Wharton_William_-_Wiesci.rtf

(2335 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

William Wharton

 

 

 

Wieści

 

 

 


I

 

Przepiórka na gruszy

 

W tym roku nie obrodziły jagody ostrokrzewu. Chociaż liście są soczyście ciemnozielone, ząbkowane i spiczaste, nie ma owoców na gałązkach.

W wilgotnym, zimnym powietrzu mleczna mgła rozprasza się nieco. Z pociemniałego nieba prószą pierwsze tańczące płatki śniegu. Opuszczam się ze wzgórza, niosąc ogromne naręcze gałązek ostrokrzewu, na których wcale nie ma jagód. Potem schodzę w dolinę rzeki Morvandeau, w stronę naszego starego młyna zbudowanego z głazów narzutowych i drewna. Ze wzgórz spływają potężną, czarną bystrzyną bulgoczące potoki, tocząc zaokrąglone, omszałe zielone kamienie mącące wodę w skalistym łożysku.

Wieś wydaje się głucha i opuszczona. Samotni staruszkowie siedzą w domach, marznąc przy wygasających kominkach. Nawet o wpół do piątej po południu wszystkie okiennice są zamknięte na głucho. Dzisiaj jest najkrótszy dzień w roku. Słońce znajduje się w nadirze. Jutro wzejdzie znowu, by odrodzić życie na wiosnę.

Kiedy obszedłem wzgórze, zobaczyłem światło w naszym młynie, różowe, zapraszające. Lampa pali się w małym okien­ku od zachodniej strony, które wykuto w grubej trzystulet­niej kamiennej ścianie. Wspaniale stąd widać zachód słońca w czerwcu. A wczesnym zimowym wieczorem oświetlony wykusz wskazuje drogę wracającym domownikom.

Wchodzę do młyna przez piwnicę, której drzwi wychodzą wprost na drogę. Od ciemnej, mokrej i zimnej posadzki z wy­ciosanego ręcznie granitu bije chłód.

Wystarczy spojrzeć w górę, by zobaczyć olbrzymie koła zę­bate, wał, czyli ogromną drewnianą oś podtrzymującą skrzydła wiatraka, i inne nieczynne urządzenia młyńskie. W piwnicy unosi się żywiczna woń trocin, zalegających na posadzce od rana, kiedy piłowałem tutaj brzozowe bierwiona. Całą stertę pociętych polan ułożyłem przy kominku na górze, choć ogrza­nie tego mauzoleum na święta Bożego Narodzenia to zaiste trud Syzyfa.

W tym roku przyjeżdżają z Ameryki na święta dwie nasze córki. Najmłodsza latorośl, chłopiec, wciąż mieszka z nami. Starszy syn spędza tegoroczną gwiazdkę ze swoją francuską przyjaciółką, którą wiezie na tylnym siedzeniu motocykla przez bezkresną pustynię w dalekiej Arizonie i Nowym Meksyku.

Ale przecież pierwsza gwiazdka była na pustyni. Nasz Michael cum Józef prowadzi swojego osiołka Yamahę o po­jemności 500 cm3, a obok drepcze, mam nadzieję, że nie-tak-bardzo-znów brzemienna Genevieve cum Maria, utrudzona wędrówką jak wiejski listonosz. Nie mam wątpliwości, że znajdą pokój w jakimś zajeździe.

Najstarsza córka i zarazem nasze najstarsze dziecko - Maggie - nie była we Francji od siedmiu lat. Wyjechała stąd do Arizony ze swym mężem, zanim urodziła synka, dzisiaj już pięcioletniego urwisa, naszego jedynego wnuczka. Wiemy, że zastanawia się, czy nie odejść od męża.

Druga córka, Nicole, spędziła święta Bożego Narodzenia w naszym młynie trzy lata temu. Zmarzła wtedy, brakowało jej gorącej wody, natrysków, muzyki rockowej, łazienki, w któ­rej mogłaby umyć włosy, i, oczywiście, mężczyzny. Tym razem przywiezie chłopaka ze sobą. Pozostałych rzeczy zapewne będzie jej znów brakowało.

Nasze najmłodsze pacholę, Ben, kończy piętnaście lat w przeddzień Wigilii. Spośród wszystkich naszych dzieci jedy­nie on odziedziczył pogańskie, atawistyczne uczucia, które opanowują nas w Boże Narodzenie. Życie w tej samotnej doli­nie jest dla nas spełnieniem marzeń. Rozkoszujemy się jego surowym pięknem. Jesteśmy szczęśliwi, że otaczają nas faliste leśne wzgórza, okolone schodzącymi ukośnie łąkami, na któ­rych wieśniacy wypasają stada owiec.

Ben niechętnie bierze prysznic, myje włosy i słucha mu­zyki rockowej. O wiele bardziej woli towarzystwo zwierząt niż ludzi, których jest stokrotnie mniej w tej dolinie niż czworo­nogów.

Próbując daremnie dorównać bogatym Amerykanom z zachodnich stanów, a także dlatego, że w ACP, czyli w Amerykańskim College'u w Paryżu, w którym uczę, rozpoczęły się już ferie świąteczne, przyjechałem tu trzy dni wcześniej.

Moja żona, Lor, która również uczy i ma swoje własne kłopoty, nalegała, że powinniśmy wszystko spokojnie rozważyć.

Przywiozłem dodatkowy grzejnik, by dogrzać wyziębione wnętrze młyna. Chciałem również przetransportować piecyk do ogrzewania wody i zainstalować w łazience, ale nie zmieścił się w samochodzie. Mam małego sportowego fiata z silnikiem pojemności 1300 cm3. Ten zgrabny samochodzik zmieściłby się bez trudu w przedziale bagażowym amerykańskiego wagonu kolejowego. To mój jedyny sportowy sprzęt, jeśli nie liczyć spodenek, koszulki gimnastycznej i butów, które zakładani, uprawiając jogging.

Przywiozłem również trzydzieści metrów sukna, dwumetrowej szerokości, które kupiłem w magazynie Marche Aligre w Paryżu. Całe dziesięć metrów w kolorze jasnoczerwonym. Mam nadzieję, że uda mi się upiększyć tym dekoracyjnym materiałem rażące, surowe wnętrze młyna.

Pierwszego dnia po przyjeździe zabrałem się do sprzątania zapuszczonego młyna - zamiatałem, odkurzałem, zdejmowałem pajęczyny, myłem okna, szorowałem podłogi, naprawia­łem sprzęty i czyściłem wszystko, co mogłoby razić w oczy naszych gości.

Wymiotłem wielki kopiec mysich i szczurzych bobków przywiozłem dwie pełne taczki śmieci, najwięcej chaum, gruzu wykruszonego ze szczelin w ścianach. Mury wietrzeją z wolna, ale stale. Po renowacji przetrwają jeszcze dwa lub trzy stulecia.

Wyniosłem także popiół z kominka, którego nie czyszczono od dziesięciu lat. Być może spopielone resztki lasu średniej wielkości, który zapewne spalono na tym palenisku.

Później zawiesiłem zasłony na okna z czerwonego materiału. By nie skłamać, przyczepiłem po prostu sukno do ciężkich dębowych belek. Uciąłem wąskie paski z boku materiału i przywiązałem zasłony szarfami, by wpuścić odrobinę dziennego światła do wnętrza. Z reszty sukna zrobiłem obrus i nakryłem stół pośrodku izby.

Teraz wszystko wygląda odświętnie, jak przystało na Boże Narodzenie. Wnętrze będzie jeszcze piękniejsze, gdy przystroję pomieszczenie ciemnozielonymi gałązkami ostrokrze­wu, na których w tym roku nie ma jagód.

Drugiego dnia, znów z ogromnym naręczem sukna, wszed­łem na stryszek, gdzie będą spały nasze dziewczęta i sprowa­dzony z zagranicy mężczyzna.

Ściany na stryszku są ocieplone watą szklaną, która chroni wnętrze przed chłodem. Izolację umocowano na ścianach byle jak, na łapu-capu. Z niezrozumiałych powodów koszatki z mły­na upodobały sobie włókno szklane, wybierając miejsce na zimowy sen. Być może to jakaś pozostałość “wstecznej pamię­ci”. Koszatki targają watę szklaną na strzępki, moszcząc swoje maleńkie gniazda. Prawdopodobnie wszystkie zdechną na krzemicę - niewielka strata.

Udrapowałem na ścianach dwadzieścia metrów brązowego sukna, zakrywając, krokiew po krokwi, izolację z włókna szklanego z wszystkimi koszatkami pogrążonymi w głębokim zimowym śnie. Uśpione myszki nie zauważą nic aż do wiosny (mam na myśli koszatki).

Gdy wśród nocnej ciszy

Nie słychać nawet skrobania myszy.

 

Resztą sukna wyłożyłem przepierzenie naszej malutkiej toalety, którą nasi sąsiedzi uważają za cud amerykańskiej prostolinijności, prawdopodobnie niezbyt higieniczny. Pierwsi w całej okolicy mieliśmy ubikację w domu. Umocowałem sedes, ażeby nie kołysał się, gdy ktoś pochyli się, by się podetrzeć. Wstawiłem do toalety mały elektryczny grzejnik, który daje poczucie pewności i wita wchodzącego za potrzebą miłym ciepełkiem, a to dla naszych gości ma znaczenie.

Niestety, trzeba pamiętać o tym, by wyłączyć grzejnik w salonie, zanim włączy się piecyk w toalecie. W przeciwnym razie spali się korki, gdyż do młyna dociera jedynie piętnaście amperów z 220 woltów. W rzeczy samej młyn najbardziej nadaje się do zamieszkania w lecie.

Sposób spłukiwania jest zbyt skomplikowany, by to opi­sać - wykorzystujemy również “mniej zabrudzony” papier na rozpałkę w kominku. I to wcale nie dlatego, by nie mar­nować opału, chociaż zwykle staram się bardzo oszczędzać energię. Przypuszczam, że moje skąpstwo, gospodarność, oszczędność mogą być w pewnej mierze przyczyną wszyst­kich naszych problemów. Chodzi o to, że nasz zbiornik na wodę ma określoną pojemność, poza tym ma już prawie trzynaście lat.

Przycinam gałązki ostrokrzewu i wstawiam do wazonów. Potem gotuję smaczne cassoulet z puszki, zagryzam posiłek chlebem i popijam czerwonym winem. Kiedy jestem sam, cassoulet z puszki stanowi szczyt moich kulinarnych umie­jętności.

Później zamierzam naciąć trochę sosnowych gałęzi w pobliskim lesie. Poczekam jednak, aż zapadnie mrok. Przez dwanaście lat kradliśmy choinki z lasu. Za dnia szukaliśmy najzgrabniejszego drzewka, a kiedy wybraliśmy, znakowaliśmy je po swojemu. W nocy przemykaliśmy chyłkiem do lasu, wycinaliśmy piłą choinkę tuż przy samej ziemi, przysypywaliśmy piaskiem świeży pniak i wracaliśmy z drzewkiem przez uśpione miasteczko do naszego młyna. Nic tak bardzo nie raduje duszy w Boże Narodzenie jak ukradziona z lasu choinka. Ale dzisiaj te nasze drzewka, stare bożonarodzeniowe drzewka, pośród których wybieraliśmy rokrocznie choinkę, są wysokie i grube jak słupy telegraficzne. I nie znalazłbym nie pomocnika, z którym mógłbym ściąć, zanieść do młyna i ukryć tak wielkie drzewo. Ten cudowny las przerósł nas wszystkich. W tym roku musimy kupić choinkę w Nevers. Wybierzemy ją w krzykliwej ciżbie przekupniów, grzebiąc w stosie leżących drzewek i sprawdzając pośpiesznie, czy ma odpowiednią wysokość i gęstość.

Wkładam ciepły płaszcz i filcowy kapelusz, biorę piłę i latarkę. Schodzę ostrożnie po zmurszałych schodach, macając w ciemności stopą, by nie skręcić nogi. Jeszcze zanim dotarłem do piwnicy, poczułem, jak zimny podmuch zapiera oddech. Wiem, że chłodne powietrze nie może płynąć ku górze. Być może jego cząsteczki są tak zagęszczone w tej ziębionej piwnicy, że wypiera je jakaś potężna, zwielokrotniona siła, unosząc ku przewiewnej, otwartej przestrzeni łych pomieszczeń. Domykam drzwi w podłodze, wiszące na wyrwanych zawiasach, zeskakuję z kilku ostatnich stopni i wychodzę w czarną noc. Gdzieś na niebie powinien wzejść wąski sierp księżyca, ale wciąż poruszam się po omacku w nieprzeniknionej ciemności.

Czy zdaje mi się, że jaśnieje przede mną droga? Nie mam pewności, czy blada poświata, którą widzę przed sobą, to mokra droga czy tylko złudzenie. Wyobraźnia to potężna siła. Czuję twardą nawierzchnię pod podeszwami butów, toteż po­winienem uzmysłowić sobie, czy wędruję prawą czy lewą stroną drogi. Mogę w każdej chwili zapalić latarkę, ale wów­czas rozproszy się bezpowrotnie w jej świetle ta nikła nocna wizja, która nadaje przedziwny urok mojej sekretnej wędrów­ce do lasu. Poza tym nie chcę, ażeby wieśniacy odkryli, że kradnę sosnowe gałęzie.

Widzę przed sobą halo, które otacza jak świetlista aureola sąsiadujące z młynem miasteczko. Upiorna biała mgła opatula rozproszone światło jedynej latarni w miasteczku. Przypatruję się, jak w blasku dalekiej lampy wyłaniają się z wszędobyls­kiego posępnego mroku jakieś dziwne kształty. Nocne światło stwarza obrazy tak odmienne od tych, które widzimy w dzień. Rozproszony blask nocnej latarni przypomina śnieg, który opatula ziemię białym całunem i zarazem rysuje kontury nowego krajobrazu. Wpatruję się w zachwycie w kamienne budynki stojące na nocnym pustkowiu.

Mijam samotną latarnię, a mój cień wydłuża się i ogrom­nieje przede mną. Idę raźnym krokiem w kierunku zakrętu, trzymając w ręce zgaszoną latarkę. Na samym zakręcie wcho­dzę do lasu, przedzierając się przez leżące na ziemi, połamane gałęzie sosen. Wiatrołomy są tak zbutwiałe, tak wilgotne, że nawet nie trzaskają, kiedy depczę po nich.

Ścinam żywiczne gałęzie małą piłą ręczną, którą przynios­łem ze sobą. Potem z ogromnym naręczem pachnącej sośniny śpieszę w kierunku drogi i zbiegam ze wzgórza do swego gniazdowiska.

W młynie zrzucam płaszcz i kapelusz. Potem przyczepiam pachnące gałązki na belkach i nad oknami, ażeby ukryć agrafki w fałdach udrapowanego sukna.

Jutro pojadę do Nevers, by zabrać ze stacji Lorettę i Bena, którzy wyjeżdżają pociągiem o siódmej rano z Paryża. Tutaj, w Nevers, zrobimy wszystkie świąteczne zakupy, a potem przyjedziemy do naszego młyna. Mam nadzieję, że uda się nam dotrzeć do domu przed zmrokiem. We Francji wiejskie drogi są niebezpieczne, szczególnie gdy pada śnieg.

Dziewczęta i młody Amerykanin mają przyjechać pojutrze, w urodziny Bena. Nasz syn przyszedł na świat w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia, sprawiając nam radosną niespo­dziankę jak nieoczekiwany prezent pod choinkę. W pewnym sensie wszystkie nasze dzieci stanowiły niespodziankę, ma­leńki cud. Chyba również dlatego Boże Narodzenie znaczy dla nas tak wiele.

Nazajutrz budzę się o szóstej. Kiedy świecę z okna latarką, widzę wirujące płatki śniegu w smudze światła. Masz babo placek. Nie wziąłem pod uwagę “potęgi żywiołu”, licząc na to, że śnieg spadnie o dzień później niż przepowiadano. A teraz muszę przejechać sześćdziesiąt kilometrów w śnieżycy i ciemności samochodem bez opon śnieżnych i łańcuchów na koła, w którym ogrzewanie jest niesprawne i nie domyka się okno. Na dodatek nie działa trzeci bieg w czterobiegowej skrzyni biegów, toteż będę musiał jechać wolniutko, trzymając kurczowo kierownicy, bo samochód niechybnie będzie się ślizgał, szczególnie w drodze powrotnej. Wyobrażam sobie, że mam sportowy wóz, ale tak nie jest.

Niebawem   okazuje   się,   że   chyba   nie   wyruszę   tym gruchotem do Nevers, gdyż wyczerpał się akumulator. Kiedy patrzę przez półprzeźroczyste ścianki, odkrywam na blasze cynkowej białą inkrustację. Być może, jeśli potrząsnę akumulatorem, wywołam w środku miniaturową śnieżycę, tak jak to robiłem, bawiąc się szklaną kulą z bałwankiem, gdy byłem dzieckiem.

Popukałem w akumulator i wyciągnąłem go ostrożnie, pamiętając dobrze o daremnych, herkulesowych zmaganiach i gasnącym co rusz silnikiem pewnego wczesnego ranka Paryżu. Pchaliśmy z Benem auto, a Loretta siedziała przy sterownicy, próbując uruchomić silnik. Moja żona przerzucała kolejno biegi i naciskała sprzęgło, ale silnik krztusił się tylko, samochód w ogóle nie ruszył z miejsca. Wreszcie zupełnie zrezygnowani pobiegliśmy szaleńczo do najbliższej stacji metra, wściekając się wzajemnie na siebie i ciskając paczkami z książkami. A przecież wystarczyło odłączyć wyczerpany akumulator, zanieść go do mieszkania i naładować, co też robiłem, kiedy Loretta i Ben odjechali metrem. Stopniowo ranny chłód zelżał i po dwóch godzinach dializy zainstalowałem z powrotem akumulator i dojechałem bez kłopotów na wykłady, które zaczynają się o dziesiątej. Zwykle to Loretta i Ben jechali samochodem, a ja szedłem do metra.

Zbieram z krzesła rzeczy, które rzuciłem tam wczoraj i ubieram się pośpiesznie. Wkładam rękawiczki i kapelusz i sprawdzam latarkę. Schylam ostrożnie głowę, przechodząc przez wiszące na luźnych zawiasach drzwi do granitowego grobowca piwnicy. Z gęstej ciemności wyłania się przerażający mechanizm młyna jak straszliwe wnętrze olbrzymiego, milczą­cego potwora. Naciskam klamkę i wychodzę po kamiennych schodach wprost w szalejącą śnieżycę. Ziemię pokrywa już czterocalowa warstwa świeżego, niewinnego śniegu. Nad wro­tami do niskiej stodoły, w której garażuje nasz samochód, wiszą srebrzyste sople. W środku poniewierają się wszędzie części aż sześciu motocykli, które otaczają samochód niczym prezydencka eskorta. Świadczy to o postępach Mike'a, który ze zwykłego lekkiego motoroweru z silniczkiem o pojemności 50 cm3 przesiadł się w końcu na stalowego rumaka o pojemno­ści 500 cm3 - miłość swojego życia. Tutaj w tych zakurzonych, rdzewiejących mechanizmach można prześledzić etapy rozwo­ju mojego syna w okresie dojrzewania.

W samochodzie sprawdzam, czy działa przełącznik świateł i włącznik nagrzewnicy. Przyciskam pedał gazu, powoli, dwa razy, trzymając się ściśle wskazówek pana Diamanta, czło­wieka, od którego kupiłem ten pojazd. Potem przekręcam kluczyk w stacyjce. Rozrusznik śpiewa radośnie: Ruszamy! Ruszamy! Ruszamy! Silnik pozostaje głuchy na ochocze wezwania (być może to tylko głuchota stali), zdaje się nic nie słyszeć i nie odpowiada na radosną piosenkę startera.

Wyłączam rozrusznik, czekam z rozpaczą. Próbuję od nowa. Starter wzywa znów; Ruszamy! Ruszamy! Ruszamy! Lecz samochód ani drgnie.

Wciskam gaz niemal do dechy, tym razem wbrew wyraźnej instrukcji pana Diamanta.

Ten typ rozrusznika działa niezależnie od silnika, a kiedy uruchamiam go; wydaje się żyć osobnym, własnym, darem­nym życiem. Obawiam się jednak, że to wina silnika, który nie reaguje na wibracje tego nietypowego malutkiego startera. Stopniowo zmieniamy ton i zamiast ochoczego: Ruszamy! zdaje mi się, że słyszę zrezygnowane: Nie mogę tego zrobić, a nawet: Rozstajemy się, odchodzę!, wypowiedziane zmęczo­nym, bełkotliwym głosem zataczającego się pijaka czy znie­chęconego kochanka.

Jestem gotów zrezygnować, ale zarazem szukam gorącz­kowo jakiegoś rozwiązania. Mam zaledwie godzinę, by nała­dować akumulator. Przyniosę do stodoły nowy butanowy piecyk i ogrzeję samochód. Gdzieś mam przewód do świecy. Może jednak zaczekam, aż wstanie nasz sąsiad Philippe i po­życzę od niego kabelek.

Jeszcze raz przekręcam kluczyk i słyszę niepokojący chi­chot silnika, zalotne przekomarzanie, które zdaje się już obie­cywać, że motor zaraz zaskoczy, lecz potem nagle zapada cisza.

Czekam całe dwie minuty w ciemności, próbując sklecić jakąś pogańską modlitwę, która wspomogłaby mnie w tej trudnej chwili, daremnie szukając odpowiednich zaklęć prze­ciwko złemu losowi i upokarzając się błaganiami do niewzru­szonego silnika. Przyrzekam, że będę częściej zmieniał olej silnikowy, nie tak rzadko jak dotąd, kupię specjalny olej na zimę, a może nawet naprawię przekładnię biegów.

Nie, to wszystko zda się psu na budę. By spełnić moje obietnice, musiałbym wydać więcej, niż wart jest ten stary gruchot. Przygważdża mnie zdradziecka, cudowna myśl, by wyrzucić tego wysłużonego grata na szmelc i kupić inny wóz. Istotnie, rozglądam się już za nowym samochodem.

Odejdź precz, szatanie!

Uspokajam się. Przekręcam kluczyk, jakby to był pogodny czerwcowy dzionek i nagle ten stary gruchot zmienia się w nowiutki sportowy wóz. Silnik zaskakuje i ryczy, zanim jeszcze dobiegło mnie ochocze wezwanie rozrusznika. Gdzie tkwi tajemnica? Siedzę w ciemnym i zimnym samochodzie, promieniując radością i wsłuchuję się, jak wszystkie cztery cylindry równomiernie pracują, zagrzewając się nawzajem do startu, i zdaje mi się, że płynę. Zwalniam pedał gazu, by przyhamować samochód, i wysiadam, ażeby rozewrzeć ogrom­ne wrota stodoły, zanim zatruję się tlenkiem węgla zawartym w spalinach. Moja śmierć zostałaby prawdopodobnie uznana za kolejne niespodziewane samobójstwo, jakich wiele zdarza się w czasie świąt Bożego Narodzenia.

- Nikt z nas nie zauważył niczego, co zapowiadałoby tragedię, ale on zawsze był skryty. Trudno było zaprzyjaźnić się z nim, nawet żona nie znała wszystkich jego sekretów. Filozofowie to zgraja łajdaków. Czy wiesz, że on chyba nie wierzył w to, że świat jest rzeczywisty. Czy możesz to sobie wyobrazić?

Zostawiam samochód na wolnym biegu; udało mi się zwal­czyć nieodpartą pokusę gwiazdkowego samobójstwa. Rzucam się pędem przez piwnicę, biegnąc do nagrzanego pokoju na górze. Ścielę łóżko, wyłączam z kontaktu amerykański ele­ktryczny koc, szybko czyszczę zęby i myję się, wciąż nad­słuchując, czy nie zgasł silnik samochodu. Wybieram popiół z kominka i wreszcie się rozgrzewam. Wkładam do paleniska zmięty papier, wiązkę chrustu, gałązki, suche gałęzie, nad któ­rymi ustawiam dwa rozszczepione polana, by łatwo było roznie­cić ogień, kiedy wrócimy. Nadsłuchuję - silnik wciąż pracuje.

Zapałki kładę przy kominku. Nastawiam butanowy grzej­nik na minimum; butle z butanem kosztują po siedemdziesiąt osiem franków każda, a trzeba pojechać pięć mil do Chatin, ażeby napełnić je gazem. Upewniam się, że mam portfel, książeczkę czekową i prawo jazdy. Pakuję klucz francuski, śrubokręt, kombinerki. Zabieram szuflę do węgla na wypadek, gdybym ugrzązł w śniegu. W takim razie wygarnę szufelką śnieg spod kół i posypię drogę piaskiem z przydrożnych rowów, o ile w ciemności dokopię się do piasku pod śnie­giem.

Wreszcie jestem gotów do drogi. Zostawiam zapaloną lampę nad stołem. Nienawidzę wyjazdów. Dom wtedy wydaje się szczególnie przytulny, jakby zapraszał, by spędzić długi zimo­wy dzień przy płonącym kominku, popijając w zadumie dobrze zamrożoną wódkę, rozmyślając o swym życiu i zastanawiając się, czy nie zboczyć z wydeptanej ścieżki. “Po co to wszystko? Dlaczego żyję tutaj? W jaki sposób można naprawdę zrozu­mieć wszystko? Jak sprawić, by Lor była wreszcie szczęśliwa? Myślę, że wiem, ale czy jestem naprawdę gotów to uczynić? Chłopie, serce i rozum to wrogowie, którzy rzadko godzą się na kompromis. Do diabła, czym jest miłość? W jakiej mierze składa się z szacunku i podziwu, a ile znaczy w niej namięt­ność? W jaki sposób zachować właściwe proporcje, by prze­trwała? Czy posłuchać rozumu i rozstać się, czy zawierzyć sercu? Trzeba wybrać jedno albo drugie”.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin