White Stephen - Program.doc

(1328 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

STEPHEN WHITE

 

 

 

Program

(Przełożył: Jerzy Kozłowski)


W PRZEDDZIEŃ OSTATKÓW

 

Zapamiętaj sobie. Za każdą cenną rzecz, którą stracę, ty stracisz dwie. Był dobrym celem.

Wysoki, metr dziewięćdziesiąt pięć. Faliste jasne włosy, które w przefiltrowanym lutowym słońcu wydawały się prawie rude. Skóra koloru kości słoniowej. Zielone oczy, które tańczyły w rytm melodii dolatujących ze wszyst­kich knajp hałaśliwej francuskiej dzielnicy. Nawet w porze największego ścisku w najbardziej zatłoczonej części Nowego Orleanu widać było z daleka jego głowę podskakującą nad tłumem. W przeddzień ostatków francuska dzielni­ca pękała w szwach od turystów, a każdy z wypiekami na twarzy czekał na szaloną zabawę, która miała rozkręcać się coraz bardziej, aż poniedziałek przejdzie we wtorek i rozpocznie się ostatni dzień karnawału.

Ten drugi, z bronią, wiedział, że on sam w takim tłumie byłby fatalnym celem. W sportowych butach miał metr siedemdziesiąt dwa. Ciemne włosy były już mocno przerzedzone, ale łysina mu nie przeszkadzała -baseballówka chroniła głowę przed słońcem równie skutecznie, jak,Ray-Bany w stalo­wych oprawkach osłaniały oczy. Wybrał spodnie khaki i bluzę w granatowe pasy. Dzięki temu nie rzucał się w oczy na Bourbon Street, w tłumie podob­nie ubranych mężczyzn.

Zrobiło się ciepło, więc szedł z przewieszoną przez prawą rękę kurtką, która zasłaniała lufę Rugera Mk II z krótkim tłumiłaem. Lewą dłoń wcisnął głęboko do kieszeni spodni. Wiedział, dokąd zmierza wysoki blondyn, więc na razie pozostawał z tyłu w bezpiecznej odległości. Na skrzyżowaniu Bienvile i Royal facet z pistoletem miał zacząć zmniejszać dystans. Za następną przecznicą powinien się zbliżyć na tyle, by wykonać zadanie.

Wcześniej wysoki blondyn wyszedł ze swojego biura niedaleko ratusza. Żona chciała, żeby spotkali się na mieście i razem poszli do restauracji, ale się nie zgodził. Zaplanował już, że po drodze zatrzyma się w sklepie z antykami na Royal Street i kupi dziewiętnastowieczną broszkę z kameą, którą niedawno zachwyciła się żona. Niespodzianka na rocznicę ślubu.

Wizyta w sklepie nie zabrała mu dużo czasu i skręcał z Bienville w Bourbon Street dziesięć minut przed ustaloną godziną spotkania. Z wdziękiem sportowca stawiając duże kroki, omijał rozleniwionych turystów sączących napoje z jednorazowych kubków i wkrótce znalazł się przed wejściem do restauracji Galatoire's. Rozejrzał się po chodniku i ruchliwej ulicy przed lokalem. Żony jeszcze nie było. Nawet nie zaglądał do środka, gdyż Kirsten nie znosiła sie­dzieć sama w restauracji. Miał nadzieję, że nie spóźni się za bardzo - kolejka czekających na stolik w jednej z legendarnych restauracji Nowego Orleanu już się wydłużała.

Mieszkali w Nowym Orleanie od sześciu lat i po raz szósty obchodzili rocznicę w Galatoire's. To on nalegał, żeby wracali tam rok po roku. Ona wolałaby restaurację, w której można zarezerwować stolik. Ale nie dawał za wygraną. To on w rodzinie dbał o tradycję. To on był romantykiem.

Mężczyzna z przewieszoną przez rękę kurtką oglądał wystawę dwa sklepy dalej, obserwując swoją ofiarę w szybie. Nie martwił się, że zostanie zauwa­żony. Nie było powodu, żeby ktoś zwrócił na niego uwagę. Był przeciętnym facetem w średnim wieku, wałęsającym się po Bourbon Street w południe w przeddzień ostatków - dosłownie jednym z tysiąca. Wreszcie poczuł wi­browanie pagera w kieszeni. Wyłączył go dyskretnie i zaczął wypatrywać na ulicy Kirsten. Jego partner zadzwonił na pager z komórki. Był to sygnał, że kobieta się zbliża.

Też byłaby dobrym celem. Tak jak mąż, Kirsten była wysoka. I nie pró­bowała tego maskować. W butach na pięciocentymetrowych obcasach miała ponad metr osiemdziesiąt, a wąska spódnica tylko podkreślała smukłą syl­wetkę. Wcięty w talii żakiet akcentował zarys bioder. Włosy miała jasne jak mąż, choć w słońcu nie przybierały rudego odcienia. Kirsten była złocista od stóp do głów.

Niosła mały, ozdobnie zapakowany prezent - klucz do apartamentu w po­bliskim hotelu Windsor Court i zwój pergaminu ze szczegółową listą wszystkich erotycznych przyjemności, które zamierzała sprawić mężowi od chwili wpro­wadzenia się do hotelowego pokoju wieczorem do świtu następnego dnia. O od­ręczne przepisanie listy poprosiła przyjaciółkę, specjalistkę od kaligrafii.

Mężczyzna z kurtką zauważył Kirsten na ulicy. Tak jak się spodziewał, szła wzdłuż Bourbon Street od strony Canal. Chwilę potem zauważył ją mąż, ale nie zamierzał opuścić miejsca w kolejce przed Galatoire's. Pomachał do niej. Odmachała mu. Jej uśmiech był elektryzujący.

Ten z bronią zbliżał się do wysokiego blondyna. Wyciągnął lewą dłoń z kieszeni i wsunął ją pod kurtkę. Prawą miał teraz wolną. Wepchnął ją do kieszeni spodni w chwili, gdy zauważył swojego partnera, który szedł za ko­bietą.

Zgranie w czasie było wszystkim. Tak mu powiedziano. Nie chodziło tylko o zabójstwo; chodziło też o zgranie w czasie. Zgranie w czasie było wszystkim.

Kiedy Kirsten Lord znalazła się o piętnaście metrów od męża, mężczyzna z kurtką zajął pozycję niecałe dwa metry od niego, za jego lewym barkiem. Kirsten szła dość szybko, omijając turystów, i teraz dzieliło ją od męża jakieś sześć metrów. Promienny uśmiech rozjaśniał jej twarz.

Mężczyzna podniósł lewą rękę, którą zasłaniała kurtka, i wyciągnął ją do przodu. Pod kurtką lufa tłumika była teraz wycelowana pod kątem czterdziestu pięciu stopni w stronę prawego barku.

Kirsten oderwała wzrok od męża tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by zauważyć niskiego mężczyznę z przewieszoną przez rękę kurtką. Spojrzała mu w oczy, gdy jego wzrok przeskakiwał z niej na Roberta i z powrotem. Zobaczyła, jak dziwnie wyciąga rękę, dostrzegła okrucieństwo w jego uśmie­chu i w ułamku sekundy rozpoznała zagrożenie. Jasny uśmiech przeznaczony dla męża zniknął nagle, jakby dostała w twarz. Wypuściła z dłoni ozdobne pudełko z prezentem. Okrzyk przerażenia wyrwał się z jej ust w chwili, gdy mężczyzna w baseballówce machnął ręką i broń z tłumikiem wydostała się spod kurtki.

Celował w głowę Roberta Lorda.

W ulicznym gwarze, który mieszał się z muzyką dolatującą z niezliczo­nych klubów i z żałosnym okrzykiem Kirsten Lord, strzały były ledwo słyszal­ne, nawet dla niej. Pomyślała, że brzmią raczej jak strzały z łuku. Inny świa­dek opisał je potem jako dwa uderzenia w bęben.

Oba pociski z rugera dwudziestki dwójki nie chybiły celu. Pierwszy trafił Roberta tuż pod uchem, drugi wyżej. Nie mogły przebić głowy Roberta Lorda na wylot. Odpryski czaszki nie poleciały na taftowe okno restauracji. Krew i mózg nie zbryzgały ubrań stojących w kolejce miejscowych i turystów. Dwa pociski tłukły się w głowie Roberta Lorda, czyniąc spustoszenie w jego mó­zgu.

Strzał miał być czysty. I był.

Zgranie w czasie miało być idealne. I było.

Kirsten przypadła do boku Roberta w chwili, gdy osuwał się na ziemię. Jedna z dwóch łusek wciąż tańczyła na betonie i w końcu znieruchomiała przy szyi Roberta. Kirsten nie zważała na niebezpieczeństwo, które mogło jej grozić. Nikt w pobliżu chyba nie zdawał sobie sprawy, że właśnie zastrzelono jej męża. Nie przypomina sobie już, co mówiła do ludzi, którzy patrzyli na nią ze zdumieniem i współczuciem.

Gdy zadarła głowę, żeby wyłowić z tłumu zabójcę, stawić mu czoło i przyjął następną kulę, już go nie było. Nie mogła tego wiedzieć, ale wtedy już nie miał mini baseballówki ani okularów. Niepotrzebny już pager leżał w studzience ściekowej. Facet szedł spokojnie wzdłuż Bieiwille w stronę Dauphine. Tam właśnie czekał na niego w samochodzie trzeci członek grupy.

Zespół w barze na rogu całkiem nieźle bluesował i zabójca doszedł do wniosku, że im dłużej przebywa w Nowym Orleanie, tym bardziej mu się tu podoba.

Miał zamordować Roberta Lorda na oczach jego żony, takie było zlecenie. Wiedział, że dobrze się sprawił.

Kobieta widziała zamach. Co do tego nie było wątpliwości.

Zapamiętaj sobie - powiedział, wskazując na mnie palcem zza stolika obro­ny. - Za każdą cenną rzecz, którą stracę, ty stracisz dwie.

Niespełna miesiąc po złożeniu ciała Roberta w ostatniej wolnej kwaterze rodzinnego grobowca Lordów, na cmentarzu Lafayette w Nowym Orleanie, spakowałam rzeczy córki i przeniosłam szczątki naszego życia na północ, do małego miasteczka o nazwie Slaughter, leżącego przy autostradzie numer 19, mniej więcej w połowie drogi między Baton Rouge i granicą stanu Arkansas.

Przeprowadziłyśmy się w środku nocy. Ulegając mojej paranoi, pojecha­łam aż do Picayune w stanie Missisipi, żeby stamtąd zawrócić do Luizjany i popędzić na pomoc do Slaughter. Mój stary szef w Nowym Orleanie, proku­rator okręgowy, wysłał policjanta z Luizjany, żeby jechał za mną aż do Picay­une, a potem z powrotem do Baton Rouge. Na parkingu pod Baton Rouge kupiłam policjantowi kawę i zanim przekonał mnie, że nikt nas nie śledził, zdążył zjeść dwa kawałki ciasta - szarlotkę i cytrynową bezę.

Gdzieś między obrzeżami Baton Rouge a przedmieściami Slaughter prze­stałam się nazywać Kirsten Lord, a zaczęłam Katherine Shaw. Wybrałam to nazwisko na pogrzebie męża. Skąd taki pomysł? W modlitewniku, który leżał przede mną na kościelnej ławie, napisano ołówkiem „Katherine Shaw” - lite­ry były starannie wykaligrafowane dziecięcą ręką. Modliłam się, żeby Kathe­rine Shaw, która wcześniej siedziała w tej samej ławie, śpiewała hymny w tym samym kościele i odmawiała ten sam pacierz, nie miała nic przeciw temu, żebym korzystała z jej nazwiska, tak jak korzystałam z jej świętej książeczki.

Chcąc uatrakcyjnić niespodziewaną przeprowadzkę mojej córce, pozwoli­łam, żeby też zmieniła sobie imię. W jej szkole dużo się ostatnio mówiło o olim­piadzie w Sydney, więc moja córka została Matyldą. Nie przypadło mi do gustu

to imię, ale pocieszałam się myślą, że nie były to igrzyska w Nagano lub Salt Lake City.

Razem z Matyldą przeniosłyśmy się do Slaughter w rytmie walca. Kiedy zgodziłam się zaszyć w tymczasowej -jak sobie wtedy wyobra­żałam - kryjówce w stanie Luizjana, wybrałam Slaughter między innymi dla­tego, że było to takie miasteczko, w którym zauważa się obcych. I ludzie oglądają się za każdym nieznanym wozem. Pomimo świeżej żałoby po Ro­bercie starałam się zaprzyjaźnić z sąsiadami i wkrótce byłam znana jako mat­ka, która co rano odprowadza córkę do szkoły i czeka przed drzwiami szkoły dziesięć minut przed zakończeniem ostatniej lekcji po południu. Uparcie trzy­małam się tego zwyczaju, choć z okna na piętrze wynajmowanego przeze mnie domu miałam całkiem niezły widok na wejście do szkoły. Ale w moim ówczesnym stanie ducha całkiem niezły widok nie wystarczał. Kilka metrów dalej to kilka metrów za daleko.

Ostatni dzień szkoły był wyjątkowo upalny jak na początek czerwca. Ale dzieciaki nie zauważały upału. Perspektywa letnich wakacji upajała je i doda­wała im energii.

Matylda planowała odwiedzić po szkole koleżankę - było to pierwsze zaproszenie towarzyskie, odkąd doszła do klasy tak późno pod koniec roku szkolnego. Gdy dowiedziałam się o jej planach, zaprosiłam na kawę matkę nowej koleżanki i podzieliłam się z nią wyssaną z paka opowieścią, że mój były mąż może podjąć próbę porwania Matyldy. Dałam do zrozumienia, że istnieje spór o prawo do opieki nad córką. Powiedziała, żebym się nie martwi­ła i obiecała dobrze przypilnować dziewczynek. Próbowała wydobyć ode mnie więcej szczegółów o dranstwach eksmęża i z trudem udawało mi się zaspo­koić jej ciekawość, zaczęłam już żałować, że nie wymyśliłam innej historii.

Ośmio-, prawie dziewięcioletnia Matylda wyczuła moje obawy związane z wizytą w domu nowej koleżanki i oznajmiła, że może tam pójść bez mamusi.

- Naprawdę? - udałam zdziwienie, choć spodziewałam się usłyszeć coś w tym stylu od mojej nieco zbyt niezależnej córki.

- Nie będziesz na mnie czekała przed szkołą? Podniosłam rękę jak do przysięgi.

- Obiecuję.

- Mamo, naprawdę obiecujesz? - Jeszcze nie tak dawno tupała nć za każdym razem, kiedy przybierała ten ton.

- Zadzwonisz do mnie, kiedy już będziesz u koleżanki? - zapytałam.

- A muszę?

- Tak, musisz.

- No to zadzwonię.

- Matyldo, obiecujesz?

- Mamo!

Telefon zadzwonił osiemnaście po trzeciej.

- Cześć, mamo - powiedziała Matylda. - Dostałyśmy lemoniadę i ciasteczka, takie j ak robiła babcia. Takie z marmoladą po środku.

Babcia była mojąmatką. Umarła w kwietniu w zeszłym roku. Nie zdążyłam w pełni przeżyć żalu po jej śmierci, kiedy zagłuszył go ból po stracie Roberta.

Tak więc gdy Matylda zajadała się ciasteczkami u koleżanki trzy i pół przecznicy dalej, ja nie mogłam znaleźć sobie miejsca w naszym wynąjętym domu, dopóki nie usłyszałam córki przez telefon. A gdy już usłyszałam słodką; melodię jej głosu, rozsiadłam się na leżaku i wznowiłam moją codzienną popo­łudniową wartę. Jak wyglądała moja warta? Siedziałam na werandzie i wy­patrywałam obcych samochodów prowadzonych przez niskich facetów w spodniach khaki i sportowych kurtkach.

Wypatrywałam wszystkiego, co mogło wydawać się podejrzane. Powie­działam sobie, że moje zadanie przypomina trochę politykę Sądu Najwyższe­go wobec pornografii - nie mogłam określić, czego dokładnie szukam, ale byłam pewna, że tego nie przegapię.

Gdy sączyłam słodką herbatę, a lód pobrzękiwał w wysokiej szklance, słyszałam dźwięk łusek podskakujących na betonie przy głowie mojego męża.

To wspomnienie, nawiasem mówiąc, było drapieżną orką.

Boleśnie odczuwałam odległość dzielącą mnie od córki, jakby można ją było zmierzyć latami świetlnymi, a nie przecznicami małego miasta. Próbo­wałam sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie po stracie jeszcze jednej osoby i doszłam do wniosku, że nie mogłabym tego nazwać życiem.

Dotykałam broszki z kameą przy szyi - ostatniego prezentu od Roberta z okazji naszej rocznicy ślubu - i rozmyślałam o sprawiedliwości. Pojęcie to było odległe i abstrakcyjne, pożyteczne jak dziecięce wróżki lub wielkanocny królik i równie nieuchwytne.

Myślałam o tym wszystkim, gdy na stoliku przy leżaku zadzwonił przenoś­ny telefon.

Powiedziałam „halo” i w jednej chwili zapomniałam o wewnętrznej pust­ce i obserwowaniu ulicy.

- Katherine? - odezwała się matka koleżanki Matyldy. - Mówi Libby Larsen. Powiedz mi jeszcze raz, jak dokładnie wygląda twój były mąż. Zdaje się, że jest tu...

- Co takiego?

- Jedna z tych wielkich furgonetek - dokończyła, rozciągając ostatnią sy­labę, jakby jej agent wynegocjował największe honorarium. - Czarna. Wielka i lśniąca.

- Gdzie?

- Pod magnolią przed domem pani Marter. To...

- Dziewczynki są bezpieczne, Libby? - Robiłam wszystko, żeby do mojego głosu nie wkradła się panika.

- Są przy mnie w salonie, bawią się na podłodze z...

- Zaraz tam będę - powiedziałam i rzuciłam słuchawkę. Zmarnowałam dziesięć kroków, biegnąc po kluczyki wiszące na haczyku w kuchni, ale po chwili doszłam do wniosku, że szybciej będzie pójść na piechotę – nie!, pobiec, a potem znów zmieniłam zdanie i wróciłam po kluczyki, bo samochód mógł mi być potrzebny do ścigania furgonetki.

Drżącymi rękami próbowałam trafić kluczykiem do stacyjki, ale nagłe pomyślałam, żeby pobiec z powrotem do domu po broń. Gdy przypadłam do zamkniętej skrzynki, w której ją trzymałam, zdałam sobie sprawę, że zostawi­łam kluczyki w stacyjce i musiałam znowu wrócić. Marnowałam minuty, kie­dy nie miałam ani sekundy do stracenia.

„Zapamiętaj sobie - powiedział, wskazując na mnie palcem zza stolika obrony. - Za każdą cenną rzecz, którą stracę, ty stracisz dwie”.

Jego słowa zmroziły mnie przez chwilę tego dnia w sądzie, ale zignoro­wałam groźbę. Z pewnością nie była to pierwsza groźba, którą jako prokura­tor usłyszałam z ust zdesperowanego bandyty.

Pomyślałam sobie: nie pierwsza i nie ostatnia.

Ale potem ten bandzior wysłał mężczyznę w spodniach khaki do Nowe­go Orleanu i Robert zginął na moich oczach na chodniku przed Galatoire's.

A teraz pod magnolią pani Marter stała duża czarna furgonetka i byłam pewna, że za kierownicą siedzi niski mężczyzna w spodniach khaki. Nie da­wała mi spokoju myśl, że jest za ciepło na kurtkę.

Przez całą drogę, mijając kolejne przecznice, zastanawiałam się, co teraz przewiesił sobie przez rękę.

Oto delfin:

Zanim zostaliśmy kochankami, czy choćby przyjaciółmi, zanim je zadałam sobie pytanie, czy chcę, żebyśmy zostali kochankami, spędziłam z Robertem pierwszy wspólny weekend w domu wypoczynkowym naszego przyjaciela w górach w Karolinie Pomocnej. Przyjechaliśmy tam oddzielnie i byliśmy dwoma z dziesięciu osób wypoczywających w przestronnym domu. Drugiej nocy naszego pobytu, po wieczornych atrakcjach, takich jak kąpiefc w gorącym źródle na skraju okolicznych lasów, Robert odciągnął mnie od grupy i patrząc na mnie najłagodniejszymi oczami na świecie, powiedział, że nigdy nie widział tak pięknych pleców jak moje.

Naprawdę. Mówił o plecach. Jego pierwszy, płynący z serca komple­ment pod moim adresem dotyczył pleców.

Jeśli tamtej nocy zwracał na mnie uwagę, a przypuszczam, że tak było, miał okazję zobaczyć przez krotką chwilę moje piersi, przyjrzeć się całej długości nóg i przestudiować wtedy jeszcze młodzieńczą linię pośladków. Ale mężczyzna, którego wkrótce miałam poślubić, wolał skupić się na urodzie moich pleców.

Tego typu rzeczy teraz sobie przypominam. Nawet w chwilach, kiedy przechylam się na zakrętach i pędem mijam trzy przecznice, żeby ocalić córkę przed zabójcą.

Nie rozumiem.

To tylko delfin.

Podjeżdżając pod dom koleżanki Matyldy, zbliżałam się do czarnej fur­gonetki -jednej z tych nieprzyzwoicie wielkich furgonetek forda - od przo­du. Z piskiem opon zatrzymałam audi między zaciętym pyskiem czarnego monstrum a frontowymi drzwiami domu, w którym przebywała moja cór­ka. Zaparkowałam po złej stronie ulicy - coś, czego nie robi się w Slaughter.

W ogromnym wozie siedzieli dwaj mężczyźni. Jeden miał na głowie baseballówkę i obaj chowali się za okularami przeciwsłonecznymi. Poza tym nie mogłam określić ich wzrostu ani w co byli ubrani.

Libby Larsen stała na skraju dużego, przystrzyżonego trawnika przed domem, osłaniając oczy jedną ręką. Drugą przytrzymywała na biodrze nie­mowlę. Odwróciłam się do niej i obserwowałam jej usta.

- To on? - pytała.

Wzruszyłam ramionami, podchodząc do niej. Starała się nie ruszać usta­mi, kiedy mówiła:

- Nie oglądaj się, ale wysiadają właśnie z wozu.

Z ledwością zrozumiałam jej słowa, ale wiedziałam, co robić.

- wejdziesz do domu, do dziewczynek, Libby? Masz piwnicę? Udawaj, że to ćwiczenia na wypadek tornado czy coś w tym rodzaju, dobrze? Zabierz je do piwnicy. Jak tylko usłyszysz coś podejrzanego, dzwoń pod 911.

Nie znała mnie na tyle dobrze, żeby rozpoznać skrajną desperację w mo­im głosie, ale posłuchała, jakbym była kaznodzieją, który zna drogę do wiecz­nego zbawienia. Pobiegła znaleźć dziewczynki i ukryć je w piwnicy.

Dwaj mężczyźni, którzy wysiedli z furgonetki, byli dużo niżsi od pojazdu. Obaj szli w moją stronę. Nie spieszyli się. Żaden z nich nie niósł kurtki ani niczego, co mogło zasłaniać bRon z tłumikiem, chociaż ten w baseballówce lewą rękę trzymał za sobą.

Obserwując go, wymacałam palcem spust pistoletu schowanego w przed­niej kieszeni bluzy bez rękawów. Bluza należała do Roberta. Na jego prośbę obcięłam rękawy. Z przodu były wyszyte liter LSU - inicjały jego uczelni.

Mężczyzna, z którego nie spuszczałam wzroku, podniósł prawą, wolną rękę i dotknął nią daszka czapki.

- Witam szanowną panią.

Kiwnęłam głową, starając się nie odwracać uwagi od drugiej reja, którą wciąż chował za plecami.

- Szukamy pani Marter - powiedział, wskazując ruchem głowy w stro­nę magnoliowego drzewa.

- Tak - powiedziałam.

Drugi mężczyzna, ten z gołą głową, powiedział:

- Dzwoniliśmy do drzwi, ale nikt nie otwiera. Odpowiedziałam, nie spuszczając z oczu mężczyzny w baseballówce.

- W takim razie pewnie nie ma jej w domu. Spodziewa się panów?

- Ma się rozumieć. Byliśmy umówieni jakiś czas temu. - Popukał w zegarek.

- Umówieni?

- Chodzi o instalację klimatyzacji. Mieliśmy przedstawić naszą ofertę.

- Przekażę jej, że panowie byli. Mają panowie wizytówkę? Mężczyzna w baseballówce wyciągnął rękę zza pleców tak gwałtownie,

że odruchowo pociągnęłam za pistolet, który zaplątał się w materiał kieszeni. Nie mogłam wyciągnąć tej cholernej spluwy. Minęło zbyt wiele sekund, za­nim moje oczy rozpoznały, że wyciągnięta teraz w moją stronę dłoń trzyma tylko wizytówkę.

Zostawiając zaplątany w kieszeni pistolet, wyciągnęłam rękę, wzięłam od niego wizytówkę i przeczytałam.

- Panowie z Buster's? - zapytałam. Blacharstwo i klimatyzacja. Wy­...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin