BONES - Bo co złego to... zezulce!.doc

(199 KB) Pobierz

Fanfiction

Bones7

 

1.

Od lśniącej posadzki odbijał się stukot czarnych, wypastowanych butów jednego z najprzystojniejszych mężczyzn jakiej było kiedykolwiek spotkać dr Brennan. Mężczyzna poprawił swój cienki, czerwony krawat i skręcił do jednego z bocznych korytarzy prowadzących do auli, w której jego partnerka wraz ze swym oddanym zespołem, prowadziła badania nad trupami. A ściślej biorąc, jak kto woli: kościotrupami. Przygładził ręką włosy nadając swej fryzurze artystycznego nieładu, po czym zwyczajowo wygwizdał jakąś skoczną melodię i wszedł na podest gdzie musiał pod bacznym okiem kilku ochraniarzy, okazać swoją kartę wstępu. Od progu usłyszał zniesmaczony głos kobiety.
- Skarbie, nie mów mi, że widok tych flaków oplatających czaszkę nie wzmaga cię do wymiotów.
Dr Brennan pochylona nad kośćmi wraz z Zackiem Addym, spojrzała przelotnie na swą przyjaciółkę i uśmiechnęła się lekko.
- Właściwie to nie są flaki tylko kawałki jelita cienkiego i nie oplatają całej czaszki tylko jej część – trzewioczaszkę.
Zack pokiwał głową i palcem wskazał Bones na kości ciemieniowej i jarzmowej niewielkie dziury, które prawdopodobnie przyczyniły się do śmierci ofiary.
- Po śmierci czy przed? – zapytała zaintrygowana Camille, która pojawiła się jakby z nikąd.
- Wygląda jakby.. – zaczęła Bones oddalona od czaszki o zaledwie kilka centymetrów. - …ten zarys był spowodowany użyciem jakiegoś małego metalowego przedmiotu.. na przykład.. klucza i zdecydowanie… - z tymi słowami odsunęła delikatnie kawałek jelita.
- ….wbicie tego narzędzia nastąpiło przed śmiercią. – dokończył Zack.
- Zatem chcesz mi powiedzieć, że ktoś przed śmiercią ofiary wyciągnął jej z wnętrza jelito, zrobił dziurę od dolnej szczęki aż po skronie, nawpychał tam jelita i jej jeden kawałek wyciągnął przez nos? – zapytała z niedowierzaniem Camille.
- I to prawdopodobnie bez znieczulenia. – dokończył skrupulatnie Zack.
Angela zasłoniła usta dłońmi i pospieszyła do swojego gabinetu. Nigdy nie mogła znieść tych wszelkich zabójstw czy widoków ofiar morderstw. Nie sądziła, że ludzie są zdolni do tak okropnych czynów. Tymczasem Booth stojący cicho w rogu laboratorium odchrząknął głośno i podszedł do Bones, nerwowo zerkając na „świeże” zwłoki.
- Żal mi serce ściska zabierając cię od tych wspaniałych widoków, ale musimy się zbierać. Jest sprawa.
- Ale Booth.. kiedy dzwoniłeś mówiłeś, że wpadniesz dopiero za godzinę.
- Bones…. Od tego czasu minęły dwie godziny. Jesteśmy już spóźnieni. Bierz swój sprzęt i wychodzimy. Jest piątek i chciałbym ten wieczór spędzić z Parkerem, dlatego lepiej by było… Bones? Słuchasz mnie?
- Tak… co mówiłeś?
- Booooones. – zagrzmiał Booth, chwycił za ramiona i z lekkością przeniósł do drzwi. Z łobuzerskim uśmiechem pokazał jej palcem gabinet. Kobieta westchnęła głęboko i ze zmrużonymi oczami spojrzała prosto w oczy agenta FBI. Ten ciepły, czekoladowy odcień zawsze kojarzył jej się z siłą i spokojem. Nie wiedziała dlaczego, ale pod namową tego spojrzenia stawała się uległą istotą, która z antropologicznego punktu widzenia miała prawo nie istnieć, tylko powstała w jej wyimaginowanym świecie jakim była wyobraźnia. A przecież nie lubiła psychologii…
Zack przyglądał się temu całemu zajściu z otwartą buzią. Po chwili jednak zwrócił się do Bootha.
- Wiesz… po ogólnej ocenie twojego bicepsu stwierdzam, że dalsze przenoszenie doktor Brennan byłoby niemożliwe. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest ona zbyt gruba, tylko twoja tkanka mięśniowa nie wytrzymałaby tego cię…
- Zack. – przerwał mu Booth. – Jeśli do wieczora nie będziesz miał kompletnych danych na temat zabójstwa i ofiary to cię zastrzelę. I.. – zwrócił się do wchodzącego Hodginsa. -.. ciebie też jeśli mu nie pomożesz.
- Co mu się stało? – zapytał zaskoczony Jack wskazując na wychodzącego mężczyznę.
- Prawdopodobnie zbyt wysoka samoocena, którą przed chwilą zminimalizowałem do powierzchni ziemi.
- Ziemia… te słowo nic nie znaczy.
- Podobnie jak wysoka samoocena.
- Ojjj znaczy i to dużo. – zaśmiał się Jack i z obrzydzeniem spojrzał w dół na osobę leżącą na stole. Towarzystwo owego wieczora zdecydowanie mu nie odpowiadało.

- Dlaczego zawsze się ze mną sprzeczasz? – zapytał poirytowany Booth wymijający wściekle kolejne samochody na autostradzie.
- Nie sprzeczam tylko wygłaszam swoje opinie na tematy na które mamy czasami całkiem odmienne zdanie. Poza tym jesteś czymś teraz zdenerwowany i przekroczyłeś 2 mile temu dozwoloną prędkość o jakieś 50 kilometrów. – odparła Bones przyglądająca się migającemu krajobrazowi za szybą.
- Jak już mówiłem: jesteśmy spóźnieni. Jeśli za kwadrans nie będziemy na miejscu, nad zwłokami przetoczy się kilkunastu agentów federalnych i będziesz zła, że zniszczyli ci wszelkie dowody i poszlaki.
- Ohhh… - westchnęła tylko Bones i z uśmiechem skierowała swój wzrok na partnera. – Zatem rozumiem, że powinnam być dozgonnie wdzięczna i postawić ci jakiś prowizoryczny ołtarzyk, jaki wy chrześcijaninie stawiacie swym bóstwom, by…
- Nie jakimś bóstwom tylko Jezusowi. Zresztą myślałem, że temat religii mamy już za sobą.
- Owszem, ale nadal ciekawi mnie dlaczego tyle milionów ludzi oddaje hołd człowiekowi, który tysiące lat temu nosił słomiane sandałki i prawdopodobnie był o wiele mądrzejszy od swych rówieśników? Może był prekursorem tamtych czasów, może nie zrobił niczego wyjątkowego tylko uleczył prawie współczesnymi metodami lekarskimi parę osób, a oni uznali go za bohatera i przywódce? Może on w ogóle nie istniał?
Booth odwrócił wzrok na chwilę od drogi i przeniósł go na swoją partnerkę.
- Wiesz co, Bones? Wydaje mi się, że przy tobie nawet sam papież zwątpiłby w istnienie Chrystusa. A wracając do tematu… to co z tym podziękowaniem za moje starania?
Uśmiechnął się szelmowsko ukazując szereg równych i białych zębów.
- Myślę, że wystarczy ci buziak w policzek. – roześmiała się dr Brennan i pochyliła się w kierunku Bootha.
- Teraz? – zapytał mężczyzna i w tym samym momencie odwrócił twarz w jej kierunku, chcąc sprawdzić czy ona nie żartuje.
Nagle poczuł na swych ustach dotyk warg Temperance i zapach jej delikatnych, jaśminowych perfum. Kobieta podniosła powieki i napotkała tuż przed sobą zdziwione spojrzenie tych czekoladowych oczu, ale żadne z nich nie uczyniło żadnego gestu by się od siebie odsunąć i przerwać „dziękczynnego” buziaka. Mężczyzna kierowany instynktem, zamknął oczy i odwzajemnił pocałunek. Usłyszał jak jego partnerka wzięła głęboki oddech i powoli przerwała pocałunek. Zobaczył w jej zielonych oczach błysk zaskoczenia. Patrzyli tak na siebie bojąc się wymówić choćby słowo. W samochodzie nagle zrobiło się zbyt ciasno i zbyt gorąco. Mieli wrażenie, że świat się zatrzymał i stoi w miejscu. Każdy z nich oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia i wstrzymania natłoku myśli, które przewijały się przez ich głowy jak szalone – byli przecież partnerami, przyjaciółmi, pracowali ze sobą – zdawał się krzyczeć jakiś głos. Byli….?
Tymczasem zapatrzeni w siebie Booth i Bones nie zdawali sobie sprawy z zbliżającego się zagrożenia. Ich samochód niebezpiecznie zjeżdżał z prawego pasa na pobocze, za którym znajdowała się kilkunastometrowa przepaść do oceanu.

 

2.

Z oddali dochodził do niej jakiś uporczywy dźwięk. Nie chciała za nic otworzyć oczu i stawić czoła rzeczywistości. Chciała by to wszystko trwało jak najdłużej. Czuła się niemal tak błogo jak w dzieciństwie. Poczucie bezpieczeństwa, ciepło i bezbronność, a zarazem wielka siła. Siła, której nie czuła od dawien dawna.
I on słyszał ten natarczywy klakson gdzieś za nimi. Z wielkim trudem odwrócił wzrok od Brennan i spojrzał w lusterko. Za nimi jechała… Camille! A przed nimi…. Przed nimi rozlegała się przeogromna przepaść urozmaicona skalistym wybrzeżem i wzburzonymi falami oceanu. Zdecydowanie to nie tam podążali.
Mężczyzna gwałtownie szarpnął za kierownice a samochód odskoczył w bok. Bones krzyknęła, uderzyła głową o szybę i straciła przytomność.
- Bones!! – zawołał zdesperowany Booth i dotknął ją prawą ręką.
Poczuł pod palcami wilgotną maź. Krew.
- Cholera, Bones…
Pospiesznie zahamował i zjechał na pobocze. Za nimi stanął samochód dr Saroyan, z którego wyszła zdezorientowana właścicielka.
- Co ty do cholery Seeley wyprawiasz?! – krzyknęła Camille. – Zachciało wam się skakać do wody? Kto ci w ogóle dał prawo jazdy?!
Ale Booth tego nie słuchał. Wysiadł z samochodu i biegiem ruszył do drzwi po stronie pasażera. Szyba była zbita i umazana krwią kobiety.
Otworzył drzwi i pochylił się nad Bones. Delikatnie odpiął jej pasy gdy poczuł na policzku nieco przyspieszony oddech. Westchnął z ulgą. Spojrzał na nią i dotknął zimnymi dłońmi jej policzka.
- Bones… słyszysz mnie?
Kobieta jęknęła i wygięła się nieco do przodu. Po chwili Booth ujrzał jej niebieski odcień oczu.
- Wszystko w porządku? – zapytał cicho z troską. – Chodź na świeże powietrze.
Chwycił ją za ramiona i prawie wyciągnął z samochodu. Bones chwyciła się za czoło i ze zdziwieniem stwierdziła, że krwawi. Na jej widok Camille stanęła jak wryta i spoglądała to na nią to na agenta specjalnego FBI. Tymczasem jego wzrok jak oszalały biegał po twarzy Bones szukając jakiś innych zranień.
- Jak się czujesz?
- Zważywszy na okoliczności to całkiem dobrze.
- Nie kręci ci się w głowie? Powinniśmy zadzwonić po karetkę. Musisz być zbadana.
- Booth – westchnęła Brennan. – Czuje się świetnie. Tylko boli mnie ta rana. To całkiem normalne w takim przypadku.
Camille patrzyła na nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Booth.. może mi w końcu powiesz dlaczego o mały włos nie zrobiłeś z samochodu służbowego łódeczki do pływania po oceanie?
Mężczyzna spojrzał na nią i zaraz potem na Bones. Rysy jego twarz stężały i z zapamiętaniem wpatrywał się w Bones. Po chwili ciszy obydwoje wybuchnęli śmiechem.
- Po prostu – odparła Brennan.- Nie zrozumieliśmy się z Boothem w pewnej kwestii podziękowań.
Wypowiedziała to z pewnym rumieńcem na twarzy, ale mimo to nie przestawała się uśmiechać. A i Booth wydawał się całkiem zrelaksowany. Popatrzył jeszcze z troską na jej zakrwawiony policzek i westchnął głęboko. Co gdyby nie odzyskała przytomności? Albo co gorsza – kawałek szkła wbiłby jej się w głowę? Westchnął po raz drugi i przeczesał dłonią włosy.
- Zanim wyruszymy dalej, przemyje ci tą ranę i sprawdzę czy wszystko w porządku. – powiedziała po chwili milczenia dr Saroyan.
- Ale Cam, ja się czuję bardzo dob…
- A chcesz iść na przymusowy urlop?
Brennan otwarła i zamknęła usta, po czym spojrzała na swego partnera oczekując od niego wsparcia. I robił to na każdy możliwy sposób. Pomimo ich sporów i utarczek słownych zawsze znajdowali w sobie oparcie. Ich wzajemnie troska nie wynikała z przyjaźni… ani też z miłości. Było to coś czego Brennan nie umiała nazwać. Istniało to nawet wtedy kiedy znajdowali się tysiące mil od siebie. Podświadomie ich myśli kierowały się ku tej drugiej osobie. To właśnie bezpieczeństwo tej drugiej osoby było ważniejsze niż własne.
Tym razem jednak Bones nie doczekała się nawet spojrzenia zrozumienia. Booth stał przy barierce i wpatrywał się w toń oceanu. Ręce miał włożone w kieszenie spodni i na tle tego pięknego krajobrazu wyglądał zupełnie jak jakiś model filmowy.
Nagle poczuła piekący ból i syknęła cicho. To Camille wróciła z apteczką i żwawo zabierała się za oczyszczanie rany. Tymczasem Booth leniwie ogarniał wzrokiem cały ocean. Nikt nie wiedział, że w czasie kiedy był sam, wolny od wszelkich trosk i problemów, przyjeżdżał tutaj by choć na chwilę ujrzeć ten krajobraz. Bezkresna głębia, fale odbijające się od skał, szum wiatru i świeże powietrze. Ale najbardziej zachwycał go sam ocean i niedawno dopiero zrozumiał dlaczego..

 

3.

- Zach, odebrałeś moją paczkę?
- Tak, doktor Brennan. Co się pani stało w głowę?
Angela na te słowa oderwała wzrok od Hodginsa i spojrzała na ekran ich monitora laboratoryjnego. Jej przyjaciółka miała obwiązane czoło bandażem i wyglądała dość blado. Nie lepiej niż kości, które przed chwilą otrzymali, a raczej ich cząstki. Tuż obok niej stał Booth z zatroskaną miną. Za plecami swojej partnerki starał się coś przekazać zezulcom na migi.
- Booth – zaczął Zach. – Czy z tobą wszystko dobrze?
Bones odwróciła wzrok, a Booth schował szybko ręce do kieszeni i pokazał jeden ze swych cudnych, chłopięcych uśmiechów. Kobieta zmrużyła oczy i pogroziła mu palcem po czym z uśmiechem wróciła do rozmowy z zezulcami.
- Co stwierdziłeś, Zach?
- Po względnych oględzinach zauważyłem wiele zarysowań na kości strzałkowej i piszczelowej, a także mocno zniekształconą rzepkę.
- Wada wrodzona?
- Nie sądzę. Raczej na skutek… - Zach podniósł rzepkę i parę razy obrócił w rękach. - … mocnych uderzeń jakimś przedmiotem. Zdecydowanie ofiara przed śmiercią była torturowana.
- Nic nowego. Same te flaki rozciągnięte na czaszce mówią same za siebie – wtrącił z ironią Jack. – Jak myślicie, trudno się je obwiązywało dookoła czoła i przez nos?
Angela podniosła w akcie rezygnacji ręce i skierowała się do łazienki ze słowami, że niektórym takie przeciąganie jelit by się przydało. Zach zamrugał kilkakrotnie powiekami i z zadumą popatrzył na swego towarzysza.
- Raczej tak. Ofiara zapewne się na początku broniła, lejąca się krew zasłaniała jakąkolwiek widoczność, no i samo to przeciąganie prawdopodobnie było uciążliwe.
- Spróbujemy? – w oczach Hodginsa zapaliły się niebezpieczne ogniki.
- Na króliku? Na studiach kiedy mieliśmy rozcinać podbrzusze królika, wziąłem…
- Chłopaki! – krzyknął Booth. – Może wrócimy do sprawy? Swoimi masochistycznymi zachciankami zajmiecie się później.
Bones uśmiechnęła się pod nosem, po czym przywróciła swój codzienny wyraz twarzy.
- Booth ma rację. Wieczorem wrócimy do instytutu z próbkami gleby dla Jack’a. Trzeba określić jak długo reszta ciała leżała w ziemi. Prawdopodobnie nie trwało to więcej niż miesiąc, ale nie możemy opierać faktów na przypuszczeniach.
- Znowu się zaczyna – odparł Booth unosząc wzrok ku niebu.
Kobieta chciała już wyłączyć laptopa kiedy usłyszała głos Jacka.
- Angela kazała przekazać, że czeka na ciebie niespodzianka.
- Jaka? – zapytała zaintrygowana Bones.
- To… niespodzianka – powiedział Jack, a w jego oczach błyskały niebezpieczne ogniki. – Wydaje mi się, że całkiem miła niespodzianka.

Angela siedziała w gabinecie swej przyjaciółki na wprost niespodzianki. Sama była zdziwiona, ale i cieszyła się. Jednak po chwili jej uczucia uległy zmianie. Brennan zdecydowanie należało się szczęście. Szczęście jakie mogłaby jej dać osoba, którą kocha, która jej nigdy nie opuści. Była przy niej w tych najgorszych chwilach, a i tak nie do końca potrafiła utożsamić się z jej dystansem i oziębłością. Pomyślała o Booth’ie. Był wspaniałym mężczyzną. Nie tylko pod względem fizycznym, ale i tym wewnętrznym. Idealnie komponował się z zabójczo-filozoficznym charakterem Bones i rozumiał ją jak nikt inny. Obydwoje w jakiś sposób reagowali na siebie. Ich światy, choć tak odmiennie różne, były aż nazbyt do siebie podobne.
Starają się nauczyć siebie nawzajem. Coraz częściej dążą do kompromisu i zrozumienia. Są czasami chwile kiedy popatrzą sobie w oczy, pomilczą, a po chwili uśmiechną się ze zrozumieniem, jakby porozumiewali się telepatycznie.
Czasami czuła to napięcie w instytucie, które mogłaby przecinać nożem i zajadać na śniadanie. Miała chęć wtedy szturchnąć nimi i wykrzyczeć czy nie widzą tego co się dzieje. Czy bali się tego uczucia? A może po prostu byli tak blisko, że zabrakło miejsca na rozważania i jakiekolwiek zauważenie i zrozumienie sytuacji. Czy tak miało być już zawsze? Ona i on - razem, ale osobno; poszukujący szczęścia, które jest niemal na wyciągnięcie ręki. Szczęścia, którego nic i nikt nie byłby w stanie im odebrać. Angela to wszystko widziała. Widziała, ale zawsze brakowało jej tego czegoś, tego znaku, który pozwoliłby jej działać. Po chwili jednak jej myśli pobiegły innym torem. A co jeśli się myli? Co jeśli między nimi istnieje tylko i wyłącznie wyjątkowa przyjaźń? Musi być pewna, musi wiedzieć – dla dobra Bones.
Swój wzrok skierowała znów na niespodziankę. Uśmiechnęła się lekko i zapatrzyła w okno.
A co jeśli….?

 

4.

Jej wzrok był wbity w bezchmurne niebo, które zdawało się nie mieć końca. Bezgraniczne i wolne. Tak w tej chwili czuła się Temperance.
- Uśmiechasz się – mruknął Seeley.
Leżeli obydwoje na trawie w parku. Wyglądali jak ludzie bez żadnych trosk i problemów. Ona z uśmiechem wpatrzona w górę, a on oparty na łokciu tuż obok niej. Krawat luźno wisiał mu na szyi, rękawy białej koszuli były podciągnięte. Włosy pomimo starannego, wręcz pedantycznego układania i tak teraz stały na wszystkie strony stwarzając Booth’owi wizerunek małego, niegrzecznego chłopca, który przed chwilą coś zmajstrował. Pogładził dłonią swój ogolony policzek i spojrzał na Brennan. Powoli, bez pośpiechu studiował jej rysy twarzy, jakby chciał je sobie wyryć w pamięci. Jego wzrok był nieco zamglony, pełen jakiegoś blasku.
- Uśmiecham się, bo widzę jak ludzie pędzący do pracy się na nas patrzą. Czeka nas sprawa, a my jakgdyby nigdy nic leżymy tu sobie i wpatrujemy w niebo.
- Booones. Ludzie tak robią, wiesz? Mają CZAS WOLNY, jakieś hobby poza pracą. To się nazywa relaks. Rozumiesz? Czy mam przeliterować? Słuchaj uważnie: re-laks. Powtórz: re-laks.
- Czasami mam ochotę posłuchać zwierzęcego instynktu, zachować się jak otępiały neadentarlczyk i cię udusić.
- Nie zrobiłabyś tego – odpowiedział spokojne Booth z uśmiechem i położył się na plecy.
- Niby dlaczego? – zapytała Bones, podnosząc głowę i spoglądając na swego partnera.
Mężczyzna zamknął oczy i jeszcze szerzej się uśmiechnął, chowając ręce pod głowę.
- Ponieważ nie znasz tak wspaniałego agenta FBI jak ja.
Brennan westchnęła tylko i pokręciła przekornie głową. Czekało ją wyjątkowo ciężkie popołudnie…


Wracali do instytutu bez pośpiechu. Omawiali wszystkie aspekty sprawy, którą właśnie prowadzili. Po chwili ich śmiech rozbrzmiewał w całym samochodzie na wspomnienie miny Zacka opowiadającego o króliku. Z tyłu znajdował się fotelik Parkera, co nie uszło uwagi Brennan. Wyglądali zapewne jak…. małżeństwo. I to bardzo szczęśliwe małżeństwo.
Kobieta stłumiła śmiech ziewaniem i spojrzała przepraszająco na swego partnera.
- Chyba odwiozę cię od razu do domu – rzekł Booth z uśmiechem.
- Muszę wracać do instytutu. Czeka na mnie…
- … niespodzianka. Tak, wiem. Jesteś ciekawa?
- Ja? Skądże. Tylko… po prostu.. hmmm.. obiecałam, że będę wieczorem..
- Nic takiego sobie nie przypominam – odrzekł Booth. – Dobrze. Zatem wpadniemy zobaczyć cóż to za niespodziankę uszykowali ci zezowaci i wracamy do domu.
- Umiem o siebie zadbać i nie potrzebuję ochrony. Poza tym mam pod instytutem samochód.
- Wiem, ale… tak wyjdzie taniej.
- Taniej?
- Noooo… na paliwie.
- Booth… - zaczęła ostrzegawczo Brennan.
- No dobrze. Ale pojadę za tobą. I tak mam coś do załatwienia w tamtych stronach miasta i…
- Booth... Po prostu jedźmy do instytutu.
- Zgoda.
Mężczyzna uznał to za potwierdzenie swoich racji i zatopił się w rozmyślaniach. Nie wiedzieć czemu, ale pomyślał o Ann – jego ostatniej partnerce. Była wręcz niesamowita. Długonoga lekarka, kochająca dzieci, uwielbiająca gotować i, jak mówiła, uwielbiająca jego i Parkera. Ich związek był bez zarzutu – bynajmniej tak jak wymarzył to sobie Booth. Tylko ostatnio mało się spotykali. Zbyt dużo czasu poświęcał pracy i zezulcom. Ale nie żałował tego. Nigdy nie żałował chwil spędzonych z Bones. Była dla niego kimś w rodzaju wielkiej odskoczni od realiów życiowych. Przy niej nie musiał się starać. Był po prostu sobą.
Spojrzał na swoją partnerkę. Bones była inna, co nie znaczy że gorsza. Nie miała humorków, nie obrażała się o byle co. Nie oczekiwała na prezenty i komplementy, nie spędzała godzin w salonie kosmetycznym. Tolerowała jego zachowania małego, rozpieszczonego chłopca, słuchała jego słów, nie traktowała z góry. I prawdopodobnie był jedną z najważniejszych osób w jej życiu. Ta myśl mile go połechtała. Wrócił znów myślami do Ann. Jego pięknej Ann. Podjeżdżając pod instytut zdecydował, że poświęci jej więcej czasu niż dotychczas. A nóż się uda…?

Weszli razem na aulę laboratorium. O dziwo wszyscy jeszcze siedzieli w pracy pomimo tak ciężkiego popołudnia. Bez odrobiny wytchnienia każdy pracował nad szczątkami. Niestety po wielu godzinach badań dowiedzieli się całkiem niewiele. Ofiara była kobietą pomiędzy dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia. Była mulatką i w dzieciństwie przeszła kilka ciężkich operacji kręgosłupa. Jej kości kończyn dolnych były strasznie wyniszczone jakby na skutek braku dostatecznej ilości pożywienia i ciężkiej pracy. Zdecydowanie jej życie nie należało do zbyt pięknych.
Na widok dr Brennan i Bootha, Zack uśmiechnął się niepewnie i spojrzał na Hodginsa, ten natomiast na Angelę. Od kilku dni podzielał jej zdanie o „magnetycznym” przyciąganiu się do siebie Temperance i Seeley’a. I, podobnie jak Angela, miał obawy. Mogli się przecież mylić.
- Zack, coś nowego? – zapytała Bones podchodząc do szczątek.
- Na razie nic, dr Brennan. Angela poszukuje w kartotece zaginionych podobnych do naszej ofiary, ale nie jest łatwo. Dr Saroyan przed chwilą pojechała na komendę główną w celu przejrzenia kilku kartotek.
Booth spojrzał z niesmakiem na leżące szczątki po czym potarł zwyczajowo ręce i zwrócił się do Angeli.
- Gdzie ta niespodzianka dla Bones?
Angela zaniemówiła na chwilę i spojrzała w geście bezradności na Hodginsa.
- No cóż… - zaczął Jack i umilkł.
Za plecami Bones rozeszły się czyjeś kroki. Booth podążył wzrokiem za dochodzącym do niego odgłosem po czym również zaniemówił. Poczuł przez chwilę pustkę i… strach. Mimowolnie spojrzał na Brennan. Ta posłała mu uśmiech i odwróciła się.
Myślała, że śni. Zupełnie inaczej go zapamiętała i nie sądziła, że tak szybko się znów spotkają. Stał przed nią, nieziemsko przystojny. Opalony z nieco dłuższymi włosami. Jego sylwetka nabrała jeszcze bardziej męskich kształtów. W ręce trzymał czerwoną różę i posyłał jej zabójczy uśmiech. A jego oczy… Brennan nie mogła tego opisać. Zamrugała oczami i wyszeptała tylko:
- Sully….

 

5.

Booth zamrugał tylko szybko powiekami i spoglądał co po chwila na Angele. Przyglądała mu się z niezmiernym zaciekawieniem od dwóch dni – od czasu powrotu Sullivana. Tak samo postępował Hodgins, który tylko odpowiadał monosylabami, jakby dopiero co wydostał się z przedszkola i nie potrafił przeliterować słowa hipopotam. Jedynie Zack zachowywał się w miarę normalnie, mrucząc coś o niedościgniętych planach Angeli próbującej odpokutować za swoje niewinne grzeszki miłosne z przeszłości. Camille pozostała na tą całą grę niewzruszona i zajmowała się z zapamiętaniem sprawą. A Bones.. cóż, Bones. Od dwóch dni nie zamienił z nią nawet w pełni rozwiniętego zdania. Miał wrażenie, że go unika, albo co gorsza, jest znów ślepo zapatrzona w Sully’ego. Cóż.. przecież powinien się cieszyć. Jego partnerka robiła w końcu coś, co nie miało związku z pracą. Odpoczywała, relaksowała się i… była z Sullym. To właśnie irytowało Bootha. Dlaczego z Sullym? Dlaczego nie…
- … z tobą, prawda? – zapytała Angela podchodząc do Bootha.
Stał od kilkunastu minut na podeście w laboratorium i wpatrywał się głupio w zamknięte drzwi gabinetu Brennan.
- Nie rozumiem – powiedział Booth z wymuszonym uśmiechem niepewności.
- Och, ależ rozumiesz doskonale, słodziutki. Wrócił Sully i zabrał ci…. – widząc groźną minę Bootha. - … partnerkę. Bones nie poświęca ci tyle czasu co zawsze, więc czujesz się odrzucony. Zawsze to ty byłeś w jej życiu na pierwszym planie, a teraz pojawił się on i zajął ci twoje miejsce. I powoli tracisz swoją partnerkę, przyjaciółkę i podejrzewam, że też uk…
- Dokładnie, partnerkę. Nie mogę pracować bez niej w terenie. Jest mi potrzebna… do… badania kości i… no wiesz.. kości.
Angela popatrzyła na niego z podniesionymi brwiami i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Jasne. Zatem brakuje ci Brennan tylko w terenie..
- Dokładnie. W terenie – zapewnił mocno Booth i wsadził palce zwyczajowo za pasek.
Angela popatrzyła na niego, a potem na zamknięty gabinet.
- Palisz się, Booth. Ona też. Zrób coś z tym.
Mówiąc to, na jej twarzy nie igrał ironiczny uśmieszek tylko powaga. Poklepała go po ramieniu i oddaliła się w kierunku Jacka.
Booth spojrzał na nią w zamyśleniu. On?! Zazdrosny o to, że Bones jest zajęta bardziej Sullivanem?! Prychnął pogardliwie i zagryzł wargi. Przecież miał Ann. A Bones to była jego przyjaciółka i partnerka. Lubił ją, nawet bardzo, ale na tym się kończyło uczucie do Brennan.
- Stary, czas pracować – powiedział sam do siebie i z determinacją ruszył do gabinetu Temperance.
Nawet nie pukając wszedł do środka i stanął jak wryty. Otworzył bezwiednie usta i popatrzył na rozgrywającą się scenę. Bones niemal leżała na swoim biurku przygnieciona ciałem Sullivana, który zachłannie ją całował.
- Ee…. Ykhym! – odchrząknął głośno Seeley.
Para natychmiast odskoczyła od siebie i spojrzała na intruza. Bones miała jakby nieobecny wzrok, a Sully zaczerwienione policzka i… ślad szminki Brennan na ustach.
Booth przymknął oczy i żałował, że jednak nie zapukał. Było to życie Bones, nie jego. Nie miał prawa wtrącać się do niego.
- Eeee…. Bones, mamy podejrzanego – otworzył trzymaną w ręku kartotekę. – Niejaki James Goldfish. Zack znalazł jego nasienie w.. pochwie ofiary.
- Gwałt? – zapytała Bones przeczesując palcami włosy.
- Cam wyklucza tą możliwość.
- Dobrze. Zatem.. jedźmy – wzięła swoją torebkę i spojrzała na Sully’ego. – Zadzwonię do ciebie i porozmawiamy.
Sully skinął głową i uśmiechnął się słabo. Brennan podeszła do niego i kciukiem starła z jego warg swoją szminkę.
- Nie pasuje do ciebie ten kolor – powiedziała i zwróciła się w kierunku drzwi.
Minęła bez słowa Bootha i podążyła dalej. Na jej twarzy widniał rumieniec. To nie z powodu jej pocałunku z Sullym, na który wkroczył Booth. Tylko.. widok tej szminki na ustach Sullivana spowodował, że zaczęła sobie wyobrażać rzeczy, które były wręcz niemożliwe.
- Oho! – powiedziała Angela z triumfem. – Coś tam zaszło i aż mnie korci dowiedzieć się co. Brennan wygląda jakby ją przyłapano na podkradaniu cukierków, Booth sypie iskrami z oczu w kierunku Sully’ego, a ten.. no cóż. Sama nie wiem jak to określić…
- Kochanie – zaczął Jack. – Pozwól niech poradzą sobie sami. Dr Brennan jest dorosła.
- Tak, ale jest taka nieporadna w sprawach międzyludzkich. Chcę żeby była szczęśliwa.
Jack popatrzył na wychodzącą trójkę z zadumą.
- Cóż… jeden z tych mężczyzn da jej szczęście. Tylko od Brennan zależy który.
Stojący za nimi Zack przysłuchiwał się rozmowie.
- Chyba czegoś nie rozumiem – zaczął. – Czy doszło do rywalizacji między Boothem, a Sullivanem?
- Ooo tak… bezspornie – zaczął Jack patrząc dalej w zamyśleniu na wychodzącą trójkę.
- Zatem…. Między Boothem, a dr Brennan musiało do czegoś dojść. Jakiegoś fizycznego kontaktu albo…
- Chemia, słonko. Chemia.
- Chemia w tym wypadku nie jest odpowiednim pojęciem. Pociąg fizyczny, który odczuwają jest wynikiem buzujących hor…
- Zack. – przerwała mu Angela. – To była przenośnia. Ciągnie ich do siebie.
- Zatem… - zaczął Addy z zastanowieniem. – Nie jest to tylko symbiotyczny związek. Pojawiła się osoba trzecia, czyli Sully, i to spowodowało walkę o dominację między nimi, a Boothem. Jest to normalne zachowanie wśród podobnych do siebie fizycznie samców alfa, którzy..
- Zack – przerwali mu równocześnie Jack i Angela..
- Bootha i Sullivana ciągnie do Brennan, tylko z małą różnicą.
Zack popatrzył na nią pytająco.
- Sully zdaje sobie z tego sprawę…
- … a Booth nie. – dokończył za nią Jack.
- A… dr Brennan?
- Cóż… Temp pomimo swojego doktoratu jest oseskiem raczkującym w relacjach damsko-męskich. Myślę, że nie zauważyłaby nawet tego, że Booth siedzi i wpatruje się w nią bez mrugnięcia okiem.
- Zatem dr Brennan nie zdaje sobie sprawy z tego, że Booth nie jest nią zainteresowany tylko na relacjach symbiotycznego związku.
- Coś w tym – odparła zmieszana Angela.
- I Booth też nie wie, że jest nią zainteresowany inaczej niż tylko partnerką w pracy. A czy dr Brennan jest zainteresowana Boothem?
Angela westchnęła głośno i spojrzała na Hodginsa.
- Tego właśnie próbuję się dowiedzieć.

Przez całą drogę panowała między nimi niezręczna cisza. Booth zaciskał dłonie na kierownicy, a Brennan usilnie wpatrywała się za krajobraz za oknem. Myślała, że to tam znajdzie odpowiedzi na dręczące ją pytania. Spojrzała na swego partnera i uśmiechnęła się lekko.
- Booth….
- Hmm…?
- Uspokój się.
- Co?
- Nie trzymaj tak mocno kierownicy. W razie potrzeby gwałtownego skrętu, twoje mięśnie nie będą w stanie przejść tak szybko ze stanu skurczu w rozkurcz i zareagujesz z kilka sekundowym opóźnieniem.
Mężczyzna spojrzał na nią z powagą lecz po chwili jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Brakowało mi tych twoich mądrych wywodów.
Bones uśmiechnęła się triumfalnie, mile połechtana jego słowami.
- Zatem mam rozumieć, że chcesz przez to powiedzieć, że za mną tęskniłeś.
- Co? Nie… Nie! Tylko… brakowało mi tego.
- Czyli tęskniłeś.
Booth oderwał na chwilę wzrok od drogi i spojrzał na nią z uśmiechem. Popatrzył w jej oczy i zwiększył ten swój chłopięcy wyraz twarzy.
- Wiemy coś więcej o podejrzanym?
- Ma 32 lata, pracuje w firmie hutniczej. Zamężny z trójką dzieci. Płaci podatki, nie karany. Sąsiedzi mówią, że jest bardzo pomocny i miły – niczym złota rączka.
- Booth, ludzie nie mają złotej ręki. Z antropologicznego punktu widzenia jest to…
- Bones, to przenośnia. Tak się tylko mówi.
- Jaki to ma związek z naszą ofiarą?
Mężczyzna uśmiechnął się kwaśno i zaparkował na podjeździe państwa Goldfish.
- Cóż… Córka sąsiadki widziała jak wchodził z naszą ofiarą, dnia 13 listopada, do swojego wynajętego mieszkania w centrum.
- W dzień zabójstwa Keiry?
- Dokładnie.

 

6. Wspomnienia.

- Nie zabiłem Keiry.
- Jasne. A ja po godzinach sprzedaje orzeszki na targu.
- Booth…? Nie wiedziałam – odparła Bones.
James otwarł szeroko oczy i zamrugał w wielkim zdziwieniu powiekami.
- Skąd ty ją wytrzasnąłeś?
- Chciałbym powiedzieć, że z muzeum ale… - widząc ostrzegawcze spojrzenie Bones, uciął w pół zdania. – A zresztą nieważne. Zatem.. co robiłeś 13 listopada?
Mężczyzna pokręcił się nerwowo na krześle i położył złożone ręce na blat stołu.
- Byłem w pracy. Skończyłem po 17 i udałem się do.. mieszkania w centrum. Czekała tam na mnie Keira. Wyszedłem od niej i wróciłem do domu około 19.
- Czy Keira wiedziała, że jest pan żonaty?
- Wiedziała, ale nie przeszkadzało jej to. Było bardzo… wyrozumiałą kobietą.
- Czy mówiła coś o swojej przeszłości.. pracy?
James zamyślił się chwilę.
- Nie. To znaczy rzadko opowiadała o swojej rodzinie. Mówiła, że przeszłość jest nieważna.
- Yhym – pokiwał Booth. – A jak pan nam wytłumaczy fakt, że Keira zmarła około godziny 19, wtedy kiedy pan był w mieszkaniu.
- Nie, agencie Booth. Powiedziałem, że byłem w domu ok. 19. Nie mogłem zatem jej zabić. To pół godziny drogi z centrum do mojego domu. Możecie zapytać moich dzieci, znajomych którzy nas wtedy odwiedzili.
- Sprawdzimy to. A żona?
- Żona była wtedy w sklepie. Nie wiedziała, że się spóźniłem.
- Rozumiem. Na razie jest pan wolny.
Kiedy Goldfish wyszedł z izby przesłuchań, Booth pokręcił głową i westchnął. Potarł ręką o obolały kark i spojrzał na Brennan.
- I co o tym sądzisz?
- Okazywał lekkie zdenerwowanie, ale być może zamordowano Keire tuż po jego wyjściu. Jednak nie możemy się opierać na przypuszczeniach, dopóki nie poznamy..
- ..faktów. Tak, wiem. Już to gdzieś słyszałem.
- Właśnie – odpowiedziała Brennan z uśmiechem i posłała Booth’owi lekkiego kuksańca. – Rozchmurz się, sir Booth.
Mężczyzna spojrzał na nią, a następnie ukłonił się z galanterią.
- Jak sobie życzysz, lady Brennan.
Kobieta roześmiała się głośno po czym spojrzała na zegarek.
- Zatem… co dalej?
- Ja pojadę spotkać się ze zdradzoną żoną, a ty wrócisz do laboratorium i pomożesz zezulcom.
- Ale Booth…. Sam przecież chciałeś żebym..
- Daj spokój. Obydwoje wiemy, że ten czas najchętniej spędziłabyś z Sullym. I… cieszy mnie to i… no, wiesz. Zależy mi na tym żebyś była szczęśliwa.
Brennan przekrzywiła lekko głową i przyglądała mu się w zamyśleniu. Jej partner stał przed nią z głupią miną, trzymając w rękach akta. Miał na sobie ten nieskazitelny garnitur i czarny, oczywiście wąski, krawat. Jego buty lśniły czystością, a klamra od paska….
- Bones… - zaczął nieco zawstydzony Booth. – Bones… mogłabyś nie wpatrywać z taką otwartością w.. no wiesz …moje krocze?
Kobieta podniosła na niego wzrok. W jej oczach błyskały ogniki, a twarz przyozdabiał szeroki uśmiech.
- Zaintrygowała mnie twoja klamra.
Booth znów włożył palce za pasek chcąc bardziej ukazać ową rzecz. Klamra była czarna z białym napisem LOOK INTO.
- Mnie się podoba.
Z tymi słowami położył jej dłoń na plecy chcąc popędzić do pracy. Natychmiast poczuł zalewającą go falę ciepła i wielką, zimną kulę w żołądku. Przymknął oczy i zaciągnął się delikatnymi perfumami swojej partnerki. Poczuł przemożną chęć zamknięcia drzwi od gabinetu, spuszczenia rolet ...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin