ROZDZIAŁ PIERWSZY
DZIWNY SPADEK – TAJEMNICZY WEHIKUŁ WUJA GROMIŁŁY – CO TO ZA STWÓR? – SENSACJA NA ULICY – LARWA OBRZYDLIWEGO CHRABĄSZCZA – SZYDERSTWA NA STACJI BENZYNOWEJ – SZALEŃCZA SZYBKOŚĆ – ZDUMIENIE AUTOMOBILISTÓW – CO POTRAFI WEHIKUŁ WUJA
Nie trzeba szukać przygody. Nie znajdzie się jej, choćby pojechało się aż na koniec świata, przez siedem rzek i za siedem gór. Nie zjawi się, choćby czekało się na nią dzień i noc, prowokując ją i nastawiając na nią pułapki. Nie przywoła jej żadna prośba i może się okazać, że nie ma jej nawet tam, gdzie tylu już ją spotkało. Czyż nie zdarzyło sią niejednemu odbywać podróż przez słynny z burzliwości ocean, gdy był on spokojny jak staw za domem? Czyż nie przydarzyło się niejednemu, że przedzierając się przez najdzikszą dżunglę nie napotkał ani krwiożerczych zwierząt, ani czyhających na jego życie krajowców; dzika dżungla okazała się tak bezpieczna, jak park miejski.
Bo przygody nie trzeba szukać. Ona zjawia sią sama. Przychodzi w najbardziej niespodziewanych momentach i w nieoczekiwanej postaci, najczęściej, gdy nie spodziewamy się jej, nie pragniemy jej, gdy nie jest nam ona potrzebna. Najpierw daje nam znak - że oto jest, przyszła po ciebie, chce cię ogarnąć i wciągnąć w swą grę. Musisz od razu wiedzieć, że to wlaśnie jej znak, musisz go rozpoznać wśród tysiąca innych znaków. Nie wolno ci zlekceważyć jej wezwania ani odłożyć go na później. Nie lubi leniwych. Pominie cię, odejdzie i więcej po ciebie nie wróci...
Zadziwiająca przygoda, jaką przeżyłem na Wyspie Złoczyńców, zapukała do mnie pod koniec czerwca 1961 roku. Ubrana była w mundur listonosza, który wręczył mi zapieczętowaną kopertę z nagłówkiem: ZESPÓŁ ADWOKACKI nr 3 w KRAKOWIE. W zapieczętowanej kopercfe znajdowało się zawiadomie-nie Zespołu Adwokackiego, że po prawie rok trwającym przewodzie spadkowym, na mocy testamentu zmarłego przed rokiem wuja mego — Stefana Gromiłły, stałem się właścicielem znajdującego się w Krakowie „murowanego garażu samochodowego oraz znajdującego się w nim pojazdu mechanicznego". Z treści listu wynikało, że po opłaceniu pewnych kosztów związanych z przewodem spadkowym mam obowiązek „wejść w prawa posiadacza murowanego garażu samochodowego oraz znajdującego się w nim pojazdu mechanicznego”.
Wyznaję, że list ów wprowadził mnie w pewne zakłopotanie. Nie czułem potrzeby posiadania w Krakowie „murowanego garażu samochodowego”, mieszkałem bowiem w Łodzi. O ile dobrze pamiętałem, ów „pojazd rneGhaniczny" był okropnie starym gratem, w którym człowiek z moją pozycją społeczną i w moim wieku raczej pokazywać się nie powinien.
Czyż mogłem przypuszczać — czy ktokolwiek z Was spodziewałby się - że list z Zespołu Adwokackiego jest wezwaniem najprawdziwszej i pełnej niebezpieczeństw PRZYGODY?
Zatelefonowałem do swego młodszego brata, zdecydowany darować mu „murowany garaż samochodowy i znajdujący slę w nim pojazd mechaniczny".
Odmówił. Powiedział, że on również otrzymał list z Zespołu Adwokackiego nr 3 w Krakowie i na mocy testamentu wuja Stefana Gromiłły stał się właścicielem książeczki oszczędnościowej, na której znajduje się osiemdziesiąt tysięcy złotych.
- Za te pieniądze, jeśli zechcę, będę mógł kupić sobie nowy samochód - rzekł mój młodszy brat Paweł. - Po co mi stary grat wuja? A i garaż w Krakowie również nie jest mi do niczego potrzebny. Sprzedaj go - doradził mi.
Zatelefonowałem do kuzynki Franciszki. Okazało się, że i ona otrzymała list z Krakowa i stała się wlaścicielką kompletu mebli stylowych oraz szafy z książkami, należącymi do naszego wuja.
- Wyjaśnij mi moja kochana - powiedziałem kuzynce - dlaczego właśnie mnie wuj Gromiłło darował garaż i starego grata? Czyż nie rozsądniej by było zapisać mi w testamencie szafę z książkami? Wyznaję, że najbardziej chciałbym otrzymać osiemdziesiąt tysięcy na książeczce oszczędnośctowej.
- Ostatni raz spotkaliśmy się z wujkiem przed dwoma laty — przypomniała mi Franciszka. - To było na pogrzebie ciotki Anny. Czy nie chwaliłeś się wówczas, że właśnie otrzymałeś prawo jazdy?
- No tak. Teraz to już wszystko rozumiem. Wuj myślal, że, Bóg wie jak wielką radość sprawi mi swoją darowizną.
I rad nierad zmuszony zostałem „wejść w posiadanie murowanego garażu samochodowego i znajdującego się w nim pojazdu mechanicznego". Pojechałem w tym celu do Krakowa, śpieszyłem się zresztą z załatwieniem tej sprawy, ponieważ na początku lipca oczekiwał mnie wyjazd na dość długi okres czasu. Jeden z moich przyjaciół poprosił mnie, abym spróbował wyjaśnić pewną dość intrygującą historię. Przyjąłem tę propozycję, ponieważ mogła mi ona wypełnić nudnie zapowiadający się urlop.
Zdecydowałem się pójść za radą mego młodszego brata i sprzedać zarówno ów garaż, jak i samochód wuja. „Kto wie - zastanawiałem się - czy za sumę, uzyskaną ze sprzedaży, nie będę mógł nabyć na raty jakiegoś nowego samochodu? Taki pojazd przydałby mi się na urlopie".
Chętnego do nabycia garażu znalazłem bardzo prędko, gorzej było z nabywcą starego samochodu wuja Gromiłły. Ktokolwiek obejrzał ów wehikuł, uśmiechał się z zakłopotaniem i natychmiast żegnał się zę mną. Nawet nłe próbował pytać o cenę.
Bo też był to samochód wystarczająco dziwaczny, aby odstraszyć każdego normalnego człowieka. Jego wygląd wprawiłby w radość tylko kogoś skłonnego do największej ekstrawagancji, kogoś, kto nie przejmowałby się tym, że na widok owego samochodu, poruszającego slę na ulicach miasta, będą przystawać zdumieni przechodnie, a każde zatrzymanie ga przy chodniku spowoduje gromadzenie się tłumów wydziwiającej dzieciarni. Pojazd mego wuja powodowałby prawdopodobnie zakłócenie spokoju publicznego w mieście również dlatego, iż wraz z jego pojawieniem się na ulicy przerażeni kierowcy warszaw, syren czy moskwiczy przyciskaliby klaksony, aby upewnłć się, że nie śnią i że „takie coś" nie jest „latającym talerzem" z Marsa.
Wyobraźcie sobie czółno odrapane, zielonkawożółte, z zaciekami brązowymi i granatowymi, na czterech kółkach, z których dwa tylne mają szprychy, a dwa przednie ich nie posiadają. Na tym czółnie znajduje się brezentowy wypłowiały namiot koloru khaki. W namiocie tym są celuloidowe okienka - z przodu, z tyłu i z boków. Namiocik jest dość dnży, w gruncie rzeczy w wehikule owym pomieścić się mogą nawet cztery osoby; reszta namiotu zabudowana jest jakimiś dziwacznymi mechanizmami. Przyznajęr że nawet nie próbowałem uruchomić owego pojazdu - takim napełniał mnie strachem.
- Proszę pana - odezwałem się do pewnego weterynarza, który okazał gotowość nabycia garażu. - Garaż jest duży, murowany, suchy, widny, a do tego z doskonale wyposażonym warsztacikiem reperacyjnym. Myślę, że nie będzie dla pana krzywdą, jeśli za niewielką dodatkową opłatą nabędzie pan ode mnie także i samochód mego wuja.
- To nie jest samochód - zdecydowanie stwierdził weterynarz.
- Przepraszam, a co to jest?
- Nie wiem. Ale to na pewno nie jest samochód. Gdybym czymś takim pojechał na wieś leczyć konie lub krowy, ludzie uciekliby przede mną. Straciłbym klientelę.
- Niech go pan rozbierze na części - doradziłem.
- Panie - zawołał przestraszony weterynarz - a do jakiego samochodu nadałaby się choć jedna część z tego pojazdu? Chyba, żeby go sprzedać na złom, na kilogramy. Ale to już pan sam zrób.
Weterynarz zajrzał przez celuloidowe okienka do wnętrza wehikułu.
- Patrz pan - rzekł - ten pański wuj to musiał być niezły dziwak. Na desce rozdzielczej jest tyle zegarów, co w nowoczesnym cadillacu. Ten pojazd nie rozwija chyba więcej niż sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, a szybkościomlerz ma do dwustu osiemdziesięciu kilometrów. O ile, rzecz jasna — zastrzegł się - ten pojazd w ogóle potrafi ruszyć z miejsca. Tfu - splunął.- Takie coś może się człowiekowi tylko przyśnić, a nie będzie to sen najprzyjemniejszy.
Weterynarz okazał się człowiekiem bardzo ciekawym. Uniósł maskę pojazdu wuja, potem zajrzał do skrzyni.
- Ma, zdaje się, przedni i tyłny napęd - oświadczył, co zresztą i ja równocześnie z nim stwierdziłem.
- Posiada dwanaście cylindrów - dodał. Obejrzeliśmy skrzynkę biegów.
- Owszem, są cztery biegi przednie i jeden bieg wsteczny - zauważył weterynarz.
Jeszcze tu i ówdzie spojrzeliśmy, sprawdziliśmy przewody elektryczne. Włożyłem kluczyk w „stacyjkę”. Motor natychmłast począł pracować, czynił to bardzo cicho, prawie niedosłyszalnie.
Weterynarz podrapał się w głowę.
- No, dobra - powiedział łaskawie — dodam panu pięć tysięcy i kupię garaż razem z tym wehikułem.
Ale i ja w międzyczasie zrobiłem sporo ciekawych spostrzeżeń, które zadecydowały, że z mniejszym niż dotąd przerażeniem spoglądałem na wehikuł wuja Gromiłły.
Postarałem się także przypomnieć sobie sylwetkę mego wuja. Było to dość trudne, ponieważ znajomość z wujem ograniczyła się do kilku rodzinnych spotkań i do tego, co o nim w rodzinie mówiono. Opowiadano zaś o wuju jako o pełnym fantazji dziwaku, wykształconym i bardzo zdolnym, któremu jednak w życiu się nie powiodło. Wuj Gromiłło był inżynierem mechanikiem, kiedyś zarabiał bardzo dobrze, ale większość zarobków pochłaniały wynalazki, które nieustannie opracowywał i których wykorzystanie proponował odpowiednim instytucjom. Wymyślił więc wujek Gromiłło kłódkę, która miała zabezpieczać przed najzmyślniejszymi złodziejami, drzwi wodoszczelne, hamulce kolejowe działające podobno znacznie lepiej od tych zazwyczaj używanych. Wymyśłił także jakiś specjalny zmywak do naczyń kuchennych, specjalny rodzaj szkła ognioodpornego. Żaden z tych wynalazków nigdy nie został wykorzystany. Dlaczego? Tego nikt w naszej rodzinie nie wiedział. Prawdopodobnie były to mało praktyczne wynalazki. Wiem, że kiedyś podarował moim rodzicom jedną ze swych fenomenalnych kłódek. Rodzice założyli ją w piwnicy, gdzie tak długo nikomu nie wadziła, aż gosposia zgubiła od niej klucz. Wówczas rzeczywiście żaden ślusarz kłódki tej nie potrafił otworzyć i trzeba było wyrywać drzwi razem z futryną, co bardzo rozgniewało moich rodziców. Odtąd nigdy już nie zdecydowali się założyć kłódki wynalezionej przez mego wuja, choć wuj zaofiarował się z następną.
- No więc jak, bierze pan te pięć tysięcy? - spytał weterynarz. Przecząco pokręciłem głową.
- Dam panu dziesięć - podniósł cenę.
To właśnie upewniło mnie w przekonaniu, że pojazd mego wuja jest wart więcej, niż to się mogło z pozoru wydawać.
- Przyszło mi do głowy - powiedziałem do weterynarza — że jednak ten wehikuł stanowi pewnego rodzaju pamiątkę po moim wuju i nie powinienem się z nim tak od razu rozstawać.
Weterynarz zrobił obrażoną minę.
- Jak pan uważa - rzekł. - Ale w Krakowie wszyscy wiedzą, że pański wuj był wariatem. Ten pojazd jest chyba także wariacki.
Westchnąłem z udanym ubolewaniem.
- Trudno. Ale skoro to jest jednak pamiątka rodzinna, zabiorę ją ze sobą do Łodzi. Weterynarz wzruszył ramionami, zapłacił mi za garaż i pożegnał mnie bardzo chłodno. Był na mnie trochę obrażony, ponłeważ najpierw gorąco namawiałem go do kupna samochodu, a potem nagle zrezygnowałem ze sprzedaży.
Z odrobiną trwogi zasiadlem za klerownicą wehikułu wuja Gromiłły. Uprzednio stwierdziłem, że w baku jest tylko dziesięć litrów benzyny. Nalałem wody do chłodnicy, sprawdziłem poziom oleju silnikowego i stwierdziłem, że oprócz paliwa pojazdowi nie brakuje niczego do odbycia podróży z Krakowa do Łodzi. Hydrauliczne hamulce działały sprawnie, samochód posłusznie poddawał się każdemu drgnieniu kierownicy i natychmiast reagował na przyciśnięcie pedału przyśpieszacza.
Wyjechałem z bramy na ulicę i od razu poczułem się pewnie. Prądnica ładowała akumulator — cóż więcej można było wymagać od tego wehikułu? To prawda, pojazd był dość kłopotliwy, a to dlatego, że budził na ulicy sensację. Gdy zatrzymałem się na skrzyżowaniu przed czerwonym światłem, natychmiast jakiś przechodzieó zajrzał do mnie przez celuloidowe okienko i zapytał ironicznłe: „rPanie, gdzie takie parowozy sprzedają?". Nawet milicjant kierujący ruchem ulicznym na widok pojazdu wuja zrobił zdumioną minę i aż ręce mu opadły, co na krótko spowodowało dezorientację wśród kierowców, znajdujących się na skrzyżowaniu.
Przez młasto przejechałem dość wolno, na trzecim biegu, obiecując sobie dopiero na szosie sprawdzić szybkość pojazdu.
Zajechałem przed stację benzynową, znajdującą się już na przedmieściu. Stały tu w kolejce trzy samochody osobowe - żółty wartburg, zielona simca i moskwicz. Ledwie zajechałem przed stację, z samochodów tych wyskoczyli kierowcy i otoczyłi mój wehikuł.
- Uff, ale nas pan przestraszył - zawołał gruby właściciel wartburga, udając, że chwyta się za serce. - Myślałem, że to leci na nas helikopter, któremu sią śmigła oberwały.
- E, nie - pokręcił głową właściciel simki - to raczej podobne jest do łodzi podwodnej,
- Albo do drezyny kolejowej - wtrącił kierowca moskwicza,
Nawet pracownik stacji benzynowej, ubrany w wyplamiony oliwą kombinezon, pofatygował się do mnie i zapytał ironicznie:
- Przepraszam, a pan co u nas zamierza tankować? Ropę naftową? Węgiel? Spirytus salicylowy albo samogon? A może ten pański pojazd jeździ na zasadzie balonu? Nie sprzedajemy wodoru...
Nic się nie odezwałem. Wysiadłem z wehikułu i podszedłem do okienka, aby zapłacić za trzydzieści litrów benzyny. Przyznaję, że gdy odchodziłem od okienka i rzuciłem okiem na rząd samochodów przed stacją benzynową, na chwilę aż tchu mi zabrakło. Dopiero tutaj, gdzie stało obok siebie kilka lśniących lakierem aut, uwidaczniała się okropna brzydota pojazdu wuja Gromiłły. To był potwór, a nie samochód. Dziwoląg, skrzyżowanie okropności i brzydoty. To czółno na czterech kołach sterczało wśród opływowych karoserii nowych, lśniących wozów i spoglądało na mnie wyłupiastymi oczami reflektorów. Wydawało się, że to jakaś ogromna larwa szkaradnego chrabąszcza przyczaiła się, aby kogoś pożreć, Przez moment miałem ochotę porzucić ją i cichaczem umknąć ze stacji benzynowej, zostawiając „larwę" swojemu losowi. W końcu jednak przemogłem swą niechęć. Ostatecznief larwa ta bardzo grzecznie niosła mnie przez całe miasto. Może i dalej zachowywać się będzie podobnie?
Gruby właściciel wartburga zatankował mieszankę do swego wozu.
- Panie - zawołał do mnie na odjezdnym - pan chyba do muzeum prowadzisz to bydlę!
Nic się nie odezwałem.
Właściciel moskwicza zapytał mnie uprzejmie, ale z oczywistą kpiną w głosie:
- Czy można tym samochodem także orać pole?
Teraz również się nie odezwałem. Dali mi więc spokój. Kolejno odjeżdżały samochody sprzed stacji, a gdy zrobiło się miejsce dla mnie, podjechałem pod gumowego węża z paliwem. Pracownikowi w kombinezonie wskazałem otwór w bakur nalał mi trzydzieści litrów. Gdy zakręciłem wlot baku, ów pracownik szepnął do mnie poufnie:
- Panie, niech się pan przyzna, co to za maszyna?
- Pamiątka rodzinna - powiedziałem.
Gdy ruszyłem z miejsca, krzyknął w moją stronę:
- W pańskiej rodzinie nie wszyscy chyba byli przy zdrowych zmysłach.
Już chciałem zatrzymać wehikuł i nawymyślać mu, ale zrezygnowałem. Pojazd, którym jechałem, był tak dziwaczny, że chyba usprawiedliwiał najgorsze szyderstwa.
Wyjechałem na szosę. Była szeroka, prosta i wyjątkowo pusta. Nie widziało się żadnego pojazdu aż do ciemnej ściany lasu zakrywającej horyzont. Wehikuł wuja Gromiłły miał wspaniały zryw, w ciągu nie więcej niż piętnastu sekund miałem już sześćdziesiąt kilometrów na liczniku, potem strzałka wskazała osiemdziesiąt kilometrów. Przy dziewięćdziesłęciu wrzuciłem czwarty bieg. Strzałka licznika ciągle wędrowała w prawo - sto, sto dziesięć, sto dwadzieścia, wreszcie sto czterdzieści kilometrów. Nie chciało się wierzyć, że samochód osiągał taką szybkośćr bo prawie nie odczuwało się jej wewnątrz wozu. Kadłub wehikułu był stosunkowo wąski i długi, ale koła samochodu rozstawione szeroko, co powodowało, że cały pojazd trzymał się szosy, jak wóz wyścigowy.
Wkrótce dogoniłem moskwicza, którego spotkałem przed stacją benzynową. Właściciel jego zobaczył mnie w lusterku i dodał gazu. Jechał środkiem szosy i ani myślał ustąpić mi miejsca. Po prostu wydawało mu się niewiarygodne, abym był zdolny go wyprzedzić. Zatrąbiłem trzykrotnie, zanim zdecydował się zjechać nieco na prawą stronę szosy. Przemknąłem mimo niego, mając sto czterdzieści kilometrów na liczniku, moskwicz nawet nie próbował mnie ścigać.
W dziesięć minut później dopędziłem simkę. Aby się popisać wspaniałą szybkośeią mojej „larwy", przycisnąłem pedał przyśpieszacza. Wyprzedziłem simkę jadąc z szybkością stu pięćdziesięciu kilometrów, ale zaraz potem musiałem zwolnić, bo był zakręt, a za zakrętem środkiem jezdni wlokła się chłopska furka, simca dogoniła mnie, po chwili jednak znowu wysforowałem się do przodu i gnałem tak długo, aż. natknąłem się na wartburga. Teraz mknąłem sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Wartburg został daleko w tyle, choć jego właściciel zrobił wszystko, żeby tak się nie stało.
Szosa się załudniła, zwolniłem więc szybkość jazdy, Wiedziałem już, jak wiele wart jest wehikuł wuja Gromiłły, niepotrzebne więc już było narażanie się na niebezpieczeństwo.
Dogonił mnie wartburg i wyprzedził; jego gruby właściciel wychylił rękę przez okienko i dał mi znak, abym się zatrzymał. Zjechałem na brzeg szosy.
Właściciel wartburga truchcikiem dobiegł do mojego pojazdu.
- Panie, panie - mówił gorączkowo - co to za diabeł? Co to za szatan? Sprzedaj mi go pan albo zamieńmy się. Na wartburga.
Wzruszyłem ramionaini.
- Nie sprzedam. To pamiątka rodzinna.
Błagał, żebym mu pozwolił zajrzeć do silnika. Oczywiście pozwoliłem. Nadjechała simca, a potem moskwicz.
Zatrzymały się za nami. Ich właściciele wyleźli z wozów.
- Zatarł pan silnikr co? - pytali z triumfem, widząc, że maska wozu jest podniesiona.
- Nie, nie, ja tylko tak przez ciekawość patrzę do wnętrza - wyjaśnił gruby właściciel wartburga. - Dwanaście cylindrów. Słuchajcie, panowie, to potwór. Wspaniała rnaszyna.
Pozdejmowali marynarki, zagłądali do słlnlka, włazili pod samochód.
- Czy to coś po wodzie także może pływać? - spytał mnie właściciel moskwicza. - Bo tu z tyłu jest kotwica - wskazał zagraconą część wnętrza wehikułu.
- Oczywiście, że może pływać także i po wodzie - powiedziałem z głębokim przekonaniem. Byłem bowiem teraz pewien, że pojazd wuja Gromiłły może wszystko. Lub prawie wszystko.
ROZDZIAŁ DRUGI
„FERRARI 410” – NA SPOTKANIE PRZYRODY – TAJEMNICA DZIWNEGO WEHIKUŁU – AUTOSTOPOWICZKA – SAMOCHODEM PO WIŚLE – GENIALNY WUJEK GROMIŁŁO – CIECHOCINEK – POŻEGNANIE Z TERESĄ
Przez pięć dni stał na strzeżonym parkingu, okryty szczelnie nieprzemakalną brezentową płachtą. Znajdował się wśród nowoczesnych aut o wspaniałych kształtach i lśniącej karoserii, lecz nikt - poza kierownikiem parkingu - nie domyślał się nawet, jak koszmarnie brzydką larwę kryje ów brezent. W tym czasie w Wydziale Komunikacji zarejestrowałem wehikuł na swoje nazwisko, określając w dowodzie rejestracyjnym typ mojego pojazdu, jako „sam” konstrukcji inżyniera Stefana Gromiłły. Dokonałem także wielu przygotowań związanych z oczekującym mnie urlopem, a przede wszystkim zrobiłem kilka zakupów, do czego przydały się pieniądze uzyskane za garaż w Krakowie. „Sam” wuja Gromiłły otrzymał radio. Kupiłem nowoczesny, piękny, weekendowy namiot z wielkimi oknami i werandą. Pewnego wieczoru zdjąłem z „sama” brezentową płachtę i zajechałem nim do redakcyjnych warsztatów samochodowych, gdzie mechanik dokonał przeglądu wozu, zobowłązując się zachować tajenmicę. Bałem się bowiem, że stanę się przedmiotem kpin mych redakcyjnych kolegów, posiadających piękne, nowoczesne samochody.
Gdy wprowadziłem „sama" do warsztatów, najpierw oczywiście powitał mnie wybuch śmiechu mechanika. Potem jednak mechanik przestał się śmiać. A stało się to po otwarciu maski mego wehikułu.
- Dwanaście cylindrów! - to był pierwszy, pełen zdumienia okrzyk mechanika. Za nim posypały się dalszer pełne zachwytu:
- Czy pan wie, co za motor posiada ta poczwara? Silnik najnowocześniejszego ferrari 410 Super-Amerika. Widzi pan tę tabliczkę? To silnik od ferrarl, jednego z najszybszych w świecie samoehodów turystyczno-sportowych. Jego szybkość maksymalna przy przełożeniach, które tu widzę, wynosi: 250 km na godzinę. Panie, to najszybszy samochód, jaki jeździ po polskich drogach. Skąd pański wuj wziął ten silnik?
Nie miałem pojęcia, skąd wuj Gromiłło zdobył silnik samochodu włoskiego ferrari 410. Okazało się zresztą, że nie tylko silnik, ale i podwozie było od tego typu wozu. Tylko karoseria, a właściwie górna obudowa wozu, została zrobiona „domowym systemem", stąd i straszliwa brzydota całego pojazdu.
- Już wiem - powiedział mechanik - pański wuj mieszkał w Krakowie, tak? Otóż czytałem w gazecie, że jakiś Włoch przed dwoma laty rozbił się na drodze do Zakopanego, jadąc zbyt szybko właśnie wozem ferrari 410. Zapewne pański wuj kupił ten rozbity samochód, odremontował silnik i dorobił sam zniszczoną karoserię.
Przegląd samochodu trwał dość długo. Dopiero o trzeciej nad ranem - przez puste ulice i pod osłoną mroku - wymknąłem się z miasta. Cały tył „sama" wypełnłał sprzęt turystyczny, który zabrałem ze sobą na urlop; we wnętrzu wozu cicho grało radio. Ale o wiele przyjemniej od muzyki brzmiało mi echo słów mechanika, który powiedział żegnając się ze mną:
- Zbyt mało miałem czasu, aby dokładnie spenetrować pański pojazd, Oświadczam jednak, że jest w nim wiele urządzeń, których przeznaczenia nie zdołałem wyjaśnić. Podczas podróży pański wóz sprawi panu wiele przyjemnych niespodzianek.
...
Amondo197702