Lepecki Mieczysław - Po bezdrożach Brazylii.pdf

(1595 KB) Pobierz
MIECZYSŁAW LEPECKI
PO BEZDRO Ż ACH
BRAZYLII
LUDOWA SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA WARSZAWA 1962
813452859.001.png 813452859.002.png
ZAMIAST WST Ę PU
Od wybuchu wojny w dniu 1 wrze ś nia 1939 roku a ż do przybycia w pa ź dzierniku do
Jugosławii prowadziłem notatki. W Belgradzie przejrzałem je i po gł ę bokim namy ś le spali-
łem. Nie odpowiadała mi rola krytyka teraz, skoro nie byłem nim przedtem.
W Belgradzie ż yłem jak we ś nie. Wci ąż jeszcze nie mogłem uwierzy ć w to, co si ę stało.
Straciłem energi ę i ch ęć do ż ycia. Gdyby nie nadzieja, ż e b ę d ę przyj ę ty do wojska we Francji,
załamałbym si ę z pewno ś ci ą .
W grudniu skierowano mnie do Pary ż a do koszar Bessiers. Było to dawne centrum re-
kruckie Legii Cudzoziemskiej. Nie wydał mi si ę ten wybór miejsca dla formowanych pol-
skich oddziałów szcz ęś liwy. Był to kompleks kilkunastu brzydkich gmachów, ogrodzony mu-
rem, z posterunkami przy bramach. Oficerowie mieszkali, je ś li mieli za co, na mie ś cie, w pen-
sjonatach, ale całe dnie sp ę dzali w koszarach, gdzie musieli wysłuchiwa ć ż nych ż ałosnych
wykładów.
Zaraz po przybyciu do Pary ż a znalazłem si ę na jednym takim „wykładzie”. „Profeso-
rem” był ku mojemu niepomiernemu zdumieniu niedawny osobisty doradca marszałka Edwa-
rda Ś migłego-Rydza w sprawach radzieckich. To był naprawd ę jeleni skok, jakiego ten oficer
dokonał.
Z niesmakiem patrzałem, jak mnóstwo ludzi, znanych mi doskonale jako notorycznych
zwolenników mi ę dzywojennych stosunków, teraz krytykowało je zawzi ę cie, aby tylko zyska ć
mo ż no ść przyczepienia si ę do jakiego ś urz ę du czy funkcji w wojsku. Nawet nie kryli si ę wie-
le ze swoj ą nieszczero ś ci ą i wy ś miewali si ę z dygnitarzy nowego rz ą du. Naokoło kł ę biły si ę
intrygi, konspiracje, potwarze, podejrzenia. Ju ż po paru tygodniach miałem tego wszystkiego
powy ż ej uszu. Wtedy to wła ś nie formowano jaki ś polski pułk w Syrii. Bardzo mi si ę chciało
tam dosta ć . Poszedłem do redaktora Stanisława Stro ń skiego, który był wówczas ministrem, i
poprosiłem, aby mi w tym pomógł. Obiecał interweniowa ć ź niej. Poszedłem do generała
Kazimierza Sosnkowskiego, ale ten zawiadomił mnie przez adiutanta, ż ebym zgłosił si ę za
kilka miesi ę cy. Pomy ś lałem o mniejszych rybach i poszedłem do Hotelu Regina. Mie ś ciły si ę
tam urz ę dy wojskowe *, zatłoczone ró ż n ą zbieranin ą . W hallu były takie tłumy, ż e popatrzy-
łem na to zbiegowisko chwil ę , machn ą łem r ę k ą i wyszedłem. Niech b ę dzie, co b ę dzie!
Obserwowałem Pary ż i nie mogłem wyj ść z podziwu. Gdyby nie zasłony z czarnego
papieru w oknach, nigdy by nie mo ż na było przypu ś ci ć , ż e to stolica kraju znajduj ą cego si ę w
wojnie z gro ź nym nieprzyjacielem. Ż adnego ruchu wojsk, ż adnego zapału, ż adnego podniece-
nia nie mo ż na było dostrzec nawet z lup ą w r ę ku. Pełne sklepy, pełne restauracje i pełne kaba-
rety. Francuzi byli w ś ciekli na Polaków i Anglików, najmniej — na Niemców. Wszystkiemu
byli winni cudzoziemcy.
Pewnego dnia po wykładzie zamkni ę to drzwi wej ś ciowe w koszarach na klucz i po
kolei odbierano oficerom paszporty polskie, widocznie z obawy, aby nie wyjechali za granic ę .
Ja miałem dwa, wi ę c bez oporu oddałem jeden. Dzi ę ki tej przezorno ś ci unikn ą łem po upadku
Francji obozu hiszpa ń skiego w Mirandzie. Wkrótce potem wyczytano moje nazwisko z listy
przeznaczonych do powstaj ą cej wła ś nie jednostki szkoleniowej w Vichy.
Dostałem pieni ą dze na umundurowanie, za które sprawiłem sobie kurtk ę i spodnie no-
wego kroju, wymy ś lonego ju ż na emigracji w Reginie. Płaszcz przywiozłem jeszcze z Polski.
Szabel nowych nie kazano kupowa ć , rewolwery mieli ś my dosta ć ź niej.
Około 20 marca przyjechałem do Vichy i zameldowałem si ę w komendzie. Było tam
* Urz ę dy emigracyjnego rz ą du polskiego.
ju ż dwustu oficerów ró ż nych stopni. Rozlokowano nas w paru hotelach, które teraz stały pu-
ste. Mnie przypadł w udziale Hôtel du Centre, poło ż ony naprzeciwko ź ródła znanej w całym
ś wiecie wody mineralnej Hôpital. Płaciłem w nim za pokój z utrzymaniem trzydzie ś ci pi ęć
franków dziennie, co przy ga ż y majora, wynosz ą cej tysi ą c siedemset Franków miesi ę cznie,
nie było du ż o. Gorzej wiodło si ę oficerom młodszym, którzy mieli oczywi ś cie ga ż e ni ż sze, a
w hotelu musieli płaci ć to samo.
Po tygodniu został uformowany batalion oficerski, w którym otrzymałem funkcj ę adiu-
tanta. Jednym z szeregowców był major Marian Zyndram-Ko ś ciałkowski, dawny premier i
wojewoda.
Szkolenie w Vichy było godne po ż ałowania. Nasz dowódca, pułkownik Zakrzewski,
niezły ułan, tyle wiedział o nowoczesnej broni i nowoczesnej wojnie, co kot napłakał. Poka-
zywano nam stary karabin maszynowy, działa z pierwszej wojny ś wiatowej i wkuwano regu-
lamin piechoty, napr ę dce wydrukowany w Pary ż u według niewiele wartego wzoru francu-
skiego. Oficerowie widz ą c, ż e takie szkolenie to strata czasu, wykr ę cali si ę od zaj ęć i sp ę dzali
czas w kafejkach przy aperitiwach i koniaku. Wkrótce te ż pozawierali znajomo ś ci z dzie-
wczynami i pomimo trudno ś ci j ę zykowych dochodzili jako ś z nimi do porozumienia.
W maju zacz ę ły napływa ć złe wiadomo ś ci. Hitler okupował Dani ę , zbombardował
Rotterdam i w pi ęć dni zaj ą ł Holandi ę . Równie ż w Belgii odnosił sukcesy. Wkrótce sytuacja
pogorszyła si ę jeszcze bardziej. Front na północy run ą ł. Anglicy, utraciwszy cały kosztowny
sprz ę t wojenny, umkn ę li na swoje wyspy, a Linia Maginota chwiała si ę na całej swej długo-
ś ci.
Tymczasem nasz obóz „trwał” i nic nie robił. Pi ę ciuset oficerów wał ę sało si ę po ulicach
i wysiadywało w kawiarniach. Płk Zakrzewski nie znajdował innych słów, jak tylko: „Unika ć
paniki, Francuzi wiedz ą , co robi ą ”. Powiedziałem mu, ż e nic nie wiedz ą , ż e bior ą w dupn ę
gorzej ni ż my rok temu. Bardzo si ę na mnie oburzył, ale ju ż nie groził mi aresztem, jakby to
zrobił z pewno ś ci ą jeszcze przed kilku tygodniami. Jego pomocnicy, zło ż eni z samych wie-
rnych Sikorskiemu oficerów, pogardliwie dotychczas traktuj ą cy kolegów, zacz ę li czu ć si ę
nieswojo. ,,A mo ż e jednak Sikorski te ż ... nie geniusz?”
Z formuj ą cego si ę od paru dni batalionu oficerskiego, wyznaczono niespodziewanie stu
kolegów na kurs broni przeciwpancernej w Granville w Normandii. Znalazłem si ę w tej
grupie.
Do oznaczonego miejsca przyjechali ś my poci ą giem dnia 14 czerwca. Naczelnik stacji
wyrzucił nas zaraz z wagonów, gdy ż potrzebny mu był zestaw do ewakuacji urz ę dów. Do ść
bezładnie pomaszerowali ś my do wskazanych nam przez przechodniów koszar, a ja z majorem
L. poszli ś my do komendy miasta. Niestety, komenda ju ż nie urz ę dowała; powiedziano nam
tylko, ż e w koszarach s ą oficerowie i czołgi bez załóg. W zarz ą dzie miejskim, który jednak
urz ę dował, zapewniono nas, ż e zaraz dostarcz ą nam sto sienników, siano i prowiant.
Pokrzepieni nieco, poszli ś my do koszar, gdzie wokoło ogromnego placu stało par ę bu-
dynków, a po ś rodku widniało ze dwadzie ś cia małych tankietek. Z trudem odszukali ś my dwu
oficerów francuskich, którzy nam powiedzieli, ż e wszystkie władze wojskowe z Granville
zostały ju ż ewakuowane i ż e oni udaj ą si ę do St. Malo. Co do nas, to nie mog ą nam nic po-
wiedzie ć , poniewa ż nie s ą do niczego upowa ż nieni. „Gdy chcecie — dodali — to we ź cie tan-
kietki, je ż eli umiecie si ę z nimi obchodzi ć ”. Niestety, nie umieli ś my. Jeden z kolegów wlazł
nawet do wie ż y, zamkn ą ł klap ę , ale potem ani rusz nie potrafił si ę z tej pułapki wydosta ć . Z
trudem udało nam si ę wynale źć sposób na otwarcie i uwolni ć niefortunnego eksploratora.
W Granville dowiedzieli ś my si ę , ż e Pary ż został oddany bez walki. Porz ą dnie zm ę cze-
ni, poszli ś my spa ć do pustych budynków koszarowych, gdzie magistrat przysłał, jak obiecał,
sienniki, siano i prowiant. W nocy był nalot niemiecki, ale bomb nie rzucano, tylko ostrzelano
miasteczko z karabinów maszynowych.
Wstałem bardzo rano i udałem si ę do jakiego ś domu, z którego dochodził głos radia.
Spiker mówił, ż e Niemcy post ę puj ą na południe i zajmuj ą bez oporu dalsze cz ęś ci kraju. Stało
si ę jasne, ż e do wydostania si ę z Normandii pozostaje tylko droga morska. Poszedłem tedy do
portu, gdzie — o dziwo! — dostrzegłem niewielki angielski okr ę t transportowy; kapitan za-
bierał wła ś nie resztki porozpraszanych swoich rodaków.
Do portu w tym czasie pocz ę ło nadchodzi ć coraz wi ę cej naszych oficerów, a ż wreszcie
około dziewi ą tej rano stali ś my tam ju ż wszyscy, po czym wysłali ś my delegatów do angiel-
skiego dowódcy, aby nas z tej dziury zabrał. Kapitan o ś wiadczył, ż e mo ż e nas jedynie prze-
wie źć przez zatok ę do St. Malo w Bretanii. „Tam — powiedział — na pewno spotkacie jakie ś
polskie oddziały”.
Poinformował nas tak ż e, ż e polska brygada wycofana z Norwegii l ą duje wła ś nie w
Bretanii, gdzie ś w okolicach St. Nazaire. Oczywi ś cie, nie mieli ś my innego wyj ś cia, jak tylko
skorzysta ć z połowicznej pomocy Anglika. Od Francuzów dowiedzieli ś my si ę , ż e polska
kompania piechoty, która stacjonowała w Granville, udała si ę przed dwoma dniami równie ż
do Bretanii ale — jak przystało tej broni — na piechot ę . Pó ź niej dowiedziałem si ę , ż e sto-
czyła walk ę z Niemcami i szcz ęś liwie przedarła si ę na południe.
Na okr ę cie poczuli ś my si ę troch ę bezpieczniej. Dobrze wtedy narzekali ś my na dowódc ę
w Vichy, który pu ś cił nas w drog ę bez broni, nawet bez rewolwerów. Tylko niektórzy mieli
szable.
Z Granville do St. Mało nie jest daleko. Po paru godzinach podró ż y z zadartymi głowa-
mi i wybałuszonymi oczami w niebo — co chwila bowiem spodziewali ś my si ę nalotu —
dotarli ś my na drugi brzeg. Podobnie jak w Granville z poci ą gu, tak tutaj z okr ę tu kazano si ę
nam natychmiast wynosi ć . Na brzegu czekały ju ż oddziały angielskie, które weszły na nasze
miejsce, aby w par ę godzin pó ź niej odjecha ć do Anglii. Mieli ś my nie lada ochot ę zabra ć si ę
ze sprzymierze ń cami, ale kapitan o ś wiadczył krótko, ż e wolno mu zabiera ć tylko Anglików, i
nie chciał wi ę cej z nami rozmawia ć . Jak niepyszni udali ś my si ę na dworzec kolejowy, gdzie
dano nam poci ą g i sk ą d rozpocz ę li ś my przepychanie si ę na południe, podobnie jak przed paru
dniami przepychali ś my si ę na północ.
Przed wieczorem przybyli ś my do Rennes. Tutaj sytuacja nie przedstawiała si ę jeszcze
tak beznadziejnie jak w Normandii. Funkcjonowała polska komenda dworca, w której urz ę do-
wał mój znajomy z Boliwii, porucznik Klasse. Oczywi ś cie, zdumiałem si ę niemało zobaczy-
wszy go we Francji, gdy ż nie wiedziałem, ż e jeszcze w 1939 roku opu ś cił Ameryk ę Południo-
w ą i zgłosił si ę w Pary ż u do słu ż by w wojsku. Najpierw oczywi ś cie zapytałem go, gdzie si ę
koncentruj ą nasi. Klasse machn ą ł rozpaczliwie r ę k ą . „W Coetquidanie — powiedział — nie
ma ju ż nikogo. Cały obóz ma by ć wysłany do Anglii.” Potwierdził, ż e Brygada Podhala ń ska
l ą duje w okolicach St. Nazaire. Dowiedzieli ś my si ę równie ż , ż e rz ą d opu ś cił Angers i nikt nie
wie, gdzie si ę znajduje. „Pewnie pojedzie lub ju ż pojechał do Anglii” — rzekł Klasse.
Poniewa ż nie mieli ś my ż adnych rozkazów oprócz ogólnych wytycznych, aby posuwa ć
si ę na południe i nie poddawa ć si ę , postanowili ś my jecha ć dalej.
Poci ą g posuwał si ę powoli, na wszystkich stacyjkach zatrzymywał si ę długo. Wsz ę dzie
starali ś my si ę dowiedzie ć czego ś o sytuacji na froncie. Wiadomo ś ci były przygn ę biaj ą ce.
Front wła ś ciwie ju ż nie istniał. Niemcy zaj ę li Normandi ę i stacjonowali w Granville, zaj ę li
równie ż St. Mało i lada moment mieli wkroczy ć do Rennes. Ka ż da taka wiadomo ść uderzała
nas jak kijem po łbie. Ze zdumieniem patrzyli ś my na apatycznych i bezczynnych Francuzów,
którzy ten najazd nieprzyjacielski przyjmowali bez zbytniego przej ę cia, jak dopust Bo ż y. Nikt
nie rozpaczał, nie załamywał r ą k, wsz ę dzie były otwarte sklepy, kina, kursowały tramwaje i
autobusy, ludzie szli do biur i wracali z nich. Przed południem wszystkie kawiarnie i bary
były normalnie przepełnione m ęż czyznami i kobietami pij ą cymi swoje ulubione aperitiwy.
Wojna toczyła si ę jakby poza narodem. Na nas patrzano niech ę tnie, niekiedy sarkni ę to: „To
przez nich, tych brudnych cudzoziemców, Francja cierpi!”
W pewnej chwili zorientowali ś my si ę , ż e kolejarze francuscy co ś kr ę c ą . Stało si ę dla
nas jasne, ż e je ż eli tak dalej b ę dziemy wolno jechali, to dojedziemy w najlepszym razie do
niemieckiej niewoli. Major Mieczysław Fularski, ja i kilkunastu kolegów — postanowili ś my
przeto poci ą g porzuci ć , doradzaj ą c to samo wszystkim innym. Wi ę kszo ść jednak poddała si ę
ju ż apatii, nie chciała si ę nigdzie ruszy ć z poci ą gu. „Co b ę dzie, to b ę dzie” — mówili. My
jednak ż e wysiedli ś my w jakim ś , ju ż nie pami ę tam jakim, miasteczku i postanowili ś my uda ć
si ę do St. Nazaire i tam poszuka ć Brygady Podhala ń skiej. Miasteczko było do ść parszywe, ale
na jego obszernym rynku stało kilka autobusów, które — jak gdyby nigdy nic — miały
odchodzi ć w ró ż ne strony kraju, i to zarówno tam, gdzie ju ż znajdowali si ę Niemcy, jak i w
inne. Wsiedli ś my do takiego, który udawał si ę w pobli ż e St. Nazaire. Jeszcze przed wieczo-
rem znale ź li ś my si ę w jakiej ś nadmorskiej mie ś cinie, gdzie spadła na nas nieprzyjemna wia-
domo ść : Brygada Podhala ń ska, nie zdoławszy si ę jeszcze całkowicie wyładowa ć , dostała roz-
kaz ponownego zaokr ę towania i udania si ę do Anglii. W Bretanii nie było wi ę c ani Brygady
Podhala ń skiej, ani te ż ż adnych innych polskich oddziałów. Jedne zostały wysłane do Anglii,
inne, które nie zd ąż yły na czas si ę zaokr ę towa ć , udały si ę „na południe”. Zrobili ś my narad ę i
postanowili ś my nazajutrz o ś wicie uda ć si ę w kierunku Bordeaux.
Tymczasem rozło ż yli ś my si ę biwakiem. Spali ś my przy drodze na brzegu morskim. Nie
była to noc przyjemna. Co my z sob ą , u diabła, zrobimy? Nikomu nie przychodziła tylko
jedna my ś l do głowy: podda ć si ę . Poprzewracawszy si ę w trawie na wszystkie boki, rozpalili-
ś my ju ż o ś wicie ognie i naradzali ś my si ę , gdy nagle — sen to czy jawa? — zobaczyli ś my
niedaleko stoj ą cy na kotwicy angielski statek. Znowu nadzieja wst ą piła nam w serca. A nu ż
wezm ą ? Tymczasem usłyszeli ś my motory nadchodz ą cych samochodów i po chwili ujrzeli-
ś my kilka ci ęż arówek z angielskimi ż ołnierzami. Ż ołnierze wyładowali si ę , od okr ę tu odbiły
łodzie i rozpocz ę ło si ę zaokr ę towanie. Udali ś my si ę do angielskiego dowódcy, prosz ą c, aby
nas równie ż zabrał. Elegancki, ś wie ż o wygolony oficer, z trzcink ą pod pach ą , wykrztusił
okropn ą francuszczyzn ą : „Niestety, panowie, nie mog ę tego zrobi ć . Mam wyra ź ne rozkazy”.
Nie wiedzieli ś my, jakie to były wyra ź ne rozkazy, ale w ka ż dym razie takie, które oddawały
nas Niemcom na pastw ę .
Anglik po załadowaniu swoich ż ołnierzy kazał obla ć ci ęż arówki benzyn ą i podpali ć . Z
trudem tylko udało si ę nam namówi ć go, aby dał nam jedn ą z nich. Anglik zastanawiał si ę
dłu ż sz ą chwil ę , po czym wypisał karteluszek, który mu podpisałem. W karteluszku było
pokwitowanie na odbiór ci ęż arówki i zobowi ą zanie do jej spalenia w wypadku, gdyby mogła
wpa ść w r ę ce niemieckie. Podpisałbym wówczas wszystko za samochód, który dawał nam
gwarancj ę posuwania si ę z tak ą sam ą szybko ś ci ą , z jak ą Niemcy zajmowali Francj ę . Bez tego
przypadkowego spotkania angielskiego oddziału los nasz byłby przypiecz ę towany jeszcze
dzisiaj.
Do Nantes przybyli ś my przed południem. Przez chwil ę łudzili ś my si ę , ż e mo ż e Francu-
zi b ę d ą si ę opiera ć na Loarze. Ale gdzie tam! W Nantes był taki sam bałagan i bezhołowie jak
wsz ę dzie. Polskiej komendy placu ju ż nie było, ewakuowała si ę dwa dni temu. Nie zastali ś my
te ż nikogo z rodaków, wi ę c nikt nas nie mógł poinformowa ć , co nale ż y robi ć , dok ą d si ę skie-
rowa ć . Z Francuzami nie chciało si ę nam gada ć . Wła ś ciwie to oni my ś leli ju ż tylko o tym, jak
to si ę b ę dzie wszystko pod Hitlerem układało. My, wiedz ą c, jak sobie Niemcy poczynaj ą w
Polsce, patrzyli ś my na nich z politowaniem. „Dadz ą wam bobu, dadz ą ” — my ś leli ś my.
Na obiad zatrzymali ś my si ę w Rochfort. Tu ju ż zauwa ż yli ś my nie tylko bałagan, ale i
popłoch. Co jaki ś czas rozchodziła si ę pogłoska, ż e niemieckie .motocykle widziano pod mia-
stem. Zaczynały trzaska ć ż aluzje w sklepach, ludzie uciekali do domów i kawiar ń . Widz ą c ten
stan rzeczy, uznali ś my za wskazane wyruszy ć bez zwłoki dalej.
Nad drogami kr ąż yły niemieckie samoloty, nie niepokojone przez nikogo, ale i one te ż
nie ostrzeliwały dróg. Spokojnie wi ę c jechali ś my i jeszcze przed wieczorem 17 czerwca zna-
le ź li ś my si ę w Royan nad brzegiem Girondy. Udali ś my si ę zaraz do przystani, aby załadowa ć
si ę na wielki ferry-boat, kr ążą cy stale mi ę dzy obu brzegami. Zastali ś my tam ewakuuj ą cy si ę
Zgłoś jeśli naruszono regulamin