5. Uważaj gdzie stoisz.pdf

(121 KB) Pobierz
41431206 UNPDF
Rozdział V
UwaŜaj gdzie stoisz
- Nie przesadzaj, nie było mnie tylko trochę ponad dobę.
Podeszłam do niego szybko i przytuliłam się, nie zważając na jego nagłe skrzywienie ust, które,
oczywiście, postarał się, abym widziała.
Wiedziałam, o co mu chodzi, nie o fakt samego przytulania się, ani spoufalania. Nie, szanowny pan
bał się, że mu wygniotę koszulę, przesunę fantazyjny, ale niezaprzeczalnie elegancki krawat lub coś w
tym stylu. To była jego istna obsesja; jak daleko sięgnę pamięcią, nigdy nie widziałam go bez starannie
zapiętej koszuli, krawatu, muszki czy chociaż chustki. Zawsze ubrany nienagannie, tak elegancko, że
zahaczało to aż o absurd. Jak zwykle balansował na granicy perwersji, lubił to pokazywać nawet
swoim strojem.
Jednak mimo wszystko przytulił mnie króciutko. Na tyle bym zaczęła tęsknić za czymś dłuższym.
Odsunął się szybko ode mnie (błoto na płaszczu), ale nie puścił moich rąk. Czułam jak przenika przez
nie ciepło. Nie wiem czy to miało związek z tym, że siedział przy kominku, czy tylko dlatego, że był
kimś, kogo kochałam i mnie właśnie dotykał. Tak właściwie to nie było ważne, uzmysłowiłam sobie,
cieszyłam się, że ono tam było, jego źródło nie było tak ważne.
- Wycieczka była męcząca?
W jego głosie zabrzmiało lekkie zaciekawienie, wiedziałam już, że on wie, że dla mnie nie była to
rutynowa wyprawa. Nie zamierzałam mu się jednak z niczego zwierzać, najpierw musiałam sama
poukładać sobie to w głowie, porozmyślać nad ewentualnymi opcjami.
Wzruszyłam ramionami. Zrozumiał.
Przechylił lekko głowę i uśmiechnął się czymś, co zakwalifikowałabym jako mieszaninę kpiny i
pobłażania. Oboje wiedzieliśmy, że prędzej czy później opowiem mu wszystko, zapewne lekko
dramatyzując, a on będzie miał świetny ubaw. Zawsze miał. Mało rzeczy brał na serio, raczej
podchodził do każdej sprawy na zasadzie ciekawostki i doświadczenia. Chociaż… Mnie, a co za tym
idzie Cullenów, traktował jak coś prywatnego. Osobistego, trafiającego w czuły punkt. Jego oczy
zawsze przyjmowały twardy wyraz, który odzywał się nieprzyjemnym dreszczem w okolicach
mojego kręgosłupa, za każdym razem, kiedy pojawiało się nazwisko tej rodziny. Nigdy nie
chciałabym doprowadzić do ich wspólnego spotkania. Bałam się już samego brania pod uwagę takiej
możliwości.
Usiadłam na poręczy jego fotela, a on przesunął się lekko na bok, żeby móc mnie dokładnie widzieć.
- Bardzo się cieszę, że jestem już w domu.
- Ja też, Belle. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak to jest nudne, być na marginesie społeczeństwa,
traktowany jak persona non grata . Odsuwają cię od wszystkich ważnych spraw, rzucają pomiędzy sobą
znaczące spojrzenia, niby dyskretnie dają sobie znać, że chcą konspirować i spiskować beze mnie.
Dyskretnie! Nawet nie plotkują już przy mnie, ani słowo im się nie wymsknie. Mam nadzieję, że skoro
ty będziesz ze mną teraz, to się to zmieni. Umieram bez ciebie, dosłownie.
Stary plotkarz. Dzień bez soczystej, krwistej plotki lub jakiegoś skandalu można uznać za stracony.
Przewróciłam oczami.
- Nie dramatyzuj.
- Ależ moja droga. W moich słowach nie było ani grama przesady, ani krzty drame .
Parsknęłam śmiechem.
- Działo się coś ciekawego?
- Hm… Jak już może gdzieś wspominałem w moich wcześniejszych wynurzeniach, nie wiem nic.
Także nie mogę cię uradować jakąś miłą historyjką, Belladonna. Wybacz, skarbie, że nie stanowię dla
ciebie wystarczająco dobrej rozrywki, następnym razem się postaram bardziej.
Co za pajac. Nie wiem komu on to próbuje wmówić, bo nie może to być kierowane do mnie.
- Ty zawsze wiesz co się dzieje, Tony. Wszystko jedno czy ktoś rozmawia przy tobie czy nie, czy
dopuszczają cię do sekretów czy spławiają.
- Przeceniasz mnie. Przyznaję, jestem zazwyczaj dobrze poinformowany, ale nie tym razem, niestety.
Oho. To musiało być coś dużego i on tylko czeka na odpowiednią okazję, by spuścić bombę. Bombę w
jego mniemaniu. W moim rzadko.
Poczekam, to nie ucieknie. Nigdy nie miałam zamiłowania do plotek, a poza tym, gdy żyje się
wiecznie, nie czuje się takiej presji informacji. Zawsze jest czas.
Puściłam jego dłonie, a raczej wysunęłam swoje z jego. Wstałam szybko, nie wydając z siebie żadnego
dźwięku. Spędzałam o wiele więcej czasu z mieszkańcami Montenegry niż on, dzięki czemu
opanowałam bezbłędnie bezszelestny chód i inne umiejętności, mimo że byłam o wiele młodsza od
niego i nie miałam doświadczenia jego kalibru. Czerpałam z tego zawsze trochę radości,
przypominając sobie moje wyczyny w poprzednim, ludzkim życiu.
W dokładnie tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem.
- Ty!
I już wiedziałam, że jestem w tarapatach, chociaż jeszcze konkretnie nie wiedziałam w jakich. Ale były
poważne.
Okrzyk ten wydała dziewczyna, a raczej wampirzyca. Miała ciemnoczerwone, wręcz pomidorowe,
lśniące włosy sięgające do ramion i, oczywiście, była olśniewająco piękna. Ellie.
- Tak, ty! Nie rób takiej miny jakbyś nie wiedziała, o co mi chodzi!
Zaczęłam bardzo szybko myśleć. Nie zniszczyłam niczego od chwili, kiedy ostatnio się widziałyśmy.
Moje ubranie nie było, co prawda, w najlepszym stanie, ale wracałam już do domu wyglądając gorzej.
To nie mogło być to. Nie rozmawiałam z jej chłopakiem od tygodnia. Zresztą ignorowałam go i tak.
Byłam pewna, że nie zarysowałam jej samochodu w żadnym momencie. Nie tknęłam nawet niczego
w jej prywatnej garderobie, ani ubrania, ani książki, ani żadnej z moich rzeczy, które tam były. A
kiedy rozmawiałyśmy przed trochę ponad dobą…
O cholera.
Zapomniałam o przymiarkach u jakiegoś idiotycznego stylisty, krawca czy czegoś takiego. Co roku
byłam zmuszana do kompletnej zmiany garderoby. Wszyscy byli, ale tylko ja się opierałam i
odciągałam tę chwilę. Zazwyczaj bezskutecznie, ale nigdy mnie to nie powstrzymało przed kolejną
próbą.
Już po mnie.
- Nie mam najmniejszego pojęcia o czym mówisz, Ellie. Najdrobniejszego.
Zmarszczyła wściekle brwi, utworzyły jedną, prosta linię, oczy niebezpiecznie błyskały. Wyglądała
jakby za chwilę miała się na mnie rzucić.
Chyba lepiej było przyznać się od razu.
Anthony złośliwie się uśmiechał za mojego ramienia, czułam to. Super, akurat musiała mnie dopaść
przy nim. Teraz obydwoje nie dadzą mi spokoju. Już czuję te godziny, dosłownie godziny, a i pewnie
doby, niezliczonego przymierzania sukienek, sukien, płaszczy, rękawiczek, czapek, skarpetek,
biżuterii, bluzek, swetrów, spodni, bielizny, czegokolwiek. Jakby kogokolwiek obchodziło jak
wyglądam, albo co noszę.
Odpowiedź prosta i jasna. Tylko tę sadystyczną dwójkę.
Chyba lepiej było nie wracać i zostać z tą dziewczyną w lesie. Przynajmniej była by jakaś rozrywka,
rozmawianie o jej bracie czy może o Alice.
Masochizm na wysokim poziomie.
Nagle mnie to uderzyło: nie byłam pewna niczego związanego z tą dziewczyną, a już ją
klasyfikowałam jako jedną z sióstr Cullen. Nie wiedziałam niczego, a dla mnie już była częścią ich
rodziny, nierozerwalnie wiązała się z czymś, czego unikałam od tak dawna. W mojej głowie była…
kimś, wobec kogo miałam pewien rodzaj długu. Wiedziałam, że jeśli spotkałabym taką Alice w
potrzebie, bez wahania pospieszyłabym z pomocą. Wobec tej małej czułam to samo.
Na samą myśl o tym zaczynała mnie boleć głowa, o ile to możliwe.
Postanowiłam podebatować nad tym później, teraz miałam bardziej konkretne sprawy na głowie,
które, jeśli nie poświęcę im wystarczająco dużo uwagi, zmiażdżą mnie.
- Nie zauważyłaś może jaki dzisiaj mamy dzień? – zapytała mnie Ellie. Temperatura jej wzroku
dorównywała temperaturze głosu.
- Coś w okolicach października? A jeśli chodzi ci o pogodę, to…
- Bardzo zabawne, Isabell. Wręcz pękam ze śmiechu. Szukaj swojej głowy na podłodze.
Spojrzałam szybko na Tony'ego. Poprawiał rubinową szpilkę w swoim krawacie, wyrównywał i
poprawiał ułożenie materiału. Nawet na mnie nie spojrzał. Chyba nie chciał się oddawać pokusie.
Chociaż, z drugiej strony, nie sądziłam, aby kiedykolwiek próbował sobie czegoś odmówić. Jego
własna przyjemność stała zawsze na pierwszym miejscu, mniejsza o konsekwencje.
- Zastanawiam się... Czy może ci chodzić o takie małe spotkanie, zupełnie marginesowe i chciałam to
podkreślić, bezsensowne, na które hmm... wydaje mi się, że obiecałam, że się stawię?
- Błyskawiczna dedukcja, Bell. Brawo. Wspięłaś się na same wyżyny.
Jęknęłam cicho.
- Przecież wiesz, że mnie nie było. Byłam w Anglii i, co ważne, zostałam tam wysłana. Sama się nie
pchałam.
- Mogłaś powiedzieć nie. Ostatnio odmówiłaś pojechania do Rosji, bo chciałaś iść z Andurhillem do
opery!
Wcale nie chciałam. Jednak wolałam patrzeć z Tony'm na pląsy i arie Madame Butterfly niż przyglądać
się mordowaniu obcych wampirów. Kwestia gustu i hierarchii.
- Bo to była ważna okazja. Nie mogłam jej przepuścić lub zignorować.
Ellie stała już jakiś metr ode mnie. Zastanawiam się czy zdążyłabym w razie czego dobiec do okna,
albo chociaż do drzwi...
- Ciekawe jaka. Zazwyczaj, kiedy jakiś facet zaprasza cię gdzieś, wyniośle go spławiasz.
- Wcale nie, czasami mówię... Och, Ellie, to były urodziny Tony'ego. To jest ich rocznica. Któraś tam z
kolei. Przeszła.
Zacisnęła zęby jeszcze mocniej.
Podparła się mocnym wdechem, przymknęła powieki.
- Zamknij się już lepiej i mnie nie prowokuj. Chcę cię widzieć dzisiaj. Wieczorem. Jak tylko zajdzie
słońce. Żadnych spóźnień. Żadnych wymówek. Zarezerwuj sobie dużo czasu.
Wyszła z biblioteki zamaszystym krokiem, trzaskając głośno drzwiami. Słyszałam jej kroki na
schodach, co oznaczało, że jest naprawdę wściekła.
Tony lekko odchrząknął, nawet nie próbując ukryć w jak dobrym jest humorze.
- Cóż, kochanie, myślę, że ci się należało.
- Zamknij się.
- Chciałem tylko zwrócić twoją uwagę na fakt, że im szybciej się z nią spotkasz i wybierzesz swoje
nowe vętements , co moim zdaniem, przyda ci się, tym szybciej odzyskasz swój cenny spokój.
W ostatnich słowach wyraźnie zabrzmiała ironia.
Nie odpowiedziałam mu. Zastawiałam się czy opłaca mi się pójść do niej już teraz. Ale aż taką
masochistką nie jestem. Bez przesady. A może coś nie wyjdzie, coś się wydarzy? Wyślą ją na jakąś
niebezpieczną misją, która, co najważniejsze, będzie trwała z pół roku? Szafa wybuchnie? Wiem, że
Janice robiła jakieś dzikie eksperymenty w laboratorium, a nuż…
- Mam przeczucie, że to trochę potrwa…
On był zdecydowanie za bardzo zadowolony z siebie.
- Wcale, że nie masz. Jeśli chodzi o mnie, to nic ci nie wychodzi.
Wzruszył ramionami.
- Czasami trafiam.
Anthony był tak jak ja „uzdolniony”. Miał coś, co określał przeczuciami. Sprawdzały się zwyczajowo
zawsze. Ja byłam, znowu, jedynym wyjątkiem. Jego przeczucia dotyczące mojej osoby często były
zalane mgłą, nie rozumiał ich, albo pojawiały się jaskrawe, lecz zupełnie błędne. Zupełnie mnie to nie
dziwiło, nikt jeszcze nie przebił mojej osłony. Moje myśli, uczucia, przyszłość, przeszłość, cokolwiek,
były tylko moje. Oprócz Tony’ego poznałam jeszcze tylko jedną osobą, która, tak jak on, w pewnym
stopniu mogła mnie „rozgryźć”: jeden z mieszkańców Montenegry, Jason. On potrafił przewidzieć
ostateczny rezultat naszych działań, jednak jeśli chodzi o mnie, głównie miał takie same wizje jak i
Tony. Czyli na dłuższą metę żadne.
Spojrzałam na Anthony’ego. Cały czas nie tracił mnie z oczu, miały teraz taki ciepły wyraz, za którym
zawsze, kiedy wyjeżdżałam, tęskniłam.
Nie ma jak w domu.
****************
Spędziłam w gigantycznej garderobie, przypominającej raczej salę balową lub wielki magazyn z
ciuchami, przynajmniej dobę. Zazwyczaj byłam zadowolona z tego, że nigdy się nie męczę, nie muszę
spać, nie mam żadnych potrzeb typu fizjologicznego. Teraz plułam sobie za to w brodę.
Rzecz jasna, ani Ellie, ani Tony, nie zrobili sobie, ani tym bardziej mnie, żadnej przerwy.
Szczerze nienawidziłam tych kilku dni w roku, kiedy Ellie upierała się na to wszystko. Zazwyczaj
miałam spokój, to co wybierała dla mnie na całe dwanaście miesięcy, wystarczyło by mi na dwa razy
dłuższy okres.
Zgłoś jeśli naruszono regulamin