Terry Pratchett - Świat Dysku - 18 - Maskarada (m76).rtf

(674 KB) Pobierz
Terry Pratchett

Terry Pratchett

Maskarada

Przełożył Piotr W. Cholewa

Wydanie oryginalne: 1995

Wydanie polskie: 2003

Serdecznie dziękuję tym osobom,

które pokazały mi, że opera jest bardziej niezwykła,

niż mogłem przypuszczać.

Najlepiej odwdzięczę się za tę uprzejmość,

nie wymieniając tu ich nazwisk.

3

Huczał wiatr. Burza szalała nad górami. Błyskawice kłuły sterczące szczyty niczym

staruszek, który spomiędzy sztucznych zębów usiłuje wydłubać pestkę jeżyny.

Donośnie zabrzmiał wysoki, starczy głos:

— Rychłoż się zejdziem znów?

Zahuczał grom.

Inny, bardziej zwyczajny głos odpowiedział:

— Niby po co musiałaś tak wrzeszczeć? Przez ciebie grzanka mi wpadła do ognia.

Niania Ogg usiadła.

— Przepraszam cię, Esme. Tak sobie zawołałam, przez... no, przez pamięć dawnych czasów. Ale teraz jakoś to nie brzmi.

— Akurat się przypiekła i ładnie zbrązowiała.

— Przepraszam.

— Nie musiałaś tak krzyczeć.

— Przepraszam.

— W końcu nie jestem głucha. Mogłaś mnie spytać normalnym głosem, a ja bym wtedy odpowiedziała: „W przyszłą środę”.

— Przepraszam, Esme.

— Ukrój mi następną kromkę.

Niania Ogg skinęła głową i odwróciła się.

— Magrat, ukrój babci jeszcze... Oj. Zamyśliłam się trochę. Sama to zrobię, dobrze?

— Ha! — odparła babcia Weatherwax, wpatrując się w płomienie.

Chwilę milczały. Słychać było tylko wycie wiatru i nianię Ogg krojącą chleb, co robiła

z efektywnością człowieka, który rozcina materac piłą łańcuchową.

— Myślałam, że kiedy się tu spotkamy, poprawi ci się nastrój — rzekła po chwili.

— Doprawdy.

To nie było pytanie.

— Rozerwiesz się trochę i w ogóle... — ciągnęła niania, czujnie obserwując przyjaciółkę.

4

— Mmm... — Babcia wciąż patrzyła w ogień.

Ojej, pomyślała niania. Nie powinnam tego mówić.

Chodziło o to, że... No, tak naprawdę chodziło o to, że niania Ogg się martwiła. Bardzo

się martwiła. Wcale nie była pewna, czy przyjaciółka nie... jak by to określić... staje się... tak jakby... w pewnym sensie... no... czarna.

Wiedziała, że może się to przytrafić tym naprawdę potężnym. A babcia Weatherwax była niezwykle potężna. Stała się czarownicą znakomitszą nawet od niesławnej Czarnej

Aliss, a każdy wiedział, jaki ją spotkał koniec. Wepchnięta do własnego piekarnika przez dwójkę dzieciaków... I tak wszyscy twierdzili, że dobrze się złożyło, choć czyszczenie

pieca zajęło cały tydzień.

Jednak Aliss, aż do tego strasznego dnia, terroryzowała całe Ramtopy. Tak udoskonaliła

swoją magię, że w jej głowie nie zostało już miejsca na nic innego.

Podobno żadna broń nie mogła jej zranić. Miecze odbijały się od jej skóry. Podobno jej obłąkańczy śmiech słychać było na milę dookoła; co prawda obłąkańczy śmiech od zawsze należał do typowych atrybutów czarownicy, jeśli wymagała tego konieczność, ten jednak był szalonym obłąkańczym śmiechem w najgorszym rodzaju. Zmieniała ludzi

w pierniki i miała dom zbudowany z żab. Pod koniec sytuacja wyglądała już naprawdę

bardzo paskudnie. Jak zwykle, kiedy czarownica staje się zła.

Czasami oczywiście czarownice nie przechodzą na stronę zła. Po prostu odchodzą... dokądś.

Intelekt babci potrzebował jakiegoś zajęcia. Źle znosiła nudę. Kładła się wtedy do łóżka

i wysyłała umysł na Pożyczanie, do wnętrza głowy jakiegoś leśnego stworzenia; słuchała

jego uszami i patrzyła przez jego oczy. Oczywiście, to całkiem wygodne do zastosowań

ogólnych, ale babcia była zwyczajnie za dobra. Potrafiła przebywać poza własnym

ciałem dłużej niż ktokolwiek, o kim niania Ogg by słyszała.

Było rzeczą właściwie oczywistą, że pewnego dnia nie zechce powrócić. A nastała ta najgorsza pora roku, gdy gęsi krzyczą i latają po niebie co noc, gdy jesienne powietrze jest rześkie i pociągające. Wyczuwa się w tym wszystkim jakąś straszliwą pokusę.

Niania Ogg miała wrażenie, że wie, co jest źródłem kłopotów.

Odchrząknęła.

— Widziałam wczoraj Magrat — powiedziała, zerkając z ukosa na babcię.

Żadnej reakcji.

— Dobrze wygląda. Królowanie jej służy.

— Hmm?

Niania jęknęła bezgłośnie. Jeśli babci nie chce się nawet wypowiedzieć jakiejś złośliwej

uwagi, to znaczy, że naprawdę brakuje jej Magrat.

Niania Ogg z początku nie mogła w to uwierzyć, ale Magrat Garlick, płaczliwa jak bóbr, w jednym miała absolutną rację.

5

Trzy to naturalna liczba dla czarownic.

A one straciły jedną. No, nie dosłownie straciły. Magrat była teraz królową, a królowych

trudno nie zauważyć. Ale to oznaczało, że jest ich teraz tylko dwie zamiast trzech.

Kiedy są trzy, jedna może się starać doprowadzić do zgody w razie kłótni. Magrat świetnie się do tego nadawała. Bez niej niania Ogg i babcia Weatherwax działały sobie na nerwy. Przy niej potrafiły we trójkę działać na nerwy wszystkim pozostałym na całym

świecie, a to o wiele zabawniejsze.

I w żaden sposób nie da się Magrat odzyskać. Czy też, żeby być precyzyjną, nie da się Magrat odzyskać na razie.

Ponieważ wprawdzie trzy to dobra liczba dla czarownic, ale muszą to być odpowiednie

trzy. Trzy odpowiedniego... rodzaju.

Samo myślenie o tym wprawiało nianię w zakłopotanie, co jest niezwykłe, gdyż zakłopotanie

przychodziło niani równie łatwo jak kotu altruizm.

Jako czarownica nie wierzyła, oczywiście, w żadne okultystyczne bzdury. Ale istniały jedna czy dwie prawdy, głęboko zagrzebane w macierzystej skale duszy. I trzeba było się z nimi godzić. A wśród nich istniała ta dotycząca dziewicy, matki i... i tej trzeciej.

Uff... Udało się jakoś to pomyśleć.

Oczywiście, to tylko stare przesądy, należące do owych ciemnych czasów, kiedy takie określenia, jak „dziewica”, „matka” i... i ta trzecia, opisywały każdą kobietę w wieku powyżej

dwunastu lat, mniej więcej. Obecnie każda dziewczyna dostatecznie inteligentna, by umieć liczyć, i dostatecznie rozsądna, by słuchać mądrych rad niani Ogg, mogła odsunąć

stanie się przynajmniej jedną z nich na czas całkiem długi.

A jednak... był to bardzo stary przesąd, starszy niż księgi, starszy niż pismo. Takie wierzenia mocno obciążają gumową membranę doświadczenia i często wciągają ludzi w swoją orbitę.

Magrat była mężatką od trzech miesięcy. Co powinno oznaczać, że wypadła z pierwszej

kategorii. A przynajmniej... niania skierowała ciąg myśli na boczny tor... prawdopodobnie

wypadła. Oczywiście, młody Verence posłał po odpowiedni podręcznik, z rysunkami

i numerowanymi częściami. Niania wiedziała o tym dobrze, bo kiedy składała pewnego dnia wizytę w zamku, zakradła się do królewskiej sypialni. Spędziła tam pouczające

dziesięć minut, domalowując niektórym postaciom wąsy i okulary. Z pewnością

nawet Magrat i Verence musieli sobie poradzić z... Nie, na pewno jakoś to rozpracowali,

chociaż słyszała, że widziano Verence’a rozpytującego o ludzi, którzy mogliby dostarczyć

fałszywe wąsy. Niedługo potrwa, a Magrat zacznie się nadawać do drugiej kategorii,

nawet jeśli oboje czytają powoli.

Oczywiście, babcia Weatherwax zawsze demonstrowała swoją niezależność i samodzielność.

Kłopot jednak polegał na tym, że człowiek powinien mieć kogoś obok siebie,

6

żeby mu demonstrować, jaki to jest niezależny i samodzielny. Ludzie, którzy nie potrzebują

innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują

innych ludzi.

To tak jak z pustelnikami. Nie ma sensu odmrażać sobie różnych części ciała na szczycie jakiejś góry, osiągając zjednoczenie z Nieskończonością, jeśli nie można liczyć na pewną liczbę naiwnych młodych kobiet, które zjawiają się od czasu do czasu i mówią

„Och”.

...Znowu muszą być trzy. Życie stawało się ciekawsze, kiedy były trzy. Zdarzały się kłótnie i przygody, i rzeczy, które mogły babcię zirytować, a była szczęśliwa tylko wtedy, kiedy się irytowała. Właściwie, jak wydawało się czasem niani, babcią Weatherwax była tylko wtedy, kiedy się irytowała.

Tak. Potrzebne są trzy.

Bo jeśli nie... Jeśli nie, to czekają ją szare skrzydła wśród nocy albo trzask drzwiczek piekarnika...

Rękopis rozpadł się, gdy tylko pan Kozaberger go podniósł.

Nie był nawet spisany na porządnym papierze. Zapisano go na starych torebkach po cukrze, na odwrotnych stronach kopert i kartkach ze starych kalendarzy.

Pan Kozaberger burknął coś i zebrał garść pleśniejących stronic, by cisnąć je do ognia.

Jakieś słowo przyciągnęło jego wzrok.

Doczytał do końca strony, cofając się kilka razy, gdyż nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Odwrócił kartkę. Potem odwrócił z powrotem. I czytał dalej. W pewnym momencie wyjął z szuflady linijkę i przyjrzał się jej w zadumie.

Otworzył barek. Butelka brzęknęła wdzięcznie o brzeg kieliszka, kiedy usiłował sobie

nalać.

Następnie wyjrzał przez okno na gmach Opery po drugiej stronie ulicy. Jakaś nieduża

postać zamiatała schody.

Potem powiedział:

— Och jej...

Wreszcie podszedł do drzwi.

— Może pan tu przyjść, panie Cropper?! — zawołał.

Jego drukarz zjawił się, ściskając plik próbnych wydruków.

— Pan Cripslock będzie musiał jeszcze raz grawerować stronę jedenastą — oświadczył

ze smutkiem. — Znowu napisał „głód” na pięć liter...

— Niech pan to przeczyta — przerwał mu Kozaberger.

— Mam właśnie przerwę śniada...

7

— Proszę czytać.

— Przepisy gildii mówią...

— Niech pan przeczyta i powie, czy nadal dopisuje panu apetyt.

Cropper usiadł niechętnie i spojrzał na pierwszą stronę.

Potem odwrócił ją i zaczął czytać drugą.

Po chwili wysunął szufladę, wyjął linijkę i przyjrzał się jej w zadumie.

— Właśnie przeczytał pan o Zupie z Bananową Niespodzianką — domyślił się Kozaberger.

— Tak!

— Niech pan zaczeka, aż pan dojdzie do Nakrapianego Ptaszka.

— Moja babcia piekła kiedyś Nakrapianego Ptaszka.

— Nie według tego przepisu — oświadczył Kozaberger z absolutnym przekonaniem.

Cropper przerzucał kartki.

— Do licha! Myśli pan, że coś z tego naprawdę działa?

— A kogo to obchodzi? Proszę iść zaraz do gildii i zatrudnić wszystkich wolnych grawerów. Najlepiej tych w starszym wieku.

— Ale nie skończyłem jeszcze przepowiedni na grune’a, czerwiec, lipiec i spune’a do przyszłorocznego almanachu...

— To nieważne. Proszę wykorzystać stare.

— Ludzie zauważą.

— Nigdy dotąd nie zauważyli. Zna pan przecież ten układ. Niezwykłe deszcze curry w Klatchu, zadziwiająca śmierć szeryfa Ee, plaga szerszeni w Howondalandzie. To jest ważniejsze.

Pan Kozaberger raz jeszcze spojrzał niewidzącym wzrokiem przez okno.

— O wiele ważniejsze.

Śnił sen wszystkich tych, którzy wydają książki. Ten, w którym miał w kieszeniach tyle złota, że musiał zatrudniać dwóch ludzi, by podtrzymywali mu spodnie.

Przed Agnes Nitt wyrastał potężny, zdobiony kolumnami, pełen gargulców front gmachu ankhmorporskiej Opery.

Zatrzymała się. A przynajmniej większa część Agnes Nitt się zatrzymała. Było tam bardzo dużo Agnes. Chwilę trwało, nim znieruchomiały jej zewnętrzne regiony.

Tak, była na miejscu. Wreszcie. Mogła wejść do środka albo mogła stąd odejść. To coś, co ludzie nazywają życiową decyzją. Nigdy dotąd nie musiała takiej podejmować.

Wreszcie, kiedy stała już nieruchomo tak długo, że gołąb zaczął rozważać możliwość budowy gniazda na jej wielkim, smętnie obwisłym czarnym kapeluszu, zaczęła wspinać się na schody.

8

Jakiś młody człowiek zamiatał stopnie — teoretycznie. W praktyce przesuwał brud z miejsca na miejsce, dostarczając mu nowych widoków i okazji poznania nowych przyjaciół.

Młody człowiek ubrany był w długi płaszcz, trochę na niego za mały, i w czarny beret wciśnięty na osobliwie sterczące czarne włosy.

— Przepraszam — odezwała się do niego Agnes.

Efekt okazał się zaskakujący. Młody człowiek odwrócił się, zaczepił jedną nogą o drugą i upadł na swoją miotłę.

Agnes uniosła dłoń do ust. Potem schyliła się i podała mu rękę.

Jego dłoń wydawała się lepka, co sprawiało, że trzymający ją zaczynał tęsknie myśleć

o mydle. Młody człowiek odgarnął z oczu tłuste włosy i rzucił Agnes zalękniony uśmiech. Twarz miał tego rodzaju, które niania Ogg nazywała niedopieczonymi: bladą, o niewyraźnych rysach.

— Żaden kłopot, panienko!

— Dobrze się czujesz?

Spróbował się podnieść, zdołał jakoś zaplątać miotłę między kolanami i ponownie usiadł gwałtownie na schodach.

— Hm... może panienka wyciągnąć miotłę?

Wysunęła ją z plątaniny. Młody człowiek wstał wreszcie po kilku nieudanych próbach.

— Pracujesz w Operze? — spytała Agnes.

— Tak, panienko...

— Powiedz, gdzie mam się zgłosić na przesłuchanie.

Rozejrzał się niespokojnie.

— Wejście dla aktorów! — wyjaśnił. — Pokażę!

Słowa wybiegały mu z ust pospiesznie, jak gdyby musiał uszeregować je i wystrzelić, nim znajdą czas, by się rozejść.

Wyrwał jej miotłę z ręki, po czym ruszył schodami w bok, w stronę rogu budynku. Kroczył w niezwykły sposób. Zdawało się, że coś ciągnie do przodu jego tułów, nogi zaś przebierają bez celu, stawiane wszędzie, gdzie znalazły sobie trochę miejsca. Nie był to właściwie chód, ale upadek odsuwany w nieskończoność.

Chwiejne kroki doprowadziły go do drzwiczek w bocznej ścianie. Agnes podążyła za nim.

Tuż za drzwiami zobaczyła coś w rodzaju szopy z jedną otwartą ścianą i blatem umieszczonym tak, że ktoś siedzący za nim mógł obserwować drzwi. Ten ktoś, kto tam właśnie siedział, musiał być istotą ludzką, ponieważ morsy nie noszą płaszczy.

Dziwny młody człowiek zniknął gdzieś w półmroku.

Agnes rozejrzała się zalękniona.

9

— Tak, panienko? — zapytał mors-człowiek. Miał imponujący wąs, który skupił w sobie cały zarost z reszty właściciela.

— Tego... ja chciałam... Bo przesłuchania... znalazłam plakat z wiadomością, że przesłuchujecie...

Uśmiechnęła się bezradnie. Twarz odźwiernego zdradzała, że widział już — i nie wywarły

na nim wrażenia — więcej bezradnych uśmiechów, niż nawet Agnes potrafiłaby zjeść ciepłych posiłków. Wyjął kartkę i ogryzek ołówka.

— Musisz tu podpisać — poinformował.

— Kim był... była ta osoba, która mnie przyprowadziła?

Wąs poruszył się, sugerując ukryty gdzieś pod nim uśmiech.

— Wszyscy znają naszego Waltera Plinge’a.

To była chyba całość informacji, jakiej zamierzał udzielić.

Agnes ścisnęła ołówek.

Najważniejsze pytanie brzmiało: Jak powinna się podpisać? Jej imię miało liczne i cenne zalety, ale nie układało się gładko na języku. Spadało z podniebienia i stukało między zębami, ale na języku nie leżało gładko.

Niestety, nie przychodziło jej na myśl żadne inne o dużym potencjale gładkościowym.

Może Catherine?

Albo... Perdita. Mogłaby wrócić do Perdity. Wstydziła się trochę używać tego imienia

w Lancre. Było tajemnicze, sugerowało mroczne sekrety, intrygi, a także — całkiem przypadkiem — kogoś, kto jest raczej szczupły. Wymyśliła sobie nawet pierwszą literę drugiego imienia: X, oznaczające „kogoś, kto ma eleganckie i tajemnicze drugie imię”.

Nie udało się. Mieszkańcy Lancre byli irytująco niewrażliwi na takie rzeczy. Mówili o niej „Agnes, która nazywa siebie Perditax”.

Nie ośmieliła się nikomu zdradzić, że chciałaby, aby jej pełne imię i nazwisko brzmiało

Perdita X. Dream. Nie zrozumieliby. Pytaliby na przykład: Jeśli uważasz, że to właściwe

imię dla ciebie, to czemu wciąż masz dwie półki pełne pluszowych zabawek?

Tutaj jednak może zacząć wszystko od nowa. Była dobra. Wiedziała, że jest dobra.

Chociaż pewnie na Dream nie ma szans.

Będzie musiała zostać przy Nitt.

Niania Ogg zwykle kładła się spać wcześnie. W końcu miała już swoje lata. Czasami szła do łóżka nawet o szóstej rano.

Teraz była w lesie. Jej oddech kłębami pary unosił się w chłodnym powietrzu. Liście szeleściły pod nogami. Wiatr ucichł, pozostawiając czyste, bezchmurne niebo, otwarte dla pierwszego przymrozku zimy — małego łobuza zrywającego płatki i marszczącego owoce, który pokazywał, jaką to matką jest w rzeczywistości Natura.

10

Trzecia czarownica.

Trzy czarownice mogą tak jakby... podzielić się pracą.

Dziewica, matka i... starucha. Właśnie.

Kłopot polega na tym, że babcia Weatherwax łączyła w sobie wszystkie trzy. Była dziewicą, o ile niania się orientowała; była przynajmniej w odpowiednim przedziale wiekowym dla staruchy; co do trzeciej... no cóż, kto narazi się babci Weatherwax w zły dzień, poczuje się jak kwiat na przymrozku.

Musi przecież znaleźć się kandydatka na to stanowisko. W Lancre mieszkało kilka dziewcząt w odpowiednim wieku.

Kłopot polegał na tym, że chłopcy w Lancre też o tym wiedzieli. Niania regularnie spacerowała latem po łąkach, a miała bystry, choć pełen zrozumienia wzrok oraz znakomity

słuch sięgający poza horyzont. Violet Frottidge chodziła z młodym Przebiegłością

Carterem, a przynajmniej robiła coś w zakresie dziewięćdziesięciu stopni od chodzenia.

Bonnie Quarney w maju zbierała orzechy z Williamem Simple i tylko dzięki temu, że była przewidująca i zasięgnęła pewnej rady u niani, nie wyda w lutym owoców. A już niedługo matka młodej Mildred Tinker porozmawia dyskretnie z ojcem młodej Mildred Tinker, ten porozmawia ze swoim przyjacielem atcherem, a on z kolei porozmawia

ze swoim synem Hobem; potem będzie wesele. Wszystko zostanie załatwione

w sposób właściwy i cywilizowany, z wyjątkiem może jednego czy drugiego podbitego

oka*. Nie ma wątpliwości, pomyślała niania z rozmarzonym uśmiechem: niewinność

podczas gorącego lata w Lancre to stan, w którym niewinność jest tracona.

Potem jeszcze jedno imię wynurzyło się na powierzchnię. No tak. Ona. Dlaczego wcześniej o niej nie pomyślała? Bo jakoś nie przychodziła do głowy. Kiedy człowiek myślał o dziewczętach z Lancre, zwykle o niej zapominał. Po czym mówił: A tak, ona też. Naturalnie, ma wspaniały charakter. I niezłe włosy, oczywiście.

Była inteligentna i utalentowana. W wielu dziedzinach. Jej głos, na przykład. To była jej moc, szukająca ujścia. I oczywiście miała też wspaniały charakter, więc niewielka była szansa, że okaże się... nieodpowiednia.

Czyli sprawa załatwiona. Z pewnością ucieszy babcię jeszcze jedna czarownica, żeby ją wykorzystywać i jej imponować. Natomiast Agnes z pewnością jej kiedyś podziękuje.

Niania Ogg odetchnęła z ulgą. Do sabatu potrzebne są przynajmniej trzy czarownice.

Dwie czarownice to tylko kłótnia.

Otworzyła drzwi do swojej chaty i wspięła się po schodach do sypialni.

* Obywatele Lancre uważali małżeństwo za krok bardzo poważny, który trzeba wykonać jak należy, więc przedtem sporo ćwiczyli.

11

Jej kocur Greebo wyciągnął się na pierzynie niby plama szarego futra. Nie obudził się nawet wtedy, kiedy niania Ogg podniosła go trochę, by w nocnej koszuli wsunąć się do pościeli.

Żeby odpędzić złe sny, pociągnęła solidny łyk z butelki pachnącej jabłkami i radosną śmiercią mózgu. Potem ubiła poduszkę, pomyślała: Tak... ona — i odpłynęła w sen.

Po chwili zbudził się Greebo. Przeciągnął się, ziewnął i bezgłośnie zeskoczył na podłogę.

Następnie najbardziej złośliwy i chytry kłąb futra, jaki kiedykolwiek miał dość inteligencji,

by usiąść w karmniku dla ptaków z otwartą paszczą i kawałkiem chleba na nosie, zniknął za otwartym oknem.

Kilka minut później kogucik w sąsiednim ogrodzie wysunął głowę, by powitać piękny

nowy dzień i zginął natychmiast, w pół kukuryku.

Przed Agnes panowała ciemność, a równocześnie niemal oślepiały ją światła. Tuż za krawędzią sceny wielkie płaskie świece pływały w długim korycie z wodą; dawały mocny,

żółty blask, całkiem niepodobny do lamp naowych w domu. Za światłami czekała widownia, niczym paszcza wielkiej i bardzo głodnej bestii.

Gdzieś spoza świateł odezwał się głos.

— Kiedy tylko będziesz gotowa, panienko.

Nie był to jakiś szczególnie nieprzyjazny głos. Chciał tylko, żeby wreszcie zaczęła, odśpiewała

swój kawałek i sobie poszła.

— Bo ja mam taką, no... taką piosenkę, i ona...

— Oddałaś nuty pannie Proudlet?

— Eee... Właściwie to nie ma akompaniamentu, ona...

— Aha, to piosenka ludowa. Tak?

W ciemności rozległy się szepty i ktoś zaśmiał się cicho.

— Zaczynaj więc... Perdito, tak?

Agnes zaczęła piosenkę o jeżu, ale już około siódmego słowa zdała sobie sprawę, że nie był to dobry wybór. Potrzebna jest oberża i rechoczący ludzie, którzy walą kuflami w stoły. Ta wielka jasna pustka wsysała głos, przez co wydawał się piskliwy i słaby.

Przerwała na końcu trzeciej zwrotki. Czuła, jak rumieniec okrywają gdzieś od wysokości

kolan. Potrwa jeszcze chwilę, zanim dotrze do twarzy, gdyż musi objąć dużą powierzchnię

skóry, ale wtedy cała już będzie różowa jak truskawka.

Słyszała szepty. Wśród nich wybijały się takie słowa jak „timbre”, a potem — co wcale

jej nie zdziwiło — nadbiegło „imponująca budowa”. Miała imponującą budowę, wiedziała

o tym. Podobnie gmach Opery. Nie musiała być z tego powodu szczęśliwa.

Odezwał się głos:

— Nie kształciłaś się, moja droga. Prawda?

— Nie.

12

To była prawda. Jedyną poza Agnes wartą uwagi śpiewaczką w Lancre była niania Ogg, której podejście do piosenek można określić jako czysto balistyczne: należy wymierzyć

głos w koniec zwrotki i ruszać.

Szepty. Szepty.

— Zaśpiewaj nam kilka gam, moja droga.

Rumieniec osiągnął wysokość piersi, pędząc po falujących powierzchniach...

— Gam?

Szepty. Stłumiony śmiech.

— Do re mi? Znasz to, moja droga? Zaczynając nisko? La la la?

— Aha. Tak.

Gdy armie zakłopotania szturmowały szyję, Agnes ustawiła głos jak mogła najniżej i zaczęła.

Skupiona na nutach, pracowicie sunęła od poziomu morza ku szczytom gór. Nie zauważyła,

jak na początku zawibrowało krzesło po drugiej stronie sceny, a na końcu gdzieś pękło szkło i kilka nietoperzy spadło z sufitu.

W wielkiej pustce panowała cisza, jeśli nie liczyć stuku kolejnego nietoperza i cichego

brzęczenia szkła gdzieś wysoko.

— Czy to... to twój pełny zakres, moja droga?

— Nie.

— Nie?

— Jeśli zaśpiewam jeszcze wyżej, ludzie mdleją — wyjaśniła Agnes. — A kiedy schodzę

niżej, niektórzy mówią, że źle się wtedy czują.

Szepty, szepty. Szepty, szepty, szepty.

— Czy, hm... jeszcze coś...

— Umiem śpiewać ze sobą na trzy. Niania Ogg twierdzi, że nie każdy to potrafi.

— Przepraszam... — Tu na górze?

— Jak... do-re-mi. Równocześnie.

Szepty, szepty.

— Pokaż nam, mała.

ŻLaaaaaaŻ!

Ludzie z boku sceny rozmawiali z wyraźnym podnieceniem.

Szepty.

— A teraz emisja... — zaczął głos z ciemności.

— Tak, to potrafię — rzuciła zirytowana Agnes. Zaczynała mieć tego dosyć. — Gdzie mam wyemitować głos?

— Słucham? Mówimy o...

— Tutaj?

— Czy tutaj?

— Albo tutaj?

13

To nietrudna sztuka, myślała Agnes. Może imponować, jeśli włoży się słowa w usta siedzącej obok kukiełki, jak to robią wędrowni sztukmistrze, ale nie da się ustawić głosu

zbyt daleko tak, by nadal oszukać całą publiczność.

Teraz, kiedy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, rozpoznawała sylwetki ludzi odwracających

się w fotelach. Byli wyraźnie zdumieni.

— Mówiłaś, że jak się nazywasz, moja droga?

Głos, który w pewnym momencie zdradzał ślady lekceważenia, teraz brzmiał jak pokonany.

— Ag-Per... Perdita — odparła Agnes. — Perdita Nitt. Perdita X... Nitt....

Zgłoś jeśli naruszono regulamin