Wharton William - Franky Furbo.rtf

(515 KB) Pobierz
William Wharton

William Wharton

 

 

 

Franky Furbo

 


Komputer pana Whartona

 

Istnieje tylko jeden pewny sposób, aby poznać biografię Williama Whartona: jest to lektura jego powieści. Sam pisarz powiedział o swojej prozie: “Piszę tylko o rzeczach, które znam, dlatego też moje książki wypełnia atmosfera autobiografii. Czytelnik powinien pozwolić, by materiał uwiódł go, a zatem w pewnym sensie, by uwiodła go biografia”.

Wharton starannie chroni swoją prywatność, pisze pod pseudonimem, nie pozwala na publikację swoich zdjęć, udzielił prasie tylko jednego wywiadu, odsłania jednak tak wiele ze swego życia w powieściach, że nieliczne dostępne informacje biograficzne są dla czytelników jedynie potwierdzeniem tego, czego dowiedzieli się z książek.

William Wharton urodził się 7 listopada 1925 roku w Filadelfii, w wieku lat siedemnastu został powołany do wojska, w którym służył do roku 1947. Wojna pozostawiła na nim trwały ślad, tak psychiczny, jak i fizyczny; rany twarzy sprawiły, że musiał poddać się operacji plastycznej. Po wojnie przeniósł się do Kalifornii, gdzie podjął studia artystyczne, studiował również psychologię, osiągając stopień doktora, był wykładowcą, malarzem, pracował dla IBM, później organizował wystawy swoich płócien, które przyniosły mu znaczny rozgłos. W 1960 roku porzucił Stany Zjednoczone i przeniósł się do Paryża, gdzie najprawdopodobniej mieszka do dziś.

Literacka biografia Williama Whartona zaczyna się wyjątkowo późno, bo dopiero w roku 1979, wraz z publikacją “Ptaśka”. Wharton przyznał jednak, że pisał już wcześniej “dla przyjaciół”. Sukces powieści, na kanwie której Alan Parker nakręcił w 1985 roku film, zachęcił pisarza do dalszej pracy. W 1981 roku ukazał się “Tato”, a rok później “W księżycową jasną noc”. Również i te powieści stały się podstawą dla scenariuszy filmowych. Na następną książkę musieli czytelnicy czekać aż do roku 1984, kiedy opublikowany został “Werniks” (“Scumbler”), rok później ukazały się “Wieści” (“Tidings”), potem “Spóźnieni kochankowie” i najnowsza powieść, “Franky Furbo”, wydana po raz pierwszy w roku 1989. Zgodnie z zapowiedziami w bieżącym roku powinniśmy spodziewać się następnej powieści Williama Whartona.

“Franky Furbo” stanowi w pewnym stopniu rekapitulację tematów, które William Wharton przedstawiał w swych poprzednich książkach. Można tu znaleźć pochwałę istnienia rodziny, a także protest przeciw bezsensowi wojny, jednak nie tak przekonywający jak we “W księżycową jasną noc”. O wiele mocniejszy jest tu ton dydaktyczny, pojawia się też wiara w powrót do natury, której źródła znaleźć można w “Walden” Thoreau czy u Jana Jakuba Rousseau. Brakuje jednak tej powieści wiary ludzi, wiary w możliwość urzeczywistnienia proponowanych rozwiązań.

 

 

 


Dedykacja

 

Książkę tę poświęcam naszej córce Kate, jej mężowi Billowi i ich dwóm córeczkom, dwuletniej Dayiel i ośmiomiesięcznej Mii.

Wszyscy czworo nie żyją. Zginęli 3 sierpnia 1988 roku o godzinie szesnastej w straszliwej katastrofie samochodowej na autostradzie I-5 w dolinie Willamette, niedaleko Albany, w stanie Oregon.

Ten potworny wypadek spowodowany został przez wypalanie pól, na które zezwalają władze stanowe. Pomimo katastrofy, na skutek której zginęło siedem osób, trzydzieści pięć osób odniosło obrażenia, a dwadzieścia cztery samochody zostały zniszczone, wypalanie pól jest nadal dozwolone za oficjalnym zezwoleniem gubernatora stanu. Sprzeciwy wyrażane przez mieszkańców doliny są lekceważone, przedkłada się nad nie interes tysiąca rolników, którzy zapewniają stanowi Oregon dochód wysokości 350 milionów dolarów rocznie, zarabiając przy tym 170 milionów dolarów.

Pierwsze bajki o Frankym Furbo opowiadałem Kate ponad trzydzieści lat temu. Przez kolejne dwadzieścia lat co rano opowiadałem je każdemu z naszych dzieci. Z radością oczekiwałem chwili, gdy przyjdzie kolej na Dayiel i Mię. Z powodu arogancji, krótkowzroczności i zachłanności rolników, cieszących się poparciem władz stanu Oregon, chwila ta nigdy nie nastąpi.

Mamy nadzieję, że czas pomoże nam wybaczyć, ale nie pogodzimy się z tym nigdy.

 

 


Rozdział 1

Pod Ziemię

 

W samym sercu Włoch, pośród łagodnych stoków Umbrii, na szczycie wzgórza wznosi się warowne miasto o nazwie Perugia. Wzgórze, na którym stoi ta stara forteca, przecinają niezliczone tunele wydrążone dla obrony przed oblężeniami, które zagrażały miastu podczas wielekroć przetaczających się przez Italię wojen.

Kilka kilometrów na południe od Perugii leży wioska zwana Prepo. Liczy sobie ona zaledwie dwanaście chat. Mieszkający w nich chłopi żyją z plonów, które dają położone wokół wioski skrawki uprawnej ziemi. Wieśniacy uprawiają na swych poletkach winorośl i oliwki. Na własne potrzeby sadzą warzywa, zaś dla swych zwierząt sieją pszenicę.

Wieśniacy używają do orki potężnych białych wołów, które zowią buoi. Te piękne zwierzęta zaprzęgane są parami w jedno jarzmo. Drewniane ostrza pługów głęboko orzą ciemną, brązową ziemię.

Stoki jednego z otaczających Prepo wzgórz porasta gaj piniowy. Na jego skraju, obok liczącego sobie ze dwa hektary pola, stoi zbudowany z kamienia dom, którego dach dawno już porósł mchem. Dom ma komin i pięć okien, a każde z nich zaopatrzone jest w drewniane okiennice. Od południa, tak by zapewnić najlepszy dostęp słońcu, przylega do domu obsadzona winną latoroślą weranda. Latem i wczesną jesienią winne grona zwieszają się z jej daszku, a szerokie liście dają chłodny cień. Zaiste, piękne to miejsce.

W tym właśnie starym kamiennym domu mieszka pewna nadzwyczaj interesująca rodzina. Ojciec jest Amerykaninem, matka, choć mówi przepięknie po włosku, podobnie jak i on jest cudzoziemką. Ma opaloną na złocisty kolor skórę i ciemnorude włosy. Ludzie z Prepo mówią o niej bruta, co w ich języku znaczy brzydka. Rude włosy są dla nich oznaką szatana. Wszędzie jednak poza Prepo uznano by ją za prawdziwą piękność.

Ta amerykańska rodzina już od ponad czterdziestu lat mieszka w domu na wzgórzu. Ojciec często wychodzi, rozmawia z mieszkańcami wioski bądź też na rowerze jeździ do Perugii na zakupy. Matka zostaje wtedy w domu, dogląda gospodarstwa lub zajmuje się ogródkiem. Nieczęsto rozmawia z ludźmi. Gdy odwiedzi ją jakiś gość, jest dlań bardzo uprzejma, nigdy jednak nikogo nie zaprasza, sama też nie składa nikomu wizyt. Często nocami, samotnie bądź ze swym mężem, wędruje ścieżkami pośród pól. Są we wsi ludzie gotowi przysiąc, że to czarownica.

Amerykanin i jego dziwna żona mają czworo dzieci. Troje najstarszych, osiągnąwszy odpowiedni po temu wiek, odeszło w świat. Najmłodszy syn nadal mieszka z rodzicami. Dzieci nigdy nie uczęszczały do żadnej włoskiej szkoły. Rodzice sami zajęli się ich wykształceniem.

Pan domu włada włoskim, ale nie zdołał pozbyć się silnego, amerykańskiego akcentu. Dzieci posługują się tym językiem równie biegle jak ich matka. Z pewnością to ona była ich nauczycielką.

Oprócz uprawy winorośli i oliwek William Wiley, tak bowiem nazywa się ów Amerykanin, zajmuje się, jak twierdzą ludzie, pisaniem bajek dla dzieci. Sąsiedzi często widują go, gdy pedałuje na swym rowerze, zbrojny w blok i pudełko z farbami, w poszukiwaniu miejsc, które mógłby namalować. Żaden z nich nie widział nigdy niczego, co William napisałby lub namalował, skąd zatem mieliby wiedzieć, że bajki, które pisze i ozdabia własnymi ilustracjami, wydawane są w Anglii i Ameryce. Ludzie z Prepo, nie kwapią się do dalekich podróży, żaden z nich nie dotarł nigdy dalej niż do Rzymu.

Podróżnikiem, który wyruszył w tak daleką drogę, był listonosz. On to też co dnia przemierza na swym rowerze górzystą okolicę, rozwożąc pocztę. Wszyscy zatem uważają go za światowego człowieka. Powiada on, że Amerykanin nadzwyczaj często dostaje listy i paczki z Ameryki i innych krajów. Prawdę powiedziawszy, poczta adresowana do Williama Wileya stanowi zazwyczaj połowę zawartości niewielkiej torby przymocowanej do roweru listonosza.

Członkowie tej rodziny, co wielce dziwi całą okolicę, nie robią ze swych winogron wina. Zbierają je we właściwej porze, wtedy, gdy każde grono pełne jest słodkiego soku. Część z nich jedzą, tak jak czyni to każdy w wiosce, natomiast resztę wyciskają w prasie do wina. Każdy przecież wie, iż tak właśnie należy zrobić. Oni jednak, zamiast w beczki, zlewają otrzymany sok do butelek i zamykają je tak szczelnie, że sok nigdy nie przeradza się we wspaniałe, lekkie białe wino, z którego słynie ta część Italii.

Co więcej, później piją ów sok zamiast wina. Wieśniacy nie potrafią tego zrozumieć. Ale jak sami powiadają, czegóż innego można się spodziewać po cudzoziemcach, zwłaszcza gdy jedno z nich jest czarownicą, jeżeli nie kimś znacznie gorszym.

Dawno, dawno temu kardynał z Perugii wysłał pewnego księdza, by złożył wizytę u dziwnych Amerykanów. Stało się to wkrótce po ich przybyciu. Ksiądz miał podówczas lat trzydzieści pięć i, jak szeptano, ukończył studia w Rzymie. Nie uważał on wcale, by matka i żona, której imię brzmiało Caroline, była brzydka. Wprost przeciwnie, stwierdził, że na swój cudzoziemski sposób jest bardzo piękna.

Tę pierwszą wizytę złożył ponad czterdzieści lat temu. Amerykanie zaprosili go do domu i poczęstowali sporządzonym przez siebie napojem. Jak się okazało, pogłoski były prawdziwe: nie było to wino, lecz sok z winogron. Ksiądz opowiedział później mieszkańcom wioski, jak znakomity był jego smak, ale nikt nie uwierzył, choć usłyszeli to z ust samego księdza.

Duchowny dowiedział się wtedy, że Amerykanie nie są katolikami. Nie chodzili do żadnego kościoła, nie zamierzali też posyłać do kościoła swych dzieci ani wychowywać ich w duchu jakiejkolwiek religii. Ksiądz podejrzewał, że nie są w ogóle chrześcijanami, ale tą myślą nie podzielił się z nikim w wiosce.

Opowiedział wreszcie gospodarzom, co stało się przyczyną jego odwiedzin. Powiedział, że ludzie z wioski uznali ich za dziwnych, a młodą żonę posądzają o to, że jest czarownicą. Gdy wyrzekł te słowa, małżonkowie spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się znacząco. Właśnie urodziła im się córeczka. Kiedy matka pokazała ją księdzu, ten zapytał, czy wolno mu ją ochrzcić. Z pewnością pomogłoby to mieszkańcom wioski pogodzić się z ich obecnością. William i Caroline nie sprzeciwili się, więc ksiądz udzielił sakramentu. Dziewczynka otrzymała imię Kathleen. Po chrzcie ksiądz odszedł. Nie było już więcej dyskusji.

Powracał odtąd co roku, aż w wiele lat po swej pierwszej wizycie otrzymał tytuł monsignora, a wraz z nim przeniesienie do innej parafii w odległej części Włoch. Przez cały ten czas amerykańska para pozwalała, by błogosławił ich domostwo i chrzcił kolejne przychodzące na świat dzieci. Uspokoiło to większość sąsiadów, choć nadal wielu utrzymywało, że w domu pod lasem mieszka czarownica.

Szczególnie częstym tematem rozmów między sąsiadami, zwłaszcza gdy na plotki zeszło się kilka kobiet z wioski, było to, że mimo upływu lat Caroline prawie wcale się nie starzeje. Staje się jedynie coraz bardziej dojrzała, coraz piękniejsza. W chwili, gdy zaczyna się nasza opowieść, a więc po prawie czterdziestu latach od pojawienia się w Prepo nowych mieszkańców, Caroline nadal wygląda młodziej niż te z sąsiadek, które przekroczyły dopiero czterdziestkę. Coś takiego nie mogło ujść ogólnej uwagi.

Przez wszystkie te lata Caroline odbywała długie nocne spacery przez pyliste pola aż do granicy lasów. Zdarzało się, że docierała do miejsc odległych od Prepo o dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Gdy jakieś dzieci odważyły się zbliżyć do ich domu, zawsze była dla nich miła, więc wiejskie dzieciaki szczerze ją pokochały. Dziecięca miłość, bardziej jeszcze niż opinia księdza, zbliżyła ją do wieśniaków. Dla Włochów nikt, kto kocha dzieci i komu dzieci odpłacają miłością, nie może być zły. Czy zatem ktoś taki może okazać się czarownicą?

Nadeszła zatem pora, by rozpocząć naszą opowieść. Większą jej część przedstawi głowa tej rodziny, Amerykanin William Wiley. Zdumiewająca to, a po trosze straszna historia. Przyznać tu muszę, że nie pamiętam już, jak ją poznałem. Czasami wydaje mi się tylko dziwacznym snem, ale równocześnie wierzę, że jest prawdziwa, równie prawdziwa jak wszystko na tym świecie.

 

W chwili, gdy nasza opowieść się zaczyna, troje starszych dzieci opuściło już dom rodzinny. Ojciec, William, ma siwe włosy, skończył przecież sześćdziesiąt lat. Caroline nadal wygląda młodo, nie jest już jednak dziewczyną, lecz kobietą o wspaniałej urodzie. Chłopiec, Billy, ma śniadą skórę, jest wysoki i szczupły. Wszystkie dzieci, tak jak ich matka, dojrzewały powoli i zawsze wyglądały bardzo młodo na swoje lata.

Na pierwszym piętrze domu znajduje się tylko jeden pokój. Wejdźmy doń zatem. Po prawej stronie stoi potężne łoże, szersze niż trzy normalne łoża małżeńskie. Zajmuje całą szerokość pokoju. Na środku stoi okrągły drewniany stół, również ogromny. Sześć osób może bez trudu zasiąść przy nim do posiłku.

Pod przeciwległą ścianą znajduje się część kuchenna, z piecem i kredensami na naczynia i żywność. Zaopatrzono ją w zlew z miedzianej blachy, suszarkę do naczyń z drewnianych listewek i duży stół. Trzecią ścianę pokoju zajmuje kominek, zaś po jego bokach stoją potężne, sięgające aż po sufit, ręcznie rzeźbione szafy na ubrania. Do czwartej ściany przylegają schody, strome jak drabinka na statku. Po nich możemy wejść na piętro.

Na pięterku znajdziemy dwa pokoje. W pierwszym z nich na ścianach wiszą szkolne tablice, stoi tu szerokie biurko i cztery ławki. Dwie ściany zajmują półki pełne książek. Jest to prawdziwa klasa szkolna.

Drugi z pokoi to pracownia ojca, Williama. Na biurku stoi maszyna do pisania. Samo biurko jest szerokie i ma mnóstwo szuflad. Część blatu można podnosić tak, by wygodniej było rysować. Jedna lampa oświetla maszynę do pisania, druga - podnoszony blat z na wpół  ukończonym rysunkiem. Rysunek ten pozostanie jednak dla nas niewidoczny.

Zejdźmy teraz na dół. Caroline właśnie przygotowuje w kuchni śniadanie. William i jego syn Billy nie wstali jeszcze z łóżka. Głowa chłopca spoczywa na piersi ojca.

Niech więc zacznie się nasza historia. Mogę tylko mieć nadzieję, iż zdołam ją opowiedzieć jak należy. Może to dziwne, ale fakt, że z zawodu jestem pisarzem, sprawia czasem, że trudno mi opowiedzieć prawdziwą historię tak, by w nią wierzono. Kto jednak szuka prawdy w powieściach? Pewnego razu w książce pod tytułem “W księżycową jasną noc” napisałem o dziewiętnastoletnim chłopaku, który powiedział: “Mam dar opowiadania prawdziwych historii, w które nikt nie wierzy”.

To samo i ja mógłbym powiedzieć o sobie w tej chwili.

 


Rozdział 2

Odrzucenie

 

- Tatusiu, nie możesz zakończyć bajki w ten sposób. To nie jest prawdziwe zakończenie!

- O co ci chodzi, Billy? Oczywiście że to prawdziwy koniec. Właśnie tak kończy się ta bajka.

- Tato, proszę, wymyśl jakieś inne zakończenie. Wymyśl nowe, lepsze zakończenie, pełne ciekawych zdarzeń.

 

Billy leży z głową na mej piersi. Jednym uchem słucha dobywającego się z mojego wnętrza głuchego echa, drugim - słów płynących z ust. Wszystkie moje dzieci po kolei odkrywały taki właśnie sposób słuchania bajek, a może było to odkrycie najstarszego, które kolejno przechodziło na młodsze rodzeństwo. Dawniej, kiedy cała czwórka zgromadziła się wokół mnie, aby wysłuchać codziennej porcji bajek, ich głowy z ledwością mieściły się na mojej piersi. Tęsknię teraz za tymi wspaniałymi czasami i z lękiem myślę o chwili, kiedy Billy także wyrośnie i rozpocznie dorosłe życie.

Kathy, nasza najstarsza córka, szepnęła mi kiedyś, że gdy w ten właśnie sposób słucha moich opowieści, wydaje się jej, że pochodzą one z jej własnego wnętrza. Matthew, nasz najstarszy syn, powtarzał zawsze, że lubi obserwować moje oczy i usta, kiedy opowiadam bajkę, ale słuchanie z uchem przy mojej piersi jest jeszcze przyjemniejsze. Kiedy opowieść stawała się wyjątkowo ekscytująca, podnosił głowę i patrzył mi prosto w twarz. W jego pięknych żółto-brązowych oczach widziałem wówczas ten cudowny błysk ciekawości. To były piękne dni.

 

Teraz jednak muszę powrócić do teraźniejszości. Dłużej nie mogę już tego unikać. Wiem, że staram się odsunąć tę chwilę od siebie. Nie chcę stawiać jej czoła; nie jestem jeszcze gotowy.

- Ależ, Billy, wiesz przecież dobrze, że nie wymyślam tych bajek. Wiele lat temu opowiedział mi je sam Franky Furbo. Wiesz zatem, że nie mogę zmienić zakończenia.

Billy podnosi głowę i patrzy mi prosto w oczy, dokładnie tak jak przed laty Matthew. Coś jednak się zmieniło, w oczach Billy'ego czytam teraz wyzwanie. Myślę o tym, jakim jest ładnym, wrażliwym, miłym i inteligentnym chłopcem. Każde z naszych dzieci jest takie, i choć się różnią, w pewnym sensie są do siebie podobne. Każde też było dla nas przez te wszystkie lata źródłem nieustannej radości. Nasze życie naprawdę przypominało sen, żadne inne słowo nie może lepiej go opisać.

Nigdy nie musiałem chodzić do pracy. Pieniądze, które zarabiałem, pisząc bajki dla dzieci, wraz z rentą wojskową i tym, co dostawaliśmy za oliwę z naszych oliwek, wystarczały nam zawsze z naddatkiem. Kiedy dzieci były jeszcze małe, żadne z nas nie miało specjalnej ochoty na dalekie podróże. Gdy dorastały, wysyłaliśmy je kolejno na uniwersytety, aby mogły dowiedzieć się czegoś o świecie, który my porzuciliśmy.

Stało się tak na skutek nalegań Caroline. Twierdziła, że potrzebne im będzie zetknięcie z wrogością, rywalizacją i zachłannością, przed którymi staraliśmy się je ochronić. Caroline była znakomitą nauczycielką. Dzieci otrzymały wykształcenie, które pozwalało im na wstąpienie na taki uniwersytet, na jaki tylko chciały, mogły też podjąć pracę w dowolnie przez siebie wybranym zawodzie.

Największą i jednocześnie najbardziej niewiarygodną nagrodą dla nas było to, że zawsze bawiły się razem, były dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. Oczywiście, miały też włoskich kolegów, ale najczęściej bawiły się razem w domu. Nasz dom był wtedy pełen śmiechu i zabawy.

Tak się zastanawiam, a Billy ani na chwilę nie odrywa ode mnie wzroku.

- Przecież wiem, że wymyślasz te bajki, Tato. Nie wierzę już we Franky’ego Furbo. Tato, no powiedz prawdę, wymyślasz te bajki? Nie ma Franky’ego Furbo, ty go sobie tylko wymyśliłeś. Możesz mi powiedzieć, jestem już przecież duży.

Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Jednak to Billy pierwszy odważył się powiedzieć mi to prosto w oczy. Jego rodzeństwo było chyba grzeczniejsze, a może tamci po prostu bardziej chcieli wierzyć. Prawdziwość moich opowieści zawsze mogli dla nich potwierdzić starsi. Często pytali mnie o Franky’ego, pytania te dotyczyły także spraw nie związanych z bajkami. Franky ciekawił ich, stanowił ważną część ich życia. Może Billy'emu trudniej jest weń wierzyć, od tylu lat jest w zasadzie jedynakiem. Bardzo różni się od swego starszego rodzeństwa.

Nie mogę wprost uwierzyć, jak bardzo mnie zranił mówiąc, że nie wierzy już we Franky’ego Furbo. Nie wiem nawet, co powinienem odpowiedzieć. Chcę, by wierzył wraz ze mną. Chcę szanować jego poglądy, ale muszę pozostać wierny sobie.

- Ależ, Billy, Franky Furbo istnieje! Sam go widziałem. Mieszkałem w jego domu. Bardzo dobrze go znam. Przecież cię nie okłamuję.

- Wiem, że nie kłamiesz, Tatusiu, po prostu opowiadasz bajki. To nie to samo, co kłamstwo. Sam przecież próbowałeś nauczyć mnie, każde z nas, jak to robić. Bajki to wspaniała zabawa. Wiem też, że ty lubisz opowiadać bajki, a ja lubię ich słuchać. No, Tato, wymyśl jakieś inne zakończenie. Naprawdę nie muszę wierzyć we Franky’ego, żeby słuchać bajek o nim.

Kładzie z powrotem głowę na mojej piersi i mocno się do mnie przytula. Wiem, że już wkrótce zacznie się wstydzić porannych wizyt w mojej części łóżka. Zawsze tak jest, i to zarówno z chłopcami, jak i z dziewczynkami. Dzieje się tak nawet mimo to, że wszyscy śpimy razem w jednym wielkim łóżku. Sam je zaprojektowałem, gdyż oboje z Caroline uważaliśmy, że dzieci nie powinny sypiać samotnie.

Zawsze jednak nadchodziła chwila, kiedy chciały odsunąć się od nas. Ciekawe, że koniec łóżka przeciwległy do tego, w którym sypiamy ja i Caroline, był zawsze zarezerwowany dla najstarszego z naszych dzieci. Gdy dorastały i kolejno opuszczały nasze rodzinne gniazdo, następne dziecko przesuwało się pod przeciwległą ścianę. Mały Billy ma teraz dla siebie ogromną część łóżka, wybiera sobie miejsce w zależności od nastroju. Zeszłej nocy spał na samym skraju, tam, gdzie zazwyczaj sypiało najstarsze dziecko przebywające właśnie w domu. Powinienem był się czegoś domyślać.

Najprawdopodobniej dzieci same wyczuwają, że ta część łóżka, gdzie sypiam z Caroline, stanowi naszą prywatną własność, i nie chcą się do niej wdzierać. Łóżko rozdzielone jest zasłonką. To ja tego zażądałem. Możemy ją zaciągać i kochać się w samotności. Caroline twierdzi, że to głupie, ale nie protestuje.

Niezależnie od przyczyn, oddalanie się od dzieci zawsze budzi we mnie żal. Caroline też tak to odbiera, oboje jednak poddaliśmy się nieuniknionemu. Dobrze wiemy, jak wiele mamy szczęścia, że tak długo jesteśmy razem.

Wracam jednak do Billy'ego, który ponownie podnosi głowę. Muszę poważnie zastanowić się nad chłopcem i tym, co powiedział o Frankym.

- Nie przejmuj się tak, Tato. Ja już nie wierzę ani w wielkanocnego zajączka, ani w Brufani, ani w świętego Mikołaja. To nic nie znaczy, że nie wierzę też we Franky’ego Furbo.

Jak mam mu wytłumaczyć?

- Jeśli koniecznie tego chcesz, zgoda. A zatem, strażnicy ognistej kuli nie powrócili przez szczelinę w czasoprzestrzeni na swą ojczystą planetę w innej galaktyce, w innym wszechświecie. Zawrócili i skierowali się ku Ziemi, przeprowadzili przez kanał Climus potęgę białej śmierci i z wielkim okrucieństwem podpalili wszystko. Spalili las, w którym mieszkał Franky ze swymi przyjaciółmi. Wszyscy spłonęli, obrócili się w biały popiół. Zanim Franky zdołał pomyśleć o tym, by w coś się zmienić, zmniejszyć się lub uciec albo odlecieć na Bambie, wszystko się skończyło.

Mieszkańcy Climus spojrzeli na swoje dzieło, na zniszczenie, jakiego dokonali, i nawet ich ogarnął smutek. To był koniec. Po wielu latach walki, wielu próbach powstrzymania Franky’ego od czynienia dobra i udzielania pomocy mieszkańcom wszystkich planet, wreszcie odnieśli sukces. Zwyciężyli! Franky nie żyje! Jego leśny domek, wszystko, co stworzył, jego magiczne proszki - nie istnieją! Okrutni kosmici nie będą już musieli lękać się czegokolwiek podczas podboju wszechświata. Koniec.

Zamilkłem. Już wypowiadając te słowa, zdałem sobie sprawę z tego, jak okrutnie postąpiłem. Sam nie potrafię tego zrozumieć. Opowieść o Frankym Furbo zaczęła się, gdy najstarsze z naszych dzieci było dość duże, by słuchać bajek, i trwała po dziś dzień. Wiem też, że zrobiłem krzywdę nie tylko Billy'emu, ale i samemu sobie.

Poranek był zawsze w naszej rodzinie porą na bajki. Caroline miała wtedy wolną chwilę, aby umyć się i ubrać, zrobić porządek w kuchni i przygotować śniadanie. Przez wszystkie lata musiałem opowiedzieć tysiące bajek. Każda z tych historii o Frankym Furbo po prostu pojawiała się znikąd w mej głowie. Na swój sposób wcale ich nie wymyślałem, były prawdziwe, tak jak wszystko na tym świecie.

Opowiadałem bajki rano, ponieważ dzieci kładły się spać o różnych porach, zależnie od wieku. Caroline bała się też, że mogą im się przyśnić w nocy, bo niektóre opowieści o Frankym były naprawdę straszne. Jednak zakończenie, które właśnie opowiedziałem Billy'emu, nie pojawiło się bez powodu, było następstwem zranienia mej próżności. Odpowiedziałem swojemu synowi niepotrzebnym, ale niemożliwym do odparcia ciosem.

 

Czuję, że Billy łka na mojej piersi. Nie patrzy już na mnie. Czekam. Łkanie słabnie, Billy zaczyna mówić. Szloch jednak sprawia, że urywa wpół słowa.

- Och, to nieuczciwe, Tato. Nie musiałeś ich wszystkich zabijać, nawet Franky’ego. Czuję się teraz strasznie. Camilla i Matthew, i Kathy będą okropnie smutni, kiedy się dowiedzą. To, że nie wierzę we Franky’ego, nie znaczy wcale, że on nie istnieje. Czuję się tak, jakbym sam go zabił.

Przytulam go mocno do siebie. Caroline wchodzi do pokoju i spogląda na nas. Nawet ona wydaje się zdenerwowana. Zazwyczaj niełatwo wyprowadzić ją z równowagi. Zresztą właściwie nigdy nie okazuje ona swych uczuć, chyba że są dobre. W przeciwnych wypadkach potrafiłem jednak rozpoznać bez wahania, co czuje. Wiem teraz, że jest na mnie zła. Nie musi tego wcale mówić. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek była na mnie tak bardzo zła. Nie odzywa się nawet słowem, odwraca się i idzie do kuchni.

- W porządku, Billy. Żartowałem. To nie było prawdziwe zakończenie, wymyśliłem je tylko. Ta bajka kończy się tak, jak powiedziałem za pierwszym razem. Takie zakończenie wymyślił Franky Furbo. Nie potrafię tego zmienić. Gdybym zmienił to zakończenie, to każde inne, nawet tak straszne, jak to, które wymyśliłem, mogłoby być prawdą. Rozumiesz? Wymyślanie bajek to trudna sztuka. Trzeba być uczciwym wobec swojej bajki. Muszę tak postępować, nawet gdy ty w nią nie wierzysz lub gdy ci się nie podoba, nawet gdy nie podoba się mnie lub sam w nią nie wierzę.

Billy przytula się do mnie mocniej i skinieniem głowy daje mi znać, że rozumie. Tak mi się przynajmniej wydaje. Patrzę na Caroline. Ona też kiwa głową, ale inaczej niż Billy. Kiwa głową tak, jak gdyby ciągle nie rozumiała albo nie potrafiła się pogodzić z tym, co zamierzam zrobić. To skinienie wyraża jej brak zrozumienia.

Napięcie staje się tak wielkie, że nie potrafię go już dłużej znieść, poza tym najwyższa pora wstawać. Jajka i płatki są już prawie gotowe, a ja i Billy musimy się przecież jeszcze umyć przed śniadaniem. Kiedy próbowaliśmy się myć wszyscy naraz, w szóstkę, nasz pokój przemieniał się w prawdziwy dom wariatów. Caroline przygotowywała dla każdego z nas miskę z ciepłą wodą. Chlapaliśmy się i pluskaliśmy jak stadko ptaków przy kąpieli. Po zakończeniu mycia Caroline sprawdzała starannie, czy każde z nas, nawet ja, porządnie się umyło. Toaleta umieszczona jest za domem, chodziliśmy tam po kolei. Naprawdę tęsknię za dziećmi, zwłaszcza teraz, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. No i przed urodzinami Billy'ego, które wypadają dwa dni wcześniej. Już wkrótce zostaniemy sami, trudno mi nawet o tym myśleć.

Kathleen i Matthew są w tej chwili w górach, w Chile. Są chyba szczęśliwi razem. Oboje uważają, że to, co robią, jest ważne dla świata. Kathy została, jak sama to nazywa, archeologiem-antropologiem, prowadzi badania dotyczące gigantycznych skał i dziwnych znaków wykutych na zboczach gór. Matthew jest informatykiem, pisze programy komputerowe przeznaczone do rozwiązywania problemów ekologicznych, tak jak ja piszę bajki dla dzieci. Twierdzi, że może mieszkać tam, gdzie tylko chce, a on właśnie chce mieszkać razem z Kathleen. Trochę się o nich martwię, ich życie jest takie dziwne, ale Caroline nie wydaje się tym wcale przejmować, a to ona w końcu jest ich matką. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że choć jestem dobrym ojcem, to głową rodziny zawsze była Caroline. Poświęciła swoje życie dzieciom, a one odpłacają jej jak tylko mogą najlepiej. Jeśli wyłączyć opowieści o Frankym Furbo, jestem prawie w ogóle niepotrzebny.

Camilla mieszka na małej wysepce w północnej części archipelagu japońskiego. Jest oceanogra...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin