Pandemia I-V.pdf
(
235 KB
)
Pobierz
Pandemia
Pandemia
autorstwa
S
uhaka
UWAGA!
Zabraniam kopiowania całości tekstu bądź jego fragmentów na swoje strony,
blogi, chomiki itd. bez mojej wyraźnej zgody! Wszelkie plagiaty będę zgłaszać
administracji strony, na której znalazłam plagiat.
Korekta:
Rudaa, Cornelie
PROLOG
Jesień 1918
Edwardzie,
Piszę do Ciebie, choć jestem świadoma, że nie uzyskam żadnej odpowiedzi. Nigdy Cię nie
zapomnę. Wciąż żyję głupią nadzieją, że pewnego dnia zapukasz do moich drzwi, uśmiechniesz się tak,
jak masz w zwyczaju, i zaproponujesz spacer. Ciągle karmię swoje serce naiwnymi wizjami naszych
wspólnych wieczorów, chociaż czuję, że to żałosne.
Wiedz – nie mam Ci nic za złe.
Kocham Cię –
Chloe.
Przełknęła łzy i zgięła kartkę na pół. Powstrzymując szloch, włożyła ją do koperty i
zaadresowała. Coś pociekło po bladym policzku i skapnęło na wypisane drżącą ręką nazwisko
Edwarda. Poczekała, aż wsiąknie, by nie rozmazać atramentu jeszcze bardziej, jednak mokrych
kropek na papierze przybywało. Przygryzając wargę, dokończyła pisać i położyła list na komodzie, by
w najbliższym czasie zanieść go na pocztę i wysłać do kogoś, kto nigdy nie przeczyta tych kilku słów.
ROZDZIAŁ I
Wiosna 1918
Po mroźnej zimie przyszedł czas na wiosnę. Przyroda zaczynała odżywać, tak samo jak
mieszkańcy stanu Illinois. Razem ze śniegiem obciążającym gałęzie drzew i krzewów oraz lodem
pokrywającym drogi topniały ludzkie serca. W powietrzu unosił się słodki zapach kwitnących
jabłoni, a delikatny wietrzyk pieścił twarze tych, którzy wyszli na spacer wzdłuż Missisipi. Chloe
kochała obserwować zmiany w pogodzie – zawsze utożsamiała się z naturą, która ją otaczała.
Smutniała na widok pierwszych płatków śniegu, odżywała na dźwięk śpiewających ptaków na
wiosnę, szalała w upalnym letnim słońcu i uspokajała się, gdy żółkły listki na drzewach. Także wtedy
czuła, jakby coś narodziło się w niej na nowo. I to nie tylko z powodu rozkwitających pąków -
przeprowadziła się na przedmieścia Chicago, na zawsze pożegnawszy smutny obraz
uprzemysłowionego miasta. Od tamtej pory mogła żyć w cyklach, jakie wyznaczała przyroda, i czuła
się z tym wspaniale - jakby coś rozkwitało także w jej sercu.
Chloe Harris mieszkała z ojcem i małym braciszkiem, natomiast matkę pożegnała, gdy ta
rodziła drugie dziecko. Cała trójka zdążyła się już pogodzić z nieobecnością pięknej Margaret, chociaż
każde z nich przeżywało tę śmierć na swój sposób. Ojciec momentami załamywał się i dziewczyna
nie raz przyłapywała go na płaczu nad suknią czy biżuterią martwej żony. Czuła żal i chciała w jakiś
sposób okazać ojcu litość, jednak odchodziła bez słowa, by nie wprawić taty w zakłopotanie. Jej
braciszek, David, jeszcze nie do końca rozumiał całą sytuację – miał niecałe siedem lat – ale i tak
Chloe widziała w jego oczach swego rodzaju smutek na wspomnienie matki. Ona sama myślała o niej
tylko i wyłącznie z uśmiechem, chociaż czasami był on wymuszony, przyodziewany po to, by nie
wybuchnąć płaczem. Nie chciała sprawiać nieżyjącej matce przykrości.
W kwietniu robotnicy zakończyli prace wykończeniowe, więc Harrisowie mogli bez
problemu przeprowadzić się do jednorodzinnego domku pod Chicago, zamykając poprzedni rozdział
swojego życia. Gdy odjeżdżali razem z ostatnimi pudłami, Chloe rzuciła jeszcze raz spojrzenie na
budynek, który nosił w sobie widmo matki, z myślą, że nigdy więcej tego nie zrobi.
Nowe miejsce zamieszkania było cudowne. W okolicy znajdowało się raptem kilka domków i
jeden sklep, a oprócz tego same pola, łąki i lasy. Dziewczyna wpadła w zachwyt. Jej romantyczna
dusza zakochała się od pierwszego wejrzenia w pagórkach i zagajnikach – wreszcie mogła z bliska
obserwować bogactwo fauny i flory.
Edward nie cierpiał zmian pór roku. Nie dlatego, że przeszkadzał mu widok maluchów
tarzających się w śniegu, starszych małżeństw spacerujących jesienią po parkach czy młodych kobiet
przyodziewających letnie sukienki w okolicach lipca – po prostu nie lubił, gdy coś się zmieniało.
Gdyby mógł, sprawiłby, żeby czas zatrzymał się w miejscu, ponieważ nigdy nie potrafił przystosować
się do nowych dla siebie sytuacji. Zazwyczaj wtedy zachowywał się irracjonalnie i niestosownie lub
wprawiał ludzi w zakłopotanie. Nie przepadał więc za chlapą oznaczającą początek przyjemniejszej
pogody ani myślą, że będzie musiał się odzwyczaić od zakładania płaszczy lub cieplejszych butów.
Jednak potem nadchodził moment, gdy wiosna stawała się ukochaną codziennością, stałością, której
pragnął, jednolitością, jakiej pożądał, i spokój na powrót gościł w jego sercu. Nie był zgorzkniały czy
nieszczęśliwy, wręcz przeciwnie – czerpał z życia pełnymi garściami, ale w zupełnie inny sposób niż
jego rówieśnicy. Miał niecałe siedemnaście lat, jednak nie do końca odnajdywał się w towarzystwie
innych nastolatków. Czasami czuł się, jakby pochodził z innego świata, ale radził sobie z tym.
Mimo że wyobcowanie nie sprawiało problemu młodemu Masenowi, przydawało to
zmartwień jego matce - Elizabeth. Pragnęła mieć więcej dzieci, lecz nie mogła i sam Edward okazał
się cudem. Kochała swojego synka ponad własne życie, był dla niej sensem istnienia, pociechą.
Należał do niezwykle przystojnych chłopców i pani Masen miała tę świadomość. Nie potrafiła ukryć
uśmiechu za każdym razem, gdy widziała miny zapatrzonych w niego dziewcząt. A on wciąż i wciąż
pozostawał sam.
- Mamo, zaraz umrę z głodu – usłyszała jego głos, a następnie trzaśnięcie drzwi. Uśmiechnęła
się pod nosem, nie odpowiadając ani nawet nie podnosząc wzroku. Szorowała dokładnie garnki i
inne naczynia, czekając na moment, w którym chłopak wejdzie do kuchni i ujrzawszy przyszykowane
jedzenie, zacznie się zajadać. Zanuciła wesoło jakąś melodię i opłukała mały półmisek, gdy poczuła
pocałunek na prawym policzku, a jej uszu chwilę potem dobiegł dźwięk odsuwanego krzesła.
- Jak ci minął dzień? – zagadnęła po chwili, wycierając ręce o ścierkę kuchenną i odwracając
się do siedemnastolatka. Na wargach młodzieńca zabłąkał się uśmiech, a w oczach błysnęły iskierki.
- Joseph pokazał mi świetne miejsce. Całkowite odludzie - cisza, spokój… – wymamrotał
pomiędzy kolejnymi łyżkami pomidorówki.
- Joseph? Ten Żyd?
- Przestań, mamo – wymamrotał, wbijając wzrok w zupę. Kiwnęła głową i usiadła na krześle
obok.
- A co tam u tej dziewczyny, którą poznałeś u Stephena?
- Nic – uciął, przechylając talerz, by łatwiej mu było opróżnić jego zawartość.
- Nie spotkałeś się z nią od tamtego czasu?
- Nie.
Westchnęła i oparła głowę na ręce podpartej na łokciu, obserwując, jak syn kończy posiłek.
- Dziurę zaraz wyskrobiesz na dnie. Coś ty taki głodny?
- Och, mamo… - jęknął, zamieniając puste naczynie na drugie danie, po czym zaczął jeść.
Obserwowała z czułością każdy jego ruch, a on, tak jak zawsze, przewracał oczami, gdy to zauważał,
chociaż kąciki ust drżały mu lekko. Sięgnęła ręką do miedzianych włosów syna i zanurzyła w nich
palce, czochrając je i chichocząc.
- Mój łobuziak – zaśmiała się, gdy odsunął głowę z zasięgu dłoni matki z niezadowoloną miną.
– Jesteś cały spocony. Jak zjesz, zmykaj na górę i się umyj.
- Mamo!!! – zawołał z oburzeniem. – Mam siedemnaście lat, a nie…
- Szesnaście i – zastanowiła się – i dziesięć miesięcy.
- No, to prawie siedemnaście. Nie jestem już małym dzieckiem, nie musisz mi mówić, co
powinienem zrobić.
- Oczywiście – przyznała, zaciskając mocno usta, by nie wybuchnąć śmiechem.
Westchnęła głęboko i poczuła, że uśmiech spełza jej z warg. Przypomniała sobie o wiszącym
nad synem widmie i żal ścisnął serce kobiety. Był zbyt dobry, zbyt niewinny, nieskalany, by
mordować. Zbyt młody i piękny, by cierpieć. Zbyt ważny, by ginąć. Od początku wojny codziennie
myślała o wyroku, jaki spadł na jej pierworodnego, i za każdym razem przerażenie zapierało
Elizabeth dech w piersiach. Przygryzła wargę, pozwalając oczom błądzić po delikatnych, wciąż
chłopięcych rysach, zmierzwionych włosach, silnych ramionach…
- Mamo – wyrwał ją z zamyślenia zmartwiony szept Edwarda. Patrzył na rodzicielkę ze
smutkiem, opuściwszy widelec. – Znowu niepotrzebnie się zamartwiasz.
- Nie zamartwiam się – odparła, czując, jak załamuje się jej głos. Sięgnął ręką przez stół i
jednym ruchem otarł matczyne policzki z łez. Nawet nie miała pojęcia o tym, że płakała.
Tej nocy Chloe wpadła w histerię. Minął tydzień, odkąd spała w nowym domu po raz
pierwszy i znów przyśniła się jej matka. Nigdy wcześniej nie miało to miejsca, toteż dziewczynę
ogarnęło przerażenie, ale nie chciała z nikim dzielić swoich smutków i strachów. Ojciec był zbyt
rzeczowy i zamknięty w swojej skorupie, by poczuć chociaż odrobinę zainteresowania cierpieniem
córki, a David za mały, żeby jakkolwiek pomóc. Więc pozwoliła emocjom wziąć górę i szlochała do
poduszki, drżąc na całym ciele.
Gdy się nieco uspokoiła, wstała, poszła do kuchni i zaparzyła sobie mocną herbatę. Zegarek
wskazywał czwartą nad ranem, więc chodziła na paluszkach, nie chcąc pobudzić domowników.
Zamknęła oczy, wyczekując dźwięku bulgoczącej wody i wsłuchując się w ciszę ciążącą w powietrzu.
Czuła zapach nowości przesiąkający cały dom – drewno, lakier i rabatki na oknie, które obiecała
pielęgnować, wydzielały charakterystyczną dla siebie woń. Otworzyła oczy i pociągnęła parę razy
nosem, spoglądając na krajobraz malujący się za szybą. Niebo było ciemne i bezchmurne, gwiazdy
niczym drobne punkciki migotały z góry, przypominając miniaturowe diamenty. Sierpowaty księżyc
oświetlał pola i łąki widniejące na horyzoncie, rzucając na nie delikatną, srebrną poświatę. I wtedy
zobaczyła majaczącą w ciemności postać.
Najpierw się przestraszyła, przypominając sobie opowieści o duchach, czarownicach,
wilkołakach i wampirach, jednak po chwili skarciła się za zabobonność. Podeszła do okiennic i
zmrużyła oczy, próbując dojrzeć jakieś szczegóły. Człowiek, najprawdopodobniej mężczyzna, siedział
sam na skupisku skał i spoglądał w niebo, trzymając coś w ręku. Przez chwilę zastanawiała się, co za
szaleniec szedłby o czwartej rano na spacer, po czym wyłączyła kuchenkę, zarzuciła cienki płaszcz na
ramiona i wyszła.
Cel jej wyprawy okazał się bardziej oddalony, niż początkowo mogłoby się wydawać. Szła
dobre kilkanaście minut, co jakiś czas upewniając się, że nieznajomy wciąż siedzi na skałach i
odganiając od siebie karcące myśli. Wędrowała w kierunku obcego, czując podniecenie narastające w
sercu. Zupełnie jakby była małą dziewczynką, która przeżywa swoją małą wielką przygodę. Gdy
wdrapała się na wzgórze i od człowieka dzieliło ją zaledwie parę metrów, odwrócił głowę i zauważył
dziewczynę.
Najpierw się przestraszyła i cofnęła o dwa kroki, jednocześnie martwiąc się, że spłoszy
nieznajomego, jednak on prześwidrował ją spojrzeniem i odezwał się.
- Ktoś ty?
Odchrząknęła, prostując się i nieśmiało odpowiedziała.
- Jestem Chloe. – Nabrała pewności siebie; po głosie poznała, że jej rozmówca nie mógł mieć
więcej niż dziewiętnaście lat. – A ty?
Chłopak przyglądał się dziewczynie badawczo, po czym wstał i podszedł kilka kroków.
- Na imię mi Joseph – powiedział dziarsko, kłaniając się nieco. – Co o tej porze taka młoda
dama robi sama w kniejach?
Rozbawiła ją przerysowana maniera w głosie nieznajomego. Gdy się wyprostował, światło
księżyca padło na jego twarz i wreszcie mogła zobaczyć, jak wygląda. Miał mniej więcej osiemnaście
lat, ciemne włosy i ostre rysy. Orzechowe oczy jakby prześwietlały Chloe na wylot, a pomiędzy
brwiami pojawiła się drobna zmarszczka.
- Jesteś w piżamie – zauważył, parsknąwszy śmiechem. Chloe dopiero wtedy sobie to
uświadomiła, opatuliła się więc mocniej płaszczem, czując rumieńce pojawiające się na policzkach.
Joseph milczał przez chwilę, patrząc jej w oczy. Dziewczyna stała jeszcze chwilę, chcąc zapaść się pod
ziemię, po czym odwróciła się na pięcie i zrobiła to, co powinna uczynić wcześniej: wróciła do domu.
Joseph Hingerstein uchodził za dziwaka i dobrze się z tym czuł. Od małego miał w zwyczaju
zachowywać się inaczej, niż się spodziewano, wpadać na niespotykane pomysły czy mówić od rzeczy.
Wychował się w rodzinie judaistycznej, jego dziadek był ortodoksyjnym Żydem i patrzył na swojego
wnuka bardzo nieprzychylnym wzrokiem. Jednak chłopak, mimo przeciwności losu, pozostał sobą i
przypłacił to samotnością.
Chociaż wyśmiewano jego dziwny sposób mówienia, ubrania, przyzwyczajenia, przywary,
nocne spacery i czytanie gazet po ciemku – nigdy nie zobaczył kogoś tak dziwacznego, jak ta
dziewczyna. Kiedy spojrzał na nią pierwszy raz, przeraził się nie na żarty. Wyglądała upiornie: długie,
falowane włosy sterczały we wszystkie strony, ślady łez na policzkach błyszczały w świetle księżyca,
oczy miała wytrzeszczone i przepełnione strachem. Stała jedynie w krótkiej do kolan koszuli nocnej,
na którą zarzuciła męski sporo za duży płaszcz, a na dźwięk jej głosu, na skórze Josepha pojawiła się
gęsia skórka. Kiedy próbował przezwyciężyć strach i nawiązać rozmowę, odeszła bez słowa i
zostawiła go samego.
Chłopak westchnął i otworzył gazetę, której lekturę przerwała mu nieznajoma. Odrzucił od
siebie myśli o duchach, czarownicach, wilkołakach oraz wampirach i zaczął przeglądać nagłówki.
Nowa epidemia atakuje,
głosił jeden z nich. Zmarszczył brwi. Pod spodem napisano mniejszym
drukiem:
Europę zaatakował nowy wirus nieznanej dotąd choroby. W Hiszpanii wybuchła pierwsza
epidemia, rozprzestrzeniając się po Starym Kontynencie w zatrważającym tempie. Lekarze unikają
wypowiedzi na temat nieznanego schorzenia, jednakże nie wygląda ono na groźne.
Na pewno nie jest
śmiertelne –
poinformował nas doktor Henry Fieldson z Londynu.
Najczęściej, co dziwne, zapadają na
nie osoby pomiędzy piętnastym a czterdziestym rokiem życia. Niewiele ofiar umiera, nie należy więc
panikować. Jestem pewien, że to po prostu nowy typ grypy sezonowej –
uspokaja. Miejmy nadzieję,
że ma rację. Obyśmy już nigdy nie musieli się zmagać z epidemią równą dżumie.
Joseph zmarszczył brwi i zamknął gazetę. Spojrzał przed siebie, na dom, który został tu
niedawno wybudowany.
Tam musi mieszkać Chloe
– uznał, obserwując światło na poddaszu. Skrzywił
się nieco; miał żal, że to miejsce, które tyle czasu pozostawało tylko jego i do niedawna jeszcze
Edwarda, będzie codziennym obrazkiem widocznym z okna przedziwnej dziewczyny.
Plik z chomika:
Suhak
Inne pliki z tego folderu:
Pandemia VI-X.pdf
(250 KB)
Pandemia I-X.pdf
(422 KB)
Pandemia I-V.pdf
(235 KB)
Uśmiech przymarzł nam do twarzy.pdf
(55 KB)
Pierwszy.pdf
(48 KB)
Inne foldery tego chomika:
Autorskie
Filmy
Galeria
Muzyka
Z. Prywatne
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin