Bonda Katarzyna - Hubert Meyer 01 - Sprawa Niny Frank.pdf
(
1567 KB
)
Pobierz
Katarzyna Bonda
Sprawa Niny Frank
Pewnemu Fotografowi
„Czego człowiek nie rozumie, tym nie włada” - Johann Wolfgang Goethe
„Animus aeger semper errat (Chory umysł zawsze błądzi)”
Prolog
Gdybyś była grzeczna... Taka, jak w telewizji, czysta jak zakonnica.
Być może nie musiałbym cię karać. Być może. Ale nie, w końcu i
tak musiałbym. Bo w głębi duszy jesteś suką! Zepsutą suką,
dziwką, puszczającą się zdzirą. Myślałaś, że mnie oszukasz?
Myślisz, że jak ci się udaje nabierać miliony telewidzów, każdego
dnia wypatrujące na szklanym ekranie twojej zimnej, pięknej
twarzy, to mnie też oszukasz? ... Zawiodłem się na tobie. Twoje
ciało nie wie, co znaczy niewinność. Ty jesteś zbrukana. Cała
unurzana w grzechu! Nie, nie urodziłaś się taka. Bardzo się o to
postarałaś. Dobrze, że matka nie wie, co razem robiliśmy.
A tak bardzo chciałem ci dać to, czego pragniesz...
Och, przepraszam, przepraszam cię kochanie. Zrozum, muszę to
zrobić, muszę, dla twojego dobra! Przecież wiesz, że cię podziwiam
i w moich oczach zawsze będziesz najpiękniejszą kobietą, jaką
znam. Przecież wiesz, że tak naprawdę wcale tego nie chcę. Nie
chcę cię krzywdzić, skarbie, pragnę cię tylko uwolnić. Tak cię
kochałem, Niko... Tylko, że ty tego nie doceniasz. Nawet teraz,
kiedy jest nam razem tak cudownie. Mnie w każdym razie jest.
Kiedy każdej nocy przed zaśnięciem wyobrażam sobie, jak drżysz,
gdy cię duszę... Widzę twoją wykrzywioną z bólu twarz i czuję
rozkosz. Jestem wtedy silny. Jestem Kimś. Balansuję na granicy
dwóch światów i zlewam je w jedność. Czuję w sobie moc
panowania nad życiem i śmiercią. To takie podniecające. Nareszcie
to ja decyduję o twoim losie. Już nic nie jest w stanie mnie
powstrzymać... Takiej władzy pragnę. O niej marzę w moim
pokoju.
Dobrze, że matka nie wie, co razem robiliśmy... To nic, że tylko w
mojej wyobraźni. Czy wiesz, co by mi zrobiła, gdyby się
dowiedziała? Złoiłaby mi skórę. Jak zwykle. Ty nie masz pojęcia,
jak to boli. Ty nie wiesz, co znaczy ból. To, co ja ci zrobię, jest
tylko przedsmakiem bólu, jaki chciałbym ci zadać. Musisz ponieść
karę za swoje grzeszne spojrzenia. Dlatego muszę cię oczyścić. Nie
mam innego wyjścia. Wszystko, co dotyczy ciebie, jest tak
nieszczere. Gdybyś chociaż zdawała sobie z tego sprawę...
Nie rozumiem, dlaczego mnie odrzucasz. To nie w porządku,
dziewczynko. Tak się nie robi. W końcu jesteśmy ze sobą tak
blisko. Wiem, że zbierasz moje listy. Żaden nie wrócił do skrytki.
Gdybyś ich nie odbierała, być może nie pisałbym więcej.
Pogodziłbym się z tym, że mnie nie chcesz. Ale nie, ty jeszcze mnie
kusisz. Pragniesz, bym cię odwiedził. Uśmiechasz się do mnie z
ekranu, tak lubieżna w tym habicie. A kiedy w końcu przyszedłem,
ryzykując, że matka się dowie, zaczęłaś krzyczeć i grozić mi. To
nie było uprzejme. Zwłaszcza te przekleństwa ― nie przystoją
damie. Muszę cię nauczyć kultury. Jesteś żałosna. Tak, teraz mnie
śmieszysz. Już nie masz nade mną władzy. Choć na zawsze
pozostaniesz tą pierwszą, która wyzwoliła we mnie siłę stwórcy.
Stworzę na nowo. Pokonam barierę. Przekroczę próg dla
wybranych.
Znów czuję to narastające napięcie. Podniecające, ekscytujące.
Łechce moje członki i z niecierpliwością czekam, aż ten wulkan
dojrzeje. Przyznam ci, że czasem to nie jest przyjemne. Paraliżuje
mnie i zmusza do wycofania się. Ten ciągły lęk, który muszę
pokonywać; ocean strachu. Mój lęk w porównaniu z twoim jest
zaledwie kropelką wody. Ale wiem już, co go uwolni i oswoi. Da
poczucie jeszcze większej siły. O tak! Patrzę na twoją twarz, na
filmach, w gazetach, widzę ją we śnie, na jawie, coraz częściej
obserwuję cię z daleka... Zbliżam się do ciebie, jestem o krok.
Wczoraj miałem cię na wyciągnięcie ręki, a powstrzymałem się.
Ale nie chcę już czekać dłużej. Muszę wyładować to napięcie, które
mnie rozsadza.
Rozdział 1
Początek końca
„Zaplanuj swoje życie, bo inni zrobią to za ciebie”
Nie pamiętam, jak znalazłam się w swoim łóżku. Ból głowy
wgniatał mnie w ciemność poduszki. Założyłam okulary z
materiału, które wzięłam z samolotu, i próbowałam uciec w
nieświadomość. Kiedy tak dryfowałam w przestrzeni własnej pustki
i starałam się odnaleźć wyjście z tunelu, do którego trafiłam
niechcący, a właściwie tak bardzo świadomie, poczułam na swojej
piersi czyjś język. Jakaś ręka wędrowała po moim brzuchu i
zmierzała między nogi. Trwało chwilę, kiedy zrozumiałam, że zęby
przygryzające moje sutki i ręka penetrująca właśnie moje wnętrze,
nie należą do jednej osoby. Natarczywy palec próbował pobudzić
mnie. Dopiero, gdy ofensywny język z piersi przeniósł się do ust i
poczułam na nim własny zapach i smak, zdarłam z oczu okułary i
krzyknęłam: ― Nie! Przestań!
W moim łóżku, w skotłowanej pościeli, leżało dwóch młodszych ode
mnie mężczyzn. Przystojnych jak z żurnala. O twarzach
wymuskanych, w które regularnie wklepują kremy
przeciwzmarszczkowe, ale nie wyrażających nic prócz żądzy. Kutas
jednego z nich był w stanie imponującego wzwodu. Jego właściciel
zbliżał się w moim kierunku. - Jaka groźna kotka ― szeptał
obleśnie. Drugi, nieprzytomny, jeszcze odurzony, histerycznie się
zaśmiewał. Jego rechot doprowadzał mnie do furii. Poczułam się
mała i bezbronna. Chwyciłam stojącą na blacie butelkę po ginie i
cisnęłam nią w tego ze stojącym kutasem. Ale nie trafiłam. Uchylił
się. Butelka odbiła się od stołu i potoczyła po podłodze.
Chwyciłam prześcieradło. Próbowałam ściągnąć ze swojego łóżka
drugiego, który nie przestawał się śmiać. Kiedy udało mi się
przysłonić swoją nagość białą, wygniecioną
materią, spojrzał błagalnie i śliniąc się, czołgałpo podłodze. ―
Dostałiście, co chciełiście! Zabierać się z mojego domu! - darłam
się.
―Jaki temperament... ― śmiech grzęzł w gardle czołgającego się.
― Zwariowałaś? - zamilkł, kiedy wyrwałam łampkę z kontaktu i
zamachnęłam się na niego.
―
Co ty? Przecież sama nas zaprosiłaś. Nie rób wiochy.
Przez głowę przelatywały mi różne myśli. Gubiłam się. Nie byłam
już taka pewna. Jak to się stało, że ich tu przywiozłam? Mgliście
przypominało mi się, że poprzedniego wieczoru pozwołiłam, by pili
z mojego buta, całowali po szyi... Nie znałam ich imion, a oni
zwracali się do mnie per „ty”. Zupełnie nie pamiętałam, że z nimi
spałam. Nic nie pamiętałam. Choć moje ciało mówiło, że
pozwoliłam na wiele. Bolały mnie piersi. Sutki były sterczące,
podrażnione, pewnie przypalane papierosami. Między nogami
miałam żarzące się węgle. Pieprzyłam się z nimi. Pijana, szalona,
dawałam się rżnąć. Aaaa! ― głowa mi pękała.
―
Dzwonię na policję ― chwyciłam telefon. ― Albo sami
wyjdziecie ― dodałam ciszej.
Chciałam, żeby zostawili mnie samą.
―
Ale jesteśmy na wsi... ― odezwał się cicho Czołgacz o
oczach wiernego szczeniaka.
―
Nie obchodzi mnie, jak wrócicie.
―
W pozostałych pokojach są inni łudzie. Ich też wyrzucisz? ―
spytał chytrze wyższy, a jego imponujący penis skurczył się już i
ukrył tchórzliwie w gęstwinie czarnych włosów. Reszta klejnotów
dyndała smętnie, jakby ktoś spuścił poivietrze z odpustowego
balonika.
Chwyciłam prześcieradło i wyszłam z sypialni.
Biała sofa w salonie była obrzygana. Leżały na niej na wpół
rozebrane dziewczyny i dwóch znanych mi producentów. W kuchni
ktoś smażyłjajecznicę. Furkotał ekspres do kawy. W bibliotece
jakieś panienki chichotały. „Wypijmy za błędy... ”
-
zawodził Rysiek Rynkowski - ktoś na cały regułator włączył
telewizor.
-Jest nasza gwiazda! ― krzyknął Zbyszek, mój agent. Na sobie miał
mój własny szlafrok, pod spodem był goły, jak go Pan Bóg stworzył.
Kilka dziewczyn kręciło się wokół niego. Były niekompletnie
ubrane.
―
Dzień dobry ―powiedziałam grobowym głosem.
Zastanawiałam się, kim są ci ludzie, większości nie znałam. Czułam
się osaczona, zagubiona i stara, kiedy patrzyłam na te osiemnastki,
gotowe w tej chwili zrobić wszystko za epizod w głupawym serialu.
Marzyły o tym, co ja już mam ― o orgii we własnym domu, której
nie pamiętam. Pewnie po tych tabletkach, alkoholu i niezliczonej
ilości skrętów, które pojawiły się nie wiadomo skąd.
―Koniec imprezy. Zmywajcie się ― powiedziałam nie patrząc na
to towarzystwo. - Mam was wszystkich gdzieś ― chciałam dodać.
Ale po prostu wyszłam.
―Nika, pojebało cię? Dziś niedziela, dzień święty ― rzucił zza
moich pleców gość, którego imienia nie znałam i nie chciałam
poznawać. Reszta wybuchnęła śmiechem. ― Odwaliło ci, odkąd
wróciłaś ze Stanów! Wschodząca gwiazda Hollywoodu już nie chce
zadawać się z polskim show-biznesem... ― szydził
Zamachnęłam się i uderzyłam wymoczka w twarz. Podbiegłam do
białej skrzynki przy wejściu:
―
Wzywam ochronę. Wyrzucą was, tak, jak tu stoicie.
―
Przecież ty nie umiesz naivet obsługiwać odtwarzacza
wideo... ― roześmiał się Jakub, chyba jedyny w marynarce.
Spojrzałam na niego i poczułam, że mi niedobrze. Do jego
ramienia, jak manekin, przyczepiona była śliczna dziewczyna_ w
wieku może siedemnastu lat. Wyglądali jak ojciec z córką. Blond
włosy miała potargane, wzrok mętny. Była na prochach.
Zobaczyłam w niej siebie sprzed lat. Spojrzałam Jakubowi w oczy,
wpisałam kod i nacisnęłam czerwony guzik. Rozległ się głuchy
ałarm syreny.
―
Macie dziesięć minut ― powiedziałam i weszłam po
schodach na górę. Nie oglądając się zamknęłam drzwi.
Wiedziałam, że wyjdą. Opatuliłam się prześcieradłem i usiadłam
przed komputerem. Wtedy postanowiłam to spisać.
Może dowiem się, jak zagubiłam się w meandrach moich marzeń i
stałam kimś tak bardzo mi obcym. Jak obudziłam potwora śpiącego
pod skórą, którego przez lata karmiłam własną krwią i który teraz
żąda kolejnej ofiary ― z mego życia. Spowiedź internetowa w
konfesjonale nicka. Rozgrzeszenie przez powiedzenie wszystkim i
nikomu. Do tego żadnej pokuty za grzechy. Czułam, że jeśli nie
zrzucę gdzieś tych wszystkich masek, które nosiłam, wybuchnę.
Pęknę. Wiatr rozniesie mnie na kawałki, które nie będą już nigdy do
siebie pasować. I na myśl o samooczyszczeniu poczułam ulgę.
Słyszałam, jak w mieszkaniu cichnie rwetes. Przez chwilę słychać
było jakieś głosy, po czym zapadła cisza. Kiedy zapukała ochrona,
nikogo już nie było.
―
Przepraszam, zapłacę za fatygę, ale już wszystko w
porządku. Nie potrzebuję niczego - powiedziałam do dwóch karków
uzbrojonych po zęby. Sprzedałam im trzydziesty siódmy
wystudiowany uśmiech i poprawiłam prześcieradło, tak, by mogli
dyskretnie dojrzeć jedną z moich piersi i stopę z polakierowanymi
paznokciami.
Oczywiście zadziałało. Jestem jak dobrze funkcjonujący robot
wieloczynnościowy. Jeden z nich, ten z blizną w poprzek szyi,
bąknął:
-
Od tego jesteśmy. Napiszemy, że interwencja była
uzasadniona.
Znów się uśmiechnęłam i zatrzasnęłam drzwi.
Zostałam kompletnie sama. Jak zwykle. Ale tak czułam się
najbezpieczniej. Nie musiałam grać. Człowiek rodzi się sam, żyje i
umiera sam -jako nastolatka wydrukowałam to sobie na koszulce. I
jeszcze: „Lepiej szybko spłonąć, niż tlić się powoli” ― credo Kurta
Cobaina. Zmarł, gdy miał tyle lat, co ja teraz... Ogarnęłam
spojrzeniem mieszkanie. Doszłam do wniosku, że w zasadzie to
pobojowisko, jakie widzę, odzwierciedla moje życie. Zrujnowane,
zbezczeszczone. Obcy ludzie, obcy kochankowie penetrujący nie
Plik z chomika:
piotrbartz894
Inne pliki z tego folderu:
Śmierć w hotelu - Margaret Millar.pdf
(1998 KB)
Abbott Jeff - Adrenalina(1).pdf
(1843 KB)
Tom Clancy - Czerwony królik (Jack Ryan 11).pdf
(3207 KB)
Baldacci David - Sean King i Michelle Maxwell 02 - W godzinę śmierci.pdf
(2227 KB)
Baldacci David - Sean King i Michelle Maxwell 04 - Pierwsza dama.pdf
(2115 KB)
Inne foldery tego chomika:
003 Szkielet bez palców
006 Złoty centaur
007 Telefonował morderca
010 Złote kółka
016 Filiżanka czarnej kawy
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin