Okręty pod Reichstagiem.pdf

(371 KB) Pobierz
507759976 UNPDF
Andrzej Kuczera
Jan Wiesław Żminko
OKRĘTY POD REICHSTAGIEM
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1989
Okładkę projektował: Marek Soroka
Redaktor: Elżbieta Skrzyńska
Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska
507759976.001.png
BURZA NADCIĄGA Z ZACHODU
Wkrótce po kapitulacji Francji, w czerwcu 1940 roku, Dnieprzańska Flotylla Wojenna — jedna z kilku
istniejących w Kraju Rad w latach międzywojennych — zmieniła miejsce postoju. Z Kijowa przebazowano
ją na Polesie, do Pińska, gdzie przyjęła nazwę Flotylli Pińskiej. Znalazła się zatem na byłym obszarze
operacyjnym polskiej Flotylli Rzecznej Marynarki Wojennej, na terenach Zachodniej Białorusi przyłączonej
we wrześniu 1939 roku do Związku Radzieckiego.
Zmiana miejsca postoju przyniosła również częściowe przeobrażenia składu Flotylli Pińskiej: dołączyły
do niej zatopione na płyciznach poleskich rzek i rozlewisk polskie okręty bojowe i pomocnicze, które
wydobyto w okresie od 28 września do 8 października 1939 roku. Po niezbędnym remoncie i przezbrojeniu
przywrócono im pełną sprawność techniczną, obsadzono nowymi załogami i przystąpiły do służby pod
banderą radzieckiej Marynarki Wojennej.
Wydobyte monitory — odpowiedniki morskich pancerników — uzyskały nowe nazwy. „Warszawa”
poczęła działać jako „Winnica”, „Toruń” jako „Witebsk”, „Pińsk” jako „Żytomir”, Horodyszcze” jako
„Smoleńsk” i „Kraków” jako „Bobrujsk”. Statek szpitalny „Generał Sosnkowski” przemianowany został na
„Kaminin”, a statek minowo—gazowy „Mątwa” na stawiacz min „Pina”. Nie wiadomo, niestety, pod jakimi
nowymi nazwami występowały kutry i uzbrojone statki, które też zmieniły banderę.
Flotylla Pińska stała się więc silnym związkiem taktyczno-operacyjnym. Jej trzon uderzeniowy tworzył
zespół 8 monitorów, uzbrojonych w 122 mm działa wieżowe i automatyczne armaty mniejszych kalibrów.
Załogi tych jednostek składały się z 2-3 oficerów oraz przeciętnie 40 podoficerów i marynarzy. Monitory
miały wspierać ogniem artyleryjskim własne wojska lądowe, walczące na wybrzeżach arterii wodnych.
Flotylla posiadała również 8 kanonierek, przebudowanych z rzecznych parostatków, 9 dozorowców, 16
kutrów opancerzonych z armatami małokalibrowymi i bronią maszynową, jeden stawiacz min, 14 kutrów
trałowych oraz 20 ślizgowców i półślizgowców.
Oprócz tych okrętów w skład Flotylli wchodziły jednostki lądowe: zmotoryzowany dywizjon artylerii
przeciwlotniczej, kompania piechoty morskiej, pododdziały obserwacji i łączności oraz pododdział
budowlany.
Dowódcą Flotylli był wówczas kontradmirał Rogaczew, jego sztabem kierował kapitan 2 rangi
(komandor porucznik) Brachtman. Przebazowanie na Polesie w niewielkim tylko stopniu wpłynęło na
zmianę od lat ustalonego programu szkolenia załóg pływających, większą uwagę zwrócono jedynie na
nawigację w warunkach niezwykle rozgałęzionej sieci dróg wodnych, która sprzyjała żegludze śródlądowej.
Dzięki niej okręty mogły łatwo przemieszczać się nawet do miejsc odległych od bazy w Pińsku, czego
dowiodły liczne ćwiczenia i późniejsze działania wojenne.
Od wiosny 1941 roku coraz częściej zaczęły docierać do dowództwa Flotylli wiadomości o
przygotowaniach Niemców do wojny ze Związkiem Radzieckim. Mnożyły się incydenty graniczne,
sygnalizowano o szybko postępującej koncentracji wojsk nad Sanem i Bugiem, wywiadowcze samoloty
Luftwaffe naruszały przestrzeń powietrzną ZSRR. W parze z tym szły zalecenia, aby zachować spokój bez
dawania Niemcom jakiegokolwiek pretekstu do agresji, ale bieg wydarzeń wskazywał, że prędzej czy
później hitlerowski napastnik ruszy.
Część jednostek Flotylli brała właśnie udział w ćwiczeniach na Kanale Dnieprzańsko-Bużańskim
(dawnym Kanale Królewskim), gdy nagle nadszedł rozkaz powrotu do Pińska. W trzy dni później, po
północy 21 czerwca 1941 roku, w sztabie zebrali się, alarmowo wezwani przez gońców, dowódcy okrętów i
jednostek lądowych.
— Sytuacja jest napięta — poinformował oficerów dowódca Flotylli. — Uderzenie niemieckie może
nastąpić w każdej chwili. Czy jesteśmy gotowi odeprzeć ich natarcie? Referujcie kolejno, słucham.
Odpowiedź na zadane pytanie była już zwykłą formalnością. Od kilku dni całą Flotyllę postawiono w
stan gotowości bojowej, zwięzłe meldunki dowódców okrętów nic nowego w istocie nie wniosły.
— Zrobiliśmy zatem wszystko, co do nas należało — stwierdził kontradmirał Rogaczew. — Zadanie
znacie. Czy szef sztabu chciałby coś jeszcze przypomnieć?
On też niewiele miał do powiedzenia. O czym tu zresztą mówić w takim gronie, skoro tyle już razy
dokładnie przećwiczyli różne warianty działań z rozpisaniem zadań na każdą jednostkę z osobna. Dowódcy
okrętów mieli w pamięci harmonogram przewidzianych do wykonania czynności w wypadku ogłoszenia
alarmu bojowego, nie mogli sobie tylko wyobrazić, jak to wszystko się potoczy w warunkach rzeczywistego
zagrożenia, już nie ćwiczeń, lecz wojny. Niejeden w tej chwili nawet żywił jeszcze nadzieję, że konflikt nie
nastąpi. Złudna to była nadzieja, ale taka iskierka tliła się w sercach wszystkich ludzi, którzy znajdowali się
w podobnym położeniu, dobrze pojmując, jakim kataklizmem będzie wojna.
— Przystępujemy do działań — powiedział dowódca Flotylli, kończąc krótką odprawę. — Każdy z was
natychmiast ruszy na wyznaczone rozkazem bojowym stanowiska. Okręty zajmą pozycje w pełnej gotowości
do otwarcia ognia. Wspierać będziemy własne wojska lądowe w określonych rejonach, dobrze wam znanych
z dotychczasowych ćwiczeń. Jestem przekonany, że wszyscy marynarze i żołnierze naszej Flotylli z honorem
spełnią swój obowiązek w godzinie wielkiej próby. Życzę wam pomyślności.
Uścisnął każdemu dłoń, poważnie spoglądając w oczy. Oficerowie szybkim krokiem udali się na okręty
i do pododdziałów. W nocnej ciszy rozległ się głuchy pomruk silników, jego echo niosło się daleko po
spokojnej wodzie.
Jeden po drugim okręty ruszały w mrok.
Trzy kutry opancerzone szły Piną na zachód *.
Głównym zadaniem tych niewielkich i zwrotnych okrętów z załogą liczącą siedmiu ludzi był zwiad
bojowy, mogły również ogniem karabinów maszynowych zwalczać cele powietrzne na małej wysokości oraz
— w razie potrzeby — służyć do wysadzania desantów, co w działaniach na rzekach zdarzało się znacznie
częściej niż w operacjach morskich.
Jednostki w szyku torowym oddalały się od bazy. Z Piny weszły na Kanał Dnieprzańsko-Bużański,
niegdyś znany szlak spławu drewna do Morza Bałtyckiego, liczący 92,8 km długości. Znajdowały się na nim
liczne śluzy, wyrównujące poziom wody między Piną a Muchawcem. Kutry miały rozkaz obrony śluz w
pobliżu Kobrynia. Gdyby zostały one zbombardowane, inne jednostki, sunące z tyłu, osiadłyby na mieliźnie
bez możliwości odwrotu. Okręty rozstawiły się wzdłuż wybrzeża, skrywając się przed oczami lotników pod
baldachimami drzew. Ten dzień i noc minęły spokojnie, choć w napiętym oczekiwaniu.
22 czerwca o świcie załogi poderwane zostały artyleryjską kanonadą, niosącą się od zachodu.
Informacja o rozpoczęciu wojny, przekazana również drogą radiową, stanowiła tylko potwierdzenie
najgorszych przeczuć marynarzy. Nawet nie trzeba było ich budzić. Spali nerwowo w pełnym
umundurowaniu.
Na kutrze dowódcy grupy wachtowy sygnalista, wytrzeszczając oczy, krzyknął:
— Strzelają!
Bez ogłaszania alarmu marynarze w milczeniu obsadzili stanowiska. Było już jasno, gdy jeden z
obserwatorów zameldował podniesionym głosem:
— Samoloty!
Głowy zwróciły się w tamtą stronę. W kierunku Kanału, na niewielkiej wysokości, sunęły trzy
nieprzyjacielskie bombowce. Po raz pierwszy marynarze ujrzeli wroga... Jeden z samolotów położył się na
skrzydło i runął wprost na kuter dowódcy grupy.
— Ognia!
Perełki pocisków natychmiast poszybowały w powietrze. Samolot zmienił kurs i — bez szkód, wraz z
dwoma pozostałymi — wycofał się na zachód, nie zrzucając śmiercionośnego ładunku.
Nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tym pierwszym wojennym starciu, kiedy samoloty powróciły. Znów
szły nad Kanał. Teraz ogień zaporowy z kutrów był o wiele bardziej precyzyjny i nie pozwolił
nieprzyjacielowi dotrzeć do śluzy, ale żaden z bombowców nie został trafiony.
— Nie udało się — wysapał ze złością któryś z artylerzystów. — Ja bym tego łobuza...
— Zadanie przecież wykonane — uspokoił go dowódca. — Śluzy są nie naruszone.
Tego dnia w pobliskim Kobryniu toczyły się zażarte walki. Niemcy weszli do miasta, opuszczanego
jednocześnie w pośpiechu przez ludność cywilną. Przerażeni ludzie porzucali swe domostwa i dobytek,
pragnąc ocalić to, co najcenniejsze: życie. Widzieli już pierwsze ofiary wojny, niektórzy utracili swych
bliskich i przyjaciół. Zdawali sobie sprawę z tego, że choć obrońcy miasta walczą z ogromnym
poświęceniem i determinacją, nie są w stanie postrzymać lawiny ognia, czołgów i żołnierzy w głębokich
hełmach.
Raz po raz spoglądając z przestrachem na niebo, sunęli wzdłuż rzeki uciekinierzy. Niektórzy prosili
marynarzy o pomoc, ale ci, choć do głębi przejęci widokiem zmęczonych, obładowanych tobołami ludzi,
byli bezradni. Kutry pomocy udzielić nie mogły, opuszczenie stanowiska bojowego w ogóle nie wchodziło w
rachubę. W oczach odchodzących malowała się rozpacz.
Właśnie w okolicy zrobiło się pusto — nie było ludzi, zniknęli już za zakrętem rzeki — kiedy
marynarze ujrzeli czołg.
* Opowieści o działaniach radzieckiej Flotylli Pińskiej i Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej w okresie Wielkiej
Wojny Narodowej 1941—1945 zawarte zostały w książce J. Strechnina Korabli idut w Bierlin . Opierając się na niej
autorzy niniejszej publikacji opracowali wiele wątków fabularnych ( przyp. aut. ).
Samotny kolos wypełzł z lasu i zatrzymał się na jego skraju. Zagrzechotały gąsienice i wóz, wysłany
prawdopodobnie w celach zwiadowczych, ruszył w kierunku rzeki.
— Tylko nie spudłuj — szepnął dowódca kutra. Zdawało mu się, że głośniej wypowiedziane słowo
zwróci uwagę czujnego przeciwnika.
Marynarze wstrzymali oddechy i wtulili głowy w ramiona. Pojazd, miażdżąc drzewa i krzewy, sunął
wprost ku nim. Oto wróg, z którym mieli zmierzyć się oko w oko.
— Jazda! — rzucił dowódca i otwartą dłonią uderzył artylerzystę po ramieniu.
Seria rozdarła powietrze. Czołg stanął, a jego wieża poczęła obracać się w stronę okrętu.
— Jeszcze!
I kiedy zdawało się, że lufa niemieckiej maszyny plunie ogniem, wgniatając ich wszystkich w pokład,
spod wieży buchnął ciemny kłąb dymu. Z trzaskiem otworzył się właz, a z wnętrza czołgu poczęli
wyskakiwać ubrani w czarne mundury żołnierze. Biegli zygzakami w stronę lasu, ale kilka dobrze
wymierzonych serii skończyło ich krótką kampanię na wschodzie...
W ciszy, jaka teraz zapadła, marynarze słyszeli przyspieszone oddechy i łomot swych serc.
— Sygnał z bazy! — zameldował radiotelegrafista.
— I co? — dowódca kutra starał się, aby w jego głosie nie dało się wyczuć ani emocji wywołanych
walką, ani radości z pierwszego zwycięstwa.
— Polecają wszystkim okrętom natychmiast wracać do Pińska.
— Wracać? A cóż to... — zaczął miczman (starszy bosman), ale ugryzł się w język. Nie przywykł
komentować rozkazów, tym bardziej przy marynarzach. Domyślił się jednak, że nakazanie odwrotu
jednostkom Flotylli jest spowodowane cofaniem się wojsk lądowych. Marsz nieprzyjaciela musiał zatem
przebiegać błyskawicznie.
Ruszyli więc z powrotem.
Była to słuszna decyzja: Niemcy, dotarłszy nad Kanał Królewski, otworzyli wszystkie śluzy. Okręty
jednak zdążyły opuścić zagrożony rejon i 24 czerwca znalazły się w Pińsku. Tutaj otrzymały nowe zadanie:
miały wspierać działania wojsk lądowych w walkach obronnych na zachód od miasta.
Pewnego wieczoru, kiedy dwa kutry wracały z rozpoznawczego dozoru do Pińska, na jego przedpolu,
tuż u brzegów Piny, pojawiły się wojska niemieckie. Miasto wyglądało inaczej niż zwykle: z powodu
nalotów i bombardowań zostało zaciemnione. Gdy w okresie pokojowym o tej wieczornej porze jednostki
wchodziły do portu, zawsze radośnie mrugały światła w oknach. Teraz ulice były puste i ponure, domy
wyglądały na opuszczone — w wielu przypadkach tak było w istocie — a ponad cichym zwykle miastem
przetaczały się głuche odgłosy kanonad.
Jednostki cięły spokojną powierzchnię wody, odrzucając na boki szerokie odkosy. Załogi musiały
uzupełnić paliwo i amunicję, które były już na wyczerpaniu. Od tego zależały ich dalsze działania.
— Miasto się pali — rzekł ponuro sternik, choć wszyscy widzieli snujący się na tle domów ciężki,
czarny dym.
— To od strony portu — stwierdził dowódca. — Czyżby magazyny?
W porcie płonęła cysterna z paliwem. Obok stało więcej podobnych zbiorników, które w wypadku
eksplozji tego pierwszego również wyleciałyby w powietrze. Trzeba jednak było ryzykować. Dowódca
grupy zdecydował się pobrać paliwo. Innej możliwości nie było.
— Podchodzimy. Tam — wskazał dłonią — jest chyba wolne miejsce.
Kuter zgrabnie doszedł do pomostu.
— Wy trzej ze mną do magazynu — krzyknął miczman. — Może uda się coś uratować?!
Pobiegli w stronę budynku. Wewnątrz na półkach stały rzędy zielonych skrzyń z amunicją.
— Bierzcie te — powiedział dowódca. — I wołajcie innych. Niech pomogą...
Sam chwycił ciężką drewnianą skrzynię i sapiąc z wysiłku zarzucił ją sobie na kark.
— Szybciej! Zabierajcie również granaty!
Blask dalekiego ognia skakał po ścianach.
W tym czasie drugi kuter podpłynął do cystern i zatankował paliwo. Potem nastąpiła zmiana.
Czym prędzej jednostki rzuciły cumy i odskoczyły na środek basenu. Skierowały się ku wyjściu z portu,
kiedy nastąpił potężny wybuch: to eksplodowała cysterna; rzucając na słup dymu żółtopomarańczową plamę
ognia. Po chwili drugi i trzeci wybuch targnął powietrzem. Tak, tym razem mieli niebywałe szczęście...
Przeskoczyli na drugą stronę basenu. Czekał tam na nich pracownik portu.
— Gdzie są inni? — spytał dowódca.
— Na wodzie. Każdy dostał jakieś zadanie. Polecono mi, abym wam przekazał, żebyście zorganizowali
patrole. Robi się gorąco...
Noc przykrywała miasto, w którym trwały już walki o poszczególne ulice i domy. Dochodził stamtąd
jazgot broni maszynowej.
Marynarze zeskoczyli na nabrzeże, formując się w niewielkie grupy patrolowe. Zabrali zdobyte
niedawno granaty.
— Macie zachować czujność i ostrożność — rzekł dowódca grupy kutrów, choć w tej sytuacji jego
słowa były właściwie zbędne. — Nieprzyjaciel dochodzi do miasta. Słyszycie sami, co się dzieje. Miejmy
nadzieję, że czołgów tu jeszcze nie ma.
Ruszyli, posuwając się pod ścianami niewielkich parterowych domków. Trzymali broń gotową do
strzału.
— Uwaga... — szepnął artylerzysta, który wystawił głowę za róg budynku.
Patrol zatrzymał się. Marynarze stali, opierając się plecami o ścianę.
— Melduj, co widzisz.
— To chyba nasi — z wahaniem w głosie rzekł artylerzysta.
— Zatrzymujemy. Stać! — krzyknął dowódca.
Żołnierze z oddziału granicznego zdążali w kierunku kościoła.
— Na wieży jest faszysta — zdyszanym głosem krzyknął jeden z nich. — Chodźcie, razem będzie nam
łatwiej...
Pobiegli rzędem, pochyleni i spięci. Nad ich głowami zaterkotał karabin maszynowy, ale ukryty wysoko
strzelec nie mógł widzieć grupy zbliżających się żołnierzy. Prowadził ogień gdzieś przed siebie. I stamtąd, z
oddali, padały przytłumione odpowiedzi.
Podeszli pod mur kościoła. Drzwi, zamknięte od wewnątrz, nie ustępowały pod naporem silnych
ramion.
Wiązka granatów utorowała im drogę. Dwaj żołnierze wdarli się do wnętrza. Po omacku szukali wejścia
na górę.
Marynarze stanęli wśród drzew. Widzieli już, gdzie ukrył się nieprzyjacielski strzelec.
Serie umilkły na chwilę.
— Walimy po balkoniku. Tylko celnie...
Motorzysta z kutra wymierzył i pociągnął za spust. Ciało Niemca wykonało salto i uderzyło głucho o
ziemię...
W pewnej chwili do patrolu podbiegł goniec. Należało natychmiast wracać na kuter. Zdobyty karabin
maszynowy zabrali marynarze ze sobą. Nie dane im było odpocząć. Okręty otrzymały drogą radiową sygnał,
aby bezzwłocznie udać się do Łunińca, gdzie zarządzono koncentrację wszystkich jednostek. Gdy
opuszczały miasto, kierując się na wschód, żołnierze wysadzili most, aby przeszkodzić wrogowi w
opanowaniu Pińska.
Opuszczali port, nie odzywając się do siebie. Czuli, że nieprędko tu wrócą. Nie należało jednak o tym
głośno mówić...
NA PRYPECI I HORYNIU
Być może wyobrażamy sobie bojowe jednostki rzeczne jako niewielkie, szybkie kutry, które nie są w
stanie wyrządzić zakutemu w pancerz wrogowi większej szkody. Myślimy też, że okręt taki staje się łatwym
celem, bo — podobnie jak pociąg — poruszać się może wyłącznie ustalonym torem: szlakiem wodnym.
To prawda, że już podczas I wojny światowej flotylle rzeczne stawały się anachronizmem, lecz
wykonywały jeszcze ważne zadania. Cóż: rzeki nadal stanowiły trudne do pokonania przeszkody, lecz przy
ówczesnym rozwoju techniki wojennej jednostki flotylli nie mogły decydująco wpłynąć na rozwój
wydarzeń.
Marynarze z Flotylli Pińskiej nie mieli czasu, by szczegółowo analizować problemy natury operacyjno-
-taktycznej. Czuli się po prostu potrzebni tam, dokąd ich kierowano.
W dzień i w nocy, padając ze zmęczenia, wykonywali setki zadań, wspierając własne wojska, a raczej
ich skrzydła, działające wzdłuż brzegów poleskich rzek.
Okręty mogły także walczyć samodzielnie, uderzając na wroga niejako na własną rękę.
Marynarze czuli się silni, dysponując bronią, która mogła nieprzyjacielowi wyrządzić wiele szkód.
Walczyli z uporem i determinacją, nie tracąc nadziei, że bieg historii musi się wreszcie odwrócić. Na razie
jednak wojska radzieckie w krwawych bojach wycofywały się w kierunku linii Dniepru...
Wszystkie okręty Flotylli działały na Prypeci, nie pozwalając nieprzyjacielowi przeprawiać się przez
rzekę. Dysponowały przecież znaczną siłą ognia, a ich dowódcy doskonale znali teren, jednostki były w
stanie skrycie zbliżyć się do nieprzyjaciela, wysadzić na brzeg zwiadowców, co do metra można też było
Zgłoś jeśli naruszono regulamin