zapowiedz-swiata-post-copyright.pdf

(161 KB) Pobierz
99266708 UNPDF
Przedmowa do polskiego tłumaczenia
Globalny system praw autorskich jest obecnie problemem międzynarodowym. Wszystkie państwa są
pod presją dokonania “harmonizacji” swojego prawa z prawem tych państw, które najbardziej
restrykcyjnie zabraniają wykonywania kopii i dzieł zależnych. Na ironię, jedną z konsekwencji tego jest
to, że wiele tłumaczeń pozostaje zablokowanych — nie tylko książki i artykuły pozostają
nieprzetłumaczone, nawet rozpowszechnianie wolontarystycznych napisów do filmów staje się czynem
przestępczym!
Tym sposobem prawa autorskie aktywnie hamują komunikację pomiędzy ludźmi, którzy nie mówią
wspólnym językiem. Na szczęście wolna kultura oznacza, że nie musisz nikogo prosić o zgodę na
tłumaczenie — po prostu *robisz* to, tak jak Dominik Piekarczyk i jego grupa zrobili to z poniższym
artykułem. Tak miały się rzeczy przez większość ludzkiej historii i — przy odrobinie szczęścia — tak
będą się miały ponownie.
Karl Fogel
Zapowiedź Świata Post-Copyright
Karl Fogel
wykonane przez Klub Terapii Obywatelskiej
Jest tylko jedna grupa osób, której nie szokuje polityka przemysłu fonograficznego, zaskarżającego
losowo wybranych ludzi udostępniających pliki w Internecie - są to historycy prawa autorskiego. Oni już
wiedzą to, co wszyscy inni powoli sobie uświadamiają: w prawach autorskich nigdy nie chodziło o
płacenie artystom za ich pracę, a już tym bardziej nie zostały stworzone by wspierać twórców. Prawa
autorskie zostały zaprojektowane przez i dla dystrybutorów - to jest - wydawców, w skład których
wchodzą dzisiejsze koncerny fonograficzne. Ale teraz, kiedy Internet oferuje nam świat bez kosztów
dystrybucji, przestaje mieć sens ograniczanie kopiowania, aby płacić za scentralizowaną dystrybucję.
Zaniechanie praw autorskich jest obecnie nie tylko możliwe, lecz wręcz wskazane. Zarówno artyści jak i
odbiorcy mogą z tego skorzystać, w wymiarze finansowym i estetycznym. W miejsce korporacyjnych
strażników decydujących o tym co może, a co nie może być dystrybuowane, bardziej rozproszony
proces filtracji mógłby umożliwić rozprowadzanie dzieł oparciu jedynie o ich rzeczywistą wartość.
Moglibyśmy zaobserwować powrót do starszej i bogatszej kosmologii kreatywności , w której
nieskrępowane kopiowanie i zapożyczanie z dzieł innych artystów jest niczym więcej jak naturalną
częścią kreatywnego procesu, metodą uhonorowania dokonań innych artystów i udoskonalania tego co
powstało do tej pory. A stara, kłamliwa mantra, że artyści potrzebują praw autorskich, aby zarabiać na
życie, zostałaby obnażona jako fałszywe pozory, jakimi zawsze była.
Jednakże nic takiego się nie wydarzy jeśli przemysł będzie podążał swoją drogą. Na przestrzeni trzech
wieków przemysł wydawniczy bardzo ciężko pracował nad zaciemnieniem prawdziwej genezy praw
autorskich, a także by wypromować mit, że zostały one stworzone przez pisarzy i artystów. Nawet dziś
kontynuują swoją kampanię promującą bardziej restrykcyjne prawo i międzynarodowe porozumienia,
99266708.002.png
które wymuszają na wszystkich narodach podporządkowywanie się polityce maksymalnej
bezwzględności, a przede wszystkim by upewnić się, że społeczeństwo nigdy nie zapyta komu tak
naprawdę ten system ma pomagać.
Nagrodę za te wysiłki widać w społecznej reakcji na pozwy sądowe przeciw osobom udostępniającym
pliki. Jakkolwiek większość ludzi zgadza się, że przemysł przekroczył dopuszczalne granice, nadużycie to
jest zasadniczo traktowane jako problem stopnia - tak jakby żądania kompanii nagraniowych były w
istocie słuszne, a jedynie zbyt usilnie forsowane.
Zapoznanie się z prawdziwą historią prawa autorskiego wyjaśnia jak bardzo takie reakcje ułatwiają
zadanie przemysłowi. Firmy fonograficzne nie dbają tak naprawdę o to, czy wygrają czy przegrają swoje
sprawy. Na dłuższą metę nie zakładają nawet, że uda im się wyeliminować współdzielenie plików. To, o
co walczą jest o wiele istotniejsze. Walczą o utrzymanie stanu świadomości, przekonania dotyczącego
pracy twórczej, zgodnie z którym ktoś powinien posiadać wytwory umysłu oraz kontrolować, kto może
je kopiować. I poprzez stawianie kwestii jako rozgrywki pomiędzy Zapracowanym Artystą, który
rzekomo potrzebuje praw autorskich żeby opłacić czynsz, a Bezmyślnymi Masami, które wolą skopiować
piosenkę lub opowieść z Internetu niż zapłacić za nią uczciwą cenę, przemysł był zadziwiająco
skuteczny. Zdołał wprowadzić terminy o negatywnym zabarwieniu, takie jak "piractwo" i "kradzież", w
miejsce bardziej ścisłego "kopiowania" - jakby nie istniała różnica pomiędzy kradzieżą twojego roweru
(teraz już nie masz roweru), a kopiowaniem twojej piosenki (teraz oboje ją mamy). Co najistotniejsze -
propaganda przemysłu spowodowała, iż powstało powszechne przekonanie, że prawa autorskie to
sposób w jaki twórcy zarabiają na życie - tzn. że bez praw autorskich silniki intelektualnej produkcji
mogłyby znieruchomieć i artyści nie mieliby motywacji do dalszego wytwarzania nowych dzieł.
Ale bliższe spojrzenie na historię pokazuje, że prawo autorskie nigdy nie było ważnym czynnikiem
rozkwitu kreatywności. Prawo autorskie jest rezultatem prywatyzacji rządowej cenzury w
szesnastowiecznej Anglii. Nie było powstania autorów nagle domagających się prawa do
uniemożliwiania innym kopiowania ich prac; nie dość że nie postrzegali kopiowania jako kradzież, to
jeszcze traktowali je jako pochlebstwo. Większość twórczości zależała zawsze, niegdyś jak i teraz, od
różnorodności źródeł finansowania: honorariów , zatrudnienia dla nauczycieli , grantów i stypendiów,
mecenatu, etc. Wprowadzenie prawa autorskiego nie zmieniło tej sytuacji. Umożliwiło natomiast
powstanie specyficznego modelu biznesowego - masowych wydań ze scentralizowaną dystrybucją -
udostępniania kilku mających szczęście dzieł szerszej publice, ze znacznym zyskiem dla ich
dystrybutorów.
Pojawienie się Internetu, umożliwiającego natychmiastowe i bezpłatne dzielenie się zasobami sprawiło,
że model ten nie tylko stał się przestarzały, ale zaczął wręcz blokować realizację prawdziwych korzyści ,
jakie prawo autorskie miało wszak przynosić społeczeństwu. Zakazywanie ludziom swobodnego
dzielenia informacji służy interesom nie czyim innym, jak wydawców. Chociaż przemysł chce byśmy
wierzyli, że zakaz ten wiąże się jakoś z umożliwieniem artystom zarabiania na życie, twierdzenie to nie
wytrzymuje nawet pobieżnego badania. Znacznej większości artystów prawa autorskie nie przynoszą
żadnych korzyści ekonomicznych. Istnieje co prawda kilka gwiazd - bywa że i całkiem utalentowanych -
których prace są wspierane przez przemysł; otrzymują one lwią część tego, co inwestuje się w
dystrybucję (of distribution investment) , generując odpowiednio większy zysk, w którym uczestniczą na
warunkach lepszych niż standardowe, jako że ich pozycja w negocjacjach jest mocniejsza.
Nieprzypadkowo artystów tych lobby wydawnicze zawsze wskazuje jako przykład dobrodziejstw prawa
autorskiego.
Ale traktowanie tej małej grupy jako reprezentatywnej byłoby myleniem marketingu z rzeczywistością.
Życie większości artystów zupełnie nie przypomina - i w dzisiejszym systemie przywilejów przypominać
nie będzie - tego, co się nam pokazuje.
To właśnie z tej przyczyny stereotyp zubożałego artysty pozostaje żywy po trzystu latach.
99266708.003.png
Kampania przemysłu wydawniczego na rzecz utrzymania praw autorskich prowadzona jest z czystego
egoizmu, stawia nas jednak przed jasno określonym wyborem. Możemy biernie obserwować jak
większość naszego dziedzictwa kulturowego jest wpakowywana w automaty do sprzedaży, a następnie
sprzedawana nam za dolara po dolarze - albo możemy przemyśleć jeszcze raz mit praw autorskich i
znaleźć dla niego alternatywę.
Pierwszym prawem autorskim była cenzura. Nie miała nic wspólnego z ochroną praw autorów. Nie miała
też na celu zachęcać artystów do tworzenia nowych dzieł.
W szesnastowiecznej Anglii prawa autorów nie były zagrożone i pojawienie się prasy drukarskiej
(pierwszej na świecie maszyny kopiującej) było dla nich raczej motywujące i pobudzające do działania.
Na tyle pobudzające, że rząd angielski coraz bardziej martwił się zbyt wielką liczbą produkowanych
dzieł, nie zaś ich niedostatkiem. Nowa technologia ułatwiała powstawanie wywrotowych materiałów i
rząd pilnie potrzebował możliwości kontroli nad przepływem druków, legitymizując funkcję cenzury na
równi z administracyjną funkcją budowania dróg.
Metodą, którą wybrał rząd, było ustanowienie cechu prywatnych cenzorów, "Londyńskiego Zrzeszenia
Sprzedawców Papieru" (the London Company of Stationers), którego dochody zależały od tego jak
dobrze sprawowało swoją funkcję. W zamian za pilne przyglądanie się temu, co było drukowane,
sprzedawcy ci mieli nadany królewski monopol na wszystkie druki w Anglii, prace zarówno nowe, jak i
stare. Ich statut dawał im nie tylko wyłączne prawo druku, ale także prawo do wyszukiwania i
konfiskaty wydanych bez oficjalnego pozwolenia druków i książek, a nawet do palenia tych
wydrukowanych nielegalnie. Żadna książka nie mogła być wydrukowana, zanim nie została włączona do
wykazu Zrzeszenia, a żadna pozycja nie trafiła do wykazu, jeśli nie przeszła przez cenzurę królewską
lub nie została ocenzurowana przez samych sprzedawców. Zrzeszenie sprzedawców stało się w efekcie
prywatną siłą policyjną rządu [1].
System ten został stworzony, żeby służyć sprzedawcom książek i rządowi, nie autorom. Nowe książki
były zapisywane w rejestrze pod nazwiskiem członka zrzeszenia, a nie pod nazwiskiem autora.
Zwyczajowo członek zrzeszenia, który rejestrował pojawienie się książki, zatrzymywał wyłączne prawo
do jej publikowania, przed wszystkimi członkami Zrzeszenia, a spory dotyczące naruszenia prawa
rozstrzygał Sąd Asesorski Zrzeszenia (the Company's Court of Assistants) [2].
Nie była to po prostu manifestacja jakiejś istniejącej formy praw autorskich. Autorzy przecież nie
posiadali wcześniej praw, które mogłyby być im zabrane i oddane Zrzeszeniu Sprzedawców. Prawo
Sprzedawców było nowym prawem, choć bazowało na długiej tradycji czerpania przez cechy korzyści z
monopoli, będących sposobem na sprawowanie kontroli. Wcześniej prawo autorskie, które jest
przyrodzonym, prywatnie respektowanym prawem powstrzymującym innych przed kopiowaniem, nie
istniało.
Ludzie na bieżąco drukowali upragnione prace, jeśli tylko mieli okazję - dzięki temu przetrwało po dzień
dzisiejszy wiele spośród tych dzieł. Mógł co prawda istnieć prawny zakaz rozpowszechniania jakichś
99266708.004.png
specyficznych dokumentów z uwagi na ich oszczerczy charakter, dlatego że były prywatną
korespondencją lub dlatego, że rząd uważał je za niebezpieczne i wywrotowe. Ale chodzi tu o
bezpieczeństwo publiczne lub o ochronę czyjejś reputacji, a nie o prawo własności. W pewnych
przypadkach istniały także specjalne przywileje (wtedy zwane "patentami"), dopuszczające wyłączne
prawo druku określonych typów książek. Jednak przed powstaniem Zrzeszenia Sprzedawców nie
było wszechogarniającego zakazu drukowania w ogóle, tak samo jak nie istniała koncepcja praw
autorskich jako przywilej prawny, który mógłby stać się własnością prywatną.
Przez około stulecie i trzecią część następnego ten partnerski układ funkcjonował dobrze z punktu
widzenia rządu i sprzedawców. Zrzeszenie czerpało korzyści z monopolu, a rząd dzięki niemu sprawował
kontrolę nad rozprzestrzenianiem się informacji. Jednak pod koniec XVII wieku dzięki postępującym
zmianom politycznym rząd rozluźnił więzy cenzury i pozwolił wygasnąć monopolowi sprzedawców. To
oznaczało, że drukarstwo mogło wrócić do swojego pierwotnego stanu anarchii, co oczywiście stało się
bezpośrednim zagrożeniem ekonomicznym dla członków Zrzeszenia Sprzedawców. Zlikwidowanie
monopolu mogło być dobrą nowiną dla długo podporządkowanych autorów i niezależnych drukarzy, ale
też wróżyło klęskę Sprzedawcom, którzy prędko uknuli strategię zachowania swojej pozycji w nowym,
liberalnym klimacie politycznym.
Sprzedawcy oparli swoją strategię na kluczowym spostrzeżeniu, na którym od tego czasu bazują wraz z
wielkim firmami wydawniczymi: autorzy nie mają środków by rozpowszechniać własne prace. Pisanie
książki wymaga tylko pióra, papieru i czasu, zaś do jej rozpowszechnienia potrzebne są maszyny
drukarskie, sieć transportowa, inwestycje w materiały i zestawy typograficzne. Sprzedawcy zatem
wyciągnęli wnioski, że ludzie, którzy piszą, zawsze będą potrzebowali współpracy wydawców by uczynić
swoją pracę ogólnie dostępną. Ich strategia wykorzystała ten fakt dla osiągnięcia maksymalnych
zysków. Wystąpili przed parlamentem i zaprezentowali nowatorski wówczas pogląd, że autorzy
posiadają naturalne i przyrodzone prawo własności tego, co piszą, a takie prawo może być
przekazywane innym stronom w drodze umowy, tak samo jak inne formy własności.
Ich argument zdołał przekonać parlament. Sprzedawcom udało się uniknąć odium cenzorów, jako że
nowe prawa autorskie przypisane zostały twórcy, wiedzieli oni jednak, iż autorzy nie mają innego
wyboru niż oddanie ich wydawcy na potrzeby dystrybucji. Doszło do pewnych sporów prawnych i
politycznych dotyczących szczegółów, ostatecznie jednak obie części argumentu Sprzedawców pozostały
zasadniczo nietknięte, stając się częścią angielskiego prawa ustawowego. Pierwsze prawo autorskie,
które można uznać za nowoczesne, Statut Anny, wydane zostało w roku 1710.
Wydanie Statutu królowej Anny często wskazywane jest przez zwolenników praw autorskich jako
moment, kiedy twórcy otrzymali wreszcie ochronę, na którą od dawna zasługiwali. Nawet dzisiaj Statut
jest wciąż przywoływany zarówno w sporach prawnych, jak i wypowiedziach prasowych pochodzących z
branży wydawniczej . Ale interpretowanie go jako zwycięstwo twórców urąga nie tylko zdrowemu
rozsądkowi, ale i faktom historycznym [3]. Twórcy, nie posiadający nigdy praw autorskich, nie widzieli i
wtedy żadnej racji, by domagać się nagle paradoksalnej raczej władzy zapobiegania rozprzestrzenianiu
się swych własnych prac - i nie czynili tego. Jedynymi zagrożonymi przez rozwiązanie monopolu
Sprzedawców byli sami Sprzedawcy, a Statut królowej Anny stanowił bezpośredni rezultat ich kampanii
oraz lobbingu. Wedle pamiętnych słów ówcześnie żyjącego Lorda Camden, Sprzedawcy " przybyli z
petycją do Parlamentu zapłakani, zrozpaczeni i osamotnieni; przywiedli z sobą swe żony i dzieci, aby
wzbudzić litość i skłonić Parlament do przyznania im prawnych gwarancji ". [4] By uczynić swój
argument łatwiejszym do przyjęcia zaproponowali, iż prawa autorskie pochodzić będą od twórcy jako
forma własności, która może zostać sprzedana komukolwiek - słusznie przewidując, że najczęściej
sprzedawana będzie ona drukarzowi.
Propozycja ta była przebiegłym posunięciem taktycznym, ponieważ jednym z celów Parlamentu
było niedopuszczenie do przywrócenia scentralizowanego monopolu w handlu książkami i związanej z
tym możliwości odnowienia cenzury królewskiej. Benjamin Kaplan, emerytowany profesor prawa
Uniwersytetu w Harvardzie i ceniony znawca prawa autorskiego, opisuje stanowisko Sprzedawców
99266708.005.png
zwięźle :
Sprzedawcy utrzymywali, iż nie mogą wytwarzać delikatnych towarów, zwanych
książkami, zachęcając uczonych mężów do pisania tychże, bez ochrony przed
piractwem... Prawa autorskie w sposób wyraźny wyprowadzane są z pierwotnego źródła
leżącego w fakcie autorstwa, nim jednak nadamy temu większe znaczenie, musimy
zauważyć, że o ile rzemiosło drukarskie nie miało wrócić w ręce mniejszości
jako przedmiot monopolu - jeżeli statut miał rzeczywiście stanowić rodzaj "powszechnego
patentu" - jego projektant (legal draftsman) w naturalny sposób posługiwałby się
pojęciem praw do książek, a tym samym - pierwotnych praw autora. Byłby on w każdym
razie świadom, że prawa zwykle przechodziłyby natychmiast na wydawców na drodze
przekazania, czyli poprzez dostarczenie rękopisów, tak jak w przeszłości... Sądzę, że
bliższe prawdy jest twierdzenie, iż wydawcy dostrzegali taktyczną korzyść w powoływaniu
się na interes twórców na równi z ich własnym i ta taktyka wywarła pewien wpływ na
brzmienie statutu. [5]
Statut Anny, rozpatrywany w historycznym kontekście, stanowi niezbity dowód obciążający prawo
autorskie. Możemy w nim dostrzec całą maszynerię współczesnego prawa autorskiego, wówczas jeszcze
działającą jawnie. Została w nim zawarta koncepcja prawa stanowiącego własność, wymyślonego dla
wydawców, nie dla autorów. Znajduje się tam też pojęcie pożytku publicznego, rozumianego jako
zachęcanie ludzi do pisania książek, choć nie ma żadnego dowodu, że nie pisaliby oni i bez tego prawa.
Argumentem sprzedawców było raczej to, że wydawcy nie mogliby pozwolić sobie na druk książek bez
ochrony przed konkurencją, a ponadto, że drukarze mogliby nie być zobowiązani, by reprodukować
prace rzetelnie, jeśli dałoby się im nieograniczoną wolność drukowania. Przewidywali, że następstwem
będzie upadek zaufania dla dystrybucji, który sprawi, że autorzy będą tworzyli mniej nowych dzieł.
Ich argument nie był nierozsądny, biorąc pod uwagę ówczesną technologię. Zrobienie perfekcyjnej kopii
wydrukowanej pracy wymagało dostępu do oryginalnych matryc. W każdym razie, jeśli chciano mieć
pewność co do wiarygodności kopii, pojedynczy posiadacz praw autorskich musiał mieć pewien
przemyślany system ochrony. Wydawcy byli zatem efektywnie zmuszani do płacenia autorom w zamian
za wyłączne prawo druku (choć także wcześniej sprzedawcy czasami płacili pisarzom, żeby
zagwarantować sobie skończenie i dostarczenie dzieła). Autorzy, którym udało się sprzedać to nowe
prawo drukarzom, nie mieli konkretnego powodu, żeby narzekać, choć oczywiście nie słyszy się wiele o
twórcach, którzy nie byli w ten sposób faworyzowani.
Umocnienie praw autorskich prawdopodobnie przyczyniło się do upadku mecenatu jako źródła
dochodów twórców [6] i nawet pozwoliło niektórym spośród nich, oczywiście mniejszości, utrzymywać
się z zysków z tantiem, które dzielili z nimi ich wydawcy.
Fakt, że prawo autorskie mogło przysługiwać tylko jednej ze stron, w tym czasie pomógł zapobiec
rozbieżnym wersjom dzieł, problemowi, który dokuczył twórcom może nawet bardziej niż plagiaty.
Ogólny zapis tej historii jest jednak jasny: prawo autorskie zostało wymyślone przez dystrybutorów, by
wspomagać ich samych, nie zaś autorów.
Oto tajemnica, o której współczesne lobby praw autorskich nie odważy się mówić głośno, gdy
raz bowiem zostanie wyjawiona, prawdziwy cel kolejnych regulacji prawa autorskiego staje się
kłopotliwie jasny. Statut królowej Anny stanowił zaledwie początek. Przyznając, że prawa autorskie w
ogóle powinny istnieć, angielski rząd znalazł się pod presją coraz dalszego rozszerzania obwarowań
praw autorskich. W długiej epopei prawnej, która ciągnęła się od tamtych czasów, ważna jest nie tyle
szczegółowa kolejność regulacji czy werdyktów, ile identyczność stron skarżących: zawsze były one
typem stabilnego przedsiębiorstwa o ugruntowanej pozycji, zdolnego do podtrzymywania sporu przed
sądem oraz prowadzenia lobbingu przez dziesiątki lat - byli to mianowicie wydawcy, nie twórcy.
Przedstawili oni projekt praw autorskich twórcy ze względu na interes ekonomiczny, gdy tylko stracili
podporę w postaci monopolu opartego na cenzurze. Kiedy stało się jasne, że ich taktyka działa,
99266708.001.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin