11_Pan Samochodzik i Winnetou.pdf

(1425 KB) Pobierz
122517288 UNPDF
Cykl PAN SAMOCHODZIK (TOM 11)
Księgozbiór DiGG
f
2009
122517288.001.png 122517288.002.png 122517288.003.png
ROZDZIAŁ PIERWSZY
KTO DEWASTUJE RUINY ZAMKU?
ZŁOTY RÓG
OSIEM
STOPNI W SKALI BEAUFORTA
DWA KLANY WODNIAKÓW
W OPARACH DYMU I W PIEKLE HAŁASU
JAK WYGLĄDA
KRWAWA MARY?
ZAMACH NA WOLNOŚĆ
TAJEMNICZY
ŻEGLARZ
„MOBY DICK” I „SWALLOW”
ZWYCIĘSTWO
LATAJĄCEGO HOLENDRA
DZIWY W KAWIARNI
ZAGŁUSZACZ RADIOODBIORNIKÓW
MILCZĄCY WILK,
WINNETOU I MISS KAPITAN
T o miały być prawdziwe wakacje. Bez rozwiązywania zagadek histo-
rycznych, bez przygód i tropienia przestępców, godzących w skarby
kultury narodowej. Zamierzałem wyjechać na Mazury i wypoczywać: pły-
wać i opalać się w słońcu.
Ale w przeddzień mego wyjazdu na urlop - a było to na początku lipca -
doszła do naszego departamentu w Ministerstwie Kultury i Sztuki wiado-
mość, że pewien wielki zakład przemysłowy, posiadający swój ośrodek
wypoczynkowy w miejscowości Złoty Róg nad jeziorem Zmierzchun,
postanowił rozebrać znajdujący się nie opodal stary zamek i na jego miej-
scu zbudować klub-kawiarnię. W tej sytuacji dyrektor Marczak, któremu
podlegały nie tylko muzea, lecz i sprawa ochrony zabytków, polecił mi,
abym jadąc na wypoczynek, niejako po drodze, zbadał sprawę na miejscu.
Nie pierwszy to bowiem już raz musieliśmy przeciwdziałać zamachom na
zabytkowe budowle, które przeróżne instytucje próbowały rozbierać lub
przerabiać bez zgody głównego lub wojewódzkiego konserwatora. Usiło-
wano je „unowocześnić”, przystosować do nowych potrzeb nie
uwzględniając jednak, że w ten sposób tracą swój pierwotny historyczny
charakter.
Tak było i tym razem. Dlatego nie namyślając się wiele wyszukałem na
mapie jezioro Zmierzchun - nigdy bowiem tam nie byłem - i zabrawszy z
archiwum teczkę z dokumentacją dotyczącą zamku w Złotym Rogu, naza-
jutrz wczesnym rankiem wsiadłem w swój wehikuł i wyruszyłem w drogę.
Dzień był słoneczny, ale niezwykle wietrzny. Na niebie nie było ani
jednej chmurki, wiał jednak tak silny wiatr, że na otwartych przestrzeniach
samochód nieomal spychało do rowu. Aby utrzymać właściwy kierunek,
trzeba było nieustannie nadrabiać kierownicą, jechać wolno i ostrożnie.
I dlatego dopiero po pięciu godzinach jazdy od Warszawy zobaczyłem
drogowskaz z napisem Złoty Róg - 10 kilometrów . Strzałka wskazywała
boczną, wąską, asfaltową drogę, prowadzącą w głąb wielkiego kompleksu
leśnego. Skręciłem w nią i odtąd po obydwu stronach drogi rozciągały się
lasy pełne cienistego buka. Aż do Złotego Rogu nie dostrzegłem żadnej
wsi, żadnego osiedla - wymarzone okolice dla kogoś, kto szuka spokoju i
samotności.
Lecz oto las się nagle skończył. Ujrzałem ogromną toń jeziora aż białego
od piany, którą niosły potężne, rozkołysane przez wiatr grzywacze. Po
prawej stronie las ciągnął się nieprzerwaną ciemną linią aż po horyzont,
gdzie jezioro zwężało się w przesmyk, łączący je z drugim, nieco więk-
szym, i trzecim - jeszcze większym jeziorem. Dalej, jak to widziałem z
mapy, prowadził kanał, wiążący te trzy akweny z potężnym zbiornikiem
Śniardw.
Asfaltowa szosa skręcała na lewy, nie zalesiony brzeg i kończyła się
ślepo przed bramą dużego ośrodka wypoczynkowego, usytuowanego na
piaszczystym półwyspie. Już z daleka widać było dziesiątki brzydkich
domków campingowych, a nie opodal półwyspu, na niewysokim wzgórzu
obrośniętym starymi drzewami - wznosiły się brunatne ruiny starego
zamku: na wpół zrujnowana wieża i kawałek ściany z oczodołami okien.
Wzdłuż szosy, prowadzącej do ośrodka wypoczynkowego, tuż nad brze-
giem jeziora rozciągało się kilkanaście zagród chłopskich i domów. Naj-
pierw widoczne były kompleksy czerwonych dachów zabudowań nadle-
śnictwa Złoty Róg, potem zagrody chłopskie i drewniany długi hangar nad
wodą, zapewne rybaczówka. Jeszcze dalej stał, zbudowany z prefabryka-
tów betonowych i szkła, pawilonik kawiarni gminnej spółdzielni oraz czer-
wony budynek poczty, sklep, szkoła podstawowa i remiza strażacka. Na
końcu znajdował się ośrodek wypoczynkowy i tu się kończyła szosa, a za
ośrodkiem, już w lesie, rozciągała się duża polana pełna różnokolorowych
namiotów i cumujących przy brzegu żaglówek - zapewne pole namiotowe.
Turyści zasiedlili chyba także maleńką wysepkę, znajdującą się na prze-
dłużeniu półwyspu i stanowiącą jakby małą kropkę nad i, bo właśnie literę
„i” przypominał półwysep, zajęty przez ośrodek wczasowy. Wokół wy-
sepki kołysało się na falach kilkanaście motorówek, w zieleni drzew i krza-
ków prześwitywały płótna namiotów.
Czułem się zmęczony podróżą i przed przystąpieniem do czynności służ-
bowych - obejrzenia zamku i rozmowy z kierownictwem ośrodka - po-
stanowiłem się pokrzepić szklanką czarnej kawy. Zatrzymałem więc wehi-
kuł na małym parkingu przed kawiarnią, gdzie stało już kilka samochodów.
Wysiadając z wehikułu, rozprostowując nogi i plecy - zobaczyłem, że od
strony jeziora kawiarnia posiada bardzo ładny taras ze stolikami, a od ta-
rasu schodzi w wodę drewniany pomost, przy którym po lewej stronie
kołysało się na falach kilka żaglówek, a po prawej kilka motorówek i łodzi
motorowych. To zapewne wichura szalejąca na jeziorze spędziła wod-
niaków do brzegów, jednych pod namioty, innych do kawiarni, gdzie mogli
w zaciszu poczekać, aż wiatr przestanie dąć i uspokoją się fale. Nawet taras
kawiarniany okazał się zupełnie pusty, nikt bowiem nie chciał się wy-
stawiać na uderzenia wichury, która w porywach osiągała chyba siłę ośmiu
stopni w skali Beauforta.
Otworzyłem drzwi kawiarni i nieomal cofnąłem się. W twarz uderzyły
mnie gęste kłęby dymu tytoniowego, a bębenki uszu boleśnie zareagowały
na wrzask kilku grających radioodbiorników turystycznych. Dym potrafię
znieść, ponieważ sam palę, lecz na hałas reaguję gwałtownie i boleśnie. Nie
ma dla mnie nic bardziej nienawistnego niż widok młodzieńca czy dziew-
czyny idących po ulicach lub alei parkowej, na brzegu morskim czy nad je-
ziorem - z grającym aparatem tranzystorowym w ręku. Uważam za szczyt
chamstwa i nietaktu, gdy ktoś z grającym aparatem wchodzi do publicz-
nego lokalu i zmusza wszystkich do słuchania tego, czego on sam słucha.
Ale tu nie miałem wyboru. Chciałem się napić kawy, więc musiałem
wejść w dym i hałas. Z trudem - poprzez siną zasłonę tytoniowego smrodu
- odkryłem pusty stolik w rogu sali. Poprosiłem kelnerkę o szklankę po-
dwójnie wzmocnionej kawy i zamierzałem zaproponować otworzenie okna,
ale pomyślałem, że na nic to się nie zda, ponieważ to wichura na dworze
spowodowała, że okna zostały zamknięte, aby nie wyrwało ich z futryn.
Innymi słowy, należało przypuszczać, że w bezwietrzny dzień w kawiarni
jest znośne powietrze. Ale ten hałas? Tych kilka radioodbiorników - czy
wyły tutaj każdego dnia? Pamiętając o motorówkach, które widziałem koło
wyspy i przy pomoście kawiarni, pomyślałem, że w takim hałasie prze-
nigdy nie chciałbym spędzić urlopu w Złotym Rogu. Załatwię sprawę
starego zamku i odjadę stąd natychmiast tam, gdzie jeszcze można posłu-
chać szumu wiatru i bełkotu fal.
Kawa okazała się nad wyraz dobra. Pijąc ją drobnymi łykami zacząłem
bezwiednie rozglądać się po sali, próbując się zorientować, jakich to tury-
stów i wczasowiczów zwabiają lasy i jeziora w Złotym Rogu.
Od razu się rzucało w oczy, że klientela kawiarni dzieliła się jakby na
dwie zasadnicze grupy. Po prawej stronie siedzieli chyba żeglarze, co po-
znawało się po białych kurtkach, brodatych twarzach, fantazyjnych kapelu-
szach. Po lewej zaś zajmowali stoliki motorowodniacy - w skórzanych
kurtkach, w wybrudzonych smarami spodniach. Motorowodniaka poznać
zresztą bardzo łatwo. Na naszych wodach rzadko spotkasz łódź z silnikiem
typu „Johnson” lub „Merkury”. Przeważają hałaśliwe bzykacze-dwusuwy:
warty, tummlery, D-6, moskwy, wichry. A jeszcze nie zdarzyło mi się
spotkać dwusuwowego silnika, który pracowałby na wodzie bezbłędnie, nie
zalewałaby mu się świeca, sprawnie działał iskrownik, nie zatykał się
gaźnik. Dlatego każdy właściciel takiego silnika po jakimś czasie ma za pa-
znokciami i na ubraniu trudno usuwalne ślady oleju.
I właśnie sprawa dość charakterystyczna: na stolikach motorowod-
niaków stały ryczące aparaty radiowe. No cóż, hałas motoru ślizgacza siłą
rzeczy przytępia słuch. Gdy płynie się z takim silnikiem, trzeba głośno
krzyczeć, aby się porozumieć, i nic dziwnego, że potem trzeba słuchać
radia na pełny regulator.
Inaczej zupełnie żeglarstwo. To sport cichy, wymagający skupienia i
spokoju. Szanujący się żeglarz śródlądowy nie tylko nie wchodzi na ża-
glówkę w butach, ale nie zabiera z sobą w rejs aparatu radiowego. Etyka
żeglarska zakazuje gwizdać i krzyczeć na wodzie, nawet podnoszenie głosu
jest niemile widziane, i nic dziwnego, że sport ten wychowuje ludzi, którzy
nie tylko kochają wiatr, lecz i szanują ciszę. Nawet gdy wyjdą na ląd.
Nie dziwiłem się więc zauważając niechętne spojrzenia, jakie żeglarze
posyłali w stronę motorowodniaków. Rozumiałem również, dlaczego sie-
dzieli oddzielnie, dlaczego po przeciwnych stronach pomostu kawiarnia-
nego cumowały żaglówki i motorówki, dlaczego przy brzegu polany leśnej
widziałem same maszty, a wokół wysepki kołysały się same motorówki. W
Złotym Rogu między dwiema grupami wodniaków panował ostry konflikt.
Rzecz jasna, goście kawiarni nie składali się z samych żeglarzy i moto-
rowodniaków. Było tu także kilku automobilistów, których samochody wi-
działem na parkingu, jacyś przejezdni turyści, przeważnie mężczyźni z żo-
nami i dziećmi. Jeden z tych panów kilkakrotnie błagalnie składał ręce,
zwracając się do motorowodniaków, aby ściszyli radia, lecz jego prośba
pozostawała bez echa.
W pewnej chwili kelnerka - młoda dziewczyna w krótkiej sukience i ma-
łym fartuszku - wyszła na zaplecze kawiarni i wróciła trzymając w ręku
wywieszkę. Skierowała się w stronę stolików motorowodniaków i wy-
wieszkę uczepiła do kinkietu na ścianie. Teraz mogliśmy odczytać treść
wywieszki, wypisaną kolorowym flamastrem: Uprasza się o ciszę i niewłą-
czanie radioodbiorników .
Rzuciła mi się w oczy bardzo różna reakcja gości. Automobiliści ode-
tchnęli z ulgą. Na ustach żeglarzy pojawiły się triumfujące uśmieszki.
Natomiast twarze motorowodniaków stały się złe, zacięte. I jak na ko-
mendę ściszyli aparaty radiowe.
Ale nie, nie dlatego, że przyjęli do wiadomości treść wywieszki. Po
prostu zamierzali polemizować z kelnerką, a wrzask grających pudeł mógł
im w tym przeszkodzić.
Głos zabrał rosły brodacz z „afrykańską” czupryną.
- Halo, proszę pani, co ma znaczyć ten napis?
- Nie umie pan czytać? - kelnerka udała zdumienie.
- Umiem, proszę pani. I dlatego właśnie pytam: kto wydał zakaz włą-
czania radioodbiorników?
- Nasza kierowniczka.
- Ach, więc to sprawka Krwawej Mary - oburzył się Kudłacz. - Prosimy
bardzo, niech ona tu przyjdzie i wytłumaczy się przed nami.
Od stolika zerwał się mały blondynek w okularach i skórzanej kurtce:
- Co to ma znaczyć? W żadnej kawiarni nie ma takich wywieszek. Nig-
dzie nie jest zabronione włączanie radioodbiorników. Wiem o tym, jako
student prawa nieco orientuję się w przepisach.
- Tak jest. Adwokat ma rację. Niech tu do nas przyjdzie Krwawa Mary -
darło się bractwo motorowodniaków.
Kelnerka wzruszyła ramionami i wyszła na zaplecze. Z niecierpliwością
oczekiwaliśmy jej powrotu w towarzystwie kierowniczki kawiarni. Jedni,
bo spodziewali się awantury, która urozmaicić mogła życie na wczasach,
jeszcze inni, bo ciekawi byli osoby o tak groźnie brzmiącym przezwisku.
Krwawa Mary? Wyobraziłem sobie rosłą, tęgą kobietę o groźnym wej-
rzeniu i rękach aż do łokci umazanych we krwi.
A wyszła do nas bardzo młoda i ładna dziewczyna o jasnych, gładko
zaczesanych włosach, związanych z tyłu kokardą. Miała na sobie obcisłe
spodnie z welwetu i koszulę o męskim kroju. Rysy jej twarzy wydały mi
się delikatne, choć jak na mój gust miała zbyt szeroko rozstawione oczy i
wystające kości policzkowe. Spokojnym krokiem podeszła do motorowod-
niaków i powiedziała bez odrobiny irytacji w głosie:
- Nie życzę sobie, żeby mnie nazywano Krwawą Mary. Na imię mam
Maria.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin