Norton Andre - Świat Czarownic 26 - Magiczny kamień.rtf

(588 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

Andre Norton

Mary Schaub

 

 

Magiczny kamień

 

Przekład: Ewa Witecka

Tytuł oryginału THE MAGESTONE

 

 

SCAN-dal


Poświęcam pamięci mojej ukochanej matki,

Deane R. Schaub,

która zachęcala mnie do pisania, czytała każdy

kolejny rozdział tej powieści i czasami mawiała:

„Środkowa część mogłaby być zrozumialsza”.

Mary H. Schaub

 


Rozdział pierwszy

 

Mereth z Doliny Fern — jej pamiętnik spisany podczas podróży do Estcarpu. W Miesiącu Ognistego Krzaka, Roku Rogatego Łowcy, wg kalendarza Lormtu.

 

Mój dzielny Sceptyku — uśmiechnąłbyś się widząc mnie w tej chwili. Z pewnością byś się nawet roześmiał na całe gardło na widok starej kobiety z Krainy Dolin, skulonej pod pokładem, podczas gdy wokół szaleje sztorm, i usiłującej wprowadzić jakiś ład do tego, co Sulkarczycy pieszczotliwie nazywają rejestrami przewożonego ładunku.

Musiałabym w ciemności obmacywać karbowane patyczki, gdybym nie przypomniała sobie o twoim przemyślnym wynalazku, utrzymującym lampę w równowadze bez względu na przechył statku. Moje szkice przekonały kapitana Halbeca o niezwykłych właściwościach tego urządzenia, rozkazał więc cieśli skonstruować kilka takich kinkietów do naszych kajut. Wiedząc o zimnych przeciągach, hulających pod pokładem wszystkimi korytarzami, przezornie zabrał w podróż lampy z rogowymi abażurami.

Teraz mam więc zapewnione światło, choć stół do pisania kołysze się bez przerwy, a to bardzo utrudnia mi pracę. Muszę wyjątkowo ostrożnie i umiejętnie kierować piórem, by uniknąć kleksów i maźnięć. Przysięgam, że jest to bardziej denerwujące, niż gdybym pisała jadąc na końskim grzbiecie; przynajmniej wówczas panowałam nad swoim wierzchowcem. Och, gdybyż można było kierować tym statkiem za pomocą wędzidła i wodzy! Damy, które uczyły mnie pisać w dzieciństwie, srodze by się zawiodły na widok tej strony. Na szczęście tajemne pismo kupców, które oboje wymyśliliśmy tak dawno temu, nie wymaga pięknych zawijasów ani ozdóbek. Jeżeli jednak będzie mną i statkiem trzęsło częściej niż dotychczas, nawet ja nic nie zrozumiem z własnych bazgrołów.

 Och, Sceptyku, tak mi ciebie brak! Już nie pamiętam, ilekroć wypowiadałam w myśli i pisałam te słowa w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Co dzień o świcie nasłuchuję dźwięku twojego głosu, oczekuję muśnięcia twego rękawa przy stole, wypatruję błysku słońca na twoich włosach.

Życie, jakie niegdyś prowadziliśmy, bezpowrotnie przeminęło. To, co się teraz dzieje, przekracza wszystkie moje dawniejsze wyobrażenia o przyszłości. Tak wiele się zmieniło, ale nie zmienił się ból rozłąki i tęsknoty. Dokucza mi tak bardzo, jakbyś zaledwie kilka godzin, a nie parę lat temu, ucałował na pożegnanie moją dłoń. Obowiązek wobec klanu zmusił mnie do zajęcia się interesami handlowymi mojej rodziny, ty zaś musiałeś bronić twojej ojczystej Doliny przeciwko wściekłym Psom z Alizonu. I w przeciwieństwie do naszych poprzednich rozstań, to było ostateczne.

Już sama nazwa owego straszliwego roku brzmiała złowróżbnie; oto nadszedł Rok Ognistego Trolla. Płomień wojny osmalił zarówno ciała, jak i dusze mieszkańców naszych Dolin, gdy armia najeźdźców zalała wybrzeże. Doszły mnie słuchy o okutych metalem wozach dostarczonych przez sprzymierzonych z Alizończykami Kolderczyków, pełzających potworach plujących płynnym ogniem, które zdruzgotały bramy i mury naszych nadbrzeżnych twierdz. Dziękuję Jantarowej Pani, że zginąłeś szybką śmiercią, od miecza. Nawet teraz, gdy fragmentaryczne wspomnienia bitew mącą spokój moich snów, serce krwawi mi z żalu, że nie walczyłam wtedy u twego boku, by przeżyć lub zginąć razem z tobą. Byłam jednak daleko, w głębi lądu, kiedy najeźdźcy zaatakowali port Vennes i splądrowali nasz magazyn. Miałam wrażenie, że to jakiś koszmar na jawie. Gdy uciekałam ku górom na zachodzie, pewien uciekinier przekazał mi wieści o twoim losie. Myślę, że gdybym była wtedy sama, zawróciłabym, żeby w walce poszukać śmierci, nie mogłam wszakże zlekceważyć obowiązków wobec mojego klanu Robnore. Wuj Parand zginął podczas ataku na port Vennes. Wszyscy bracia mojej matki i większość naszych partnerów handlowych poległa. Pozostali przy życiu rodowcy spodziewali się po mnie, że obejmę przewodnictwo klanu. Zrozpaczona i zasmucona uznałam, że dokonali złego wyboru, nie mogłam jednak ignorować ich próśb.

Ta upiorna wędrówka zajęła mi wiele tygodni, które przeciągnęły się w miesiące. Prawie nie jadłam i nie spałam, niekiedy nie starczało mi nawet czasu na przemyślenie czegokolwiek. I bez przerwy tęskniłam za tobą. Potykając się, uparcie brnęłam do przodu, usiłując sobie wyobrazić, w jaki sposób rozwiązywałbyś coraz to nowe kryzysy. To wspomnienia o tobie przywróciły mnie rzeczywistości: bez nich uległabym rozpaczy. Nieustannie uświadamiałam sobie, że spędziliśmy więcej czasu z dala od siebie niż razem. Powiedziałeś kiedyś, że nasze listy, które łączyły nas wtedy, gdy byliśmy od siebie daleko, stworzyłyby obszerną kronikę — ale żaden skryba nie zdołałby odczytać naszego pisma. Pomimo wojennej zawieruchy i długich podróży, zdołałam zachować niektóre twoje listy oraz twój portret, który Halbec naszkicował przed wielu laty podczas naszej wspólnej podróży jego statkiem. Te dokumenty są moimi największymi skarbami, spadkiem, który mi pozostawiłeś.

Do obecnej podróży w tak nieodpowiedniej porze roku zmusiło mnie inne dziedzictwo. Przypuszczam, że pokiwałbyś z politowaniem głową nad moim niedawnym postępowaniem. Zapytałbyś, dlaczego po ponad sześćdziesięciu latach zajmowania się handlem, odwróciłam się plecami do całej mojej przeszłości i uchwyciłam najbardziej płonnej z nadziei? Jakbym słyszała twoje słowa, że gonitwa za promieniami księżyca lub śnieżynkami przyniosłaby większe zyski niż ta podróż. Gdybym jednakże mogła wyjaśnić ci moje rozumowanie, zrozumiałbyś, czemu odważyłam się podjąć te poszukiwania. Wierzę, że nalegałbyś, abym nie zmarnowała tej szansy, choć wydaje się nikła i nierozsądna.

Mój drogi Sceptyku… zawsze byłeś wyjątkowo ostrożnym, przezornym człowiekiem. Wuj Parand powiedział kiedyś, iż byłeś najostrożniejszym ze wszystkich ludzi, których spotkał w życiu, gdyż zawsze zestawiałeś możliwe zyski i straty, zanim podjąłeś jakąkolwiek decyzję. Za to później uparcie starałeś się doprowadzić do końca całe przedsięwzięcie, bez względu na piętrzące się przeszkody. Zaobserwowałam podobny upór u mojej matki. To siła jej woli zamieniła ulepszoną przez mojego ojca rasę owiec w podstawę naszego sukcesu handlowego. Mówiono mi, iż jestem tak samo uparta jak ona, wszyscy więc troje posiadaliśmy tę cechę, gdyż przypominam sobie, że niegdyś każde z nas zarzucało pozostałym, iż zbyt często zacinają się w uporze. Nabyte w pracy przyzwyczajenia, zwłaszcza jeśli przynoszą korzyści, często rzutują na resztę życia. Wspominam teraz tamte długie godziny, które spędziliśmy razem układając spisy krewnych. Jakże byłeś podniecony, gdy okazało się, iż jeden z twoich przodków uważał się za spokrewnionego z klanem Robnore. Przebyłeś wiele mil w poszukiwaniu dokumentów, które miały to potwierdzić, i przywiozłeś na twym odzieniu co najmniej połowę kurzu z klasztornych archiwów. Ślęczeliśmy nad spisami tak wielu rodzin. Nigdy nie zapomnę pergaminów przechowywanych w woskowanym żeglarskim kuferku z Warku. Powiedziałeś wtedy, że trudno wątpić w zacięcie, z jakim ten klan oddawał się uprawianemu od pokoleń zajęciu, wszystkie bowiem zwoje z wykazami genealogicznymi cuchnęły rybami!

Jeszcze teraz, po tylu przecież latach, zadaję sobie pytania o pokrewieństwo. Lecz nie dotyczą one imion, których brakowało w spisach członków tamtego klanu, tylko moich własnych krewnych, a im dalej posuwam się w badaniach, tym bardziej rośnie we mnie niepokój. Całe lata nie wiedziałam, gdzie powinnam szukać. Dysponowałam jedynie niejasnymi domysłami, przypuszczeniami, pogłoskami czy fragmentami zdań, które same w sobie niewiele znaczyły. To jakby planować wyprawę handlową w nieznane: nie wiemy, dokąd się udać, ani jakie towary zabrać ze sobą.

Lecz prawie dwa miesiące temu, w Miesiącu Drzewa Zrzucającego Korę, dotarł do mnie list Damy Gwersy. Przebywałam wtedy w porcie Vennes. Jestem pewna, że nie było to jej zamiarem, ale przesłane wieści stały się pochodnią, która podpaliła nagromadzone we mnie przez lata niepokoje i zmartwienia. Z odwiedzin w opactwie z Doliny Rish powinieneś pamiętać szczególne oddanie tej damy starożytnym dokumentom. Po wojnie z Alizończykami próbowała odtworzyć archiwa w swoim własnym opactwie oraz w kilku innych, które uległy zniszczeniu podczas walk. Dama Gwersa jest teraz bardzo stara i już nie widzi, ale co pewien czas otrzymuję od niej listy. Dyktuje je swej uczennicy sprzed niemal siedemdziesięciu lat.

Podróżny, który ubiegłego lata odwiedził opactwo z Doliny Rish, przyniósł jej wieść o zdumiewającym odkryciu, którego dokonano po drugiej stronie morza, w Estcarpie. Dwa lata temu, w Roku Kobolda, Czarownice wywołały wielkie trzęsienie ziemi, by powstrzymać napaść z Karstenu, krainy położonej na południe od Estcarpu. Jednym ze skutków tego wstrząsu było zniszczenie części murów obronnych i wież w Lormcie, starożytnej cytadeli słynnej ze swych archiwów. Nieznane dotąd kryjówki w murach i podziemiach stanęły otworem, dodając niespotykane bogactwo dokumentów do mnóstwa innych, tak wysoko cenionych przez genealogów.

W chwili, gdy przeczytałam opowieść Damy Gwersy, zrozumiałam, że muszę wyruszyć do Lormtu. Dotąd bowiem czułam się jak złotnik usiłujący wykonać naszyjnik, któremu zabrakło jednak najważniejszych do stworzenia wzoru pereł. Pereł dwojakiego rodzaju: informacji o pokrewieństwie i wiedzy o zupełnie odmiennym od nich klejnocie. Gdzież mogłam je znaleźć, jak nie w Lormcie? Dwa podstawowe pytania nie dawały mi — i nadal nie dają — spokoju: kim był mój prawdziwy ojciec i skąd pochodzi najważniejsza część dziedzictwa pozostawionego mi przez matkę, niezwykły klejnot, który nazwała moim darem zaręczynowym?

Od dziecka zakładałam, że wiem, kim jestem. W dniu, w którym po raz pierwszy cię spotkałam, napisałam na tabliczce, iż jestem Merem z Doliny Fern, niema od samego dnia narodzin w Roku Niebieskorogiego Tryka. Mówiłeś zawsze, że to wyjątkowo trafna nazwa roku dla kogoś, kto handlował owczą wełną, i że dla kupca moje wyraźne pismo powinno okazać się równie użyteczne jak głos. Dodawałeś też, iż dzięki temu znacznie trudniej będzie o nieporozumienia. Miałam wtedy siedemnaście lat i byłam ci wdzięczna za twoją uprzejmość. Niewielu bowiem kupców zatrzymywało się, żeby przeczytać moją tabliczkę, i w swoim zaaferowaniu okazywało dość cierpliwości, by odpowiedzieć na moje pytania. Od tamtego pierwszego spotkania traktowałeś mnie inaczej niż pozostali kupcy i to nie tylko z racji swej niezwykłej uprzejmości. Zdumiałam się, kiedy mi wyznałeś, iż masz dwa imiona: Lundor, nadane ci przez rodziców, i Sceptyk, którym obdarzyła cię społeczność kupiecka. Przypominam sobie, że to drugie imię wydało mi się bardzo dziwne, napisałam więc na tabliczce: „Dlaczego Sceptyk?”

Wtedy ty uśmiechnąłeś się i odparłeś, że nazwano cię tak, gdyż masz godny pożałowania zwyczaj przedstawiania wszelkich obiekcji wobec wysuwanych propozycji i ukazywania powodów, dla których mogą się nie powieść te plany.

Owej nocy zwróciłam się do matki z pytaniami o ciebie. Roześmiała się głośno i odparła, że bardzo często swoje odpowiedzi wzbogacałeś najróżniejszymi wątpliwościami; Przybrawszy surową minę powiedziała naśladując twój głos:

 Och, wątpię, czy w tym roku zdobędziemy w tej Dolinie zdatną do użytku wełnę, gdyż ulewne deszcze zniszczyły pastwiska. Zresztą mam też wątpliwości, czy naprawili już jedyny most, po którym mogą tam wjechać nasze furgony. Nie wątpię, że ta wyprawa zakończy się niepowodzeniem.

Pomimo tych ponurych stwierdzeń, dodała, że byłeś niezwykle przenikliwym i zdolnym kupcem i że los sprzyjał naszemu klanowi, skoro zdołał zapewnić sobie twoje usługi.

W dwa lata później, gdy kamienna lawina zniosła furgon mojej matki, znałam cię już tak dobrze, że przeszliśmy od przypadkowych spotkań do wspólnych wypraw. Odkryłam potem twoje zainteresowania genealogią i z przyjemnością poprosiłam cię o dostarczenie spisów rodowych kupców i rolników, których spotkaliśmy podczas naszych regularnych podróży handlowych. Już niebawem pomagaliśmy sobie w ustaleniu dziejów naszych klanów. Twoi przodkowie od pokoleń mieszkali na wybrzeżu Krainy Dolin w pobliżu Nadmorskiej Twierdzy, podczas gdy klan Robnore, do którego należała moja matka, wędrował z miasta do miasta na targi i jarmarki.

Matka po raz pierwszy spotkała ojca w Twyfordzie, gdzie oboje przyciągnął wielki doroczny jarmark wełną. Z jej kilku uwag wypowiedzianych po latach uznałam, że wielkie wrażenie wywarła na niej jego wiedza o owcach dających najlepszą wełnę. Wyznał jej, że pragnie odnaleźć legendarne niebieskorogie owce z zachodnich turni, był bowiem przekonany, że krzyżując je z innymi rasami Krainy Dolin wydatnie poprawi jakość wełny. Znając matkę sądzę, iż zgodziła się go poślubić i towarzyszyć mu w poszukiwaniach daleko poza Dolinami Upp i Palten dopiero po głębokim namyśle i dokładnym rozważeniu szans tego przedsięwzięcia.

Matka powiedziała do mnie kiedyś czule, choć z westchnieniem pełnym irytacji:

 Twój ojciec był dobrym człowiekiem, ale zbyt pogrążonym w marzeniach o wyhodowaniu idealnej owcy. Muszę jednak oddać mu sprawiedliwość: nigdy nie spotkałam kogoś, kto lepiej nadawałby się do tego. Należało jednak zatroszczyć się nie tylko o handlową stronę tego przedsięwzięcia. A mój Dwyn zawsze gotów był do wędrówki za najbliższą górę w poszukiwaniu kolejnej owcy do swego stada. Gdybyż odziedziczył po swoim przodku Rodwynie z Ekkoru lepszy zmysł do interesów! Przecież każdy człowiek powinien najpierw pomyśleć, ile owiec zdoła ostrzyc, i prowadzić swoje własne wyliczenia.

Mój ojciec (tak wtedy sądziłam) był trzecim synem i dalekim krewnym wodza klanu Ekkor. Pamiętam go bardzo słabo, miałam bowiem zaledwie cztery lata, kiedy wyruszywszy podczas burzy na poszukiwania zaginionego jagnięcia, nigdy nie powrócił. Po jego śmierci matka oddała mnie pod opiekę damom z opactwa Doliny Rish, by spróbowały mnie wyleczyć z niemoty. Nie udało im się to, choć Dama Gwersa uczyła mnie pilnie przez sześć lat. Matka przybyła po mnie, gdy skończyłam dwanaście lat. Damy zaproponowały, że wykształcą mnie na skrybę, matka odpowiedziała jednak, iż moja umiejętność pisania bardziej jej się przyda w handlu. Damy zaprotestowały twierdząc, iż niemota stanie się przeszkodą w moim życiu poza ich klasztorem. Matka oświadczyła wtedy, że wręcz przeciwnie, że okaże się pomocna, gdyż nie będę mogła ani wypaplać handlowych sekretów, ani obrazić nabywców głupią gadaniną.

Niebawem, pomagając matce w handlu, przekonałam się, że mam talent do prowadzenia rachunków, do oceny wartości towarów i ich wyszukiwania. Odkryłam też w sobie znacznie rzadsze wśród mieszkańców Krainy Dolin zdolności: potrafiłam odnajdywać zgubione rzeczy, zwłaszcza jeśli mogłam dotknąć innego przedmiotu należącego do ich właściciela.

W owych dniach dość często nawiedzały mnie kolorowe sny. Po przebudzeniu pamiętałam jednak tylko barwne przebłyski i urywki dziwnej muzyki. Kiedy miałam piętnaście lat, z wahaniem napisałam kiedyś o nich matce, gdy byłyśmy same. Matka, zawsze była bardzo zajęta; jej dłonie odpoczywały wyłącznie tylko tyle czasu, ile go trzeba, by chwycić nowy motek wełnianej przędzy albo następną wiązkę karbowanych patyczków. Owego dnia, po przeczytaniu mojej tabliczki, matka opuściła robótkę na kolana i znieruchomiała. Przysięgam, iż jej twarz pobladła pod opalenizną.

 Kiedyś mnie też się śniły niezwykłe sny… zanim przyszłaś na świat — powiedziała powoli, zacinając się, choć zwykle mówiła płynnie, energicznym głosem. — Ustały po twoich narodzinach. Nie myślałam o nich od lat. — Pokręciła głową i znów zaczęła robić na drutach. — Takie rzeczy to tylko nocne mary, które znikają przy dziennym świetle. Przegnaj je ze swego umysłu.

Nie minęło wiele czasu od tego incydentu, gdy matka po raz pierwszy wspomniała o moim darze zaręczynowym. Właśnie odnalazłam jej brakującą bransoletę z pary, którą wysoko ceniła, gdyż lubiła piękne ozdoby. Tak się tym ucieszyła, że wyznała, iż na moje zaręczyny czeka bardzo piękny klejnot — i jest to dar. Czyj to dar? — napisałam podekscytowana na tabliczce. — Mogę zobaczyć go teraz? — Ona jednak wychodząc zatrzymała się w drzwiach.

 Nie — odparła stanowczym tonem. — Nie możesz go zobaczyć, dopóki nie będziesz miała narzeczonego. To bardzo stary i cenny dar z… tajemnego źródła, o którym nic nie mogę powiedzieć. — Sprawiła mi zawód swoją skrytością, ale w nawale pracy z czasem zapomniałam o tajemniczym darze aż do dnia, w którym dowiedziałam się o śmierci matki w wypadku w górach. Towarzyszyłeś wtedy wujowi Herwikowi w naszej faktorii w porcie Ulm, podczas gdy ja przebywałam w porcie Vennes, w odległości tygodnia drogi na południe. Matka nalegała na stworzenie drugiej faktorii w Vennes i dopiero co tam się przeniosła, aczkolwiek trudno było ją przekonać, by w jakimś miejscu przebywała tak długo, aby dało się powiedzieć, iż tam mieszka. Miałam prawie dwadzieścia lat, gdy zginęła. Burze opóźniły zarówno ciebie, jak i karawanę wuja Herwika. Czekając na wasze przybycie, zajęłam się więc przeglądaniem dobytku mojej matki, odkładając na bok to, co chciałaby, żeby zostało przekazane różnym krewnym i przyjaciołom.

Natrafiłam wtedy na paczuszkę owiniętą w ciemnoniebieską skórę. W chwili gdy jej dotknęłam, zrozumiałam, że wewnątrz jest mój dar zaręczynowy. Nigdy nie był wymieniany wśród skarbów naszej rodziny i nikt, oprócz matki, o nim nigdy nie wspomniał. Uznałam, że matka go nie odziedziczyła, tylko posiadła w wyniku jakiejś transakcji handlowej. Z zaciekawieniem rozwiązałam sznurki i ujrzałam dziwny wisior. Osadzony w srebrze kamień miał niezwykłą, niebieskoszarą barwę, był wielki jak gęsie jajko i oszlifowany tak przemyślnie, że błyszczał i iskrzył się, gdy padł nań promień światła. Kiedy zaś sięgnęłam, by wydobyć go z miękkiego skórzanego owicia, zimno zmroziło mi palce, jakbym wsadziła je w topniejący śnieg. Gdybym nie była niema, krzyknęłabym na całe gardło. Prędko cofnęłam rękę, nie ruszając kamienia. Po namyśle zawinęłam znów niesamowity wisior w skórę i przewiązałam sznurkiem.

Dotychczas lubiłam trzymać w dłoni piękne brosze lub klamry pasów; pozwalało mi to w jakiś sposób ujrzeć na jawie, lecz znacznie częściej we śnie, obrazy związane z ich poprzednimi właścicielami. Teraz wszakże nie miałam ochoty na dalszy kontakt z wisiorem mojej matki. Pamiętam swoją myśl, że na pewno ożywiłby chwile jej śmierci. Nie chciałam takiego snu w nocy, gdy się nie panuje nad własną wyobraźnią. Odłożyłam pośpiesznie paczuszkę wraz z innymi cennymi przedmiotami, które miały trafić do naszego rodzinnego skarbca, i uciekłam na zewnątrz jak ścigana przez demony.

Nigdy nie miałam okazji, by pokazać ci ten klejnot. Byłeś bardzo zajęty, podróżowałeś bez przerwy między Ulm i Vennes, a ja często przebywałam z dala od naszego głównego magazynu w tym ostatnim porcie. Nigdy nie przychodziło mi do głowy wyjmować ze skarbca szkatułkę z niezwykłym kamieniem aż do dnia, w którym wspomniałeś o małżeństwie. A stało się to dwadzieścia lat później. Byłeś tak pełen szacunku, tak nieśmiały, że do dziś mnie dziwi, iż w ogóle zdołałeś wykrztusić słowo „wesele”. Gdyby pozostawiono nas w spokoju, na pewno z radością pokazałabym ci tajemniczy wisior. Jednak zrządzeniem losu te dni nie miały być spokojne.

Od jakiegoś czasu martwiły cię wieści o niepokojach za morzem i usiłowałeś przekonać braci mojej matki, że źle to wpływa na nasze handlowe kontakty. Wyraziłeś głębokie zaniepokojenie, kiedy przebrani za kupców obcy z dalekiego Alizonu przybyli do kilku portów w Krainie Dolin; kręcili się wszędzie i zadawali zbyt wiele pytań. Słuchałam twoich wypowiedzi i podzielałam twój niepokój. Kilkakrotnie pisałam do wuja Paranda z ostrzeżeniami, lecz w owych dniach dobrowolnej ślepoty, nikt nie znalazłby słów zdolnych zmobilizować do czynu mieszkańców Krainy Dolin.

Dotkliwie ucierpieliśmy z powodu braku silnego przywódcy, gdyż wodzowie poszczególnych klanów nie chcieli dostrzec niebezpieczeństwa, nie mieli też zamiaru ani współpracować ze sobą, ani układać wspólnych planów. A kiedy wreszcie zauważyli zagrożenie, było już za późno. Alizończycy napadli nas z morza (ostrzegałeś nas przed tym) i zniszczyli wszystko, co nasz klan zbudował w porcie Vennes. Gdy po latach przybyłam na miejsce, w którym kiedyś stał nasz magazyn, znalazłam tylko spopielałe zgliszcza. Alizończycy zabili mojego narzeczonego i mnie z daru, który powinnam nosić jako panna młoda. Ty zginąłeś, a jeśli chodzi o tajemniczy klejnot — nikt nie zdołał się dowiedzieć, co się z nim stało.

Im dłużej rozmyślałam o moim darze zaręczynowym, tym głębszego nabierałam przekonania o jego czarodziejskiej mocy. Jak inaczej można by wytłumaczyć ową moją dziwną niechęć przed dotykaniem go? Sądziłam, że nie chcę go oglądać, gdyż należał do mojej matki, ale dotykałam i używałam przecież innych jej osobistych rzeczy: karbowanych patyczków pełniących rolę rejestrów, szczotki do włosów czy ulubionych piór do pisania. I żadne bolesne wizje związane z tymi przedmiotami nigdy nie wtargnęły do moich snów.

Niewiele wtedy wiedziałam o Mocy poza jednym: że mieszkańcy Krainy Dolin z niechęcią o niej rozmawiali i że w zasadzie byli przeciwni posługiwaniu się nią. Nasze Mądre Kobiety umieją władać magiczną energią, ale używają jej do leczenia lub do przepowiadania przeszłości; korzystają wówczas z tabliczek runicznych. Cenimy ich wiedzę o ziołach i ich lekarskie umiejętności, ale nie znam nikogo, kto by się nie wzdragał na myśl o nieokiełznanej Mocy, którą posługują się Czarownice z Estcarpu lub znani z dawnych opowieści magowie ze starożytnego Arvonu.

Po śmierci mojej matki nadal uważałam się za pełnej krwi mieszkankę Krainy Dolin, choć wystarczyło spojrzeć w wypolerowany metal lub spokojną wodę, by się przekonać, iż różnię się od reszty, ba, nawet od własnych rodziców. Nie mam rudobrązowych włosów, które jaśnieją na słońcu, ani zielonych lub niebieskozielonych oczu. Od dzieciństwa moje włosy są szarobrązowe (mawiałeś, że są jak rzadkie lamantyńskie drzewo) 1 mam niezwykłe, jasnoniebieskie oczy. Moja cera jest jasna i nie ciemnieje nawet podczas najgorętszych letnich upałów. Mój wygląd, tak jak moja niemota, od początku odróżniały mnie od innych dzieci.

Niektóre damy z opactwa w Dolinie Rish szeptały po kątach na mój temat, aż Dama Gwersa dała im do zrozumienia, iż znajduję się pod jej wyłączną opieką. Kiedyś jakaś kuchenna dziewka syknęła na mnie: „arvoński bękart”, lecz ja nie miałam zielonego pojęcia, o co jej chodziło. Kiedy napisałam o tym Damie Gwersie, ta ściągnęła usta i rzekła z niesmakiem, że są ludzie, którzy wolą wynajdywać kłopoty, choć mają ich dość na co dzień. W następstwie tego zdarzenia przeszukałam archiwum opactwa, by dowiedzieć się czegoś o tajemniczym Arvonie, znalazłam jednak niewiele wzmianek o tej przerażającej krainie położonej za górami, stanowiącymi północną granicę mojej ojczyzny. Dama Gwersa powiedziała mi tylko, że nie podróżował tam żaden mieszkaniec Krainy Dolin, gdyż Arvonianie byli niechętni obcym i woleli swoje własne towarzystwo. Przyznała też, że w Arvonie są Moce i Siły, których rozważni ludzie powinni unikać za wszelką cenę. Po wielu latach spróbowałam dotrzeć do źródeł różnych niejasnych pogłosek o tak rzadkich małżeństwach pomiędzy Arvonianami i moimi ziomkami. Mieszkańcy Krainy Dolin unikali nawet dzieci z takich związków, jak gdyby w jakiś sposób się od ich własnych różniły. Wtedy zaczęłam podejrzewać, że moja obcość może się wywodzić z istnienia „niewłaściwych” więzów krwi. Urodziłam się przecież w odległej Dolinie, a w pobliżu był Arvon i unikane przez wszystkich Wielkie Pustkowie.

Sporządziłam więc listę różnic: niemota od urodzenia, niezwykły wygląd, dziwne sny (może podobne do snów, które nawiedzały matkę), zdolność odnajdywania zgubionych przedmiotów. Dar zaręczynowy, o którym wspomniała mi matka, mógłby pochodzić z Arvonu. Nie byłam w stanie dłużej ignorować przypuszczenia, że Dwym z Domu Ekkor nie musiał być moim prawdziwym ojcem. Dołączyłam też do mojej listy inny fakt. Kiedy miałam szesnaście lat, wuj Parand zaproponował, by matka pozwoliła mi towarzyszyć mu w wyprawie na wybrzeże. Powiedział, że nauczę się wiele, prowadząc dla niego rachunki. Po tych kilku pierwszych krótkich wypadach uznał mnie za pożyteczną i godną zaufania (na szczęście nie chorowałam na chorobę morską podczas podróży statkiem). Zapewne dlatego zaprosił mnie później za znacznie dłuższą wyprawę za morze, do wielkich nadmorskich miast i odległych krain na wschodzie, które znałam tylko ze słyszenia: Yerlaine, Sulkaru i wewnętrznego, rzecznego portu Estcarpu, Miasta Es.

Kiedy spacerowałam samotnie w pobliżu Zamku Es, spotkałam jedną z estcarpiańskich Czarownic. Miałam wtedy osiemnaście lat; wuj Parand ostrzegł mnie, że powinnam okazać szacunek każdej damie ze Starej Rasy i odzianej w charakterystyczną szarą suknię, a właśnie takie nosiły Czarownice. Zeszłam więc na pobocze, zostawiając jej dość miejsca na ścieżce. Wydawało mi się, że mnie nie zauważyła, ale gdy tylko przeszła obok, zatrzymała się nagle, odwróciła i prawą ręką nakreśliła w powietrzu jakiś znak. Ku mojemu zdumieniu symbol ów zapłonął niebieskim blaskiem (później powiedziano mi, że ten kolor wskazywał, iż nie tknęły mnie Moce Ciemności). Czarownica potrząsnęła głową, jakby chciała przegnać jakąś natrętną myśl, i poszła dalej bez słowa. Dlatego nie zobaczyła, co się dalej stało z jej świetlnym znakiem, który najpierw zmienił barwę z niebieskiej na czerwoną, potem na pomarańczową, a na końcu, zanim zgasł, stał się żółty. Nie opowiedziałam wujowi o tym zdarzeniu, nie zapisałam go nigdzie aż do teraz, gdyż gromadzę argumenty, żeby przekonać… myślę, że chcę przekonać samą siebie. Mój dzielny Sceptyku, gdybyś tu był, myślę, że zgodziłbyś się z moim rozumowaniem.

Po przybyciu do Lormtu zamierzam poprosić o pozwolenie na szukanie w archiwum zapisków o kamieniach Mocy. Kapitan Halbec opisał mi, jak wyglądają Klejnoty Czarownic z Estcarpu: są jakby zamglone, wypolerowane, zupełnie niepodobne do mojego daru zaręczynowego. Poszukam też informacji o Arvonie i o tym, czy podobni do mnie ludzie zostali opisani w spisach genealogicznych różnych klanów.

Jeżeli burzowe wiatry będą nadal wiały tak silnie na tym samym kursie, nie minie nawet miesiąc, a dopłyniemy do Estcarpu. Muszę jednak zachować cierpliwość i mieć nadzieję, że nasz statek nie rozpadnie się od uderzeń wielkich fal. Dobrze będzie znów zobaczyć słońce, poczuć pod nogami twardą ziemię i wreszcie mieć na sobie suchą odzież!


Rozdział drugi

 

Kasarian z Kervonelu — jego relacja o Zgromadzeniu Baronów w mieście Alizon. Piątego dnia Miesiąca Sztyletu, 1052 roku od Wielkiej Zdrady wg kalendarza Alizonu.

 

Po raz pierwszy zobaczyłem przeklęty magiczny klejnot, gdy zawieszono go na srebrnym łańcuszku na szyi mordercy mojego ojca. Był to piąty dzień Miesiąca Sztyletu, w tysiąc pięćdziesiątym drugim roku od Wielkiej Zdrady. Wszyscy baronowie Alizonu musieli wziąć udział w Noworocznym Przeglądzie, kiedy to Wielkiemu Baronowi przedstawia się wszystkie szlachetnie urodzone szczenięta, które w tym roku osiągnęły pełnoletność. Stałem w odległości mniejszej niż dwie włócznie od tronu, kiedy Wielki Baron Norandor podniósł miecz, by dokonać zwyczajowego obrzędu. Jego twarz z wyjątkiem oczu zasłaniała biała, futrzana maska Władcy Psów. Był chudszy od swego poprzednika, Mallandora, zmarłego szczenięcia z tego samego miotu, więc jego głos odbijał się echem w masce, gdy rozkazał baronowi Gurborianowi zbliżyć się do tronu.

Wszystko związane z zamordowaniem mojego ojca zawsze skupiało całą moją uwagę. Knowania Gurboriana od lat znane były wszystkim alizońskim baronom. Tylko najbardziej tępi nie wiedzieli o jego zamiarach przechwycenia dla siebie maski Władcy Psów. Przed czterema miesiącami otrzymałem poufny list od Voloriana, starszego szczenięcia z tego samego miotu co mój ojciec, w którym skarżył się, że najemnicy Gurboriana grasują w pobliżu naszych majątków położonych na północnym wschodzie Alizonu. Czy Gurborian krył w zanadrzu nowe groźby przeciwko naszej Linii?

Kiedy baron ukląkł przed tronem, Norandor wstał, chowając miecz do pochwy.

 Zacny Gurborianie z Linii Reptura — oświadczył — mój nieszczęsny poprzednik cenił twoje zdanie tak wysoko jak ja. Za twoją udaną wyprawę wojenną na zamorską Krainę Dolin, jak i za inne cenne usługi pozwolił ci nosić ten szczególny dowód uznania całego Alizonu.

Blask pochodni w Wielkiej Sali jakby rozpalił niebieski płomień w wyciągniętej dłoni Norandora. Pochyliłem się do przodu, by lepiej widzieć. Światło odbijało się od kamienia wielkości jaja bagiennej gęsi. Klejnot ów rozjarzył się między palcami Wielkiego Barona, gdy ten nachylił się, aby go zawiesić na łańcuszku, który Gurborian nosił na szyi, oznaki jego urzędu. — Teraz ja, Norandor, Wielki Baron Alizonu, potwierdzam pochlebną ocenę mojego brata, przekazując ci tę cenną zdobycz. Noś ją w chwale do końca życia.

Usłyszałem cichy śmiech stojącego obok mnie starszego wiekiem wielmoży, który powiedział półgłosem:

 Jak tylko Gurborian wyzionie ducha, sfora Reptura powinna jak najszybciej zwrócić to świecidełko, zanim gwardziści Wielkiego Barona zdążą je sami odebrać.

Tylko ja stałem dostatecznie blisko, by usłyszeć tę uwagę, nie dałem jednak nic po sobie poznać. Byłem pewny, że baron Moragian nie należał do frakcji Gurboriana, uznałem jednak, iż postąpiłbym niemądrze wysłuchując takiego komentarza w miejscu, gdzie mógł to zauważyć nieprzyjaźnie nastawiony świadek. Muszę też przyznać, iż zachowałem pozorną obojętność po części dlatego, że skupiłem uwagę na niezwykłym klejnocie, nigdy bowiem dotąd nie widziałem takiego kamienia. Przyciągał on mój wzrok nawet wtedy, gdy Gurborian wrócił do swoich.

W naszej Linii nie było szczeniąt, które mogłyby zostać przedstawione w tym roku. Kiedy Sherek, nowy Pan Psów, wezwał przedstawiciela naszej sfory, podszedłem wielkimi krokami i ukląkłem przed tronem.

 W zastępstwie barona Voloriana, ja, Kasarian, reprezentuję Linię Kervonela — oświadczyłem.

Norandor skinieniem dał znak, że przyjął do wiadomości moje słowa, odszedłem więc na bok.

Nagle powietrze w Wielkiej Sali wydało mi się ciężki i duszne, a światło pochodni zbyt jaskrawe. Dokuczliwy ból, który od kilku nocy nie dawał mi zasnąć, znów zaczął pulsować w mojej głowie. Pragnąc na jakiś czas ukryć się przed hałaśliwym tłumem wielmożów, wymknąłem się na korytarz prowadzący do najstarszej części Zamku Alizon. Znałem pewną komnatę, która na pewno świeciła pustkami. Symbole na starożytnych mozaikach zdobiących jej ściany przypominały wzory w pewnym pokoju mojego własnego zamku w Mieście Alizon. Zabrałem światło z korytarza, ale okazało się, że służba zapaliła już pochodnie w mozaikowej komnacie.

Za ażurową kamienną ścianką, biegnącą wzdłuż jednej ze ścian, stała długa ława, na której przypuszczalnie zasiadali w dawnych czasach usługujący w zamku niewolnicy. By osłonić mieszkańców przed zimowymi przeciągami, zawieszono na ściance duży gobelin, który z czasem uległ jednak zniszczeniu. Jeżeli ukryta za kamiennym parawanem osoba wybrała odpowiednie miejsce, mogła przez dziury w gobelinie bez trudu widzieć wszystko, co działo się w komnacie. Nie zamierzałem nikogo szpiegować, tylko po prostu usiadłem na ławie, gdy nagle usłyszałem zgrzyt butów, na kamiennej posadzce. Intruzów było dwóch; głosu jednego z nich nie rozpoznałem, drugi zaś należał do Gurboriana. Poruszyłem się powoli, by lepiej im się przyjrzeć. Drugim mężczyzną był Gratch z Gormu, główny poplecznik Gurboriana. Volorian wymienił go w swoim liście jako jednego z tych, którzy szperali i węszyli w górach w pobliżu naszych włości. Z ich pierwszych słów wyciągnąłem zaraz dwa wnioski: obaj błędnie przyjęli, że mozaikowa komnata jest pusta, a ponadto, że spiskowali przeciwko Wielkiemu Baronowi Norandorowi.

 Tutaj nikt nam nie przeszkodzi, panie — powiedział Gratch zniżając głos, jak przystało na spiskowca. — Nikt za nami nie szedł. Rzuciłem uwagę, że idziemy do psiarni, by nadzorować szczenne suki.

 Wielki Baron Głupiec mianował Shereka Panem Psów — burknął z ponurą miną Gurborian. — Miałem nadzieję, że skłonię go, by wybrał kogoś z naszej frakcji, ale moje łapówki najwyraźniej nie wystarczyły. Zresztą to już się stało i nie jest tak ważne jak nowiny, które przynosisz. Za kim stoi frakcja Bolduka — za nami czy przeciw nam?

Gratch, nie chcąc odpowiedzieć na to pytanie, przez chwilę bawił się zawieszonym u pasa sztyletem.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin