160
ROZDZIAŁ PIERWSZY
NAGŁE WEZWANIE • BATURA W MOIM FOTELU • TAJEMNICZY CUDZOZIEMIEC SZUKA WSPÓLNIKÓW • ZOSTAJĘ WŁAMYWACZEM • SPOTKANIE Z IKAREM • TEST Z HISTORII SZTUKI, CZYLI „PIĘTA" MICHAŁA ANIOŁA • TAJEMNICZA BRUNETKA W ROGU SALI • ZDJĘCIE SYMPATYCZNEGO PSA SABY
Pewnego lipcowego przedpołudnia byłem na tropie kolejnej zagadki z przeszłości, gdy niespodziewanie zadzwoniła komórka, burząc ów świątobliwy nastrój poszukiwań. Mój szef, pan Tomasz, nakazał mi natychmiastowy powrót do naszego biura, które nieprzerwanie od lat sześćdziesiątych XX wieku mieściło się w tym samym gmachu Ministerstwa Kultury i Sztuki na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Opuszczałem Czersk nad Wisłą pełen sprzecznych uczuć. Z jednej strony odczuwałem niepokój przed nagłym wezwaniem, a jednocześnie rosła we mnie ciekawość. Wyczuwalna w głosie szefa oschłość zwiastowała kłopoty, lecz jednocześnie odnosiło się wrażenie, jakby sprawa była co najmniej wagi państwowej. Tak więc, pokonując warszawskie korki, walczyłem z upałem i z domysłami.
Na miejscu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka.
Wyobraźcie sobie, że gdy zdyszany i spocony wpadłem do gabinetu szefa w naszym departamencie, ujrzałem siedzącego na fotelu... Jerzego Baturę. Rozmawiali, pijąc herbatę przygotowaną przez naszą sekretarkę, Monikę.
W pierwszej chwili odjęło mi mowę. Dopiero, gdy nasz etatowy przeciwnik posłał mi promienny uśmiech, otrząsnąłem się z pierwszego szoku.
— Witaj, Pawle — przywitał mnie oschle szef.Batura mruknął jakąś grzecznościową formułkę.
— Przyjmuje pan nowego do pracy? — zapytałem pana Tomasza,patrząc badawczo na Jerzego.
— Niewykluczone, że przez kilka najbliższych dni będziemy razemwspółpracować — westchnął szef.
—A mówił pan, że nie przyjmie już żadnego nowicjusza—mruknąłem.
Jerzy posłał mi kolejny uśmiech ze swojej kwaśnej kolekcji i rozłożył ręce na bok w geście bezradności, jakby chciał zaakcentować, że siła wyższa zmusiła go do przyjścia tutaj, on sam zaś najchętniej wyjechałby na Mauritiusa z jakąś laleczką; lecz był tutaj, bezczelnie siedział na moim fotelu, ubrany jak jakiś dżentelmen i nawet, drań jeden, wcale się nie pocił. Musiałem przyznać, że w zestawieniu z jego osobą prezentowałem się nader skromnie. On — miał na sobie lniane spodnie i takąż marynarkę w kremowym kolorze, ja — paradowałem w wytartych dżinsach i prze-poconej koszulce. Jerzy był starannie ogolony, jego lodowato błękitne oczy tryskały zdrowiem i pewnością nuworysza, nawet włosy zdawały się słuchać jego cichych poleceń i leżały nienagannie najego głowie, uprzednio lekko zwilżone dobrym kosmetykiem. Pachniał dobrymi perfumami, więc najego tle mogłem uchodzić za jakiegoś kocmołucha. Mnie wystarczała już sama obecność tego człowieka w promieniu kilometra, aby resztki dobrego samopoczucia rozleciały się jak domek z kart.
Jerzy był złodziejem. Nie byle jakim, dodajmy. Był księciem złodziei i przemytników dzieł sztuki w Polsce. Uchodził za niezgorszego znawcę antyków, miał znajomości w podziemiu i kontrolował czarny rynek. Wielokrotnie znalazł się za kratkami. Odczuwałem niezdrową satysfakcję z faktu, że kilka razy nasz skromny departament przyczynił się do osadzenia Batury w więzieniu. Niestety, za każdym razem, dziwnym trafem, wychodził on na wolność po odsiedzeniu skromnej części wyroku. I za każdym razem, gdy opuszczał więzienne mury, stawał się coraz groźniejszym przeciwnikiem, z każdej wpadki potrafił wyciągnąć wnioski na przyszłość, a co za tym idzie coraz trudniej było go przyskrzynić.
Ostatnio nie słyszałem o nim wiele, poza tym, że odsiadywał trzyletni wyrok. Przede wszystkim jednak nie spodziewałem się zastać go w murach naszej szacownej instytucji.
Pan Tomasz dał Baturze znak głową.
— Proszę powtórzyć to jeszcze raz Pawłowi.
Nalałem sobie wody mineralnej do szklanki i usiadłem na krzesełku stojącym w rogu gabinetu obok pustego wieszaka na ubrania. Batura poprawił się na fotelu, strzepnął z klapy marynarki niewidoczny pył i zaczął wreszcie opowiadać.
— Dwa dni temu przyjechał do Polski pewien gość z Zachodu. Facetchce skompletować ekipę. Jak panowie domyślają się, chodzi o wielkiskok, tylko nie pytajcie mnie, co to za włam, bo po prostu nie wiem. Mampowody przypuszczać, że gość jest wysłannikiem anonimowego zlecenio-
Wyobraźcie sobie, że gdy zdyszany i spocony wpadłem do gabinetu szefa w naszym departamencie, ujrzałem siedzącego na fotelu... Jerzego Baturę.
dawcy, który poluje w naszym kraju na coś niezwykle cennego. Rozumiecie chyba, że w tej sytuacji odezwał się mój patriotyzm. Nie będzie nam tu jakiś złodziej z Europy Zachodniej wykradał zabytków.
— Chciałeś raczej powiedzieć, że nie będzie ci obcy bruździł na „twoim" terenie — ironizowałem. — Jak to wygląda, żeby obcy kradł cenneprzedmioty, które ty mógłbyś z powodzeniem ukraść.
Pan Tomasz uniósł wyżej rękę w pojednawczym geście.
— Wierzy mu pan? —jęknąłem i wskazałem na Jerzego.
— Słuchaj, Paweł — uniósł się Batura. — Po co przychodziłbym dowas, gdybym nie chciał pomóc?
— Kilka razy podsyłałeś nam szpiegów — przypomniałem mu. —Lubisz gierki, mistyfikacje, a wodzenie nas za nos jest twoim życiowymcredo.
— Nie przesadzaj. Tak często nie dajecie się znowu wodzić. Kilkarazy musiałem przez was odsiedzieć wyrok. Ostatnio przesiedziałem samotnie w celi ponad rok...
— Ładna mi cela — prychnąłem. — Z telewizorkiem i biblioteczką.I jak to się stało, że zredukowali ci odsiadkę do roku? Miałeś czytać książki z więziennej biblioteki przez trzy lata.
— Zgoda, ale wpłaciłem niemałą sumę na cele społeczne — uśmiechnął się lodowato. — Poza tym byłem wzorowym więźniem. Przeczytałem ponad sto książek i...
— Dość — przerwałem mu brutalnie.Wstałem.
— Szefie, czy naprawdę musimy słuchać tych ckliwych zwierzeńrecydywisty? Co tu jest grane? Jeśli przyjeżdża do Polski jakiś podejrzanyfacet, to podziękujmy Jerzemu, i pojedźmy na policję. A właśnie, Jerzy!Czemu nie poszedłeś na Puławską*?
— Nie przepadamy za sobą.
— A my to co? — prychnąłem. — Żyć bez siebie nie możemy?
— Paweł — syknął pan Tomasz i poprawił nerwowym ruchem okularyna nosie. — Wiesz, że pan Jerzy jest ostatnim człowiekiem, z którymwypiłbym bruderszafta. Nie jechałbym z nim nawet jednym tramwajem,natychmiast wysiadłbym na następnym przystanku...
— Bez obawy, panie Tomaszu — wszedł w słowo Batura. — Jeżdżęnowym BMW.
—... lecz sprawa, z którą przyszedł pan Jerzy wydaje się wyjątkowa.
* Przy ulicy Puławskiej w Warszawie znajduje się siedziba Komendy Głównej Policji.
W dalszej części naszego spotkania słuchałem opowieści Batury o tym jak tajemniczy mężczyzna, mówiący po polsku z silnym obcym akcentem pojawił się w pewnym podejrzanym lokalu, do którego przychodziły różne typki spod ciemnej gwiazdy i w którym załatwiało się ciemne interesy. Batura przez wrodzoną skromność nie raczył dodać, że w knajpie tej spotykali się ludzie podwarszawskiej mafii. Ów człowiek, najpewniej pochodzący z Niemiec, proponował duże pieniądze za usługi dwóch ludzi, mających doświadczenie we włamaniach. Nie chodziło mu o zwykłych opryszków włamujących się do podwarszawskich willi i kradnących wszystko co popadnie, łącznie z drogimi dywanami i sprzętem audiowizualnym. Człowiek ten potrzebował wybornych złodziei, profesjonalistów, rzemieślników najwyższego sortu, znających nowoczesne metody włamania i umiejących obchodzić się z najnowszym sprzętem elektronicznym. Potrzebował ludzi znających się na dziełach sztuki. Według słów Jerzego, cudzoziemiec pytał o niego, tytułując go najbardziej znanym polskim handlarzem dzieł sztuki (co na zwykły język przekładało się jako „złodziej").
— Człowiek ten ma zjawić się w restauracj i „Kameralna" w Brwinowie — kontynuował Batura. — Przyjdzie tam po odpowiedź.
— I co?
— Znalazłem mu dwóch specjalistów. Jednym z nich będę ja sam...
— A ten drugi?
— To ty — wskazał na mnie palcem.
Wstrzymałem oddech i popatrzyłem ze zdumieniem na szefa.
— Czy ja śnię, szefie? — żachnąłem się. — Wzywa mnie pan dodepartamentu, odrywa od ciekawej zagadki związanej z zamkiem w Czersku, a kiedy przychodzę tutaj, widzę Baturę, salonowca i bandziora w jednej osobie, który razem z moim szefem, słynnym Panem Samochodzikiem, zmorą złodziei dzieł sztuki, opracowują szczegóły włamania.
— Pawle — pan Tomasz zdjął okulary i zaczął je przecierać fragmentem koszuli. — Zrozum, nie wiemy, co ów cudzoziemiec planuje.A bardzo chciałbym poznać jego plany. Skoro pan Jerzy chce nam pomóc— pal licho powody — warto chyba znaleźć się blisko tego typka i dowiedzieć się czegoś więcej o jego nadwiślańskiej misji.
Byłem tego samego zdania, co pan Tomasz, wszak sprawa wyglądała na podejrzanąi wielce intrygującą, lecz przecież chorobliwie nie znosiłem Batury. Kiedy miałem go w zasięgu wzroku, moje emocje górowały wtedy nad chłodnym myśleniem i rozsądkiem. Pan Tomasz potrafił zapano-
wać nad sobą w takich sytuacjach, choć dobrze wiedziałem, że i on musiał stoczyć ze swoim sumieniem ostrą walkę.
— Nie podoba mi się to — westchnąłem. — Jerzy oszukał nas wielokrotnie.
Batura wstał gwałtownie z fotela. Poprawił marynarkę i zrobił krok do drzwi.
— Przyszedłem w interesach — oświadczył pochmurnym tonem. —Wy mnie nie lubicie i ja za wami nie przepadam. Chciałem jedynie zrobićz wami interes. Mielibyście faceta na widelcu, a ja pozbyłbym się konkurencji. Ledwo co radzę sobie z rodzimymi złodziejaszkami, a mam jeszczeużerać się z zagranicznymi? Po co, powtarzam jeszcze raz, po co miałbym wskazywać wam potencjalnego włamywacza z Zachodu? Nawetnie wiemy, co ten facet chce ukraść. Z jego tonu wynika, że będzie toskok stulecia. Facet zna się na rzeczy, chce najlepszych ludzi, płaci w euroi pracuje dla kogoś potężnego. No i co, panowie, odmawiacie?
Miał rację Batura. Cóż traciliśmy na tej małej mistyfikacji, skoro w perspektywie mogliśmy przeciwdziałać wielkiej kradzieży, a może nawet złapać groźnego włamywacza na gorącym uczynku?
— Poza tym — dodał Batura, zrobiwszy kolejny krok ku wyjściu —dzięki mojej współpracy z wami policja z pewnością doceni moją dobrąwolę i złagodzi niektóre punkty zwolnienia warunkowego.
Otwierał drzwi, gdy zatrzymał go stanowczy głos szefa.
— Nie wychodź. Wchodzę w ten układ.
— A ja? —jęknąłem. — Mnie pan nie pyta o zdanie?
— Nie rozmawiam z włamywaczem — rzekł poważnie i zaraz sięuśmiechnął.
Zaśmieliśmy się z dowcipu.
— No dobra — spojrzałem na Baturę. — To kiedy ma odbyć się tospotkanie?
— Jutro przed południem.
W restauracji „Kameralna" byliśmy na kwadrans przed umówioną porą. Wcześniej ustaliliśmy z Batura taktykę rozmowy i wszelkie fakty związane z naszymi życiorysami. Jerzy miał się podać za speca od włamań, co nie odbiegało w zasadzie od rzeczywistości, ja zaś byłem jego prawą ręką, znawcą historii sztuki. Specjalnie na tę okazję założyłem wytartą kurteczkę dżinsową, lecz mój gust wcale nie zachwycił Jerzego. Gdyby ktoś popatrzył na nas teraz z boku, na wysiadających z jego lśnią-
cego BMW, niechybnie ujrzałby dwie odmienne osobowości. Różniło nas bowiem wszystko.
Brwinów legł sparaliżowany południowym słońcem, nawet nie za wielu ludzi kręciło się w okolicach „Kameralnej". Natomiast na żwirowym parkingu przyległym do lokalu parkowało wiele dobrych samochodów, co świadczyło, że we wnętrzu tego gastronomicznego przybytku tętniło życie.
W środku było jednak spokojnie. Naliczyłem kilkanaście osób, które zajęły różne miejsca w klimatyzowanym pomieszczeniu. Kilka par siedziało przy stolikach pod ścianąbarwy pistacjowej, inni grali w bilard na końcu sali, dwóch mężczyzn siedziało zaś przy barku i w nastroju posępnej refleksji sączyło drinki. Na pierwszy rzut oka było widać, że to ludzie związani ze światem przestępczym, a ich myśli dotykały problematyki pozyskiwania nowych haraczów. Kiedy Batura podszedł bliżej barku, ukłonił mu się nie tylko barman, ale i owych dwóch dżentelmenów.
Barman natychmiast dał im znak do zwolnienia miejsca, ci posłusznie zabrali szklanki i popielniczkę, a następnie udali się grzecznie do wolnego stolika.
— Nie ma go jeszcze — wyszeptał barman w tonie zdradzającymwyższy stopień wtajemniczenia. — Podać coś do picia?
— Mineralną— odpowiedziałem.Barman zlustrował mnie uważnie.
— To mój kumpel — przedstawił mnie Jerzy. — Wybitny specjalistaod obrazów i księgozbiorów.
Barman nie skomentował tych słów. A kiedy Batura obrócił twarz ku mojej, na jego ustach dostrzegłem lekki uśmieszek zabarwiony ironią.
Cudzoziemiec przyjechał po kilku minutach jaguarem XJR...
Marcin1712