1989-08 - W dywizjonie Kubusiów.pdf

(429 KB) Pobierz
427637808 UNPDF
Wacław Król
W DYWIZJONIE „KUBUSIÓW”
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1989
Projekt graficzny serii: Michał Maryniak
Ilustracja na okładce: Grzegorz Niewczas
Redaktor: Elżbieta Skrzyńska
Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska
427637808.001.png
Kierunek Włochy
Był 19 grudnia 1943. Na Morzu Śródziemnym panował sztorm. Rozszalałe grzywiaste fale waliły
niemiłosiernie o burty statku „Indrapoëra”, który przechylał się to na jedną, to na drugą burtę lub gwałtownie
wznosił dziób, by za chwilę z hukiem opaść w ciemne odmęty. Od czasu do czasu woda przelewała się przez
górny pokład. Mało kto z pasażerów decydował się na krótki nawet spacer, tym bardziej że siąpił drobny
deszczyk. Horyzont tonął we mgle, ledwo dało się dostrzec inne statki płynące razem z „Indrapoëra” w
konwoju. Ponieważ czas był wojenny — w głębinach morskich czyhały okręty podwodne wroga, które
mogły w każdej chwili zaatakować torpedami brytyjskie statki — jednostek transportowych broniły cztery
szybkie kontrtorpedowce Royal Navy, uwijające się zygzakami wokół swoich „podopiecznych”
wypełnionych wojskiem i sprzętem wojennym.
Po południu siła wiatru znacznie osłabła, morze najwyraźniej ucichło. Na pokładzie zaroiło się od
żołnierzy w zielonych mundurach z „Polandami” na rękawach. Chcieli zaczerpnąć świeżego powietrza po
kilku dniach męczącej podróży, targającej nerwy chorobą morską. Na zmęczonych twarzach pojawiał się już
uśmiech. Polacy gromadzili się w małych grupkach, żartowali, rozmawiali na temat pogody i kierunku
przemieszczania się konwoju.
— Nareszcie się uspokoiło! Byłem załamany, bo sądziłem, że to piekielne kołysanie nigdy się nie
skończy! Rzygałem jak kot. Chwała Bogu, że to już przechodzi! — narzekał głośno wysoki, wąsaty
porucznik w battledressie z zieloną choinką polskiej 3 Dywizji Strzelców Karpackich na rękawie.
— Najgorsze chyba minęło — potwierdził stojący obok sierżant. — Pewnie jesteśmy już blisko Włoch,
bo konwój skręcił na północny zachód. Może wreszcie zrobi się cieplej, bo na razie ziąb jak cholera!
— Ciepło, a nawet gorąco, jest we Włoszech w lecie, a nie w zimie. Teraz możemy tam zastać i mróz, i
śnieg — przekornie rzucił ktoś stojący obok.
— Patrzcie, koledzy, na ten kontrtorpedowiec idący za nami z boku — rzucił inny z żołnierzy. —
Najwyraźniej zbliża się do nas.
Porucznik skierował lornetkę w kierunku okrętu.
— Panowie, to polski eskortowiec „Ślązak”! Widzę biało-czerwoną banderę na rufie. Marynarze
machają do nas rękami.
— Pomachajmy i my — podchwycił sierżant.
Jak na komendę żołnierze zaczęli wymachiwać furażerkami i beretami w kierunku wciąż zbliżającego
się okrętu ze znakiem taktycznym „L 26” na kadłubie. Na pokładzie zapanował radosny nastrój, rozlegały się
okrzyki i wiwaty.
— Niech żyją polscy marynarze! Witajcie, chłopaki! Chwała Polskiej Marynarce! Zwyciężymy!
Z płynącego obok statku o nazwie „New Amsterdam”, również z żołnierzami 3 Dywizji Strzelców
Karpackich na pokładzie, zaczęto także wymachiwać rękami i czapkami. Szum fal morskich zagłuszał
jednak entuzjastyczne powitania marynarzy. Niebawem „Ślązak” oddalił się. Teraz majaczył w mgielnej
poświacie z przodu konwoju. Humory polskich żołnierzy — pasażerów statków „Indrapoëra” i „New
Amsterdam”, znacznie się poprawiły. Kołysanie nie było już tak dokuczliwe, mesy okrętowe nie świeciły już
pustkami podczas wydawania posiłków: apetyty wszystkim dopisywały.
Noc minięła spokojnie, można było wreszcie pospać. Po ustąpieniu porannej mgiełki zaświeciło blade
słońce. Statki i kontrtorpedowce widać było zupełnie dobrze. Zaraz po śniadaniu karpatczycy tłumnie
gromadzili się na górnych pokładach i pilnie wpatrywali się w linię horyzontu, na której w każdej chwili
mógł pojawić się ląd. Marynarze angielscy zachowywali tajemnicę, nie chcieli nic mówić o pozycji statku na
Morzu Śródziemnym. Polacy domyślali się tylko, że konwój zbliża się do południowych Włoch od strony
wschodniej.
Rankiem 21 grudnia na horyzoncie ukazała się linia lądu. Konwój to szedł ku niemu pod ostrym kątem,
to znowu równolegle. W miarę upływu czasu odległość do półwyspu zmniejszała się, widać już było
wyraźnie linię brzegową i domy wznoszące się amfiteatralnie na wzgórzu. Porucznik skierował rolnetkę w
tamtą stronę.
— Miasto bardzo zniszczone działaniami wojennymi. Pewno toczyły się tu niedawno ciężkie walki.
Widać wraki zatopionych statków, czubki masztów i kominów. Jest latarnia morska, ale mocno uszkodzona.
W porcie i na redzie stoją statki angielskie i amerykańskie — objaśniał zgromadzonym wokół niego
żołnierzom.
— To na pewno Brindisi, bo linia brzegowa skręca tu wyraźnie na północny zachód — wtrącił się
kapitan artylerzysta, trzymający w ręku rozwiniętą mapę.
— O, trzy statki z naszego konwoju odłączyły się od szyku i kierują się do Brindisi, a my płyniemy
dalej obranym kursem...
— Przed nami będzie większy port Bari i kilka mniejszych — powiedział kapitan. — Może zawiniemy
do któregoś z nich.
— Zobaczymy. Co ma być, to będzie — rzucił ktoś spokojnie.
Minęła kolejna godzina na obserwacji linii brzegowej. W tym czasie niszczyciele odłączyły się, zaś
konwój rozdzielił na małe grupki. „Indrapoëra” i „New Amsterdam” minęły port Bari, podobnie jaki Brindisi
usiany wrakami statków i okrętów włoskiej floty, i zaraz potem skręciły do małego portu Trani, oddalonego
o ponad trzydzieści kilometrów od Bari. Oba statki niebawem stanęły przy nabrzeżu. Port i miasto Trani
przeszły również ciężkie bombardowania lotnicze i morskie. Zwracał uwagę wrak dużego okrętu, leżącego
przy brzegu na boku z zanurzoną w wodzie rufą i sterczącym wysoko ponad falami dziobem, z lufami dział
w rozbitych wieżyczkach. Wzdłuż nabrzeża leżały w gruzach budynki i wiele zardzewiałego żelastwa —
dawniej dźwigów, wagonów kolejowych i pojazdów mechanicznych.
Było już dobrze po południu, gdy rozpoczęto rozładunek obu statków. Schodziły na ląd pierwsze
oddziały Polskich Sił Zbrojnych przybyłe na front włoski. Należały do 2 Korpusu Polskiego,
zorganizowanego na Środkowym Wschodzie: w Palestynie, Iraku i Egipcie. Zgodnie z porozumieniem 2
Korpus Polski miał przesunąć się do południowych Włoch w okresie od grudnia 1943 do kwietnia 1944
roku. „Indrapoëra” i „New Amsterdam” przewiozły właśnie pierwszy kontyngent jego sił. Następne
transporty — również drogą morską — przybywać miały do Włoch w ustalonym czasie. Przyjęto przy tym
zasadę, że żadna jednostka, nawet najmniejsza, nie mogła być zaokrętowana w całości na jednym statku.
Chodziło o to, aby w razie jego zatopienia przez okręty lub samoloty nieprzyjaciela żadna z
transportowanych jednostek nie przestała istnieć.
Statek „Indrapoëra” przewiózł około dwóch tysięcy polskich żołnierzy, głównie oficerów i podoficerów.
Na „New Amsterdam” znajdowało się również około dwu tysięcy pasażerów — przeważnie podoficerów i
szeregowych. Oba statki przewiozły także pewną część czołgów, armat, samochodów, ciągników, karabinów
maszynowych oraz sprzętu wojennego i kwaterunkowego. Wśród kadry 3 Dywizji Strzelców Karpackich
najwięcej było oficerów artylerii i piechoty zmotoryzowanej, choć nie brakowało również saperów,
łącznościowców, specjalistów różnych służb technicznych i kwatermistrza z pomocnikami. Nie zapomniano
też o duszpasterzu — księdzu kapelanie kapitanie Targoszu. Tłok na obu statkach był duży, ale podróż z
Egiptu do Włoch nie trwała długo, zaledwie kilka dni, toteż ludzie potraktowali te warunki jak coś
najzupełniej normalnego.
Z pierwszym transportem przybył do Włoch także dowódca 3 Dywizji Strzelców Karpackich generał
brygady Bronisław Duch i jego szef sztabu pułkownik dyplomowany Henryk Piątkowski.
Po zejściu na ląd poszczególne pododdziały pomaszerowały przez zniszczone ulice miasta na szosę
prowadzącą do Bari. Tam zebrały się poszczególne człony batalionów i brygad z obu statków i po chwili
odpoczynku ruszyły dalej na południe marszem pieszym. Wszędzie widać było oddziały wojsk brytyjskich,
obozujące pod namiotami. Kilka kilometrów dalej znajdował się przygotowany obóz tymczasowy dla
przybywających Polaków: namioty ustawione w szeregach w szczerym polu, zimna bieżąca woda w
wystających z ziemi kranów, latryny i żelazne zbiorniki na śmieci. Żadnej kuchni czy żołnierskiej kantyny,
łóżek czy koców.
Szybko zapadał zmrok. Żołnierze nieśli ze sobą swój wojenny rynsztunek bez osobistych rzeczy. Worki
szeregowców, podoficerów i oficerów przywieziono już ciemną nocą i zrzucono na jedną piramidę. O
odnalezieniu swoich rzeczy, potrzebnych do snu, nie mogło być mowy. Należało z tym poczekać do
następnego dnia — 22 grudnia. A noc była długa i wyjątkowo zimna, od morza wiał porywisty ostry wiatr,
sypał drobny śnieg. Ponieważ nie dotarły kuchnie polowe, o gorącym posiłku czy choćby tylko kawie lub
herbacie można było jedynie marzyć. Żołnierze zjedli więc resztki suchego prowiantu, otrzymanego jeszcze
na statku. W przewiewnych namiotach nie było gdzie usiąść, a tym bardziej na czym spać.
Rano żołnierze porozpalali ogniska. Dopiero gdy duża tarcza słoneczna wyjrzała zza horyzontu,
wszystkim poprawiły się humory. Nadjechały wreszcie wozy gospodarcze i kuchnie polowe, wydano gorący
posiłek i wkrótce żołnierze pomaszerowali dalej na północ. Po przebyciu kilku kilometrów rozbili stały obóz
namiotowy na równym placu. Zaczęło się normalne życie jednostek w warunkach wojennych. Była to tak
zwana trzecia linia, od linii frontu dzieliło ją około dwustu kilometrów. Teraz wojsko, czekając na przybycie
następnych transportów żołnierskich kontyngentów i bojowego sprzętu, winno się zaaklimatyzować. Po
doprowadzeniu jednostek do gotowości bojowej Polacy mieli wejść do walki.
Żołnierze 2 Korpusu szybko zorientowali się, że ta część Włoch, zwana Terra di Bari, została podczas
działań wojennych bardzo zniszczona. Dookoła było wiele zrujnowanych domów. Przestały istnieć mosty i
wiadukty, wysadzone przez cofających się Niemców dynamitem. Linia frontu zatrzymała się na rzece
Sangro. Ponieważ Niemcy stawili na linii tej rzeki zdecydowany opór, alianci zdecydowali się właśnie tu
przeczekać zimę. Południowe Włochy to okolice na ogół biedne, teraz miejscowa ludność żyła po prostu w
skrajnej nędzy. Nastroje wśród Włochów były różne: w większości cieszyli się z wkroczenia wojsk
alianckich, choć nie brakowało i takich, którzy jeszcze wierzyli w przeciwuderzenie i powrót Niemców.
Niebezpiecznie było zatem oddalać się od własnych jednostek, zdarzały się bowiem napady na alianckich
żołnierzy, a nawet morderstwa. Różne zakazy i nakazy odnosiły tylko częściowy skutek, bo nuda pchała
ludzi do kroków nierozważnych, szerzył się ponadto wymienny handel. Za żywność i mydło można było
kupić u Włochów wszystko — dobre wino, biżuterię, cenne pamiątki i... wolną miłość. Boże Narodzenie i
Nowy Rok 1944 świętowali Polacy we własnym gronie, racząc się miejscowymi trunkami i smakołykami z
własnej kuchni. Była strzelanina na wiwat, śpiewy i zabawy żołnierskie. Radosna wrzawa trwała też w
obozach brytyjskich wojsk i na jednostkach pływających Royal Navy stojących w portach. Tam strzelano
najgłośniej, bo z dział okrętowych.
Pierwszy śnieg szybko stopniał, w obozie zrobiło się błoto, do czego walnie przyczyniły się liczne
samochody i motocykle. Temperatura nie spadała poniżej zera nawet w nocy, prawie bez przerwy siąpił
drobny deszczyk.
Tymczasem do południowych Włoch nadciągały kolejne transporty wojska, sprzętu i zapasów
materiałowych. W wyznaczonych rejonach zbierał się stopniowo cały 2 Korpus Polski pod dowództwem
generała dywizji Władysława Andersa. Konwoje szły wolno w odstępach kilku tygodni, aby dopiero w
kwietniu 1944 roku zakończyć niełatwą operację przerzutu. Brytyjczycy nie spieszyli się zbytnio, troszcząc
się głównie o regularne dostawy dla swojej 8 armii polowej, która już walczyła we Włoszech i z najwyższym
trudem posuwała się na północ. Na tym półwyspie przeciwnikiem byli nie tylko Niemcy, poważną
przeszkodę w działaniach zaczepnych stwarzały także góry, wąwozy, wąskie drogi i liczne rzeki z
wysadzonymi mostami.
2 Korpus Polski miał ciekawą historię. Wyłoniony został w lecie 1943 roku z Armii Polskiej na
Wschodzie, czasowo rozmieszczonej w Iraku po ewakuacji ze Związku Radzieckiego. Kompletował swój
stan i szkolił się początkowo w Palestynie, a później w Egipcie, skąd — na mocy polsko-brytyjskiej umowy
z dnia 7 grudnia 1943 roku — miał być skierowany na front włoski. Gdy wkrótce po tej decyzji przystąpiono
do organizowania pierwszych transportów, skład tego korpusu był następujący: dowództwo ze szwadronem
sztabowym, 3 Dywizja Strzelców Karpackich, 5 Kresowa Dywizja Piechoty, 2 samodzielna brygada
pancerna, 2 Grupa Artylerii i samodzielne oddziały korpuśne — pułk ułanów karpackich (pod tą
kawaleryjską nazwą występował rozpoznawczy pułk pancerny), 7 pułk artylerii przeciwpancernej, 7 pułk
małokalibrowej artylerii przeciwlotniczej, 8 pułk ciężkiej artylerii przeciwlotniczej, 2 batalion
zmotoryzowany komandosów, batalion łączności, batalion saperów, kilka samodzielnych kompanii, w tym
transportowe i warsztatowe, dwa lekkie szpitale polowe oraz służby łącznie z żandarmerią i regulacją ruchu.
Bazą 2 Korpusu Polskiego, która miała szkolić żołnierzy we wszystkich specjalnościach i uzupełniać stany
osobowe w walczących jednostkach, była 7 Zapasowa Dywizja Piechoty o zmiennym składzie.
W przeddzień wyruszenia pierwszych kontyngentów drogą morską z Egiptu do Włoch, gdy wszystkie
oddziały osiągnęły już pełną gotowość bojową, korpus (bez bazy) liczył 44 300 oficerów, podoficerów i
szeregowców oraz 11 800 pojazdów mechanicznych razem z czołgami, samochodami pancernymi i
transporterami opancerzonymi. Na podkreślenie zasługuje ponadto obfite wyposażenie korpusu w
nowoczesną broń strzelecką i artylerię z wytwórni zarówno brytyjskich, jak i amerykańskich. Można więc
przyjąć, że 2 KP był silnym i dobrze rozwiniętym związkiem taktycznym wyższego szczebla, ale — jak
powiada przysłowie — nie ma róży bez kolców. Już od chwili lądowania we Włoszech dawał się odczuć
brak uzupełnień, zwłaszcza w najbardziej narażonej na straty piechocie. W toku działań miało się również
okazać, że nie dysponuje odpowiednim sprzętem inżynieryjno-saperskim do walk w terenie górzystym.
Wyłonił się wreszcie problem artylerii, dostrzeżony szczególnie w okresie bitwy o Monte Cassino, która
przyniosła zasłużoną sławę bohaterskim żołnierzom polskim.
Artylerii w korpusie nie brakowało, miał dosyć luf do zwalczania celów powietrznych i naziemnych.
Ponieważ aktywność Luftwaffe na froncie włoskim była niewielka bądź nawet w ogóle nie występowała z
powodu ogromnej przewagi lotnictwa aliantów, głównym zadaniem artylerii stawało się wspieranie własnej
piechoty w różnych fazach działań zaczepnych i w walkach pozycyjnych, kiedy front zamierał w pozornym
bezruchu. Artyleria niszczyła wskazane cele ogniem na wprost lub pośrednim, obezwładniała nieprzyjaciela
potężnymi nawałami ogniowymi, mogła również stawiać w razie potrzeby skuteczny ogień zaporowy lub
bezpośrednio współdziałać z piechotą w natarciu, otwierając jej drogę na określonym kierunku — strzelcy
szli wtedy w lawinę eksplodujących pocisków. Ogień artylerii był więc elastyczny, każdorazowo
dostosowany do konkretnej sytuacji na polu walki i z reguły otwierany na żądanie dowódców oddziałów
piechoty. Zdarzało się też nierzadko, że głos należał do samych artylerzystów, kiedy prowadzili pojedynki na
odległość z wykrytymi bateriami czy dywizjonami nieprzyjaciela.
Każda z dwóch dywizji piechoty korpusu dysponowała trzema pułkami artylerii lekkiej (łącznie 144
działa 87,6 mm), nie licząc armat przeciwlotniczych, przeciwpancernych i moździerzy. Młot ogniowy z tych
luf sięgał na głębokość ponad 10 tysięcy metrów, pokrywał więc — jak to się regulaminowo mówiło —
taktyczną strefę działań. Kierowali nim zwykle oficerowie danego pułku z wysuniętych punktów
obserwacyjnych na podstawie obliczeń topograficznych, czyli z mapą w ręku. Niełatwe to było zadanie w
typowym dla Włoch terenie pagórkowatym, górskim i wysokogórskim, ale jakoś sobie z tym radzono.
Przeznaczone do zniszczenia cele znajdowały się z reguły bliżej, w zasięgu wzroku uzbrojonego w lornety
nożycowe.
Obok tych dywizyjnych pułków korpusowi podlegała również 2 Grupa Artylerii w innym składzie,
który zresztą parokrotnie ulegał zmianom. Po wylądowaniu we Włoszech 2 GA dysponowała 7 pułkiem
artylerii konnej — oczywiście w pełni zmotoryzowanym z zachowaniem tradycyjnej nazwy, 9 pułkiem
artylerii lekkiej oraz 10 i 11 pułkiem artylerii ciężkiej. Na jej korzyść miał również działać 1 pułk pomiarów
artylerii, złożony z pododdziałów rozpoznania wzrokowego, dźwiękowego i topograficznego z zadaniem
wykrywania celów i korygowania ognia. W toku walk na froncie włoskim organizacja 2 GA — jak już
wspomniano — była stopniowo zmieniana. Pod koniec 1944 roku 9 pal przekształcono w 9 pułk artylerii
ciężkiej, natomiast 7 pak po przezbrojeniu w działa samobieżne włączony został do formowania właśnie 2
Warszawskiej Dywizji Pancernej. Z początkiem marca 1945 roku 2 GA wchłonęła dwa nowe pułki artylerii
ciężkiej (12 i 13 pac), dzięki czemu jej moc ogniowa znacznie wzrosła. Każdy z nich łącznie z już
istniejącymi (9, 10, 11 pac) liczył po 16 haubic i armat o kalibrze, odpowiednio, 114,3 i 139,7 mm. Zasięg
tych dział wynosił 16—19 tysięcy metrów, był więc dużo większy od artylerii dywizyjnej, a co za tym idzie
bez porównania trudniejsze stawało się również korygowanie ich ognia. Miały one zwalczać cele położone w
głębi obrony nieprzyjaciela, ukryte w terenie z dala od linii frontu. Jeśli więc obserwatorzy artylerii lekkiej
nie mieli łatwego życia, tu wyłaniał się problem zgoła niebagatelny...
Pomocna dłoń lotnictwa
Już podczas walk o przełamanie frontu pod Monte Cassino i na dalszych rubieżach dwóch niemieckich
pozycji umocnionych, linii Gustawa i Hitlera, artyleria wojsk sojuszniczych korzystała z pomocy lotnictwa.
Szczególna rola przypadła brytyjskiemu dywizjonowi obserwacyjnemu,, który latał na samolotach typu
Piper „Cub” . Był to popularny i masowo produkowany płatowiec w wytwórni Piper Aircraft Corporation w
Stanach Zjednoczonych, a potem z licencji także w Wielkiej Brytanii. Występował w wielu wersjach
(sportowej, łącznikowej, obserwacyjnej i sanitarnej) z zachowaniem tych samych właściwości pilotażowych
i konstrukcyjnych. Wyróżniał się niewielką masą własną (637 kG) i małymi wymiarami: rozpiętość 11,5 m,
długość 6,9 m. Z silnikiem o mocy zaledwie 175 KM rozwijał prędkość maksymalną 160 km/h, do startu i
lądowania wystarczał mu pas ziemny o długości 100 m. Piloci dywizjonu obserwacyjnego, którym przypadło
współpracować z artylerią, latali na małej wysokości w pobliżu linii frontu nad obszarem zajętym przez
własne wojska. Wyznaczano im zwykle jeden niezbyt szeroki odcinek z zadaniem wykrywania celów i
kierowania ogniem dział, co było możliwe dzięki dwustronnej łączności radiowej. Dowódca baterii bądź
dywizjonu otwierał ogień na meldunek z powietrza, zorientowany, gdzie leży cel. Współrzędne podawał
pilot i on też korygował salwy, dostrzegając ich skutek. Musiał przy tym odpowiednio manewrować
samolotem, zmieniając zarazem prędkość i wysokość, aby wykryty i ostrzeliwany cel mieć stale w polu
widzenia.
Żołnierze 2 Korpusu Polskiego, uwikłani w ciężkie walki na masywie Monte Cassino, często widzieli te
samoloty przypominające im przedwojenne awionetki RWD-6 i RWD-9 , słynne ze zwycięstw w
międzynarodowych zawodach lotniczych tamtych lat. Z podobieństwa zrodziła się spolszczona nazwa
„kubusie”, bardziej swojska od oryginalnej w języku angielskim.
Rzecz jednak nie w samej nazwie. Zainteresowanie wywołała przydatność tych samolotów w roli
„powietrznych. punktów obserwacyjnych”, na co zwrócili uwagę dowódcy oddziałów artylerii, którzy z
takiej pomocy nie korzystali. Dywizjon brytyjski współpracował z artylerzystami 8 armii polowej,
amerykański był przywiązany do swojej 5 armii. Te dwa dywizjony były stale obciążone pilnymi zadaniami i
nie mogły wydzielić nawet jednego klucza do obsługi Polaków. Organizacyjna podległość 2 Korpusu
przemawiała za pomocą Brytyjczyków, ci jednak z przyczyn obiektywnych nie mogli jej obiecać.
Pozostawało zatem jedno wyjście: rozwiązanie problemu własnymi siłami. Do brytyjskiego dywizjonu
„kubusiów” skierowano czasowo majora dyplomowanego Edmunda Pawlikowskiego, który miał zapoznać
się ze strukturą tej jednostki i zasadami współpracy z artylerią na polu walki. Tych tajników Polacy jeszcze
Zgłoś jeśli naruszono regulamin