Norman Davies - Biały Orzeł Czerwona Gwiazda.pdf

(1418 KB) Pobierz
Bialy Orzel, Czerwona Gwiazda
Norman Davies
Biały Orzeł, Czerwona Gwiazda
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1998. Wydanie I. Dodruk.
„Nie da się zaprzeczyć, że najbardziej sensacyjnymi skutkami wojny polsko-bolszewickiej były te, do których nie doszło” -
napisał Norman Davies, wybitny historyk, autor cieszącego się ogromną popularnością Bożego igrzyska. Bitwa warszawska,
która jest kluczowym wydarzeniem omawianej w niniejszej książce wojny polsko-radzieckiej (1919-1921), uchodzi coraz
powszechniej za jedną z najważniejszych bitew XX stulecia. Co oznaczało zwycięstwo sił polskich? Davies stara się oddać
sprawiedliwość bohaterom wydarzeń, które w pamięci narodowej zapisały się jako „Cud nad Wisłą”. Z niezwykłą wprawą
przechodzi od ujęcia panoramicznego do szczegółu, brawurowo posługuje się filmową techniką zmiany perspektywy:
czytelnik to obserwuje w bezpośredniej bliskości zdarzenia z pola bitwy, to ogląda świat z foteli polityków. Davies nie
odbrązawia, nie stawia na piedestał - umieszcza fakty w międzynarodowym kontekście i wskazuje, nie ulegając żadnej
subiektywnej wizji dziejów, i realne znaczenie historycznych wydarzeń.
SPIS TREŚCI
Nota tłumacza
Przedmowa Autora do wydania polskiego
1. Jeszcze jedna pożoga
2. Zima straconych złudzeń
3. Inwazja na Ukrainę
4. Inwazja na Polskę
5. Bitwa warszawska
6. Decydująca kampania
7. Reperkusje
NOTA TŁUMACZA
Książka Normana Daviesa była już opublikowana po polsku w drugim obiegu przez wydawnictwo Przedświt
(bez miejsca i roku wydania - według katalogu BJ po 1986 r.) w przekładzie Urszuli Karpińskiej (pseudonim).
Tłumaczenie to było mi pomocne w pracy, zwłaszcza przy weryfikacji części cytatów, za co Autorce pragnę
podziękować.
Chciałbym również wyjaśnić, że określeniami „sowiecki” i „radziecki” posługuję się zamiennie w zależności od
okresu historycznego (pierwsze pojawia się zasadniczo w okresie przedwojennym, drugie zaś powojennym).
Nazwy miejscowe podawane są w formie używanej w czasie opisywanych wydarzeń.
Andrzej Pawelec
PRZEDMOWA AUTORA DO WYDANIA POLSKIEGO
Od ukazania się w 1972 roku pierwszego angielskiego wydania Orla białego, czerwonej gwiazdy
minęło ćwierć wieku. Był to mój autorski debiut. Książka została napisana w ekspresowym tempie w
ciągu niespełna dwunastu miesięcy, ale towarzyszący jej narodzinom pośpiech wcale jej, jak sądzę, nie
zaszkodził. W owym czasie jako początkujący doktorant przeżywałem powszechne na tym etapie
kariery kłopoty finansowe i doświadczałem poczucia zagubienia. Byłem również ojcem małego
dziecka i mężem chorującej żony, który musiał pogodzić się z faktem, iż jego dni jako beztroskiego
wędrownego uczonego są policzone Praca nad książką była skutecznym sposobem na skupienie
umysłu. Podczas długiego pobytu w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych dowiedziałem się o
istnieniu „wojny bolszewickiej”; przysłuchiwałem się jak zaczarowany wspaniałym opowieściom
mojego Teścia* o jego przygodach sprzed półwiecza, kiedy to wojował z Armią Czerwoną Lenina.
Wojna polsko-bolszewicka z 1919-1920 roku była jednak wciąż tematem zakazanym. Nie istniała w
podręcznikach i w oficjalnych publikacjach ukazujących się w „obozie socjalistycznym”. Klęska Armii
Czerwonej zdecydowanie przerastała wyobraźnię i wykraczała poza dyrektywy komunistycznych
cenzorów; w żadnym razie nie mogła więc stanowić legalnego przedmiotu badań archiwalnych, a tym
bardziej tematu rozprawy doktorskiej.
* Ś p. Marian Zieliński z Kęt (zm w 1984 r)
Ocalił mnie A.J.P. Taylor, mój poprzedni opiekun naukowy. Choć Taylor był zapewne
najwybitniejszym, a z pewnością najsławmejszym historykiem swojego pokolenia, nie dbał o
akademickie konwenanse. W owym czasie znajdował się u szczytu powodzenia jako pierwszy
brytyjski teledon * a jego improwizowane wykłady telewizyjne przyciągały szerokie audytorium.
* Nazwa ,Don” odnosi się do starszych wykładowców na uniwersytetach brytyjskich (przyp. tłum.).
Chociaż napisał wiele ważnych prac na temat historii Wielkiej Brytanii i Europy, nigdy nie zajmował
eksponowanego stanowiska na żadnym uniwersytecie brytyjskim. Nie otrzymał katedry historii (Regius
Professorship) na uniwersytecie w Oksfordzie - po części na skutek lewicowych poglądów
politycznych - i od tego czasu odrzucał wszystkie kolejne oferty. Unikał tytułu „profesor”, tak jak nie
miał szacunku dla tytułu „doktora”. Co dla mnie najważniejsze, chociaż był czynnym członkiem
lewicowych kręgów intelektualnych, zawsze traktował z należną podejrzliwością Związek Radziecki i
komunistyczną propagandę. (Na Kongresie Intelektualistów, który odbył się w sierpniu 1948 roku we
Wrocławiu, jako jedyny z zachodnich delegatów zabrał głos, by zaprotestować przeciw sterowaniu
obradami przez radzieckich towarzyszy). Tak więc, kiedy pojawiłem się ponownie w Oksfordzie w
roku 1968/69, Taylor autentycznie zainteresował się tym, co robię. Poradził mi, żebym na razie
zapomniał o studiach doktoranckich i jak najszybciej dał coś do druku. „Tylko ludzie małego formatu
robią doktoraty”, zapewniał. Zachęcił mnie, abym przygotował do druku pracę seminaryjną pt. „Lloyd
George a Polska”, i umożliwił mi ubieganie się o stypendium w St. Antony's College. Wojna polsko-
bolszewicka, stwierdził, to świetny temat: ponieważ nikt inny się na nim nie zna, mogę uczynić go
swoją specjalnością. Zarazem jest to temat, który na pewno spodoba się zarówno rektorowi college'u,
sir Raymondowi Carrowi, jak i sponsorowi stypendium, panu Alistairowi Home, który był - i jest nadal
- znakomitym historykiem wojskowości. Po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej dostałem stypendium i
usłyszałem, że mam się brać do pisania. Postawiono mi tylko jeden warunek: gotowy maszynopis
książki musi wpłynąć w ciągu roku. Powiadają, że pierwsza książka - tak jak pierwsze dziecko - jest
zawsze tą ulubioną. Nie wiem, czy na tej regule można zawsze polegać. W każdym razie mam powody
przypuszczać, iż Orzeł biały... to, jak dotąd, najlepsza z moich książek. Jest zwięzła i ma tempo. Choć
zawiera konieczną dawkę faktów i nie znanych nazwisk, nadal przekazuje coś z podniecenia, które
odczuwałem, badając słabo znany teren, ocalając od zapomnienia odległe, egzotyczne chwile i miejsca,
borykając się z zawiłościami nader skomplikowanego epizodu. Jak pamiętam, szczególną satysfakcję
sprawiało mi porównywanie źródeł rosyjskich i polskich (moi przedwojenni poprzednicy nie podjęli się
tego zadania), łączenie narracji z analizą oraz splatanie wątków militarnych, politycznych,
międzynarodowych i biograficznych. Cóż za wspaniała panorama ukazała się moim oczom! Warszawa,
Kijów, Wilno, Lwów, Mińsk, Dniepr, Wisła i Berezyna. Te wszystkie miejsca trzeba było połączyć z
myślami oraz czynami ułanów i kozaków, Trockiego i Stalina, Tuchaczewskiego i Sikorskiego,
Weyganda i de Gaulle'a, a także samego niezrównanego Marszałka. W końcu jednak owa fascynacja
krwawym wydarzeniem, w którym tak wielu młodych ludzi straciło życie, obudziła we mnie poczucie
pewnego zawstydzenia. Dlatego zakończyłem książkę morałem zaczerpniętym z opowiadania Izaaka
Babla, który wydał mi się stosowny - choć nie wszystkim moim patriotycznie nastawionym
czytelnikom z Polski. Kiedy książka została opublikowana, zawierała nader osobliwą przedmowę
Taylora. Z jednej strony „A.J.P.” nie żałował rozprawie młodego autora pochlebnych określeń:
„wybitna”, „sprawnie napisana”, „stanowi trwały wkład do badań historycznych”. Z drugiej jednak
znalazły się w niej uwagi na temat wojny polsko-bolszewickiej zdradzające, iż Taylor nie zaakceptował
głównej linii argumentacyjnej dzieła, które rekomendował. Jak większość zachodnich uczonych
przedtem i potem, Taylor nadal uważał, iż wojnę rozpoczęli Polacy, kiedy podczas wyprawy kijowskiej
w kwietniu 1920 roku najechali na „Rosję”. Albo więc nie przeczytał książki, albo też - co bardziej
prawdopodobne - nawet on nie potrafił przełknąć tezy, iż kapitalistyczny Zachód nie posłużył się
Polakami, by zaatakować socjalizm w Rosji. Jak miałem się przekonać później, sceptycyzm Taylora
wobec komunizmu nie był bezgraniczny. (Na przykład do końca życia nie mógł uwierzyć, że zbrodnia
katyńska została popełniona przez Sowietów).
Generalnie mój debiut spotkał się z życzliwym przyjęciem. Książka znalazła się na fali po
opublikowaniu przez „Sunday Times” entuzjastycznej recenzji pióra sir Michaela Howarda,
ówczesnego profesora nauk o wojnie w Londynie*.
* Później otrzymał katedrę historii (Regius Professorship) w Oksfordzie. Po polsku ukazała się jego praca Wojna w
dziejach Europy, Ossolineum 1990.
Po ożywionej dyskusji w tamtejszej Bibliotece Polskiej zaskarbiła mi sympatię brytyjskiej Polonii,
traktującej dotąd z podejrzliwością młodego historyka, który bawił zdecydowanie zbyt długo w PRL-u.
Stała się również tematem paryskiego sympozjum zorganizowanego przez Institut d'Etudes Slaves.
Naturalnie nie mogła zostać porządnie zrecenzowana w obu krajach, których dotyczyła bezpośrednio.
Z Moskwy nie nadeszła ani jedna recenzja. Jedyna, która ukazała się z pewnym opóźnieniem w Polsce,
przybrała postać osobliwie pokrętnej niby-denuncjacji autorstwa Tadeusza Cieślaka. Był on uprzednio
dyrektorem Zakładu Historii Stosunków Polsko-Radzieckich PAN w Warszawie, ale złożył rezygnację,
kiedy cenzura usunęła tekst paktu Ribbentrop-Mołotow z tomu dokumentów historycznych
dotyczących roku 1939. Następnie trafił do Londynu, gdzie kierował rachitycznym Instytutem Kultury
Polskiej w peerelowskiej ambasadzie - tam też go spotkałem. Ponieważ cenzura w żadnym razie nie
przepuściłaby pochlebnej recenzji z Orla białego , Cieślak napisał długie streszczenie i zaopatrzył je w
konkluzję, iż zaproponowana przez Daviesa interpretacja wydarzeń z lat 1919-1920 jest kompletnie
fałszywa. Tym sposobem umożliwił polskim czytelnikom zapoznanie się z moją argumentacją.
Łatwo zapomina się o tym, pod jak ścisłą kontrolą znajdowały się w Polsce badania historyczne -
nawet w latach siedemdziesiątych. Pewne wyobrażenie o skali tego nadzoru dała mi wizyta w roku
1973 lub 1974 w Warszawie, dokąd udałem się na zaproszenie prof płka Tadeusza Jędruszczaka, aby
przedstawić w Instytucie Historii PAN odczyt na temat Orła białego . Jędruszczak wyrobił sobie
nazwisko w latach sześćdziesiątych jako jeden z tych partyjnych historyków, którzy przyczynili się do
rewizji oficjalnego stanowiska wobec Drugiej Rzeczypospolitej, wzbogacając o kilka skromnych
akcentów pozytywnych miażdżąco negatywną ocenę tego okresu, jakiej nadal domagała się
komunistyczna władza. W ten sposób zyskał reputację szczerego liberała. Przekonałem się jednak
niebawem, iż jego liberalizm ma swoje granice. W przeddzień wykładu, wieczorem, Jędruszczak
zadzwonił do mnie do hotelu i bez słowa usprawiedliwienia oznajmił, że temat sesji musi ulec zmianie.
Omówił jakoby tę kwestię z kolegami, od których miał usłyszeć, iż wojna polsko-bolszewicka jest
zagadnieniem „mniej interesującym” niż panorama współczesnej historiografii brytyjskiej. Rzecz
jasna, powinienem był odmówić, ale się zgodziłem. Przez całą noc ślęczałem w stanie kompletnego
oszołomienia nad odczytem, który mogę z pełnym przekonaniem nazwać najbardziej nudnym i
bezsensownym wykładem w całej mojej karierze Rankiem karty zostały odkryte. Kiedy weszliśmy do
sali konferencyjnej, płk Jędruszczak wskazał na grupę delegatów z Akademii Nauk ZSRR, którzy
pojawili się bez uprzedzenia w dniu poprzednim. Jedyna przyjemność, jaką udało mi się ocalić z tej
katastrofy, wzięła się stąd, iż przyniosłem ze sobą żółty tomik White Eagle, Red Star, który na
początku wykładu leżał sobie bez nadzoru na skraju ławki. Rzecz jasna, po kilku chwilach sięgnął po
niego słuchacz z pierwszego rzędu, prezentując odczyt widziałem, jak książka w jaskrawej okładce
przechodzi po kryjomu z rąk do rąk, a każdy z czytelników w pełni korzysta z przysługującej mu pół
minuty, aby zapoznać się z zawartością tej nieciekawej pracy.
W takim to zdecydowanie przygnębiającym klimacie przystąpiłem do obrony mojej rozprawy
doktorskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zaraz po zakończeniu pracy nad Orłem białym
pospiesznie napisałem kilka studiów na temat tła historycznego wojny polsko-bolszewickiej i nadałem
im celowo ogólnikowy tytuł „Polityka Wielkiej Brytanii wobec Polski w okresie po Traktacie
Wersalskim, 1919-1920”. Po zaliczeniu - nie bez trudności - wymaganych egzaminów uzyskałem w
swoim czasie tytuł „doktora nauk humanistycznych”. Kiedy po raz pierwszy wkroczyłem na tę drogę,
zawsze mogłem liczyć na pomoc ze strony wielu ważnych osobistości uniwersyteckich, które nie
szczędziły mi czasu i słów zachęty. Wiem, że musiały mnie uznać za niewdzięcznika, kiedy zmieniłem
kurs, aby napisać książkę. Choć więc dzięki niej miałem już zagwarantowaną posadę na Uniwersytecie
Londyńskim, postanowiłem spłacie dług honorowy, zwłaszcza wobec mojego promotora, prof Henryka
Batowskiego, oraz dyrektora IH UJ, prof Józefa Gierowskiego, i powróciłem do doktoratu. Patrząc
wstecz, uświadamiam sobie, że moi krakowscy patroni wykazali wiele odwagi Gdyby pojawiły się
jakieś kłopoty, to nie ja, lecz oni ponieśliby konsekwencje. Zawsze podziwiałem spokój i pogodę
ducha, z jakimi radzili sobie z podłym systemem, w ramach którego przyszło im pracować. Taylor nie
miał racji. Mój krakowski doktorat był zdecydowanie wart tego, by go zdobyć.
Mniej więcej w tym samym czasie postanowiłem sprawdzić, czy egzemplarz White Eagle, Red Star,
który podarowałem Bibliotece Jagiellońskiej, trafił do czytelników. Udałem się więc do gmachu przy
Alejach, wypełniłem rewers i czekałem, co nastąpi. Po dłuższej chwili pani bibliotekarka
poinformowała mnie, że książka jest niedostępna. Udałem się zatem do jej zwierzchnika, który
wyjaśnił mi, iż książka Daviesa znajduje się w kategorii prohibitów. Poprosiłem więc o rozmowę ze
zwierzchnikiem zwierzchnika. Chodziłem tak od pokoju do pokoju, wspinając się coraz wyżej po
szczeblach bibliotecznej hierarchii, aż jeden z pracowników nagle spostrzegł, że na rewersie nazwisko
czytelnika pokrywa się z nazwiskiem autora. Gdyby oto pojawił się niespodziewanie duch Szekspira i
zażądał, by wypożyczono mu Hamleta, zdumienie nie byłoby większe. „Dlaczego Pan nam sprawia
kłopoty?” - zapytała bibliotekarka. „Bo chcę zobaczyć książkę na własne oczy” - odparłem. W końcu
udało się ją odnaleźć - wszelako nie w prohibitach, lecz w gabinecie samego dyrektora. Otrzymałem
zapewnienie, iż książka zostanie udostępniona tylu czytelnikom, ilu tylko będzie można. Obecnie, jak
słyszę, znajduje się w kategorii rara, w związku z czym nadal trudno do niej dotrzeć. Oto
najmocniejszy argument na rzecz publikacji wydania polskiego.
Jeśli w Polsce recepcja książki była utrudniona z powodów obiektywnych, to w Wielkiej Brytanii i w
Stanach niektórzy po prostu nie przyjmowali do wiadomości jej istnienia. Wydarzenia w
Czechosłowacji i w Polsce w latach 1968-1970 zmusiły wprawdzie lewicowe kręgi intelektualne do
zrewidowania stanowiska wobec Związku Radzieckiego i do rezygnacji z entuzjastycznego poparcia
dla jego polityki, ale potężny bagaż sowietofilskiej przeszłości bynajmniej nie zniknął. Krytykowano
Stalina i Breżniewa, ale nie Lenina. Rewolucja Październikowa była nadal świętą krową, której
należało bić pokłony, a nie przyglądać się z bliska i dokładnie. Również przedstawiciele licznej w
świecie akademickim branży sowietologów opierali zazwyczaj swoje analizy ówczesnej kondycji
Związku Radzieckiego na historycznych fundamentach przejętych hurtem z radzieckiej propagandy.
Na Uniwersytecie Londyńskim z taką postawą intelektualną można się było najczęściej spotkać w
dużej i prestiżowej London School of Economics and Political Science (LSE), która była instytucją
znacznie bardziej upolitycznioną od mojej własnej School of Slavonic and East European Studies
(SSEES), gdzie od dawna otrzeźwiający wpływ wywierała bezkompromisowa postawa prof. Hugh
Seton-Watsona. Tymczasem w LSE, pomimo obecności tak wybitnych postaci jak śp. Leonard
Schapiro, panował wciąż klimat zdecydowanie antyamerykański i proradziecki. Trudno się temu
dziwić, zważywszy na tradycje tej uczelni: jej założyciele, sfiksowani fabianie Sidney i Beatrice Webb,
oraz jej pomylony dyrektor z czasów wojny, Harold Laski, byli nie tylko sowietofilami, ale i
soviétomanes, Z czasem dowiedziałem się od kolegów, z jak wielkim rozbawieniem kadra i studenci
LSE przyjęli osobliwą tezę White Eagle, Red Star, iż Armia Czerwona dokonała inwazji na Polskę, aby
pomaszerować do Niemiec. Choć LSE i SSEES wchodzą w skład tego samego uniwersytetu, to nikt z
Zgłoś jeśli naruszono regulamin