Williams Nial - Dotknieci miloscia.doc

(967 KB) Pobierz

Niall Williams

 

Dotknięci miłością

(Four letters of love)

 

Przełożyła Małgorzata Grabowska


Listami zakochani ścieżkę do się przecierają.

Owidiusz Sztuka kochania


Część I


1

 

Kiedy miałem dwanaście lat, Bóg po raz pierwszy przemówił do mojego ojca. Wiele nie powiedział. Kazał ojcu zostać malarzem i na tym skończył, po czym wrócił na tron pośród aniołów i patrzył przez chmury na szare miasto, żeby zobaczyć, co będzie dalej.

W owym czasie ojciec pracował w urzędzie. Był wysoki, szczupły, żylasty, aż kości rysowały mu się pod skórą. Osiwiał, mając dwadzieścia cztery lata, co przydało mu powagi i surowości, te cechy zaś z wiekiem się pogłębiły i nasiliły do tego stopnia, że zwracał na siebie uwagę, kiedy szedł ulicą. Wyglądał jak człowiek nawiedzony, a wrażenie to potęgowały olśniewająco niebieskie oczy i milkliwość. Chociaż nie miałem rodzeństwa, niewiele pamiętam z tego, co do mnie mówił przez pierwsze dwanaście lat mojego życia. Słowa zatarły się, a mnie pozostały głównie obrazki z wczesnego dzieciństwa: oto mglisty listopadowy wieczór, ojciec w szarym garniturze otwierający drzwi po powrocie z biura, teczka plaskająca o podłogę koło stolika z telefonem, skrzypienie schodów i sufitu nad kuchnią, gdy ojciec wkładał sweter przed zejściem na podwieczorek. Stromizna czoła wysuwająca się zza gazety w odpowiedzi na jakieś pytanie. Noworoczne kąpiele w lodowatym morzu w Greystones. Trzymam ręcznik ojca, a on wchodzi do wody, tyczkowaty, kruchy, z żebrami i ramionami jak plątanina wieszaków w pustym pokrowcu na garnitury. Podkurcza palce stóp na kamieniach i napina ręce, jakby niósł niewidzialne torby. Mewy nie uciekają przed nim, gdy stoi nad szaroniebieskim morzem, blady połysk jego nagości mógłby być kolorem wiatru. Mój ojciec jest nikły jak powietrze, wysoka fala, uderzająca w brodzące uda, mogłaby go przełamać jak cienki wafel. Myślę, że morze go zabierze, ale nigdy tak się nie dzieje. Ojciec wyłania się z wody i bierze ręcznik. Stoi przez chwilę, nie wycierając się. Choć jestem zakutany w kurtkę z kapturem, czuję ziębiący ojca wiatr. A on wciąż stoi i rozgląda się po szarej zatoce, jakby zwlekał z ubraniem się i wkroczeniem w Nowy Rok, ani się spodziewając, że przemówi do niego Bóg.

Malował od zawsze. W letnie wieczory, po ścięciu trawy, siadywał w głębi ogrodu ze szkicownikiem i ołówkami, rysował i ścierał linie w gasnącym świetle dnia, a chłopcy z sąsiedztwa grali w piłkę na ulicy. Ja zaś, piegowaty ośmiolatek o słabym wzroku, patrzyłem na to z góry, z okna swojego pokoiku, i wczołgiwałem się pod koc z uczuciem, że ta nieruchoma kanciasta sylwetka w głębi ogrodu ma w sobie coś równie czystego, spokojnego i dobrego jak wieczorna modlitwa. Moja matka zanosiła mu herbatę. Podziwiała wówczas jego talent, a krewni i sąsiedzi nieraz dostawali w prezencie obrazy, chociaż żaden nie ozdobił ścian naszego niedużego domu. Słyszałem, jak ojca chwalono, z chłopięcą dumą zerkałem na małe literki W. C, którymi sygnował w rogu każdy obraz, i jeździłem kolejką po dywanie, w głębi ducha przekonany, że nikt nie ma takiego taty jak ja.

 

Kiedy miałem dwanaście lat, świat się zmienił. Pewnego wieczoru ojciec w szarym garniturze wrócił do domu, wysłuchał opowieści matki o tym, że przez cały dzień czekała na człowieka, który miał zreperować przeciekający nad kuchnią dach, że przyszedłem ze szkoły z rozdartymi na kolanie spodniami i że pani Fitzgerald nie będzie mogła w ten czwartek zagrać w brydża. A on siedział z tym swoim stłamszonym, kanciastym spokojem i słuchał. Czy jego oczy zalśniły jakimś niezwykłym blaskiem? Długo sobie wmawiałem, że tak właśnie było. To nie mogło wyglądać tak zwyczajnie i nieefektownie, jak teraz to widzę – ojciec wypija drugą filiżankę herbaty z mlekiem, zjada kawałek keksu i mówi:

– Bette, będę malował.

W pierwszej chwili, oczywiście, nie zrozumiała. Myślała, że ojciec ma na myśli ten wieczór, więc powiedziała, że świetnie, ona posprząta po podwieczorku, a on niech idzie się przebrać.

– Nie – odparł spokojnym, stanowczym głosem, który zawsze sprawiał, że wypowiadane przez niego słowa wydawały się większe, pełniejsze niż on sam, jakby nadrabiał rozmiarami ich znaczenia swoją fizyczną nikłość, jakby cały był umysłem. – Skończyłem z pracą w biurze oznajmił.

Matka akurat zakładała fartuszek do zmywania. Była drobna i miała bystre brązowe oczy. Znieruchomiała, popatrzyła na ojca, raptem pojmując sens jego słów, jak elektryczna maszyna przemierzyła kuchnię, ścisnęła niechcący za mocno moje ramię i odciągnęła mnie od stołu, żebym poszedł na górę odrabiać lekcje. Wyniosłem jej nagromadzoną furię z kuchni do chłodnego mroku korytarza i poczułem napływ krwi i bólu od sińca wywołanego nadejściem Boga. Wszedłem sześć stopni w górę i usiadłem. Wymacałem dziurę w spodniach na kolanie i ściągnąłem postrzępione brzegi rozdartego sztruksu, jakby mogły się same sczepić. Potem, opierając głowę na zaciśniętych pięściach, wysłuchałem końca swojego dzieciństwa.


2

 

– Zajmę się wyłącznie malowaniem – oświadczył ojciec.

Pełne zdumienia milczenie, cisza po ciosie. Zza drzwi, przycupnięty na schodach, widziałem twarz matki, jej przestraszony skaczący wzrok, nagłe zatrzymanie energicznej krzątaniny, oszołomienie i wreszcie:

– Nie mówisz tego poważnie, Williamie. Nie mówisz tego poważnie, powiedz, że nie...

– Będę sprzedawał obrazy. Już sprzedałem samochód – oznajmił.

Znów milczenie, cisza ładowana jak broń.

– Kiedy? Dlaczego?... Jak możesz?... Nie mówisz tego poważnie.

– Mówię poważnie, Betty.

– Nie wierzę. Jak... ?

Urwała. Może usiadła. Kiedy znów się odezwała napiętym głosem, połykała tłuczone szkło łez.

– Jezu, Williamie. Nikt nie przychodzi, ot tak, do domu i nie mówi, że rzuca pracę. Nie wolno ci, nie możesz tak powiedzieć na poważnie.

Ojciec milczał. Przetrzymywał słowa w wąskiej, szczupłej klatce piersiowej, opuszczając na otwartą dłoń kopułę głowy.

– Nie sądzisz, że i ja powinnam mieć coś do powiedzenia? – usłyszałem podniesiony głos matki. – A co z Nicholasem? Nie możesz...

– Muszę – rzekł z uniesioną głową.

Oświadczenie to spadło na nasze życie jak trup dziecka i otoczyła je chora cisza. Głosem, który ledwie słyszałem – a później wmawiałem sobie, że nie słyszałem, a tylko wyobraziłem sobie w półmroku mojego pokoju po odmówieniu wieczornego pacierza, gdy latarnie złociły brzegi zasłon – dodał:

– Muszę to zrobić. Bóg mi tak nakazał.


3

 

W ciągu najbliższych dni wracałem ze szkoły do domu, który raptownie się przeobrażał. Bóg wprowadził się z dnia na dzień. Meble z salonu wypełniły garaż, zdjęto żaluzje, żeby wpuścić więcej światła, zwinięto dywany, a w kącie zamiast telewizora stanął na betonowych płytach ogromny drewniany stół. Odłączony telefon przez miesiąc poniewierał się na podłodze w hallu przy wejściu. Matka polegiwała w łóżku. Ojciec nie udzielił mi żadnych wyjaśnień, tylko smażył jajka na bekonie, a ja zanosiłem to danie na górę dla matki niczym zakodowaną wiadomość po zwodzonym moście do oblężonego zamku. Przyjechał wóz meblowy i opróżniono garaż. Dzieci sąsiadów zebrały się przed bramą i patrzyły, jak dawne życie opuszcza nasz dom. Nie masz telewizora – wykpił mnie jakiś chłopak. Coughlanowie nie mają telewizora!” Bo go nie chcemy – odkrzyknąłem, podszedłem do dwóch rzuconych na trawę swetrów, udających słupki bramki, stanąłem z wyciągniętymi rękami i mrużyłem oczy przed przelatującą koło mnie piłką.

 

Zbliżało się lato. Matka wstała z łóżka, a ojciec wyruszył na pierwszą z wielu wiosenno-letnich wypraw, znikając w nienamalowanym płótnie panującej pory roku i pozostawiając matkę i mnie w barwnym, z lekka rozkładającym się bałaganie, który był naszym domem cztery tygodnie po nadejściu Boga.

– Twój ojciec, malarz, opuścił nas – mówiła do mnie matka i dodawała z gorzką ironią: – Bóg jeden wie, kiedy wróci. – Albo: – Twój ojciec, malarz, nie wierzy w rachunki do zapłacenia – kiedy przyszedłem od dentysty i niewyraźnie mamrocząc dałem jej małą brązową kopertę.

Przez tydzień uporządkowaliśmy dom. W małym pokoju koło hallu zachował się dywan i krzesła i tam właśnie wieczorami, kiedy położyłem się spać, przesiadywała samotnie matka, patrząc na światła w domach sąsiadów i zastanawiając się, co będzie z rachunkami, gdy skończą się pieniądze za meble. Po drugiej stronie hallu był teraz pokój ojca. Przez ten pierwszy miesiąc ani razu tam nie wszedłem. Tylko gdy uchylał na chwilę drzwi, wypatrzyłem rolki płótna, blejtramy, stos częściowo wyciśniętych tubek z ciemnymi farbami olejnymi i zużyte tubki, poskręcane jak zdychające ślimaki, na gołej podłodze pod stołem. Leżąc na łóżku w letnią nigdy nie ciemniejącą noc, wędrowałem myślami do tego pokoju i przez pierwsze dwa miesiące nieobecności mojego ojca, malarza, wyobrażałem sobie, że tam jest, pracuje bez wytchnienia i wcale nas nie opuścił.

Z nadejściem wakacji szkolne świadectwo wykazało, jak bardzo opuściłem się w nauce. Nie zaliczyłem nic oprócz angielskiego, a na angielskim, jak stwierdzono, miałem zbyt wybujałą wyobraźnię. Napisałem wypracowanie pod tytułem Słoń w naszym domu.

Któregoś sobotniego ranka matka, siedząca naprzeciw mnie przy kuchennym stole, wyszeptała gorączkowo, że teraz ja jestem małym panem domu. Musiałem przyłożyć się do nauki w szkole, dostać dobrą pracę i zacząć zarabiać. Miałem dwanaście lat i siedem miesięcy i patrzyłem, jak jej ładną okrągłą twarz wykrzywia ogromna troska i niepokój, których sprawcą był Bóg. Cały urok mojej matki, wesołość orzechowych oczu i prędki śmiech otaczający moje dzieciństwo zniknęły tego lata. Raptem stała się zmęczoną kobietą jak wysłużona maszyna. Kiedy jedna z jej rąk wyzwoliła się z kurczowego uścisku, ulatywała ku twarzy, pocierała policzek i przeskakiwała na cienką kreskę ust. Nasi sąsiedzi nie dzwonili ani nie przychodzili. Przez pewien czas nasz dom był wyspą przy ulicy, miejscem, z którego William Coughlan wyruszył, by malować. Wysłany do sklepiku, docierałem tam umyślnie tuż przed zamknięciem, gdy już opustoszał, a pani Heffernan, cierpiąca na zadyszkę sklepikarka o obfitym biuście, spoglądała na mnie znad półokrągłych okularów i dodawała darmową paczuszkę galaretek w cukrze do puszki fasoli lub zupy, o którą prosiła matka. Weź, kochanie – mówiła przez perfumowe opary – i sam wszystko zjedz.

Nie minął miesiąc, a ja nauczyłem się, żeby na zakręcie przed sklepikiem zmierzwić włosy, wyciągnąć koszulę ze spodni i wetrzeć sobie trochę kurzu w szyję i wokół ust. Działało to niezawodnie: pani Heffernan, cmokając i głośno wzdychając, wychodziła zza lady, unosiła do ust rąbek fartucha, czyściła mnie i dawała torbę jabłek i pomarańczy, żebym sobie podjadł na zdrowie.

Tego pierwszego lata nie byliśmy pewni, czy ojciec kiedykolwiek do nas wróci. Matka, oczywiście, zapewniała mnie, że tak, że znów będziemy szczęśliwi i ojciec bardzo się ucieszy, gdy się dowie, że przez całe wakacje czytałem podręczniki i tak zmądrzałem. Im częściej to powtarzała, tym gorliwiej czytałem, odłożyłem rękawice bramkarza na komodę koło okna i pochłaniałem książki, daremnie szukając w nich chłopca, który miał ojca malarza.

Dni były złote tego słynnego irlandzkiego lata. Sprzedaliśmy kosiarkę i w naszym ogrodzie wyrosła dzika łąka usiana stokrotkami. Trawa wybujała po pas. Czasami wieczorem kładłem się w niej, chowałem i czując wokół łagodne kołysanie morza roślinności, patrzyłem, jak błękit nieba ciemnieje i wypuszcza na wolność gwiazdy. Nie zamykając oczu, myślałem o ojcu, który gdzieś, hen, malował osłaniający mnie kaptur nocy.


4

 

Do połowy sierpnia dostaliśmy dwie widokówki. Jedną z Leenane w hrabstwie Mayo, drugą z Glencolumbkille w Donegal. W obu ojciec pisał, że dobrze się miewa, dużo maluje. W obu zapowiadał rychły powrót do domu. Widokówki, odwrócone tekstem na wierzch, stanęły na parapecie koło kuchennego stołu i każdego ranka przed pójściem do szkoły odczytywałem je po kilka razy, popijając z kubka herbatę z wydzielonym dodatkiem mleka i dotykając z lekkim niepokojem szarej łaty na spodniach.

A potem, w dżdżysty wrześniowy pierwszy dzień szkoły, zszedłem na dół i usłyszałem łomot i stukanie dobiegające z pokoju ojca. Wrócił w nocy – chuda postać w kapeluszu, z małą torbą, podchodząca pod górę ścieżką, żeby zapukać do drzwi własnego domu. Matka wzięła go pewnie za złodzieja lub żebraka. Usłyszała pukanie, ale nie wstała z łóżka, myśląc na wpół przytomnie, że przyśniły jej się te z dawna oczekiwane odgłosy, które ją zbudziły. Kiedy dostał się do domu od tyłu i usłyszała jego kroki w kuchni, a potem w korytarzu, wiedziała, że to on. Zostawił torbę przy schodach i wszedł na górę. Zajrzał do mnie – tak myślę i wyobrażam sobie, jak wyciąga rękę w ciemności i długimi, chłodnymi palcami gładzi mnie po głowie. Potem wycofał się z mrocznego pokoju na mroczny podest i otworzył drzwi sypialni. W mokrym płaszczu i kapeluszu, w wysokich butach, które przywiodły go z zachodu, stanął w progu i spojrzał na moją matkę. Spodziewał się wyrzutów, złorzeczenia, jakiegoś okazania nieprzychylności. Matka podparła się na łokciu, żeby na niego popatrzeć – w nocnej, koszuli była plamą księżycowej bieli na łóżku. Odczekała chwilę, aby upewnić się, że nie śni, a potem powiedziała Dzięki Bogu i wyciągnęła ręce do nadchodzącego ojca.

Ja wówczas o tym wszystkim, oczywiście, nie wiedziałem. Tego dżdżystego ranka, kiedy dobiegły mnie hałasy z pokoju ojca, pomyślałem ze strachem, że sprzedajemy jego rzeczy. Uchyliłem drzwi, zajrzałem, a on przybijał listwy do wielkiego blejtramu. Nie zobaczył mnie ani nie usłyszał. Otworzyłem usta, żeby zawołać do niego, ale straciłem głos. Stojąc w drzwiach z rozdziawionymi ustami, przyglądałem się, jak pochylony w skupieniu nad robotą wali w drewno, podobny w tym zapamiętaniu do znieruchomiałej postaci na obrazie, niepomnej na cały świat. Cofnąłem się i zamknąłem drzwi. Poszedłem do kuchni i w milczeniu zrobiłem sobie śniadanie, czując kłębiące się we mnie przerażenie i radość. Gdy chciałem zabrać się do jedzenia, uczucia te rzuciły się do gardła i zatkały mnie, aż nabrzmiała mi twarz. Płynął we mnie strumień niewypowiedzianych słów. Czy naprawdę wrócił? Czy znów miał zapanować w naszym życiu pokój i porządek? A może ojciec nie zbijał blejtramu, tylko go rozwalał? Czy skończył z malowaniem? Czy Bóg znów do niego przemówił?

Odruchowo przeczytałem widokówki na parapecie, jak robiłem to od tygodni, i w chwilę potem poczułem na ramieniu rękę ojca.

– Tato – powiedziałem i obracając się, poczułem, jak pęka nadmuchany przez emocje balon łez. Przytuliłem się do pachnącej terpentyną szczupłej piersi ojca i płakałem, a on po chwili poklepał mnie po plecach i przytrzymał przed sobą. Oglądał mnie od stóp do głów, a ja, ocierając łzy strzępiącym się rękawem szarego swetra, miałem nadzieję, że dostrzeże promieniejącą ze mnie wakacyjną naukę. Miałem nadzieję, że dostrzeże, jaki ze mnie mały mężczyzna i głowa domu, jak sprytnie naciągałem panią Heffernan na słodycze i owoce i cały czas wiedziałem, że on do nas wróci.

Trzymając mnie na odległość wyciągniętych rąk, wodził po mnie plamkami niebieskich oczu nieskończenie długo. Włosy mu odrosły i w porannym świetle wydawały się białe, a nie szare. Nawet brwi mu zjaśniały. Zrobił się taki blado-przejrzysty, a gdy się w niego wpatrywałem, zdawał się znikać, jakby był utkany ze światła, jakby nie był człowiekiem, a kimś – jak to sobie wyobrażałem – podobnym do Boga.

– Nie musisz w tym tygodniu chodzić do szkoły – oznajmił. – Co ty na to? Odpowiada?

Pewnie, że odpowiadało. Cudownie. Matka zeszła z góry w zielonej sukience, której nigdy przedtem nie widziałem. Posłała mnie po ziemniaki i marchew, a ja przyniosłem jeszcze rzepę.

Ojciec wysłał namalowane tego lata obrazy pociągiem do Dublina i tego samego dnia zabrał mnie ze sobą na stację, żeby je odebrać. To pierwsza prawdziwa podróż do miasta, jaką pamiętam. Siedziałem na górze piętrowego autobusu, na samym przodzie, cienkie gałęzie sykomor i kasztanowców ocierały się o okno, a kiedy nas minęły, oswobodzone liście opadały na uliczki między domami. Położyłem ręce na kolanach, zapominając o łacie, i zerkałem na nieruchomego, milczącego ojca. Nie wyglądał na uszczęśliwionego tym, że do nas wrócił. Patrząc na niego – na ten chudy, ogołocony bezruch – odniosłem wrażenie, że uczucia ojca odrywają się od niego i wirują miękko i bezszelestnie jak małe niewidzialne liście, opadające spiralnie w półmroku jesiennego popołudnia. Jego uczucia były niewidoczne, ale kiedy odchodził, można było zobaczyć je wszędzie w pozostawionych przez niego śladach. Mogę więc powiedzieć, że w tamtej chwili nienawidził miasta. W głębi duszy nie mógł się pogodzić z tym, że urodził się w mieście, chodził tam codziennie do biura i stracił tyle dni pełnych światła.

Od ojca właśnie, w czasie podróży autobusem, przejąłem gniew na miasto. Cóż to za bezlistne, szare szkaradzieństwo, ogromna, zmienna, betonowa łamigłówka, zabałaganiona kreskami śpieszących się ludzi w brązowych płaszczach i ze spoconymi twarzami. Chciałem chwycić ojca za rękę, kiedy wysiadaliśmy z autobusu, ale zamiast tego wepchnąłem zimne zaciśnięte ręce do kieszeni budrysówki i starałem się stawiać takie same długie zdecydowane kroki. Ojciec nie golił się od tygodnia, miał posrebrzone zarostem policzki, a spod rozwiewanych przez lekki wiatr białych kosmyków przezierała różowa skóra głowy. Idąc ulicami bez kapelusza, ściągał na siebie spojrzenia przechodniów na, , nabrzeżach, jakby dziwny wygląd, włosy prawie do ramion, i błękitne kamyki oczu pasowały go na jakąś znakomitość. Wydaje mi się, że w drodze na stację nie zwracał na nic uwagi, ani na płaczące na ręku matki dziecko z lepką buzią, ani na tłuste plamy, które namalował nam na spodniach nadjeżdżający autobus. Wyobrażałem sobie, że tak jak ja i pozostała w domu matka, maluje w myślach obrazy. Może znalazł się z powrotem w otwartej przestrzeni, pośród brązów, zieleni i fioletów, stał w tych samych miejscach, gdzie próbował dzień po dniu uchwycić i przenieść na płótno wielobarwne światło.

Weszliśmy pod łukowate sklepienie pełnego przeciągów dworca i serce skoczyło mi z radości na widok pociągów. Przy barierce przed lokomotywą ojciec powiedział, że mogę postać i popatrzeć, a on pójdzie dowiedzieć się o swoje pakunki.

Powolne przyjazdy ciężkich pociągów, mundury, głośne, zniekształcone zapowiedzi, nazwy miejscowości leżących hen, daleko, za długimi peronami.

– Załatwione.

Tylne siedzenie i bagażnik taksówki załadowano już zawiniętymi w papier pakowy obrazami. Wtłoczyliśmy się na przednie siedzenie obok kierowcy. Usiadłem na kościstych kolanach ojca, a on pochylił się, starł z przedniej szyby zamróz naszego podekscytowania, robiąc małe, okrągłe, nieco zamazane okienko, przez które widzieliśmy pokonywane w pędzie ulice. Przepełniała mnie duma; wiezione do domu obrazy miały zadośćuczynić smutkowi minionego lata. Spodziewałem się, że matka spojrzy, klaśnie w ręce i uniesie dłonie do ust. Obrazy w ciągu tygodnia zostaną sprzedane, będziemy mieli dywan w hallu i czerwony samochód w garażu. Buzowało we mnie szczęście, a taksówka tymczasem wjechała w cichą serpentynę uliczek z domami bliźniakami, skąd wszyscy mężczyźni wyszli do pracy, a dzieci do szkoły.


5

 

Nasza rodzina nie była, w zwykłym rozumieniu tego słowa, religijna. Do czasu, gdy skończyłem dziesięć lat, ojciec i matka chodzili ze mną w niedzielę rano do kościoła. Siedzieliśmy w gładkich, cedrowych ławkach razem z naszymi sąsiadami i we właściwych momentach mszy wstawaliśmy, klękaliśmy i siadaliśmy. Czasami, gdy kazanie było zbyt nudne lub ksiądz przesadnie szafował inwektywami, ojciec zaczynał głośno i głęboko oddychać, żeby nic nie słyszeć, ale przez to siedzący koło nas myśleli, że śpi z otwartymi oczami. Wcale nie spał; słyszałem, jak tłumaczy matce, że tylko hamuje wściekłość. A zresztą oddychanie, mówił, to najczystsza forma modlitwy.

– Bóg, Nicholasie, nie mieszka w podmiejskich kościołach z czerwonej cegły – powiedział kiedyś do mnie.

Było letnie popołudnie. Wybraliśmy się na spacer, a matka ucięła sobie drzemkę. Poszliśmy ulubioną trasą ojca, stromo pod górę, uliczkami prowadzącymi za miasto. Kiedy wydostaliśmy się z zabudowań – pierścieni, pętli i labiryntów nowych domów – zmieniło się powietrze. Ojciec wyprostował się i w oczach urósł, spotężniał, stał się dobrodusznym olbrzymem, cicho kroczącym obok zwisających czerwonych kwiatów dzikiej fuksji i żółtych wiciokrzewów. Służyła mu szeroka połać nieba, wydłużał krok w słońcu. Urwał z żywopłotu lepki liść wawrzynu i miął go w palcach jak okruch wspomnienia. Wiedziałem, że jest szczęśliwy. A kiedy powiedział te słowa o Bogu i kościołach, prowadząc mnie za słoneczny róg żywopłotu gęstego od ptasich świergotów, uwierzyłem mu bez wahania.

W jakiś czas potem przestaliśmy chodzić do kościoła. A jeszcze trochę później, jak mi się zdaje, Bóg zamieszkał w naszym domu. Nieczęsto mówiło się o Nim i nikt nie zwracał się do Niego wprost. A jednak wiedzieliśmy, że jest. Wyczuwaliśmy nie świętość, nie cel modlitw, ale swoistą obecność. Jak centralne ogrzewanie, powiedziała matka. Kiedy ojciec wyjechał, On został.

Siedząc w taksówce z opakowanymi w papier obrazami na tylnym siedzeniu, byłem przekonany, że wieziemy do domu dowód na istnienie Boga.

Kiedy przyjechaliśmy, matka była na górze, cała w nerwach. W sytuacji krytycznej reagowała na dwa sposoby: kładła się do łóżka albo mobilizowała siły do bezmyślnych, machinalnych, pośpiesznych porządków, czyszczenia, zamiatania i odkurzania. Tym razem przecierała okno w sypialni, nawet przez nie nie patrząc, nie widząc parady brązowych kwadratów i prostokątów, sunących od taksówki do pokoju obok hallu. Była pewna, że od tych delikatnych, kolorowych dzieł sztuki zależy przyszłość naszej rodziny, że pod brązowym papierem pakowym są obrazy, które od ostatniej nocy mąciły i wzburzały morze jej bezsennego umysłu. Niewidoczne, były źródłem udręki, a mimo to w momencie kiedy mogła zbiec na dół, otworzyć nam drzwi, zedrzeć opakowanie, cofnąć się i poddać napływającej fali spokoju, nie ośmieliła się tego zrobić. Zapamiętale przecierała i tak już czyste okno.

Po opłaceniu taksówkarza, gdy wciąż zakryte obrazy opierały się o ściany pustego pokoju jak przechylone nagrobki, ojciec przez chwilę stał i patrzył na nie ze zwieszonymi długimi rękoma. Była za dziesięć trzecia. Czekając na polecenia, przyglądałem się ojcu w słabym świetle i wdychałem zapach pociągów i farb olejnych. Za plecami miał okno. Niesforne kosmyki włosów jaśniały wokół jego głowy jak aureola. Pomyślałem, że może czeka na matkę.

– Mam pójść po mamę?

Drgnął i wówczas zdałem sobie sprawę, w jakim trwał bezruchu.

– Nie – rzekł – przydasz mi się. Składaj papier, który będę ci podawał, dobrze?

Przyklękał przed obrazem, długimi kościstymi palcami rozpakowywał go powoli i tak odsłaniał jeden po drugim, obchodząc pokój. Słyszałem, jak matka zeszła na dół i zaczęła energicznie zamiatać hall. Podążając krok w krok za ojcem, w milczeniu składałem płachty brązowego papieru. Bałem się odezwać; zerkałem kątem oka. Gdy odsłoniliśmy ostatni obraz, ojciec wziął krzesło i postawił je pośrodku. Usiadł, założył ręce i oddychając głęboko, oddalił się w mgłę milczenia. Wyszedłem z pokoju i zamknąłem za sobą drzwi.

Matka wciąż zamiatała hall. Z braku śmieci i pyłu, które dałyby się zgarnąć na kupkę, zamaszyście szurała szczotką w tę i nazad, w tę i nazad, odsuwając od siebie moment, kiedy będzie musiała wejść do pokoju i obejrzeć obrazy. Nawet na mnie nie spojrzała, gdy wyszedłem, tylko zamiatała i minęła mnie ze wzrokiem wbitym w podłogę, jakby spodziewała się ciosu w głowę.

Poszedłem na górę do swojego pokoju. Przysiadłem na łóżku i dopuściłem do siebie przygniatające wrażenia. Obrazy ojca nie przedstawiały tego, czego się spodziewaliśmy: widoków na pola, góry i morski brzeg. Ani krów na zielonych pastwiskach, ani szarych szczytów wjeżdżających w chmury nad Connemara. Na trzydziestu płótnach otaczających milczącego na krześle ojca moje dwunastoletnie oczy zobaczyły mieszaninę kolorów, dziki, dziwaczny szał bezkształtnych pociągnięć pędzlem, wykonanych z taką siłą, tak nieoczekiwanych i pełnych energii, że właściwie to nie były obrazy. Czy naprawdę on je namalował? Spojrzałem i odwróciłem oczy, nie chcąc patrzeć na tak jawnie zademonstrowaną zapowiedź szaleństwa, które – jak się obawiałem – miało nas teraz ogarnąć. Po pierwszym wstrząsie umyślnie unikałem wzrokiem obrazów, powtarzając sobie w duchu, że nic nie rozumiem, że w gruncie rzeczy są wspaniałe; i w skupieniu, równiusieńko składałem brązowy papier, znajdując pocieszenie w schludności. Szare i brązowe smugi, zderzające się krechy wściekłych fioletów i czerni wciąż wpadały mi w oko, więc się gapiłem. To były brutalne kompozycje, u góry czarne, ochlapane, zakapane brązem, wypunktowane błękitem i fioletem, przemyte falą bieli. Na innych, w tonacji zielono-czerwonej, szerokie łuki koloru spływały poza brzeg płótna, wszędzie szalała żółtość i znów czerń. Tyle czerni i brązu. To były malunki obłąkanego dziecka; nie mogłem niczego dojrzeć w pełnym furii splocie barwnych krzywizn i po chwili przestałem patrzeć. Kiedy stamtąd wyszedłem i udałem się na górę, wmówiłem sobie, że to jakiś kaprys światła nie pozwolił mi dojrzeć tego co trzeba. Usiadłem na łóżku i uczepiłem się resztek wiary, jaką miałem, wracając z dworca. Mój ojciec był geniuszem. Wielkim malarzem. Będziemy szczęśliwi, bogaci i sławni.

Wreszcie matka opanowała się, wkroczyła do pokoju, w którym ojciec nie ruszył się z krzesła, i pchając przed sobą. szczotkę do zamiatania, pokonała pół drogi do przeciwległej ściany, nim się zatrzymała. Miała na sobie żółty fartuch. Popołudniowe światło szybko przygasało i obrazy rozstawione wokół pokoju nabrały posępności gasnącego dnia. Stanęła, jakby chciała, żeby kurz osiadł przed szczotką, i zaryzykowała spojrzenie, na które czekała przez całe lato. Jej małe brązowe oczy przefrunęły po obrazach jak ptak, nigdzie się nie zatrzymując, sunąc szybko od jednego do drugiego i do następnego. Nie ruszając się z miejsca, obleciała cały pokój. W ogromnej, naładowanej ciszy poczuła, że się załamuje, upada i zostaje z niej tylko mała kupka pyłu. Ścisnęła kij szczotki do zamiatania, złapała oddech i poruszyła nogami. Bez słowa, bez żadnego znaku odwróciła się i wymiotła siebie z pokoju.

Ojciec, patrzący na nią z tronu absolutnego bezruchu i milczenia, nie zrobił żadnego gestu ani nie podjął próby wyjaśnienia. Siedział nieruchomo, pochylony lekko do przodu, z dłońmi wciśniętymi między stulone kolana, przygarbiony, z łokciami sterczącymi jak skrzydła. Poruszały się tylko jego oczy, tylko oczy mówiły jej, że wszystko będzie dobrze.


6

 

Isabel urodziła się na wyspie na zachodzie.

Kiedy później o tym myślałem, dodając wyrywkowe opowieści Isabel do moich wyobrażeń, jej dzieciństwo jawiło mi się jako delikatny materiał utkany z morskiego światła i piasku, postrzępiony i przybrany wstążkami piękna i smutku. Otaczały ją krajobrazy, które w mojej chłopięcej wyobraźni malował ojciec, wielkie przestworza nieba, pola z kamiennymi murkami, zatrzymującymi swawolną letnią bryzę, nieustannie wyczuwalna obecność wyciszonego lub wzburzonego morza. Isabel biegała, skakała i ścigała się na białym zakolu piasku swojego wschodniego brzegu, a gdy uniosła głowę, widziała spiętrzoną szarą krawędź Irlandii i zastanawiała się, co ją czeka.

Wyspa była mała i cicha, bez samochodów. Wczesnym rankiem od prymitywnego pomostu odbijały łodzie rybackie; sunąc po mlaskających wodach, okrążały wysepkę i wypływały na morze samotności i deszczu, aż znikały na zachodzie, zbliżając się ku niewidocznej za horyzontem Ameryce, i tam, na rozkołysanych falach, chwytały w sieci ryby, a potem przywoziły je do domu.

Czasami po szkole Isabel przemierzała wyspę razem z bratem. Ojciec był nauczycielem i porządkował klasę albo wstępował do Comana na dwie szklaneczki irlandzkiej whiskey, a oni wtedy przerzucali tornistry przez wyrwę w murku i wyprawiali się na wzgórze za wioską. Isabel miała jedenaście lat, a brat dziesięć. Schodzili plątaniną kamienistych ścieżek, które trudno byłoby pokonać rowerem, przez szare wapienne rumowisko nad spienione u zachodniego brzegu morze. Docierali na skraj wyspy, ostry występ skalny nad przepaścią. W dole lśniły czarne skały, zatapiane przez kłębiące się wody przypływu. Linia brzegu, o który rozbijały się fale, to pojawiała się, to znikała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tam mieli swoje ulubione miejsce zabaw, małą nadmorską galerię kamiennych schodków i wielopoziomowych platform. Tam byli królem i królową. W majestatycznej ciszy i pięknie krańca ziemi wyobrażali sobie, że rządzą baśniowym królestwem skrzypków i poetów. Mężczyznami podobnymi do ojca, kobietami podobnymi do matki. Mówili po irlandzku i w wypowiadanych w zabawie frazach ożywał mały gaelicki świat. Przydzielali sobie mnóstwo ról, odgrywając to kapitana, to barda, to znów kowala albo piekarza. Isabel tańczyła na wysokiej płaskiej skale przy akompaniamencie niewidzialnych skrzypek Seana. Wydawali polecania i sami je wykonywali. Czasami, we wczesnowiosenne popołudnia, gdy zdawało się, że znad morza biegnie ku nim w podskokach nowe życie, udawali najeźdźcę i obrońcę wys...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin