogóle nie było. — Nie chciałam, żeby nasze dzieje poszły w zapomnienie z powodu rarilha.

Widząc zdziwienie Nolar Arona wyjaśniła z uśmiechem:

 Chodzi mi o świadome i celowe pominięcie jakiegoś wydarzenia. Kronikarze–mężczyźni mają bowiem dziwne poglądy na temat tego, co jest ważne, a co nie. — Przyjrzała się uważnie twarzy Nolar i spytała: — Patrzysz na mnie tak ponuro… czy się mnie boisz?

Nolar oblała się rumieńcem i wyjąkała:

 Pani, ja… Żona mojego ojca pochodziła z twojego ludu.

 Czy znam jej imię i klan? — Arona uniosła brwi. Następnie zadała uczennicy kilka lakonicznych pytań, a potem gwizdnęła. — Ciotka Lennis Młynarki! To gniewny, uparty klan. Mój zaś, jak powiadają, jest bardzo dumny i niezwykle impulsywny. Ród Mari Anghard znają nawet cudzoziemcy, przynajmniej ze słyszenia. Teraz to Nolar zagwizdała z wrażenia.

 Anghard? Tej, która była niańką trójki dzieci–czarowników?

 Tej samej. — Twarz Sokolniczki rozjaśnił szczery uśmiech. Wyjęła z sakwy ścierkę oraz zgrzebło i zaczęła czyścić muła, mówiąc równocześnie z ożywieniem i rozglądając się za wodą. Muł już szczypał trawę rosnącą przy bramie. Wtedy roześmiała się i dodała: — Bywam bardzo uparta. Kiedyś miałam muła, którego mój kuzyn Jommy nazwał moim imieniem i do dziś Jommy’emu wydaje się, że o tym nie wiem.

Rozmawiały ze sobą wesoło, aż do powrotu posłańca.

 Pójdzie pani ze mną, pani Arono — oświadczył.

Posłuchała, prowadząc muła, dopóki nie dotarli do stajni, gdzie pozostawiła go pod opieką sług Lormtu.

 

Uczona dama Nareth była w starszym wieku, miała przyprószone siwizną kasztanowate włosy i szare, przenikliwe oczy.

 Usiądź, dziewczyno — rozkazała wskazując krzesło i kielich z winem na ustawionym pod ścianą stole. Arona z wdzięcznością wypiła łyczek. — Jak rozumiem, masz dla mnie kilka zwojów. Czy wiesz, co zawierają?

 Sama napisałam i skopiowałam większość z nich — odparła chłodno urażona Sokolniczka. — Byłam kronikarką naszej wsi, dopóki rada starszych, dla zachowania spokoju, nie zdecydowała się powierzyć tej funkcji chłopcu, jednemu z uciekinierów. Pochodzę z wioski nad Sokolą Rzeką, pod Sokolą Turnią. Jest to opowieść o naszym życiu.

Nareth przyjrzała się jej uważnie, po czym sięgnęła wypielęgnowaną ręką po jeden ze zwojów. Rozwinęła go, spochmurniała i rzekła:

 Nie mówisz w nim nic o Gnieździe ani o życiu Sokolników, a przecież należysz do ich rasy. Oczywiście żyją oni z dala od swoich kobiet.

 Widywałyśmy ich bardzo rzadko i dzięki niech będą za to Wielkiej Bogini — odpaliła zirytowana do głębi Arona. — To jest opowieść o naszym życiu, nie ich. Mamy własne życie, krewnych, pieśni, opowieści i długą historię. Nasze dzieje niewiele mają wspólnego z tym, co mężczyźni uważają za ważne, to znaczy z wojnami i bitwami. Dlatego wolałam nie spotkać się z uczonym–mężczyzną.

Szare oczy Nareth zabłysły, lecz jej surowa blada twarz nie zmieniła wyrazu.

 Uspokój się! I powiedz mi, jaka mądrość kryje się w tych zwojach, że warto było odbyć dla niej tak długą podróż? Czy zdajesz sobie sprawę, że nie interesują nas informacje o tym, że kobieta jakiegoś Sokolnika urodziła mu syna i kiedy, o tym, ile ziarna wydano po zbiorach każdej kobiecie, ani o tym, która z nich wyrwała drugiej włosy z głowy, dlatego, że jej mężczyzna okazywał tamtej względy, tak jak nie obchodzi nas, czy pokłóciły się o garnki, czy o wstążki.

Wargi Arony zbielały, a jej piwne oczy ciskały błyskawice. Odparła nienaturalnie cienkim głosem:

 My nie rodzimy synów żadnemu mężczyźnie. Rodzimy dzieci dla naszych klanów i musimy patrzeć, jak kradną nam synów, kiedy ci zaczynają chodzić albo jeszcze wcześniej. Niczego nam nie dano. To, co posiadałyśmy, było dziełem naszych rąk i umysłów. I wiele razy zmuszone byłyśmy patrzeć, jak rozwścieczeni Sokolnicy niszczyli to wszystko. — Podniosła dumnie głowę i mówiła dalej: — Nasze kroniki obejmują dzieje dwudziestu kobiecych pokoleń, sięgają czasów, gdy byłyśmy królowymi w naszej ojczyźnie, Dalekim Brzegu. Kres naszej władzy położyła inwazja uzbrojonych mężczyzn. Nasz lud uległ ich przewadze. Musiałyśmy wywędrować do obcej krainy, samotne, pozbawione wszystkiego. Ale chociaż nasi mężczyźni zwrócili się przeciwko nam, nas winiąc za swoje porażki w tej wojnie, przetrwałyśmy złe czasy i zbudowałyśmy nowe, dostatnie życie. Widzę jednak, iż to wcale nie obchodzi Lormtu! Wybacz mi, służko tej tu uczonej. Powinnam była wiedzieć. — I ku przerażeniu Nolar młoda Sokolniczka wy buchnęła płaczem.

Pani Nareth, mimo że miała chęć wypędzić ją z powodu wyjątkowego grubiaństwa, nie zrobiła tego. Nie pozwolił na to jej umysł naukowca, logiczny, obiektywny i obojętny.

 Jesteś przepracowana i wyczerpana — stwierdziła obojętnym tonem. — Wybaczam ci ten wybuch. Możesz zamieszkać w skrzydle przeznaczonym dla naszych służebnych i kobiet–uczonych. W refektarzu znajdziesz jedzenie. Przeczytam te zwoje i sama ocenię, ile są warte. Ostrzegam cię wszakże, nie waż się histeryzować w mojej obecności. Jesteśmy przede wszystkim uczonymi, a dopiero potem kobietami.

Arona podniosła oczy. Pani Nareth skinęła głową i powiedziała ostrym tonem:

 Dziękuję ci, dziewczyno. Możesz odejść.

Kiedy Sokolniczka odeszła, Nareth pomyślała z żalem o swojej własnej nauczycielce, uczonej imieniem Rhianne. Rhianne przyjmowała pod swoje skrzydła każdą dziewczynę nie jak matka, lecz jak swoje własne młodsze wcielenie. Osłaniała ją zaciekle, broniła i smuciła się, kiedy, tak jak Nareth — pozostawiały podopieczną, by zająć się znacznie dla siebie ważniejszymi sprawami — pracą naukową i kontaktami z innymi uczonymi.

Ona sama miała tylko uczniów. Właściwie gardziła przeciętnymi dziewczętami. Większość z nich miała chwiejne charaktery, były słabe na umyśle, jeśli nie całkiem głupie, a oprócz tego służalcze i przebiegłe. Bywały też wrzaskliwe, niegrzeczne i przewrażliwione, ciągle histeryzowały z powodu różnych wymyślonych zniewag. Rok w rok powstawały sytuacje, gdy te przeklęte flądry odważały się oskarżać tego czy owego mistrza o skandaliczne zachowanie. Trzeba było je wyrzucać ze społeczności uczonych.

Zdawała sobie dobrze sprawę, że tak długo, jak Arona pozostanie w Lormcie, co dzień na nowo będą się spierać. Poczucie obowiązku kazało jej wszakże przeczytać przywiezione przez Sokolniczkę zwoje i Nareth wiedziała, że Arona nie powinna stąd zaraz odjeżdżać. Nękana ponurą wizją pochodni przytkniętej do beczki ze zjełczałym olejem, rozwinęła pierwszy zwój. Na początku był list od Arony, skierowany przecież do Nareth (choć nie wymienionej z imienia), napisany pięknym, kaligraficznym pismem.

 

DO TEJ, KTÓREJ MOŻE TO DOTYCZYĆ

Wszystkie relacje o życiu Sokolników mówią tylko o mężczyznach i ich ptakach mieszkających z nimi w Sokolniczych górskich Gniazdach. Co do reszty, napisane jest: „Trzymają swoje kobiety z dala od siebie, w wioskach. Trzymają też swoje psy w budach, konie w stajniach i synów w żłobkach”. Czy ktoś dostrzeże jakąś lukę w tym stwierdzeniu?

Ja, Arona córka Bethiah z klanu Damy Lisicy, Sokolniczka, postanowiłam wypełnić tę lukę. Od dawien dawna, odkąd sulkarscy najemnicy wysadzili nas na waszym wybrzeżu, i jeszcze wcześniej, miałyśmy własne życie, tradycję i kulturę. Miałyśmy nasze pieśni, opowieści, nauczycielki i kronikarki, a ja jestem jedną z nich.

Przyczyną naszego upadku nie była siła ani przemoc, ale pokój i wolność. Jeśli tak się stało, może powinnyśmy zmienić nasz sposób życia, lecz ja mogę tylko żałować tego, co odeszło bezpowrotnie. Pod wieloma względami było to dobre życie — byłyśmy dumne, samowystarczalne i wolne, wyjąwszy rzadkie wizyty Sokolników i ponure następstwa tychże odwiedzin. Spisałam więc naszą historię, by nie zginęła razem z nami, kiedy obrócimy się w proch.

Kronikarka Arona


Rozdział drugi
Sokół skwirzy w nocy

 

Sokoli księżyc w pełni, wielki i czerwony, wzeszedł nad lasem na wschodzie. Na zachodzie zaś szara Sokola Turnia czerwieniła się w krwawym blasku gasnącego słońca. Kobiety z Nadrzecznej Wioski stały w niewielkich grupkach, szepcząc coś w napięciu, ukradkiem zerkając na turnię, jakby obawiały się, że zostaną stamtąd dostrzeżone, a potem opuszczały oczy.

Gdzie byli Sokolnicy? Pierwsza wiosenna pełnia księżyca zawsze sprowadzała tych dziwnych, zamaskowanych szaleńców, którzy zabierali chłopców i płodzili córki dorastające w kobiecych wioskach. Starsze niewiasty i dzieci, ukryte w jaskiniach, wyglądały z nich ostrożnie, w każdej chwili gotowe do ucieczki. Zdolne do rodzenia ochotniczki, których imiona padły podczas wiosennego losowania, otulone welonami pracowały w napięciu w przyległych do chatek ogródkach, prawie się nie odzywając.

Chuda, zdenerwowana dziewczyna o kasztanowatych włosach i piwnych oczach odsunęła welon, do którego nie była przyzwyczajona.

 Opowiedz mi znów, jak to było ostatnim razem, ciociu Natho — szepnęła.

Stojąca obok niej kobieta obrzuciła wzrokiem Sokolą Turnię i też odpowiedziała szeptem:

 Naprawili Gościnne Chaty i narąbali nam kilka sągów drzewa. Przekopali rowy wokół domów i chociaż ignorowali nas przez kilka pokoleń, urządzili wszystko tak, jakbyśmy naprawdę tutaj mieszkały. Nie powiedzieli, dlaczego. Czy w kronikach są o tym jakieś wzmianki?

Dziewczyna imieniem Arona pokręciła głową i podniosła oczy. Chmury burzowe, jak zwykle tej wiosny, gromadziły się na zachodzie. Niebo ciemniało. Natha córka Loriny, jedna z opiekunek młodej kronikarki, podniosła swoją motykę i motykę Arony i ruszyła w stronę paru chatek skupionych na krańcu górskiego szlaku. Chaty były małe i puste, zbudowane z bali uszczelnionych gliną, miały niezdarnie powiązane słomiane strzechy i maleńkie kamienne paleniska przy drzwiach. Sokolnicy zbudowali je dawno temu, gdy przybyli w te strony, a potem opuścili wioskę, by na własną rękę szukać szczęścia. Niektóre kobiety mówiły, że wygnano ich z powodu wyjątkowo złego zachowania. Arona zastanawiała się nad tym.

Rozpaliła ognisko, podczas gdy ciotka Natha nalała wody do starego glinianego garnka o wyszczerbionych brzegach. Arona rozłożyła na nierównej polepie rodzaj posłania, jakie zazwyczaj dawano zwierzętom. Pasterka na służbie uznałaby tę chatę za odpowiednie schronienie, gdyby nie brak przewiewu i strach przed tym, co miało nastąpić. Niejedna młoda dziewczyna śpiąc w lesie z tego czy innego powodu miała mniej wygód. Przybywały tu bez broni i ozdób, wyrzekały się picia jasnego i ciemnego piwa; to wszystko sprawiało, że ich czuwanie miało w sobie coś religijnego. Czuję się źle tylko z lęku przed tym, co może mnie spotkać, powiedziała sobie w duchu Arona. I na chwilę nawet w to uwierzyła.

Razem z Natha zjadły skromny posiłek z podróżnych racji żywnościowych, popiły wodą, potem myły się niezdarnie, gdyż miały tylko jeden garnek. Ledwie zdążyły podziękować Tej, Która Strzeże Kobiet, kiedy dziwny odgłos poderwał je na nogi. Arona podbiegła do pozbawionego jakiejkolwiek osłony otworu wejściowego i wysunęła głowę na zewnątrz. Wysoko w górze wartowniczka wydała dźwięk przypominający ochrypły skwir sokoła.

 Nadchodzą! — krzyknęła dziewczyna odwracając się do swojej towarzyszki. — Teraz!

Niewiele brakowało, a byłaby się spóźniła. Tętent końskich kopyt zagłuszył ostrzeżenie wartowniczki. Arona zasłoniła się pośpiesznie, z bijącym sercem błagając Wielką Boginię o opiekę. Niewyraźne sylwetki jeźdźców mknęły w dół traktem biegnącym pomiędzy miejscem spotkań a Sokolą Turnią.

Sokolnicy w ptasich maskach, w metalowych garnkach na głowach i metalowych płytach okrywających ich kaftany z hałasem wpadli do wioski na koniach, jakby ścigani przez wilki. Długie, zakrzywione noże rzeźnicze zwisały z ich pasów, a wilcze włócznie były przywiązane do siodeł. Zeskoczyli z koni i skierowali się do prymitywnych domostw. Jeden z nich bez słowa wziął Aronę za ramię i wepchnął do chaty. Ostrzeżono ją podczas inicjacji, więc nie krzyczała, chociaż czuła w sercu gorycz i gniew, że musiała znieść to trzykrotnie. Czy w ten sposób powstawały w łonach kobiet córki? Czy właśnie to było najważniejszą tajemnicą w ich życiu, którą tak bardzo chciała poznać? Poród też był bolesny i krwawy, ale trwał znacznie dłużej. Zresztą i Sokolników najwyraźniej nie cieszył czyn dający początek dzieciom. Sprawiali bowiem wrażenie zagonionych i zdesperowanych. Zanim ostatni Sokolnik wywiązał się ze swego obowiązku, rozległ się cichy okrzyk, chrapliwe naśladownictwo skwiru wartowniczki i to bardzo blisko. Znajdujący się w chacie mężczyzna zaklął, szybko porwał swoje rzeczy i pobiegł do drzwi popędzając przed sobą obie kobiety. Jakiś Sokolnik w złotym hełmie stał na placyku pomiędzy niskimi chałupkami.

 Kobiety! — warknął ochryple. — Musimy odjechać. Zatrzymajcie waszych synów. Nie możemy ich teraz obejrzeć. Zobaczymy ich później. A teraz odejdźcie. — Popchnął jedną z nich krótkim, niebezpiecznie wyglądającym nożem. Ta niezręcznie przyśpieszyła kroku, nie ważąc się biec, dopóki nie schroni się w lesie. Pozostałe ruszyły za nią, każda osobno. Dowódca Sokolników powiedział jeszcze głośniej i bardziej ochryple:

 Musimy to zrobić. Wrogowie nie mogą was znaleźć. Wybaczcie nam.

Wydał jakiś rozkaz szczekliwym głosem i konni Sokolnicy sprawnie wjechali między chaty i ogrody, tratując wszystko, co mogli stratować, strącając słomę z dachów i rozwalając drewniane domostwa na oczach osłupiałych, oniemiałych kobiet. Potem zaś odjechali na południe, nie zapuszczając się w las, w którym znajdowała się prawdziwa wioska.

Po odjeździe ostatniego Sokolnika Arona uniosła suknię i wraz z resztą młodszych kobiet pobiegła tajemnymi leśnymi ścieżkami do wygodnych, bezpiecznych domów pod drzewami. Wówczas to Natha córka Lorin wydała najpierw dźwięk oznaczający, iż teren jest wolny, a po chwili następny, ostrzegający o możliwym niebezpieczeństwie. Arona zadała sobie w myśli pytanie, o jakie niebezpieczeństwo chodzi? Jacy wrogowie mogli być gorsi od tych stworów o ptasich twarzach? Później wbiegła do Domu Kronik, rzuciła się na łóżko i rozpłakała tak, jakby pogryzł ją jej ulubiony pies.

 

We wsi Cedrowy Szczyt dom i kuźnia Morghata Kowala płonęły jak ogniska ku czci jakiegoś rozgniewanego boga. Huana, żona Morghata — nie, teraz wdowa po nim — pośpiesznie stłumiła szloch, spojrzała w dół zbocza, na które się schroniła, i zatkała ręką usta swojej córki. Gęsta zasłona drzew jak mur zasłoniła widok przed oczami kobiet i same kobiety przed Psami z Alizonu. Ale wioskowy plac był pusty.

Na oczach Huany z domów i stodół wysypali się ludzie, biegnąc w stronę kuźni, tam gdzie leżały nieruchome ciała. W gromadzącym się tłumie dostrzegła niewiele kobiet; były one albo bardzo młode, albo bardzo stare. Wdowa po kowalu przyłożyła palec do ust i szepnęła:

 Zostań tutaj, Leatrice, i zachowuj się cicho, chyba że przyjdzie tutaj ktoś z naszych sąsiadów. — Zastanowiła się i dorzuciła: — Jeśli będą to sami chłopcy, nie odpowiadaj, nawet jeśli byliby to nasi sąsiedzi.

 Wdrapię się na drzewo — obiecała dziewczynka spłoszona zachowaniem matki, lecz zarazem bardzo podniecona.

 Och — Huana jęknęła — to niekobiece i nieprzystojne, ale myślę, że lepiej to zrobić, niż stracić szansę na małżeństwo — dodała niechętnie. — Wrócę tu. — I dorzuciła z naciskiem: — Jeżeli nie wrócę do następnego zachodu słońca, zaczekaj do świtu i spróbuj dotrzeć do ciotki Markalli w Bliźniaczych Dolinach. I, Leatrice — jeśli tam pójdziesz, trzymaj się bocznych dróg! — Po czym bezszelestnie zeszła ze zbocza.

Wydawało się, że wszyscy — kobiety, dzieci i starcy z wioski Cedrowy Szczyt — zgromadzili się na centralnym placu. Niewiasty zawodziły tak głośno, że mogłyby zbudzić umarłych. Huana przepchnęła się przez tłum do miejsca, w którym leżało ciało jej ukochanego męża Morgatha. Zabito go w jego własnej kuźni. I za co? Kowalka powstrzymała szloch. Żołnierze zażądali, żeby podkuł konie i naprawił miecze i włócznie. Pierwsze zrobił dobrowolnie, ale uparł się, że to drugie przekracza jego możliwości. Za to zabili go, splądrowali i podpalili jego dom.

Uklękła obok ciała swego małżonka, rozpłakała się na widok krwi płynącej z licznych ran i przyłożyła ucho najpierw do jego ust, a potem do piersi, sprawdzając, czy może oddycha. Nic nie usłyszała. Położyła więc rękę na jego ustach i podniosła całą zakrwawioną. Wtedy dopiero zobaczyła, że gruba koszula z szorstkiego płótna zakrywa poderżnięte gardło.

Zawyła teraz jak inne kobiety.

 Och, Morghacie, dlaczego im się przeciwstawiłeś? Mówiłam ci, mówiłam, zrób, co ci każą, i niechby sobie poszli. Mówiłam ci!

Z zalaną łzami twarzą, ocierając nos fartuchem przepchnęła się do studni i nie prosząc o pozwolenie zanurzyła ten sam fartuch w wiadrze, które wyciągnęła któraś z sąsiadek. Później wróciła do zwłok i umyła je mokrym fartuchem najlepiej jak mogła. Ale czyż zdoła pogrzebać go jak należy, kiedy w wiosce nie ma mężczyzn, którzy wykopaliby grób? Rozejrzała się dookoła, rozpaczliwie szukając wzrokiem jakiegokolwiek krewnego, lecz zobaczyła tylko swojego syna Oseberga, który na wiosnę miał skończyć czternaście lat.

 Osebergu! — zawołała przekrzykując lamenty. — Osebergu, chodź tutaj!

Przyzwyczajony do posłuszeństwa niezgrabny młodzik przepchał się do jej boku.

 Musimy pogrzebać twojego ojca — powiedziała cicho. Pobladły chłopak skinął głową, ona zaś dodała: — Biegnij do domu i zobacz, czy jest tam jakaś łopata, a jeśli nie, to gdzieś poszukaj. Albo nie, najpierw pomóż mi go przenieść na nasze podwórko.

Oseberg p...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin