Lepecki Mieczysław - Po bezdrożach Brazylii.pdf
(
1595 KB
)
Pobierz
MIECZYSŁAW LEPECKI
PO BEZDRO
Ż
ACH
BRAZYLII
LUDOWA SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA WARSZAWA 1962
ZAMIAST WST
Ę
PU
Od wybuchu wojny w dniu 1 wrze
ś
nia 1939 roku a
ż
do przybycia w pa
ź
dzierniku do
Jugosławii prowadziłem notatki. W Belgradzie przejrzałem je i po gł
ę
bokim namy
ś
le spali-
łem. Nie odpowiadała mi rola krytyka teraz, skoro nie byłem nim przedtem.
W Belgradzie
ż
yłem jak we
ś
nie. Wci
ąż
jeszcze nie mogłem uwierzy
ć
w to, co si
ę
stało.
Straciłem energi
ę
i ch
ęć
do
ż
ycia. Gdyby nie nadzieja,
ż
e b
ę
d
ę
przyj
ę
ty do wojska we Francji,
załamałbym si
ę
z pewno
ś
ci
ą
.
W grudniu skierowano mnie do Pary
ż
a do koszar Bessiers. Było to dawne centrum re-
kruckie Legii Cudzoziemskiej. Nie wydał mi si
ę
ten wybór miejsca dla formowanych pol-
skich oddziałów szcz
ęś
liwy. Był to kompleks kilkunastu brzydkich gmachów, ogrodzony mu-
rem, z posterunkami przy bramach. Oficerowie mieszkali, je
ś
li mieli za co, na mie
ś
cie, w pen-
sjonatach, ale całe dnie sp
ę
dzali w koszarach, gdzie musieli wysłuchiwa
ć
ró
ż
nych
ż
ałosnych
wykładów.
Zaraz po przybyciu do Pary
ż
a znalazłem si
ę
na jednym takim „wykładzie”. „Profeso-
rem” był ku mojemu niepomiernemu zdumieniu niedawny osobisty doradca marszałka Edwa-
rda
Ś
migłego-Rydza w sprawach radzieckich. To był naprawd
ę
jeleni skok, jakiego ten oficer
dokonał.
Z niesmakiem patrzałem, jak mnóstwo ludzi, znanych mi doskonale jako notorycznych
zwolenników mi
ę
dzywojennych stosunków, teraz krytykowało je zawzi
ę
cie, aby tylko zyska
ć
mo
ż
no
ść
przyczepienia si
ę
do jakiego
ś
urz
ę
du czy funkcji w wojsku. Nawet nie kryli si
ę
wie-
le ze swoj
ą
nieszczero
ś
ci
ą
i wy
ś
miewali si
ę
z dygnitarzy nowego rz
ą
du. Naokoło kł
ę
biły si
ę
intrygi, konspiracje, potwarze, podejrzenia. Ju
ż
po paru tygodniach miałem tego wszystkiego
powy
ż
ej uszu. Wtedy to wła
ś
nie formowano jaki
ś
polski pułk w Syrii. Bardzo mi si
ę
chciało
tam dosta
ć
. Poszedłem do redaktora Stanisława Stro
ń
skiego, który był wówczas ministrem, i
poprosiłem, aby mi w tym pomógł. Obiecał interweniowa
ć
pó
ź
niej. Poszedłem do generała
Kazimierza Sosnkowskiego, ale ten zawiadomił mnie przez adiutanta,
ż
ebym zgłosił si
ę
za
kilka miesi
ę
cy. Pomy
ś
lałem o mniejszych rybach i poszedłem do Hotelu Regina. Mie
ś
ciły si
ę
tam urz
ę
dy wojskowe *, zatłoczone ró
ż
n
ą
zbieranin
ą
. W hallu były takie tłumy,
ż
e popatrzy-
łem na to zbiegowisko chwil
ę
, machn
ą
łem r
ę
k
ą
i wyszedłem. Niech b
ę
dzie, co b
ę
dzie!
Obserwowałem Pary
ż
i nie mogłem wyj
ść
z podziwu. Gdyby nie zasłony z czarnego
papieru w oknach, nigdy by nie mo
ż
na było przypu
ś
ci
ć
,
ż
e to stolica kraju znajduj
ą
cego si
ę
w
wojnie z gro
ź
nym nieprzyjacielem.
Ż
adnego ruchu wojsk,
ż
adnego zapału,
ż
adnego podniece-
nia nie mo
ż
na było dostrzec nawet z lup
ą
w r
ę
ku. Pełne sklepy, pełne restauracje i pełne kaba-
rety. Francuzi byli w
ś
ciekli na Polaków i Anglików, najmniej — na Niemców. Wszystkiemu
byli winni cudzoziemcy.
Pewnego dnia po wykładzie zamkni
ę
to drzwi wej
ś
ciowe w koszarach na klucz i po
kolei odbierano oficerom paszporty polskie, widocznie z obawy, aby nie wyjechali za granic
ę
.
Ja miałem dwa, wi
ę
c bez oporu oddałem jeden. Dzi
ę
ki tej przezorno
ś
ci unikn
ą
łem po upadku
Francji obozu hiszpa
ń
skiego w Mirandzie. Wkrótce potem wyczytano moje nazwisko z listy
przeznaczonych do powstaj
ą
cej wła
ś
nie jednostki szkoleniowej w Vichy.
Dostałem pieni
ą
dze na umundurowanie, za które sprawiłem sobie kurtk
ę
i spodnie no-
wego kroju, wymy
ś
lonego ju
ż
na emigracji w Reginie. Płaszcz przywiozłem jeszcze z Polski.
Szabel nowych nie kazano kupowa
ć
, rewolwery mieli
ś
my dosta
ć
pó
ź
niej.
Około 20 marca przyjechałem do Vichy i zameldowałem si
ę
w komendzie. Było tam
* Urz
ę
dy emigracyjnego rz
ą
du polskiego.
ju
ż
dwustu oficerów ró
ż
nych stopni. Rozlokowano nas w paru hotelach, które teraz stały pu-
ste. Mnie przypadł w udziale Hôtel du Centre, poło
ż
ony naprzeciwko
ź
ródła znanej w całym
ś
wiecie wody mineralnej Hôpital. Płaciłem w nim za pokój z utrzymaniem trzydzie
ś
ci pi
ęć
franków dziennie, co przy ga
ż
y majora, wynosz
ą
cej tysi
ą
c siedemset Franków miesi
ę
cznie,
nie było du
ż
o. Gorzej wiodło si
ę
oficerom młodszym, którzy mieli oczywi
ś
cie ga
ż
e ni
ż
sze, a
w hotelu musieli płaci
ć
to samo.
Po tygodniu został uformowany batalion oficerski, w którym otrzymałem funkcj
ę
adiu-
tanta. Jednym z szeregowców był major Marian Zyndram-Ko
ś
ciałkowski, dawny premier i
wojewoda.
Szkolenie w Vichy było godne po
ż
ałowania. Nasz dowódca, pułkownik Zakrzewski,
niezły ułan, tyle wiedział o nowoczesnej broni i nowoczesnej wojnie, co kot napłakał. Poka-
zywano nam stary karabin maszynowy, działa z pierwszej wojny
ś
wiatowej i wkuwano regu-
lamin piechoty, napr
ę
dce wydrukowany w Pary
ż
u według niewiele wartego wzoru francu-
skiego. Oficerowie widz
ą
c,
ż
e takie szkolenie to strata czasu, wykr
ę
cali si
ę
od zaj
ęć
i sp
ę
dzali
czas w kafejkach przy aperitiwach i koniaku. Wkrótce te
ż
pozawierali znajomo
ś
ci z dzie-
wczynami i pomimo trudno
ś
ci j
ę
zykowych dochodzili jako
ś
z nimi do porozumienia.
W maju zacz
ę
ły napływa
ć
złe wiadomo
ś
ci. Hitler okupował Dani
ę
, zbombardował
Rotterdam i w pi
ęć
dni zaj
ą
ł Holandi
ę
. Równie
ż
w Belgii odnosił sukcesy. Wkrótce sytuacja
pogorszyła si
ę
jeszcze bardziej. Front na północy run
ą
ł. Anglicy, utraciwszy cały kosztowny
sprz
ę
t wojenny, umkn
ę
li na swoje wyspy, a Linia Maginota chwiała si
ę
na całej swej długo-
ś
ci.
Tymczasem nasz obóz „trwał” i nic nie robił. Pi
ę
ciuset oficerów wał
ę
sało si
ę
po ulicach
i wysiadywało w kawiarniach. Płk Zakrzewski nie znajdował innych słów, jak tylko: „Unika
ć
paniki, Francuzi wiedz
ą
, co robi
ą
”. Powiedziałem mu,
ż
e nic nie wiedz
ą
,
ż
e bior
ą
w dupn
ę
gorzej ni
ż
my rok temu. Bardzo si
ę
na mnie oburzył, ale ju
ż
nie groził mi aresztem, jakby to
zrobił z pewno
ś
ci
ą
jeszcze przed kilku tygodniami. Jego pomocnicy, zło
ż
eni z samych wie-
rnych Sikorskiemu oficerów, pogardliwie dotychczas traktuj
ą
cy kolegów, zacz
ę
li czu
ć
si
ę
nieswojo. ,,A mo
ż
e jednak Sikorski te
ż
... nie geniusz?”
Z formuj
ą
cego si
ę
od paru dni batalionu oficerskiego, wyznaczono niespodziewanie stu
kolegów na kurs broni przeciwpancernej w Granville w Normandii. Znalazłem si
ę
w tej
grupie.
Do oznaczonego miejsca przyjechali
ś
my poci
ą
giem dnia 14 czerwca. Naczelnik stacji
wyrzucił nas zaraz z wagonów, gdy
ż
potrzebny mu był zestaw do ewakuacji urz
ę
dów. Do
ść
bezładnie pomaszerowali
ś
my do wskazanych nam przez przechodniów koszar, a ja z majorem
L. poszli
ś
my do komendy miasta. Niestety, komenda ju
ż
nie urz
ę
dowała; powiedziano nam
tylko,
ż
e w koszarach s
ą
oficerowie i czołgi bez załóg. W zarz
ą
dzie miejskim, który jednak
urz
ę
dował, zapewniono nas,
ż
e zaraz dostarcz
ą
nam sto sienników, siano i prowiant.
Pokrzepieni nieco, poszli
ś
my do koszar, gdzie wokoło ogromnego placu stało par
ę
bu-
dynków, a po
ś
rodku widniało ze dwadzie
ś
cia małych tankietek. Z trudem odszukali
ś
my dwu
oficerów francuskich, którzy nam powiedzieli,
ż
e wszystkie władze wojskowe z Granville
zostały ju
ż
ewakuowane i
ż
e oni udaj
ą
si
ę
do St. Malo. Co do nas, to nie mog
ą
nam nic po-
wiedzie
ć
, poniewa
ż
nie s
ą
do niczego upowa
ż
nieni. „Gdy chcecie — dodali — to we
ź
cie tan-
kietki, je
ż
eli umiecie si
ę
z nimi obchodzi
ć
”. Niestety, nie umieli
ś
my. Jeden z kolegów wlazł
nawet do wie
ż
y, zamkn
ą
ł klap
ę
, ale potem ani rusz nie potrafił si
ę
z tej pułapki wydosta
ć
. Z
trudem udało nam si
ę
wynale
źć
sposób na otwarcie i uwolni
ć
niefortunnego eksploratora.
W Granville dowiedzieli
ś
my si
ę
,
ż
e Pary
ż
został oddany bez walki. Porz
ą
dnie zm
ę
cze-
ni, poszli
ś
my spa
ć
do pustych budynków koszarowych, gdzie magistrat przysłał, jak obiecał,
sienniki, siano i prowiant. W nocy był nalot niemiecki, ale bomb nie rzucano, tylko ostrzelano
miasteczko z karabinów maszynowych.
Wstałem bardzo rano i udałem si
ę
do jakiego
ś
domu, z którego dochodził głos radia.
Spiker mówił,
ż
e Niemcy post
ę
puj
ą
na południe i zajmuj
ą
bez oporu dalsze cz
ęś
ci kraju. Stało
si
ę
jasne,
ż
e do wydostania si
ę
z Normandii pozostaje tylko droga morska. Poszedłem tedy do
portu, gdzie — o dziwo! — dostrzegłem niewielki angielski okr
ę
t transportowy; kapitan za-
bierał wła
ś
nie resztki porozpraszanych swoich rodaków.
Do portu w tym czasie pocz
ę
ło nadchodzi
ć
coraz wi
ę
cej naszych oficerów, a
ż
wreszcie
około dziewi
ą
tej rano stali
ś
my tam ju
ż
wszyscy, po czym wysłali
ś
my delegatów do angiel-
skiego dowódcy, aby nas z tej dziury zabrał. Kapitan o
ś
wiadczył,
ż
e mo
ż
e nas jedynie prze-
wie
źć
przez zatok
ę
do St. Malo w Bretanii. „Tam — powiedział — na pewno spotkacie jakie
ś
polskie oddziały”.
Poinformował nas tak
ż
e,
ż
e polska brygada wycofana z Norwegii l
ą
duje wła
ś
nie w
Bretanii, gdzie
ś
w okolicach St. Nazaire. Oczywi
ś
cie, nie mieli
ś
my innego wyj
ś
cia, jak tylko
skorzysta
ć
z połowicznej pomocy Anglika. Od Francuzów dowiedzieli
ś
my si
ę
,
ż
e polska
kompania piechoty, która stacjonowała w Granville, udała si
ę
przed dwoma dniami równie
ż
do Bretanii ale — jak przystało tej broni — na piechot
ę
. Pó
ź
niej dowiedziałem si
ę
,
ż
e sto-
czyła walk
ę
z Niemcami i szcz
ęś
liwie przedarła si
ę
na południe.
Na okr
ę
cie poczuli
ś
my si
ę
troch
ę
bezpieczniej. Dobrze wtedy narzekali
ś
my na dowódc
ę
w Vichy, który pu
ś
cił nas w drog
ę
bez broni, nawet bez rewolwerów. Tylko niektórzy mieli
szable.
Z Granville do St. Mało nie jest daleko. Po paru godzinach podró
ż
y z zadartymi głowa-
mi i wybałuszonymi oczami w niebo — co chwila bowiem spodziewali
ś
my si
ę
nalotu —
dotarli
ś
my na drugi brzeg. Podobnie jak w Granville z poci
ą
gu, tak tutaj z okr
ę
tu kazano si
ę
nam natychmiast wynosi
ć
. Na brzegu czekały ju
ż
oddziały angielskie, które weszły na nasze
miejsce, aby w par
ę
godzin pó
ź
niej odjecha
ć
do Anglii. Mieli
ś
my nie lada ochot
ę
zabra
ć
si
ę
ze sprzymierze
ń
cami, ale kapitan o
ś
wiadczył krótko,
ż
e wolno mu zabiera
ć
tylko Anglików, i
nie chciał wi
ę
cej z nami rozmawia
ć
. Jak niepyszni udali
ś
my si
ę
na dworzec kolejowy, gdzie
dano nam poci
ą
g i sk
ą
d rozpocz
ę
li
ś
my przepychanie si
ę
na południe, podobnie jak przed paru
dniami przepychali
ś
my si
ę
na północ.
Przed wieczorem przybyli
ś
my do Rennes. Tutaj sytuacja nie przedstawiała si
ę
jeszcze
tak beznadziejnie jak w Normandii. Funkcjonowała polska komenda dworca, w której urz
ę
do-
wał mój znajomy z Boliwii, porucznik Klasse. Oczywi
ś
cie, zdumiałem si
ę
niemało zobaczy-
wszy go we Francji, gdy
ż
nie wiedziałem,
ż
e jeszcze w 1939 roku opu
ś
cił Ameryk
ę
Południo-
w
ą
i zgłosił si
ę
w Pary
ż
u do słu
ż
by w wojsku. Najpierw oczywi
ś
cie zapytałem go, gdzie si
ę
koncentruj
ą
nasi. Klasse machn
ą
ł rozpaczliwie r
ę
k
ą
. „W Coetquidanie — powiedział — nie
ma ju
ż
nikogo. Cały obóz ma by
ć
wysłany do Anglii.” Potwierdził,
ż
e Brygada Podhala
ń
ska
l
ą
duje w okolicach St. Nazaire. Dowiedzieli
ś
my si
ę
równie
ż
,
ż
e rz
ą
d opu
ś
cił Angers i nikt nie
wie, gdzie si
ę
znajduje. „Pewnie pojedzie lub ju
ż
pojechał do Anglii” — rzekł Klasse.
Poniewa
ż
nie mieli
ś
my
ż
adnych rozkazów oprócz ogólnych wytycznych, aby posuwa
ć
si
ę
na południe i nie poddawa
ć
si
ę
, postanowili
ś
my jecha
ć
dalej.
Poci
ą
g posuwał si
ę
powoli, na wszystkich stacyjkach zatrzymywał si
ę
długo. Wsz
ę
dzie
starali
ś
my si
ę
dowiedzie
ć
czego
ś
o sytuacji na froncie. Wiadomo
ś
ci były przygn
ę
biaj
ą
ce.
Front wła
ś
ciwie ju
ż
nie istniał. Niemcy zaj
ę
li Normandi
ę
i stacjonowali w Granville, zaj
ę
li
równie
ż
St. Mało i lada moment mieli wkroczy
ć
do Rennes. Ka
ż
da taka wiadomo
ść
uderzała
nas jak kijem po łbie. Ze zdumieniem patrzyli
ś
my na apatycznych i bezczynnych Francuzów,
którzy ten najazd nieprzyjacielski przyjmowali bez zbytniego przej
ę
cia, jak dopust Bo
ż
y. Nikt
nie rozpaczał, nie załamywał r
ą
k, wsz
ę
dzie były otwarte sklepy, kina, kursowały tramwaje i
autobusy, ludzie szli do biur i wracali z nich. Przed południem wszystkie kawiarnie i bary
były normalnie przepełnione m
ęż
czyznami i kobietami pij
ą
cymi swoje ulubione aperitiwy.
Wojna toczyła si
ę
jakby poza narodem. Na nas patrzano niech
ę
tnie, niekiedy sarkni
ę
to: „To
przez nich, tych brudnych cudzoziemców, Francja cierpi!”
W pewnej chwili zorientowali
ś
my si
ę
,
ż
e kolejarze francuscy co
ś
kr
ę
c
ą
. Stało si
ę
dla
nas jasne,
ż
e je
ż
eli tak dalej b
ę
dziemy wolno jechali, to dojedziemy w najlepszym razie do
niemieckiej niewoli. Major Mieczysław Fularski, ja i kilkunastu kolegów — postanowili
ś
my
przeto poci
ą
g porzuci
ć
, doradzaj
ą
c to samo wszystkim innym. Wi
ę
kszo
ść
jednak poddała si
ę
ju
ż
apatii, nie chciała si
ę
nigdzie ruszy
ć
z poci
ą
gu. „Co b
ę
dzie, to b
ę
dzie” — mówili. My
jednak
ż
e wysiedli
ś
my w jakim
ś
, ju
ż
nie pami
ę
tam jakim, miasteczku i postanowili
ś
my uda
ć
si
ę
do St. Nazaire i tam poszuka
ć
Brygady Podhala
ń
skiej. Miasteczko było do
ść
parszywe, ale
na jego obszernym rynku stało kilka autobusów, które — jak gdyby nigdy nic — miały
odchodzi
ć
w ró
ż
ne strony kraju, i to zarówno tam, gdzie ju
ż
znajdowali si
ę
Niemcy, jak i w
inne. Wsiedli
ś
my do takiego, który udawał si
ę
w pobli
ż
e St. Nazaire. Jeszcze przed wieczo-
rem znale
ź
li
ś
my si
ę
w jakiej
ś
nadmorskiej mie
ś
cinie, gdzie spadła na nas nieprzyjemna wia-
domo
ść
: Brygada Podhala
ń
ska, nie zdoławszy si
ę
jeszcze całkowicie wyładowa
ć
, dostała roz-
kaz ponownego zaokr
ę
towania i udania si
ę
do Anglii. W Bretanii nie było wi
ę
c ani Brygady
Podhala
ń
skiej, ani te
ż
ż
adnych innych polskich oddziałów. Jedne zostały wysłane do Anglii,
inne, które nie zd
ąż
yły na czas si
ę
zaokr
ę
towa
ć
, udały si
ę
„na południe”. Zrobili
ś
my narad
ę
i
postanowili
ś
my nazajutrz o
ś
wicie uda
ć
si
ę
w kierunku Bordeaux.
Tymczasem rozło
ż
yli
ś
my si
ę
biwakiem. Spali
ś
my przy drodze na brzegu morskim. Nie
była to noc przyjemna. Co my z sob
ą
, u diabła, zrobimy? Nikomu nie przychodziła tylko
jedna my
ś
l do głowy: podda
ć
si
ę
. Poprzewracawszy si
ę
w trawie na wszystkie boki, rozpalili-
ś
my ju
ż
o
ś
wicie ognie i naradzali
ś
my si
ę
, gdy nagle — sen to czy jawa? — zobaczyli
ś
my
niedaleko stoj
ą
cy na kotwicy angielski statek. Znowu nadzieja wst
ą
piła nam w serca. A nu
ż
wezm
ą
? Tymczasem usłyszeli
ś
my motory nadchodz
ą
cych samochodów i po chwili ujrzeli-
ś
my kilka ci
ęż
arówek z angielskimi
ż
ołnierzami.
Ż
ołnierze wyładowali si
ę
, od okr
ę
tu odbiły
łodzie i rozpocz
ę
ło si
ę
zaokr
ę
towanie. Udali
ś
my si
ę
do angielskiego dowódcy, prosz
ą
c, aby
nas równie
ż
zabrał. Elegancki,
ś
wie
ż
o wygolony oficer, z trzcink
ą
pod pach
ą
, wykrztusił
okropn
ą
francuszczyzn
ą
: „Niestety, panowie, nie mog
ę
tego zrobi
ć
. Mam wyra
ź
ne rozkazy”.
Nie wiedzieli
ś
my, jakie to były wyra
ź
ne rozkazy, ale w ka
ż
dym razie takie, które oddawały
nas Niemcom na pastw
ę
.
Anglik po załadowaniu swoich
ż
ołnierzy kazał obla
ć
ci
ęż
arówki benzyn
ą
i podpali
ć
. Z
trudem tylko udało si
ę
nam namówi
ć
go, aby dał nam jedn
ą
z nich. Anglik zastanawiał si
ę
dłu
ż
sz
ą
chwil
ę
, po czym wypisał karteluszek, który mu podpisałem. W karteluszku było
pokwitowanie na odbiór ci
ęż
arówki i zobowi
ą
zanie do jej spalenia w wypadku, gdyby mogła
wpa
ść
w r
ę
ce niemieckie. Podpisałbym wówczas wszystko za samochód, który dawał nam
gwarancj
ę
posuwania si
ę
z tak
ą
sam
ą
szybko
ś
ci
ą
, z jak
ą
Niemcy zajmowali Francj
ę
. Bez tego
przypadkowego spotkania angielskiego oddziału los nasz byłby przypiecz
ę
towany jeszcze
dzisiaj.
Do Nantes przybyli
ś
my przed południem. Przez chwil
ę
łudzili
ś
my si
ę
,
ż
e mo
ż
e Francu-
zi b
ę
d
ą
si
ę
opiera
ć
na Loarze. Ale gdzie tam! W Nantes był taki sam bałagan i bezhołowie jak
wsz
ę
dzie. Polskiej komendy placu ju
ż
nie było, ewakuowała si
ę
dwa dni temu. Nie zastali
ś
my
te
ż
nikogo z rodaków, wi
ę
c nikt nas nie mógł poinformowa
ć
, co nale
ż
y robi
ć
, dok
ą
d si
ę
skie-
rowa
ć
. Z Francuzami nie chciało si
ę
nam gada
ć
. Wła
ś
ciwie to oni my
ś
leli ju
ż
tylko o tym, jak
to si
ę
b
ę
dzie wszystko pod Hitlerem układało. My, wiedz
ą
c, jak sobie Niemcy poczynaj
ą
w
Polsce, patrzyli
ś
my na nich z politowaniem. „Dadz
ą
wam bobu, dadz
ą
” — my
ś
leli
ś
my.
Na obiad zatrzymali
ś
my si
ę
w Rochfort. Tu ju
ż
zauwa
ż
yli
ś
my nie tylko bałagan, ale i
popłoch. Co jaki
ś
czas rozchodziła si
ę
pogłoska,
ż
e niemieckie .motocykle widziano pod mia-
stem. Zaczynały trzaska
ć
ż
aluzje w sklepach, ludzie uciekali do domów i kawiar
ń
. Widz
ą
c ten
stan rzeczy, uznali
ś
my za wskazane wyruszy
ć
bez zwłoki dalej.
Nad drogami kr
ąż
yły niemieckie samoloty, nie niepokojone przez nikogo, ale i one te
ż
nie ostrzeliwały dróg. Spokojnie wi
ę
c jechali
ś
my i jeszcze przed wieczorem 17 czerwca zna-
le
ź
li
ś
my si
ę
w Royan nad brzegiem Girondy. Udali
ś
my si
ę
zaraz do przystani, aby załadowa
ć
si
ę
na wielki ferry-boat, kr
ążą
cy stale mi
ę
dzy obu brzegami. Zastali
ś
my tam ewakuuj
ą
cy si
ę
Plik z chomika:
tadad
Inne pliki z tego folderu:
Budrewicz Olgierd - Zobaczyć, znaczy uwierzyć.pdf
(61682 KB)
Falvey Pat - Mordercza góra.pdf
(15255 KB)
Budrewicz Olgierd - Madagaskar pełen tajemnic.pdf
(12281 KB)
Brzozowski Maciej A. - Włosi. Życie to teatr.pdf
(17387 KB)
Budrewicz Olgierd - Argonauci z Papui.pdf
(12193 KB)
Inne foldery tego chomika:
Atlasy, mapy, przewodniki
Audiobooki
Biografie
Czasopisma
Fantastyka
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin