Adams Douglas - Życie, wszechświat i cała reszta.pdf
(
556 KB
)
Pobierz
298240815 UNPDF
Douglas Adams
ŻYCIE,
WSZECHŚWIAT I CAŁA
RESZTA
Tłumaczył Paweł Wieczorek
(Life, The Universe And Everything)
Dla Sally
Rozdział 1
Artura Denta już od dłuższego czasu budził co rano własny krzyk przerażenia.
Otwierał oczy i natychmiast sobie przypominał, gdzie się znajduje.
Mniejsza z tym, że jaskinia była zimna, że była wilgotna i smrodliwa, prawdziwy
problem polegał na tym, że leżała w środku Islington, niedaleko centrum Londynu, a następny
autobus odchodził za dwa miliony lat.
Czas jest - jeśli wolno się tak wyrazić - najgorszym miejscem, w jakim można się
zgubić, a Artur Dent z pewnością mógłby to potwierdzić, gdyż już wielokrotnie gubił się
zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Gdy ktoś gubi się w przestrzeni, ma przynajmniej co
robić.
Po długim i skomplikowanym ciągu wydarzeń, w czasie których - w dziwaczniejszych
okolicach Galaktyki, niż mógłby sobie kiedykolwiek wyobrazić w najśmielszych marzeniach
- na zmianę to na niego wrzeszczano, to go obrażano, utknął na prehistorycznej Ziemi i nawet
jeśli jego życie stało się obecnie bardzo, ale to bardzo spokojne, ciągle jeszcze był lekko
roztrzęsiony.
Mijało właśnie pięć lat, odkąd nikt na niego nie nawrzeszczał.
Odkąd cztery lata temu rozstał się z Fordem Prefectem, prawie nikogo nie widywał,
nikt go więc też od tego momentu nie obraził.
Z jednym wyjątkiem.
Zdarzyło się to pewnego wiosennego wieczora mniej więcej dwa lata przed
opisywanymi właśnie wydarzeniami.
Właśnie wrócił tuż po zmroku do swej jaskini, gdy zauważył błyskające tajemniczo
przez chmury światła. Odwrócił się i zagapił w górę, w sercu nagle zakiełkowała mu nadzieja.
Ratunek. Ocalenie. Najtęskniejsze marzenie rozbitka - statek.
Patrzył, zdziwiony i podniecony, i wybałuszał oczy, a przez ciepłe wieczorne
powietrze ni stąd, ni zowąd zupełnie bezgłośnie spłynął w dół srebrny statek kosmiczny i
rozpostarł długie nogi w perfekcyjnej technicznie baletowej ewolucji. Osiadł miękko na
ziemi, a słyszalne przy lądowaniu delikatne buczenie zamarło niby uśpione przez wieczorną
ciszę. Wysunął się trap. Ze środka wypłynęło światło. W luku pojawiły się kontury wysokiej
postaci. Obcy powoli zszedł po trapie i stanął przed Arturem.
- Jesteś cymbał, Dent - powiedział po prostu.
Wyglądał obco, bardzo obco. Miał charakterystyczny dla Obcych wzrost, cechującą
Obcych płaską głowę i małe, typowe dla Obcych szparkowate oczy. Odziany był w złote
szaty, ułożone w ekstrawaganckie fałdy, z szalenie obco wyglądającym deseniem na
kołnierzu; miał bladą, szarozieloną skórę, posiadającą ów świecący połysk, jaki na większości
szarozielonych twarzy udaje się osiągnąć jedynie za pomocą wielu ćwiczeń i bardzo drogiego
mydła.
Artur gapił się na niego jak wół na malowane wrota, a Obcy patrzył na niego jakby
nigdy nic.
Pierwsze jaskółki nadziei i podniecenia zostały natychmiast pokonane przez
zdziwienie i najrozmaitsze myśli zaczęły walczyć w głowie Artura o prawo do użycia strun
głosowych.
- Ooo...? - zapytał. - Blaa... aa... bla... - dodał. - Ooo... too... ooo... kto? - wybełkotał w
końcu i pogrążył się w posępnym milczeniu. Uświadomił sobie, że przecież odkąd jest w
stanie sięgnąć pamięcią, nie odzywał się do nikogo słowem.
Obcy zmarszczył czoło i rzucił okiem na coś w rodzaju notatnika, który trzymał w
mizernej i chudej jak szczapa, typowej dla Obcych dłoni.
- Artur Dent? - zapytał.
Artur bezradnie kiwnął głową.
- Artur Filip Dent? - dodał Obcy, wydając z siebie coś w rodzaju przenikliwego
szczeknięcia.
Ee... ee... tak... ee... ee... - potwierdził Artur.
Jesteś cymbał - powtórzył Obcy. - Jesteś najprawdziwszym durniem.
- Ee...
Obcy sam sobie przytaknął, kiwając potwierdzająco głową, postawił w notatniku obco
wyglądającego ptaszka, szybko odwrócił się i ruszył żwawo do statku, którym przed chwilą
przybył.
- Ee... - powiedział Artur desperacko - ee...
- Nie odzywaj się tak do mnie! - warknął Obcy.
Wszedł na trap, minął luk i zniknął w środku. Statek zamknął się i po chwili rozległo
się głębokie i pulsujące buczenie.
- Eee...hej! - wykrzyknął Artur i zaczął niemrawo biec w jego kierunku. - Moment! Co
to ma znaczyć? Zaraz! Czekaj!
Statek zaczął się unosić, choć dość dziwnie - sprawiał wrażenie, jakby pozbywał się
własnego ciężaru. Na chwilę zawisł w powietrzu, potem jednak wystrzelił w niezwykły
sposób w wieczorne niebo. Przeleciał przez chmury, które na moment rozbłysnęły jasnym
światłem, i tyle go było, Artur zaś, bezradnie podrygując i podskakując w miejscu, został sam
Plik z chomika:
TAKIJA1
Inne pliki z tego folderu:
Adams Douglas - Autostopem przez Galaktykę.pdf
(533 KB)
Adams Douglas - Cześć, i dzięki za ryby.pdf
(444 KB)
Adams Douglas - Życie, wszechświat i cała reszta.pdf
(556 KB)
Adams Douglas - Restauracja na końcu wszechświata.pdf
(556 KB)
Adams Douglas - Długi mroczny podwieczorek dusz.pdf
(685 KB)
Inne foldery tego chomika:
Aapeli
Abagnale Frank
Abalos Rafael
Abbott Jeff
Abécassis Eliette
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin