Eckhart z Hochheim
Księga Boskich pocieszeń II
Benedictus deus et pater domini nostri Jesu Christi etc. (2 Kor l, 3)
Inna jeszcze istnieje pociecha, Kiedy człowiek stracił jakieś dobro zewnętrzne: przyjaciela, krewnego, oko, rękę itd., niech nie wątpi, że jeśli będzie to znosił cierpliwie ze względu na Boga, wtedy zyska u Niego w zamian za to przynajmniej równowartość ceny, jaką by się zgodził zapłacić dla uniknięcia tej straty.
Przypuśćmy, na przykład, że stracił oko, a zamiast tego wolałby stracić tysiąc, sześć albo i więcej tysięcy marek - wówczas na pewno zyskałby u Boga równowartość tego, co stawiał w zamian za uniknięcie tej straty i cierpienia. O tym właśnie myślał Chrystus, kiedy mówił: "Lepiej by ci było wejść do życia wiecznego z jednym okiem, aniżeli z oboma pójść na potępienie" (Mt 18, 9). "Kto opuści ojca i matkę, brata i siostrę, domostwo lub pole, albo inne jeszcze dobra, ten stokroć otrzyma, a nadto jeszcze życie wieczne" (Mt 19, 29).
Na moją szczęśliwość i na Boską Prawdę! nie zawaham się powiedzieć, że kto ze względu na Boga i dobroć opuszcza ojca i matkę, brata i siostrę lub inne dobra, ten stokroć otrzymuje na dwa sposoby. Po pierwsze, przez to że ojciec i matka, brat i siostra stają się mu stokroć milsi niż są mu teraz. Po drugie, nie tylko stu ludzi, ale wszyscy oni stają mu się, jako ludzie, nieporównanie milsi niż teraz są mu w swej naturze jego ojciec, matka czy brat.
Nieświadomość tego bierze się u człowieka jedynie stąd, że jeszcze nie opuścił całkowicie ojca, matki, siostry, brata ani innych rzeczy wyłącznie ze względu na Boga i dobroć. Bo czy rzeczywiście ze względu na Boga opuścił ojca i matkę, brata i siostrę, ten kto na ziemi znajduje ich jeszcze w swym sercu, kogo jeszcze zasmuca i niepokoi coś, co nie jest Bogiem? Czy opuścił wszystko, ze względu na Boga, ten kto się jeszcze ogląda za tym i tamtym dobrem i do niego przywiązuje wagę? Św. Augustyn powiada:
usuń to i tamto dobro
a wtedy pozostanie czysta, niczym nie ograniczona samoistna Dobroć - to Bóg. Bo jak powiedziałem wyżej, to i tamto dobro niczego nie dodaje Dobroci, lecz ją w nas przesłania i zakrywa. Rozumie i uświadamia to sobie ten, kto widzi to i ogląda w Prawdzie, gdyż jest to prawdziwe tylko w niej; tam więc, nigdzie indziej należy szukać zrozumienia tego.
Wiedzcie jednak, że w posiadaniu cnoty i pragnieniu cierpienia zachodzi pewne stopniowanie. To samo zresztą obserwujemy w naturze: jeden przewyższa drugiego pięknym wyglądem, wiedzą, biegłością w jakiejś sztuce itd. Tak też i ja powiadam: Człowiek naprawdę dobry nie może się odłączyć od Boga ani od dobroci, mimo że się chwieje i mniej lub bardziej ulega poruszeniom naturalnej miłości do ojca, matki, brata lub siostry. Ale miarą jego dobroci będzie właśnie stopień ulegania pociechom i poruszeniom naturalnej miłości i skłonności do ojca, matki, siostry, brata i do siebie samego oraz uświadamiania tego sobie.
Niemniej prawdą jest to, co wyżej napisałem: gdyby ktoś, w swym poddaniu się woli Bożej, potrafił przyjąć to a jako wymóg Bożej sprawiedliwości, która w następstwie grzechu pierwszych ludzi domaga się takiej właśnie ułomności u człowieka, gdyby przy tym, ze względu na tę samą wolę Bożą, był gotów się uwolnić od tej ułomności, wówczas należałoby jego postawę uznać za całkowicie dobrą, na pewno też doznałby pociechy w cierpieniu. To właśnie ma na myśli św. Jan, gdy mówi, że prawdziwe "światło świeci w ciemności" (J l, 5), i św. Paweł, który powiada, że "cnota doskonali się w słabości" (2 Kor 12, 9). Gdyby złodziej potrafił przyjąć śmierć szczerze, w pełni, dobrowolnie, chętnie i radośnie, wyłącznie z umiłowania Bożej sprawiedliwości, tej która Bogu każe posyłać złoczyńcę na śmierć, złodziej ten niewątpliwie by się zbawił i dostąpił wiecznej szczęśliwości.
A oto następna pociecha: Każdy chyba dałby się chętnie na przeciąg roku pozbawić jednego oka albo nawet obojga, gdyby mógł przez to ocalić swego przyjaciela od śmierci i oglądać go żyjącym, a potem na powrót odzyskać oko. A jeśli ktoś by się zgodził pozostać przez rok bez oka, po to by uratować od śmierci kogoś, kto po niewielu latach będzie i tak musiał umrzeć, o ileż słuszniej i z większą gotowością powinien taki człowiek wyrzec się tych dziesięciu, dwudziestu czy trzydziestu lat, jakie mu może pozostają, po to by sobie zapewnić wieczną szczęśliwość i oglądać na wieki Boga w Jego Boskim świetle, a w Nim - siebie samego i wszystkie stworzenia.
Inna jeszcze pociecha: Dobremu, jako narodzonemu jedynie z dobroci i stanowiącemu jej odbicie, wszystko co stworzone, wszelkie "to i tamto" wydaje się nieznośne, gorzkie i szkodliwe. Stąd utrata tego równa się zniknięciu i pozbyciu się bólu, udręki i szkody. A
utrata cierpienia
to, wierzcie mi, prawdziwa pociecha. Dlatego niech człowiek nie narzeka na żadną stratę. Niech na to się uskarża, że nie zna pociechy i że ta nie jest w stanie go pocieszyć - podobnie jak choremu nie smakuje słodkie wino. Niech żałuje tego, że jak napisałem wyżej, jeszcze nie jest całkowicie wolny od formy stworzeń i w całym swym bycie nie nabył dotychczas kształtu dobroci.
Niech cierpiący pamięta też o tym, że Bóg mówi prawdę, a gdy czyni jakieś obietnice, przysięga na siebie samego jako na Prawdę. Gdyby się sprzeniewierzył swemu słowu, swej Prawdzie, sprzeniewierzyłby się swemu Bóstwu i przestałby być Bogiem, bo On jest" swoim słowem i swoją prawdą. Otóż Jego słowo mówi, że nasze cierpienie ma się przemienić w radość (Jr 31, 13). Gdybym wiedział z całą pewnością, że wszystkie moje kamienie mają się zamienić w złoto, wówczas niewątpliwie im liczniejsze i większe by były, tym bardziej bym się cieszył; owszem, prosiłbym o nie i w miarę możliwości nabyłbym ich wiele i dużych, a im więcej by ich było, im większe, tym by mi były milsze. W ten sposób człowiek z pewnością by znalazł niemałą pociechę w swym cierpieniu.
Powiem jeszcze coś, także podobnego. Otóż żadne naczynie nie może zawierać w sobie dwóch różnych napojów. Jeśli chcę je napełnić winem, muszę wylać wodę, tak żeby ono było puste i wolne. Podobnie, jeśli chcesz się wypełnić Bożą radością i Bogiem, musisz koniecznie usunąć ze siebie stworzenia.
Św. Augustyn mówi: "Wylej, ażeby cię napełniono. Naucz się nie kochać, ażebyś się nauczył kochać. Odwróć się, po to żebyś się zwrócił". Krótko mówiąc: żeby coś mogło przyjąć i napełnić się, musi się opróżnić. Mistrzowie powiadają: gdyby w oku w chwili patrzenia znajdowała się jakaś barwa, wówczas nie mogłoby widzieć ani tej, która w nim jest, ani żadnej innej; widzi ono wszystkie barwy dlatego tylko, że jest puste. Ściana ma jakąś barwę, toteż nie poznaje ani tej swojej, ani żadnej innej, żadna jej też nie cieszy: złoto lub lazur cieszą ją swym kolorem równie mało co węgiel. Oko jest zupełnie bezbarwne, a mimo to ma wszystkie barwy w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu, ponieważ je poznaje z przyjemnością, radością i rozkoszą. A im doskonalsze i czystsze są władze duszy, tym doskonalej i pełniej odbierają swój przedmiot, tym więcej otrzymują, tym większej doznają rozkoszy i tworzą coraz ściślejszą jedność ze swoim przedmiotem - tak ścisłą, że najwyższa władza duszy, ta która od wszystkiego jest wolna i z niczym nie ma nic wspólnego, przyjmuje samego Boga, w całej wielkości i pełni Jego bytu.
[Gdzie indziej tę ,,najwyższą, władzę" Eckhart nazywa "czymś w duszy" albo też uważa za coś "bezimiennego", co nie jest władzą. Jest to "głębia duszy" lub "iskierka".]
Mistrzowie zaś wykazują, że temu zjednoczeniu, przepływowi i rozkoszy nie zdoła dorównać żadna inna radość i rozkosz. Dlatego Chrystus wypowiedział te znamienne słowa: "Błogosławieni ubodzy w duchu" (Mt 5, 3).
Ubogi to ten, który nic nie ma
,,Ubogi w duchu" znaczy: jak ubogie w barwy i od nich wolne jest oko, a dzięki temu może je wszystkie przyjmować, tak ubogi w duchu otwarty jest na przyjęcie każdego ducha, także najwyższego z nich - Boga.
Owoce Ducha to miłość, radość i pokój
Pustka, ubóstwo, brak wszystkiego i próżnia przemieniają naturę: dzięki próżni podnosi się woda, dzieją się też inne niezwykłe rzeczy, o których teraz nie będę mówił.
Dlatego jeśli chcesz szukać i zaznać w Bogu pełnej radości i pociechy, bacz, żebyś był wolny od wszystkich stworzeń i płynącej od nich pociechy. Bądź pewien, że dopóki jej od nich doznajesz lub możesz doznawać, nigdy nie znajdziesz prawdziwego pocieszenia. Ale kiedy już nic poza Bogiem nie może cię pocieszyć, bądź pewien, że wtedy niesie ci pociechę On, a wraz z Nim i w Nim - wszystko co stanowi rozkosz. Jeśli ci daje pociechę coś, co nie jest Bogiem, wówczas nie masz jej ani tu, ani tam. Jeżeli natomiast stworzenie nie przynosi ci pociechy ani nie smakuje, wówczas znajdujesz ją zarówno tutaj, jak i tam.
Gdyby ktoś zdołał opróżnić kielich całkowicie i nie dopuścić, żeby cokolwiek, nawet powietrze go wypełniało, wtedy z pewnością utraciłby i zapoznał swoją własną naturę, a próżnia wyniosłaby go wysoko, aż do niebios. Tak samo unosi duszę ku Bogu całkowita wolność od stworzeń, ich brak i nieobecność.
[Mamy tu wymienione trzy Imiona Osób Bożych: Jeden (Ojciec), Podobieństwo (Syn), Miłość (Duch Święty). W Kazaniach spotkać można wiele innych jeszcze Imion własnych lub przypisanych.]
Ku górze unosi też podobieństwo i żar. W Bóstwie podobieństwo przypisujemy Synowi, żar zaś i miłość Duchowi Świętemu. We wszystkich rzeczach, a w szczególności i na pierwszym miejscu - w Bożej naturze, podobieństwo pojawia się przez rodzenie Jednego. Podobieństwo zaś pochodzące od Jednego stanowi w Nim i wraz z Nim początek i
źródło gorejącej, płomiennej Miłości
Jedno to Początek bez początku. Podobieństwo jest Początkiem pochodzącym tylko od Jednego, od Niego też i w Nim otrzymuje to, że jest i że jest Początkiem. Miłość, mocą samej swej natury, tryska i wypływa z Dwóch jako jednej Zasady. Jedno jako takie nie jest źródłem Miłości, Dwaj jako Dwaj - równie nie. Tylko Dwaj jako Jedno stanowią konieczne źródło Miłości naturalnej, nieprzepartej, płomiennej.
Salomon powiada, że wszystkie wody, to znaczy wszystkie stworzenia, odpływają i wracają od swego źródła (Koh l, 3n). Dlatego musi być prawdą, to co powiedziałem: podobieństwo i płomienna Miłość porywają duszę ku górze oraz prowadzą ją i wiodą do Pierwszego Źródła, do Jednego, tego które jest Ojcem wszystkiego w niebie i na ziemi (por. Ef 4, 6). Twierdzę zatem, że zrodzone z Jednego Podobieństwo wiedzie duszę ku Bogu jako tajemnej jedności - to bowiem znaczy "Jeden". Możemy to unaocznić za pomocą trafnego porównania. Kiedy materialny ogień zapali drewno, wówczas iskra otrzymuje naturę ognia i upodabnia się do czystego ognia znajdującego się bezpośrednio pod niebem. Zapomina ona natychmiast i porzuca ojca i matkę, brata i siostrę na ziemi i pędzi ku swemu ojcu niebieskiemu. Ojcem ziemskim iskry jest ogień, matką - drewno, jego braćmi i siostrami - inne iskry.
Pierwsza iskierka
nie czeka na nie, lecz szybko się wzbija ku swemu prawdziwemu ojcu, który jest w niebie. Bo kto zna prawdę, ten wie przecież, że ogień jako taki nie jest prawdziwym, właściwym ojcem iskry. Ojcem tym, zarówno iskry, jak i wszystkiego innego co ma naturę ognia, jest niebo. Zwrócić tu także należy baczną uwagę, że ta iskierka opuszcza na ziemi nie tylko ojca, matkę, brata i siostrę; ona opuszcza i zapomina również samą siebie, bo miłość popycha ją ku jej prawdziwiemu ojcu, ku niebu. W tym pędzie unicestwia samą siebie, bo w zimnym powietrzu musi zgasnąć. Za wszelką cenę pragnie głosić swą naturalną miłość ku swemu prawdziwemu niebieskiemu ojcu.
Kiedy mówiłem wyżej o pustce i ogołoceniu, powiedziałem 31, że im dusza jest czystsza, uboższa i bardziej ogołocona, im mniej ma w sobie stworzeń, im wolniejsza jest od wszystkich rzeczy, które nie są Boże, tym czyściej ujmuje Boga, tym więcej w Nim poznaje, z Nim tworzy ściślejsze jedno, w Niego się wpatruje, a On w nią, twarzą w twarz, jakby - mówiąc słowami św. Pawła - przekształcona w Obrazie (2 Kor 3, 18; Rz 8, 29). To samo powiem teraz o Podobieństwie i Ogniu Miłości.
Bo im bardziej jakaś rzecz upodabnia się do drugiej, tym bardziej ją coś ku tamtej pędzi, a jej pęd staje się szybszy i większym ją napełnia szczęściem i rozkoszą. Im dalej też ta rzecz odejdzie od siebie samej i od tego wszystkiego, co nie jest tym, ku czemu pędzi, im bardziej niepodobna się staje sobie samej i temu wszystkiemu, co nie jest tamtym, w tej samej mierze i nieustannie się upodabnia do tego, ku czemu pędzi. A ponieważ Podobieństwo wypływa z Jednego, Jego też mocą wabi i przyciąga; dlatego ani to co przyciąga, ani to co jest przyciągane, nie może zaznać spoczynku ni zadowolenia, jak długo nie staną się jednym. W tym właśnie sensie należy rozumieć słowa Pana z proroctwa Izajasza: Nie wystarczy mi najwyższe nawet podobieństwo, nie zadowoli mnie żaden pokój miłości, dopóki ja sam się nie objawię w Synu, nie zapłonę i nie rozpalę się w miłości Ducha Świętego (Iz 62, 1). Chrystus prosił też swego Ojca o to, żebyśmy się z Nim i w Nim nie tylko zjednoczyli, ale się stali jedno (J 17, 20n). Również w świecie zewnętrznym, w naturze, znajdujemy wymowny obraz i sugestywne świadectwo potwierdzające te słowa i tę prawdę.
Kiedy mianowicie ogień zaczyna właściwe sobie działanie i zapala drewno, wtedy czyni je delikatnym i jemu samemu niepodobnym, pozbawia je jego pospolitej natury, chłodu, ciężkości i wilgotności, coraz bardziej upodabniając je do siebie samego. Jednakże ani ogień, ani drewno nie uspokoi się, nie ucieszy ani nie znajdzie zadowolenia, przy najwyższym nawet rozgrzaniu i upodobnieniu, dopóki ogień nie zrodzi siebie samego w drewnie oraz nie przekaże mu swojej własnej natury i bytu, tak że wszystko będzie jednym tylko ogniem, obu stronom jednakowo właściwym, bez najmniejszej różnicy, bez więcej lub mniej. Dlatego też aż do nadejścia tego momentu, pomiędzy ogniem a drewnem nie ustają dym, zmaganie się, trzaski, mozół i walka. Ale
gdy zniknie wszelka różnica
wtedy ucisza się ogień, milknie też drewno. Powiem też więcej, a zgodnie z prawdą: utajona w naturze siła w skrytości nienawidzi podobieństwa w tej mierze, w jakiej ono zawiera w sobie różnicę i zdwojenie, szuka w nim natomiast jednego, które podobieństwo ma w sobie i które w nim ta siła kocha dla niego samego. Tak samo usta szukają w winie smaku, to jest słodyczy. Gdyby woda miała smak wina, wówczas usta nie miałyby w winie więcej upodobania niż w wodzie.
Z tej właśnie przyczyny powiedziałem, że w podobieństwie dusza nienawidzi podobieństwa i nie kocha go w nim samym i dla niego samego, kocha je raczej ze względu na ukryte w nim Jedno, które jest prawdziwym Ojcem, Początkiem bez początku wszystkiego co "w niebie i na ziemi". Dlatego mówię: jak długo między ogniem a drewnem istnieje i przejawia się podobieństwo, nie będzie tam prawdziwej radości, milczenia, spoczynku ani zadowolenia. Z tej racji mistrzowie mówią: stawaniu się ognia towarzyszy zmaganie się, wzburzenie, niepokój i czas, jego natomiast narodzeniu i radości obce są czas i odległość. Radość i wesele nikomu się nie kojarzy z dłużyzną i oddaleniem. Wszystko co tu powiedziałem, zgadza się z myślą Chrystusa: "Kobieta, kiedy rodzi, doznaje bólu, udręki i smutku, ale z chwilą narodzenia się dziecka zapomina o bólu i udręce" (J 16, 21). Dlatego w Ewangelii Pan upomina nas i zachęca, żebyśmy prosili Ojca niebieskiego o radość pełną. Św. Filip powiedział wtedy: "Panie, ukaż nam Ojca, a wystarczy nam" (J 14, 8). "Ojciec" nie znaczy bowiem "podobieństwo", lecz "zrodzenie" i "jedno", w którym podobieństwo milknie, a ucisza się też wszystko, co pragnie bytu.
Możemy teraz jasno pojąć, dlaczego, z jakiego powodu człowiek nie doznaje pociechy w bólu i udręce oraz po szkodzie. W grę wchodzi tu stale jedna tylko i ta sama przyczyna: człowiek znajduje się daleko od Boga, nie uwolnił się od stworzeń, nie jest Jemu podobny i
oziębła w nim Jego miłość.
Ale jest tu coś innego jeszcze, a kto by zechciał dostrzec to i zrozumieć, doznałby należnej pociechy od przyczyn zewnętrznych. Ktoś poszedł jakąś drogą, dokonał albo też poniechał jakiegoś dzieła i właśnie przy tym spotkało go nieszczęście, złamał nogę lub rękę, stracił oko lub zachorował. A potem ciągle myśli sobie: "Gdybym był poszedł inną drogą albo czym innym się zajął, to by mi się nie przydarzyło". I tak trwa niepocieszony w przygniatającym go cierpieniu. A powinien sobie raczej pomyśleć: "Gdybym poszedł inną drogą albo co innego robił czy nie robił, mogłaby mi się łatwo przytrafić jakaś inna, znacznie cięższa szkoda lub kłopot". W ten sposób dozna należnej pociechy.
Wyobraźcie sobie inną jeszcze sytuację: straciłeś tysiąc marek. Nie płacz za nimi! Dziękuj Bogu za to, że ci je dał, byś mógł je stracić i pozwolił ci w ten sposób, przez ćwiczenie się w cnocie cierpliwości, zasłużyć na życie wieczne, co przecież tysiącom ludzi nie jest dane.
A oto inny jeszcze sposób pocieszenia człowieka: Przypuśćmy, że ktoś przez całe lata cieszył się szacunkiem i żył w pokoju, a oto z Bożego rozporządzenia traci to wszystko. Cóż ma wtedy czynić? Niech się dobrze zastanowi i Bogu dziękuje! Bo kiedy widzi nieszczęście i udrękę, które nań spadły, dopiero wtedy uświadamia sobie, jakimi przedtem cieszył się przywilejami i bezpieczeństwem. Niech zatem dziękuje Bogu za bezpieczne życie, które wiódł tyle lat, nie doceniając tego należycie, i niech nie narzeka. Powinien pamiętać, że w swym naturalnym bycie ma ze siebie samego tylko złość i ułomność. Żadnego dobra Bóg nie dał mu na własność, lecz tylko użyczył. Kto bowiem zna prawdę, ten wie, że Bóg, Ojciec niebieski, wszystko dobre daje Synowi i Duchowi Świętemu, stworzeniu natomiast żadnego dobra nie daje, lecz tylko użycza. Ciepło słońce powietrzu daje, światła natomiast tylko mu użycza. Dlatego światło traci natychmiast po zachodzie słońca, zachowuje natomiast ciepło jako dane mu na własność. Stąd też mistrzowie mówią, że Bóg,
Ojciec niebieski
nie jest Panem lecz Ojcem Syna, a podobnie nie jest też Panem Ducha Świętego. Ale Bóg Ojciec-Syn-Boży-Duch-Swięty jest Panem - a mianowicie dla stworzeń. Mówimy więc, że Bóg był Ojcem od wieków, Panem natomiast zaczął być od momentu pojawienia się stworzeń.
Zatem jeśli wszystko dobre, pocieszające i czasowe zostało człowiekowi tylko użyczone, jakiż on ma powód do skargi, kiedy Ten kto mu pożyczył, żąda zwrotu? Powinien dziękować Bogu za to, że wypożyczoną rzecz zezwolił mu tak długo zatrzymać. Niech Mu też będzie wdzięczny, że nie cofa równocześnie wszystkiego, co pożyczył, byłoby przecież nader słuszne, gdyby odebrał wszystko mu użyczone, wtedy gdy człowiek się oburza, że On odbiera część tego, co nigdy nie było jego własnością, czego nie był panem. Toteż prorok Jeremiasz, gdy spadło nań wielkie cierpienie, słusznie wołał w Lamentacjach: "O, jakże wielkie miłosierdzie Pana, żeśmy nie pomarli!" (Lm 3, 22). Gdyby ten kto mi wypożyczył bluzę, kurtkę i płaszcz, wziął mi swoją bluzę, a pozostawił na czas mrozów kurtkę i płaszcz, słusznie powinienem mu dziękować i okazywać radość. Winniśmy sobie jasno zdać sprawę zwłaszcza z tego, jak niesłusznie postępujemy, gdy się złościmy i narzekamy z powodu utraty jakiejś rzeczy. Bo jeśli dobro, które mam, chcę uważać nie za wypożyczone, lecz dane mi na własność, wówczas chcę być panem i Synem Bożym wedle natury i w pełnym tego słowa znaczeniu, podczas gdy nie jestem nawet synem Bożym z łaski; bo Synowi Bożemu i Duchowi Świętemu właściwy jest jednakowy stosunek do wszystkich rzeczy.
Wiedzieć także należy, że już przyrodzona ludzka cnota jest bez wątpienia tak szlachetna i potężna, iż żaden zewnętrzny uczynek nie wydaje się jej zbyt trudny ani na tyle wielki, żeby cała się mogła w nim wyrazić i odcisnąć. Dlatego też istnieje uczynek wewnętrzny, którego nie mogą objąć i w sobie zamknąć czas ani przestrzeń, w którym się zawiera
coś Boskiego i podobnego Bogu
też nie objętemu czasem ani przestrzenią. Jest on wszędzie i zawsze jednakowo obecny, a do Boga upodabnia się przez to również, że nie zdoła go pomieścić w sobie żadne stworzenie ani nie może się w nim całkowicie odcisnąć Boża dobroć. Dlatego musi istnieć coś bardziej wewnętrznego, wyższego i niestworzonego, nie objętego miarą i sposobem, w czym Ojciec niebieski mógłby się cały odcisnąć, przelać i objawić; to Syn i Duch Święty. Temu wewnętrznemu uczynkowi cnoty tak samo nie można przeszkodzić, jak nie można Bogu. Błyszczy on i świeci dniem i nocą, wysławia Boga i śpiewa Mu nową pieśń pochwalną, zgodnie ze słowami Dawida: "Śpiewajcie Bogu pieśń nową" (Ps 96,1). Bóg nie ma upodobania w chwale ziemskiej ani też w uczynku zewnętrznym, objętym czasem i przestrzenią, ciasnym, takim który można utrudniać i wymuszać, który wraz z upływem czasu i na skutek powtarzania męczy się i starzeje. Tamten uczynek polega natomiast na miłowaniu Boga oraz pragnieniu dobra i dobroci - w taki sposób, że wszystko czego by człowiek czystą i całą wolą chciał i mógł dokonać w dobrych uczynkach, tym samym już tego dokonał. I w tym także podobny jest Bogu, o Nim bowiem Dawid pisze: "Uczynił teraz wszystko i dokonał, czego tylko chciał" (Ps 135, 6).
Dla zobrazowania tej nauki posłużmy się przykładem kamienia. Jego działaniem zewnętrznym jest spadanie - tak długo, dopóki się nie znajdzie na ziemi.
[Przykład zaczerpniętych najczęściej od Arystotelesa poglądów kosmologicznych średniowiecza, według których każda rzecz ma swoje naturalne miejsce. Kamień ma je na ziemi, miejscem zaś ognia Jest niebo.]
Działanie to może ulec zahamowaniu, również kamień nie zawsze spada i nie bez przerwy. Właściwie mu jest jednak inne jeszcze działanie, bardziej wewnętrzne, a mianowicie sama skłonność do opadania. Jest ona mu wrodzona i nie może go jej pozbawić Bóg ani żadne stworzenie. Tego działania kamień dokonuje nieprzerwanie, dniem i nocą. I gdyby nawet tysiąc lat leżał gdzieś wysoko, tę skłonność do opadania zachowałby w tym samym stopniu, w jakim ją miał pierwszego dnia.
To samo należy, moim zdaniem, odnieść do cnoty. Ona także ma wewnętrzne działanie, a mianowicie dążenie i skłonność do każdego dobra oraz unikanie i sprzeciw wobec wszystkiego co złe i niepodobne dobru oraz Bogu 30. A im gorszy uczynek, im bardziej niepodobny do Boga, tym silniejszy ten opór. Im lepszy natomiast i do Niego podobniejszy, tym łatwiejszy, milszy i bardziej dla cnoty rozkoszny. Cała jej troska i cierpienie - o ile one ją w ogóle mogą dotknąć - sprowadzają się do tego, że to cierpienie przyjmowane ze względu na Boga i każdy uczynek spełniany w czasie są o wiele za małe na to, by mogła się w nich cała objawić i ukazać oraz znaleźć w nich swój pełny wyraz. Umacnia ją ćwiczenie, wzbogaca hojność. Nie chciałby już mieć całkowicie poza sobą bólu i frasunku, chce i pragnie nieustannie cierpieć ze względu na Boga i dla dobra innych. Całe jej szczęście polega na cierpieniu dla Boga, nie zaś na jego ustąpieniu. Stąd te pełne serdeczności słowa Chrystusa:
Błogosławieni, którzy cierpią dla sprawiedliwości (Mt 5, 10)
Nie mówi: "którzy cierpieli". Człowiek taki nienawidzi cierpienia, które już minęło, bo nie takie kocha; ma on ze względu na Boga upodobanie jedynie w przezwyciężaniu cierpienia i w ponoszonej wskutek niego szkodzie. Dlatego ktoś taki, według mnie, nienawidzi też przyszłego cierpienia, bo to także nie jest prawdziwe. Przyszłego nienawidzi jednak mniej niż minionego, gdyż to ostatnie jest bardziej oddalone od cierpienia i mniej ma do niego podobieństwa, jako że minęło już całkowicie. To zaś, które ma dopiero nadejść, nie pozbawia go w całości tego cierpienia, w którym ma upodobanie.
Św. Paweł mówi, że ze względu na Boga, dla pomnożenia Jego chwały, chciałby być Go pozbawionym (Rz 9, 3)". Niektórzy twierdzą, że te słowa wypowiedział w czasie, kiedy jeszcze nie osiągnął doskonałości. Ja natomiast uważam, że wypłynęły one z serca doskonałego. Mówią też, że pragnął oddzielenia od Boga tylko na jeden moment. Otóż moim zdaniem, doskonały nie chciałby odłączenia od Boga na jedną godzinę, tak samo jak i na tysiąc lat. Gdyby jednak motywem takiego odłączenia była wola Boga i Jego chwała, tysiąc lat czy nawet wieczność wydałyby mu się równie łatwe co jeden dzień lub godzina.
A oto jeszcze inna racja, dla której to wewnętrzne działanie jest Boskie, Bogu-podobne i Jego właściwości przejawia. Otóż jak wszystkie stworzenia, choćby istniało tysiąc światów, nie zdołałyby nawet o jeden włos wartością przewyższyć jednego Boga, tak też (o czym już zresztą mówiłem wyżej) działanie zewnętrzne, przy całym jego zasięgu, wielkości, długości i rozległości, absolutnie nie dorównuje dobrocią wewnętrznemu. To bowiem dobroć swą zawiera w sobie samym. Dlatego zewnętrzne nigdy nie może być małe, jeśli wewnętrzne jest wielkie, a podobnie też zewnętrzne nigdy nie może być wielkie ani dobre, kiedy wewnętrzne jest małe i bezwartościowe. Działanie wewnętrzne zawsze zawiera w sobie wszelką wielkość, rozległość i długość. Cały swój byt zawdzięcza jedynie Bożemu Sercu, w nim go czerpie. W łonie Ojca niebieskiego bierze Syna i jako On się rodzi.
Inaczej jest z działaniem zewnętrznym: swą Boską dobroć otrzymuje ono za pośrednictwem wewnętrznego; dobroć ta wyszła i rozlała się z Bóstwa, wtedy kiedy się Ono zniżyło, przyodziane różnicą, wielością i złożeniem; ale wszystko to, jak i inne tego rodzaju formy, nie wyłączając nawet podobieństwa, są Bogu dalekie i obce, wszystkie one bowiem związane są z dobrami szczegółowymi, oświeconymi i stworzonymi, w nich trwają i znajdują spoczynek, całkowicie ślepe na dobro i światło samo w sobie oraz na Jedno, w którym Bóg rodzi swego jedynego Syna, a w Nim wszystkich tych, którzy są dziećmi Bożymi i zrodzonymi synami. W Nim (to jest w Jednym) znajduje się źródło, z którego wypływa i pochodzi Duch Święty; od Niego samego, jako Ducha Bożego i Boga, otrzymujemy Syna.
...
Retland