BARBARA CARTLAND
PRINCESSA
ROZDZIAŁ 1
Rok 1869
Księżniczka Viktorina Jasmine Eugenija szła korytarzem, nucąc jakąś melodię. Wybierała się właśnie na lekcję muzyki i jak nazywała to jej rodzina - marzyła na jawie. W tej chwili galopowała przez bezkresny step na wspaniałym rumaku, uciekając przed księciem cygańskim, który zamierzał ją uprowadzić w góry. Tego rodzaju historie Tora - bo tak ją nazywano od czasu, gdy jako mała dziewczynka w ten sposób wymawiała swoje imię - lubiła najbardziej i starała się je wyrazić w muzyce, którą komponowała kiedy była sama.
Przy saloniku, gdzie zazwyczaj odbywały się lekcje, podszedł do niej lokaj w liberii w kolorach jej ojca, wielkiego księcia, i powiedział:
- Przepraszam najmocniej, ale Wasza Wysokość jest natychmiast proszona do Jego Książęcej Mości.
Księżniczka, brutalnie wyrwana z marzeń, spojrzała na lokaja nieprzytomnymi oczami i zapytała:
Powiedziałeś „natychmiast”, Jovanie?
- Tak, Wasza Wysokość.
Na twarzy Tory pojawił się grymas niezadowolenia. Nie mogła sobie wyobrazić, cóż takiego może chcieć jej ojciec, co nie mogłoby poczekać do końca lekcji? Jedyną bowiem rzeczą, która sprawiała jej najwięcej radości, były lekcje muzyki z profesorem Lazarem Srejovicem, bez wątpienia najlepszym muzykiem w całym księstwie Radoslav. Profesor był już człowiekiem starszym, ale w czasach swojej młodości święcił triumfy we wszystkich stolicach europejskich, a także w księstwach i państewkach Półwyspu Bałkańskiego.
Księżniczka była bardzo muzykalna i dlatego lekcje z profesorem sprawiały jej niezwykłą przyjemność. I chociaż w wieku osiemnastu lat zakończyła już edukację, a jej nauczyciele zostali odprawieni, nie zamierzała pozwolić rodzicom na zwolnienie profesora Srejovica.
Od rana oczekiwała z niecierpliwością na spotkanie z nim, aby porozmawiać o nowej muzyce, która dotarła do pałacu a była grana w Paryżu przez Offenbacha. Musiała jednak być posłuszna ojcu i dlatego wróciła do centralnej części pałacu, w której znajdowały się bardziej reprezentacyjne pokoje i salony. Przypuszczała, że zastanie ojca w jego, jak to określał, sanktuarium, czyli olbrzymim pokoju, o ścianach zbyt gęsto obwieszonych różnymi obrazami, które, według Tory, należało usunąć już wiele lat temu. Cały pałac był dokładnie w takim stanie, w jakim go książę odziedziczył po swoim ojcu i od tamtego czasu niewiele się tu zmieniło.
- Powinniśmy iść z duchem czasu - powiedziała raz Tora matce.
Ale księżna odparła:
- Przecież wiesz, jak twój ojciec nie lubi zmian, więc nie ma nawet sensu mu tego proponować, gdyż to go tylko zdenerwuje.
Była to prawda, ponieważ książę często wpadał w złość, jeśli miał zrobić coś, co nie było po jego myśli, a na pewno dotyczyło to wszelkich zmian, których nie cierpiał. Był przystojnym mężczyzną i w młodości wiele serc kobiecych biło mocniej na widok jego czarującego uśmiechu. Teraz natomiast osiedlił się w norze, jak twierdziła Tora, i za żadne skarby świata nie chciał słyszeć o jakichkolwiek innowacjach. Jedyną rzeczą, którą nadal doceniał, były piękne kobiety. I kiedy teraz jego córka weszła do pokoju, z satysfakcją pomyślał, że jest nie tylko niezwykle piękna, ale i pełna gracji, niczym baleriny, które znał w przeszłości.
- Chciałeś mnie widzieć, papo? - spytała Tora melodyjnym głosem, zatrzymując się przy fotelu ojca.
- Tak, Viktorino, chciałem z tobą pomówić - odpowiedział oficjalnie wielki książę.
Tora bardzo zdziwiła się, słysząc, jak ojciec zwraca się do niej po imieniu, którego używał zazwyczaj podczas rządowych uroczystości lub w sprawach wielkiej wagi.
- Co się stało, papo? - dopytywała się - Bardzo spieszę się na lekcję muzyki.
- Twoja lekcja może zaczekać - odparł książę. - To, co ci teraz powiem dotyczy twojej przyszłości.
Jego głos brzmiał bardzo poważnie i dlatego Tora znieruchomiała, patrząc na ojca szeroko otwartymi oczami. Księstwo Radoslav leżało pomiędzy Serbią, Rumunią i Węgrami, nikogo więc nie dziwiło, że kobiety pochodzące z tego małego państewka są niezwykle piękne, gdyż przemieszanie różnych narodowości doprowadziło do powstania rasy całkiem odrębnej i wyjątkowej w całej Europie. Włosy Tory miały rudawy odcień, co było charakterystyczne dla Węgierek, jej oczy skrywały piękno i tajemniczość Rumunek, a karnacja i wdzięk były typowe dla mieszkanek Serbii. Łączyła się z tym jeszcze wrażliwość i pewien mistycyzm będący częścią niezwykłej osobowości Tory, która charakter odziedziczyła w równej mierze po ojcu, człowieku stanowczym i trzeźwo patrzącym na świat, jak i po matce pochodzącej z Bośni, ale mającej w sobie krew rosyjską.
Tora czekając na to, co powie ojciec, miała wrażenie, że stało się coś niespodziewanego, co nie będzie jej się podobało. Zaczęła się bać, a strach ten zaczął się pogłębiać, kiedy zauważyła, że ojciec podczas rozmowy nie patrzy jej w oczy.
- Właśnie rozmawiałem z naszym ministrem w Salonie - zaczął - i przekazał mi wiadomości, które uważam za niezwykle pomyślne.
- Co to takiego, papo?
- Król Radul dał mu do zrozumienia, że chciałby się z tobą ożenić! odparł książę po chwili przerwy.
- Król Radul? - powtórzyła szybko Tora. - Na pewno masz na myśli jego syna?
- Nic podobnego! - odparł ostro ojciec - Książę Vulkan jest nieudacznikiem i nie utrzymuje kontaktów ze swym ojcem. Opuścił Salonę wiele lat temu i nigdy nie wrócił.
Zapadła cisza, którą przerwała Tora:
- Powiedziałeś, że… król chce się ze mną… ożenić.
- Jego Królewska Mość przedstawił taką propozycję, a to przecież byłoby bardzo korzystne dla naszego kraju. Chyba nie muszę ci tłumaczyć że Salona jest dużo większa od naszego państwa i mogłaby nam pomóc ekonomicznie a poza tym bez protekcji wielkiego kraju moglibyśmy zostać wchłonięci przez Cesarstwo Austriackie.
Ponieważ Austria była tematem, na który książę mógł dyskutować bez końca, Tora szybko odparła:
- Ciągle tego nie rozumiem, papo. Przecież król jest stary!
- Nonsens! - ostro sprzeciwił się książę. - Jest młodszy o kilka lat ode mnie, nie może mieć więcej niż pięćdziesiąt pięć, no, może sześćdziesiąt lat.
- Ale… papo… ja mam tylko osiemnaście!
- To bez znaczenia. Dla króla najważniejsze jest to, aby miał syna, który byłby jego następcą, gdyż Vulkan nie wchodzi w rachubę.
- Czy to znaczy, że go wydziedziczył?
- Z tego co powiedział mi mój minister wynika, że Vulkan sam się wydziedziczył. Jest jeszcze jeden kandydat do tronu, ale to ciebie nie dotyczy.
- Ależ dotyczy! Chyba nie chcesz, abym wyszła za mąż za człowieka aż tyle starszego ode mnie - mówiąc to usiadła, ponieważ poczuła, jak nogi się pod nią uginają.
- Moje drogie dziecko - odparł książę - nie muszę cię chyba przekonywać, że gdybyś została królową Salony, miałoby to niebywałe znaczenie dla naszego państwa. Podniosłoby rangę Radoslavu na innych dworach, które tak często dają nam do zrozumienia, że jesteśmy nic nie znaczącym państewkiem. - Rosnący gniew księcia świadczył o tym, jak bardzo jest rozdrażniony takim traktowaniem Radoslavu przez władców otaczających go państw.
Tora przypomniała sobie, jak niedawno ojciec poczuł się obrażony tym, że na pogrzebie jednego z członków serbskiej rodziny królewskiej musiał kroczyć obok króla Czarnogóry, którą uznawał za państwo niższego rzędu. Jednocześnie pozostawała w szoku i zadawała sobie raz po raz pytanie, jak mogłaby wyjść za człowieka w wieku jej ojca. Mając nadzieję, że to wszystko, co usłyszała, jest nieprawdą, zapytała naiwnie:
- Papo, nie mówisz chyba… że król Radul chce mnie pojąć za żonę?
- Chyba prościej nie mogę ci już tego wytłumaczyć! - odparł książę. - I kiedy przyjedzie tu za dwa tygodnie, żeby poprosić oficjalnie o twoją rękę, przyjmiesz jego oświadczyny. - Ponieważ córka nic nie odpowiadała, dodał: - Jest tylko kilku nieżonatych monarchów i powinnaś być wdzięczna, że nie musisz zadowolić się jakimś miernym księstewkiem, które nie pomogłoby Radoslavowi tak, jak pomoże mu Salona.
Tora już miała zaprotestować, ale powstrzymał ją ton głosu ojca. Wiedziała, że jeśli podjął już decyzję, to nie ma sensu się z nim sprzeczać, gdyż wprawiłaby go tylko w złość i skończyłoby się na wysłuchiwaniu jego krzyku.
- Oczywiście - ciągnął dalej książę - na razie nie rozmawiaj o tym z nikim, z wyjątkiem matki i mnie. Zacznę czynić przygotowania do wizyty króla, co na pewno zmobilizuje premiera do utrzymania lepszego porządku wśród ministrów!
Wielki książę mówił z irytacją a Tora wiedziała, że to z powodu ostatnich kłótni w parlamencie, które wybuchały tylko dlatego, że jej ojciec nie zgadzał się na wprowadzenie różnych innowacji, proponowanych przez młodych i bardziej ambitnych parlamentarzystów. W rezultacie tego pogarszała się sytuacja ekonomiczna kraju, czemu można było zapobiec przez wprowadzenie nowych rozwiązań, zaczerpniętych z innych państw europejskich.
Tora nadal nic nie mówiła i po chwili książę, jakby bojąc się jej reakcji, powiedział:
- Pomyślałem, że na tę specjalną okazję powinnaś zamówić sobie kilka nowych sukni, w których wyglądałabyś jak najkorzystniej. - Potem jakby uspokajając sam siebie, że nie będzie wydawał pieniędzy niepotrzebnie, dodał: - Mogą one być częścią twojej wyprawy, gdyż, jak sądzę, Jego Królewska Mość nie będzie chciał aby okres narzeczeństwa trwał zbyt długo.
Tora wstała. Była blada i przerażona. Podeszła do ojca, pocałowała go i zanim dygnęła, powiedziała:
- Muszę iść, ojcze, bo spóźnię się na lekcję muzyki.
- Jak wyjdziesz za mąż, już ich nie będziesz potrzebować - odparł wielki książę - więc wykorzystaj je jak najlepiej póki możesz.
Córka nie odpowiedziała. Podczas gdy ojciec ciągle jeszcze mówił, opuściła pokój, bardzo cicho zamykając za sobą drzwi. A gdy tylko znalazła się na korytarzu zaczęła biec, jak gdyby ścigały ją demony. Skierowała się do tej części pałacu, w której znajdował się salonik muzyczny. Gdy do niego dotarła, zatrzymała się na chwilę, aby złapać oddech, po czym nacisnęła klamkę i weszła.
Salonik muzyczny dobudowano w czasie, kiedy dziadek Tory odnawiał pałac. Pomieszczenie było duże i bardzo ładne. Z małym podwyższeniem przypominającym Torze scenę w teatrze, na którym ustawiono fortepian Steinwaya. W tle, na malowidle ściennym widać było ośnieżone szczyty gór Salony. Po obu stronach podwyższenia stały kolumny jońskie, z różowego, górskiego marmuru, który Tora zdecydowanie wolała od drogiego, zielonego malachitu, znajdującego się w innych częściach pałacu. Krzesła, pokryte czerwonym pluszem, których zazwyczaj używano podczas koncertów lub, co zdarzało się znaczenie rzadziej, występów operowych, stały teraz po jednej stronie salonu.
Tora przeszła do podwyższenia po błyszczącym parkiecie. Profesor siedział przy fortepianie i grał prześliczną ludową melodię, którą Radoslavianie śpiewali pracując na żyznych polach lub ścinając jodły na stokach gór. Profesor był tak zaabsorbowany grą, że nie zauważył Tory, aż do momentu gdy stanęła obok niego. Wtedy natychmiast wstał, uśmiechając się z zadowoleniem. Tora już od prawie dziesięciu lat była jego ulubioną uczennicą. Księżniczka traktowała go jak członka rodziny i wiedziała, że profesor kocha ją bardziej niż własne dzieci i krewnych.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała - ale papa chciał się ze mną widzieć.
Profesor się skłonił.
- Bałem się, że już Waszej Wysokości nie zobaczę dzisiaj, a mam wspaniałe nowiny, które na pewno Jej Wysokość ucieszą.
- Nowiny? - powtórzyła Tora i postanowiła na razie nie mówić profesorowi o swoich nowinach.
Wiedziała, że ojciec zakazał jej mówić o zamiarach króla Radula, ale przed profesorem nie miała żadnych tajemnic. W rzeczywistości był on nie tylko jej nauczycielem muzyki, ale także spowiednikiem służącym dobrą radą i człowiekiem, którego, jako jedynego mogła nazwać swoim przyjacielem. Tora bała się zwierzać komu innemu na dworze, ponieważ podejrzewała, iż rodzice wypytują wszystkich o to co robi i co mówi. Postępowali tak dlatego, że zawsze obawiali się o Torę ponieważ córka wydawała się energiczniejsza i bardziej pewna siebie niż jej brat, który przypominał wielkiego księcia, a w miarę upływu czasu zaczął przejmować nawet jego poglądy na życie. Tora zawsze była nieodgadniona, nawet jako dziecko. Często żyła w swoim własnym świecie, ale równie często zachowywała się niekonwencjonalnie, co było na dworze postrzegane jako naganne.
Księżniczka kochała profesora, więc najpierw wysłuchała jego nowin. Usiadła na krześle obok fortepianu, co oznaczało, że profesor również może usiąść na stołku przy fortepianie. Był przystojnym mężczyzną, o regularnych rysach twarzy i zaczesanych do tyłu siwych, gęstych włosach. Zmarszczki, mimo że zdradzały jego wiek, dodawały mu urody i nadawały twarzy wyraz troskliwości. Miał twarz idealisty, człowieka, który podobnie jak Tora, żył w świecie zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Długimi, wrażliwymi palcami umiał wydobyć z instrumentu najpiękniejsze dźwięki, które chwytały za serce i, jak nikt inny, potrafił wyrazić najpełniej to, co działo się w jego umyśle i duszy. Teraz profesor powiedział z wesołym błyskiem w oczach:
- Czasami, Wasza Wysokość, wydaje mi się, że odkąd się postarzałem, poszedłem w zapomnienie. Od czasów, gdy byłem sławny, dojrzało już nowe pokolenie i dawno nie miałem wiadomości z żadnego dworu europejskiego, na których ongiś grałem.
- Na pewno nie zapomnieli pana, profesorze - odparła miękko Tora.
- Też tak lubię myśleć - odparł profesor. - Ale przecież nikt się ze mną nie kontaktuje. - W jego oczach pojawił się smutek, ale już po chwili mówił dalej: - I teraz, kiedy najmniej się tego spodziewałem, dostałem zaproszenie, abym zagrał na dworze, na którym nie byłem od dwudziestu lat!
- Gdzie? - spytała Tora.
- W Salonie! Król poprosił mnie, abym za trzy dni przywiózł ze sobą swój kwartet do pałacu - Ciekawe skąd się o nim dowiedział. Jak rozumiem, będę tam grał dla jakiegoś dystyngowanego gościa, którego król przyjmuje. - Kiedy profesor wymienił nazwę dworu, Tora westchnęła ciężko, ale profesor nie zauważył tego i mówił dalej: - To bardzo zadowalające. Jest tylko jedna trudność…
Chciał mówić dalej, ale Tora mu przerwała:
- To dziwne, ale właśnie o Salonie chciałam pomówić z panem, gdy tu przyszłam.
Profesor spojrzał na nią pytająco.
- Powodem, dla którego spóźniłam się na lekcję było powiadomienie mnie przez Papę, że król Radul przybędzie tu za dwa tygodnie, aby prosić mnie o rękę!
Profesor myślał, że się przesłyszał i spytał zmienionym głosem:
- Król ma poprosić księżniczkę o rękę?
- Tak.
- Ależ to nie może być prawda! Przecież Jego Wysokość jest starym człowiekiem.
- Wiem o tym - odparła Tora. - Chciałam powiedzieć papie, że nie wyjdę za króla Salony, ale on nie chciał mnie słuchać, dla niego ważne jest to, co przyniesie połączenie Radoslava i Salony.
Mówiła jak dziecko powtarzające wyuczoną lekcję. Potem nagle głos jej się zmienił i wykrzyknęła błagalnym głosem:
- Och, profesorze, co ja mam robić? Nie mogę wyjść za starca! Zawsze marzyłam o człowieku, którego bym kochała i który rozumiałby moją muzykę, tak jak pan ją rozumie, a teraz nagle miałabym o tym zapomnieć?
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że to, co mi Wasza Wysokość mówi jest prawdą.
- Ależ to najszczersza prawda! - odparła Tora. - Dzięki temu małżeństwu spełnią się marzenia mojego ojca i cokolwiek powiem, on nigdy nie zezwoli, abym odrzuciła oświadczyny króla, który potrzebuje młodej żony tylko po to żeby mu dała potomka.
Tora była przygnębiona i smutna, a po chwili w jej oczach pojawiły się łzy.
- Proszę mnie ratować, profesorze! Proszę mnie ratować od zła i od zniszczenia wszystkiego w co dotąd wierzyłam.!
Tora była jak przestraszone, zagubione dziecko, które rozpaczliwie szuka pocieszenia i poczucia bezpieczeństwa. Profesor, niezwykle poruszony, wyciągnął rękę i położył ją na dłoni Tory, mówiąc:
- Jak ja mogę Waszej Wysokości pomóc? Co mogę zrobić? Przecież oddałbym za księżniczkę moją prawą rękę, moje życie, wszystko aby tylko księżniczka nie cierpiała.
- Nie chodzi tylko o to, że król jest stary - wyszeptała Tora - ale… boję się, że jest taki jak papa i że mieszkanie w jego pałacu będzie podobne do życia w więzieniu, z którego nie ma ucieczki.
Tora wiedziała, że profesor ją zrozumie, ponieważ często gdy była smutna lub zdenerwowana mówił:
- Proszę zapomnieć o tym, co księżniczka czuje. Proszę wsiąść na magiczny latający dywan i przenieść się do piękniejszego świata w którym można jedynie myśleć o kwiatach ścielących się u stóp, gwiazdach na nieboskłonie i ośnieżonych szczytach gór, dostępnych tylko umysłem.
Potem zazwyczaj grali razem na fortepianie, dopóki Tora nie znalazła się w świecie bez bólu i zmartwień. Ale czy będzie mogła tak się czuć należąc do człowieka, wymagającego od niej ciągłego towarzystwa a obowiązki królowej zajmą jej cały czas?
- Co mam robić? - wyszeptała Tora. - Jak mogę nie przyjąć jego oświadczyn?
- Nie wiem - odpowiedział ponurym głosem profesor i przejechał palcami po klawiaturze jak gdyby muzyka mogła dać odpowiedź.
Nagle Tora, obwiniając się o to, że mówi tylko o sobie, powiedziała:
- Ale pan, profesorze po przyjeździe z Salony powie mi jak tam jest, czy król jest taki straszny jak myślę.
Prawie wyszeptała końcowe słowa, lecz profesor je usłyszał. Zagrał ostatnią nutę bardzo głośno i powiedział ze złością:
- To dla mnie nie do zniesienia! Nie pojadę do Salony! Wyślę przeprosiny i zostanę w domu.
- Ależ nie, profesorze! Nie może pan tego zrobić! Ten koncert jest zbyt ważny dla pana. Ponadto, jeśli będę musiała posłuchać papy i pojechać tam, to może czasami zobaczę pana i usłyszę pańską muzykę..
- Czasami! - powtórzył profesor.
Tora wiedziała równie dobrze jak profesor, że takie okazje byłyby niezwykle rzadkie, a jako królowa, nie mogłaby z nim już swobodnie rozmawiać.
- Na pewno małżeństwo z królem Salony - odezwał się profesor, uważnie dobierając słowa - byłoby dla Waszej Wysokości wielkim honorem i mieszkańcy Radoslavu byliby uradowani. Ale ponieważ znam Waszą Wysokość, wiem, że jest pani zbyt wrażliwa i delikatna, aby zostać żoną człowieka należącego do zupełnie innego pokolenia.
Zapadła krótka cisza i po chwili Tora zapytała:
- Co pan profesor pamięta z ostatniej wizyty u króla Salony?
- Jak już wspomniałem, było to bardzo dawno temu, ale od tamtej pory dużo o nim słyszałem. Wiele się o nim mówi.
- W jaki sposób?
Profesor przez moment zbierał myśli.
- Może będzie lepiej, jeśli Wasza Wysokość dowie się prawdy. Król pokłócił się ze swoim synem, gdyż ten uznał, że ograniczenia życia na zamku są nie do wytrzymania.
- Papa mówił coś innego - wyszeptała Tora.
- Myślę, że książę jest bardzo postępowy i żądny przygód. W każdym razie opuścił swój kraj wiele lat temu i, jak wiem, nigdy nie wrócił.
- I dlatego - powiedziała Tora drżącym głosem - król chce… drugiego syna.
Profesorowi pociemniało w oczach.
- To nie do pomyślenia, aby ktoś chciał się z księżniczką ożenić nie dla jej urody, inteligencji czy charakteru, ale tylko i wyłącznie dlatego, że jest młoda i może rodzić dzieci.
Profesor mówił ze złością, a Tora zakryła twarz dłońmi, hamując łzy. Już jako dziecko nauczyła się kontrolować siebie i wiedziała, że płacz nie ma żadnego sensu, chociaż bardzo często chciała sobie popłakać. Teraz natomiast musiała mieć jasny umysł, żeby znaleźć wyjście z sytuacji, w której się znalazła.
- Może - powiedziała po chwili - kiedy król przyjedzie, postaram się wyglądać najokropniej i zachowywać niemiło, aby zrezygnował z małżeństwa.
Wiedziała, że to tylko wyobraźnia podsunęła jej tę historyjkę pozbawioną sensu. Ponadto miała przeczucie, że w tej sprawie jej wygląd w ogóle się nie liczy. Króla interesuje tylko młoda żona, oczywiście dobrze urodzona i zdolna dać mu syna.
Profesor odgadł o czym myśli Tora i dlatego, aby złagodzić napięcie, powiedział:
- Nie możemy nic zrobić, księżniczko, ale pojadę do Salony i przywiozę, mam nadzieję, jakieś informacje, które poprawią księżniczce nastrój i sprawią, że nie będzie to wyglądało tak strasznie jak się teraz wydaje. - Nacisnął klawisz i dodał: - Nic w życiu nie jest proste.
- To prawda - przytaknęła Tora.
- Ja też mam problemy - powiedział profesor, chcąc w jakiś sposób odciągnąć Torę od złych myśli. - Jeśli mam wyjechać do Salony pojutrze, muszę szybko znaleźć jeszcze jednego muzyka do mojego kwartetu.
- Jak to ? - zdziwiła się Tora. Starała się być zainteresowana tym, co profesor mówi, gdyż pomimo swoich zmartwień wiedziała, że problemy profesora dotyczą również jej.
- Że też musiało się to zdarzyć właśnie teraz! Simonida miała mały wypadek i złamała prawą rękę. Dopiero za miesiąc będzie całkiem sprawna.
Tora wiedziała, że Simonida, która była krewną profesora, miała czterdzieści lat i grała w kwartecie na wiolonczeli. Miała opinię znakomitej wiolonczelistki i często występowała w samym Radoslaviu oraz w wielu innych krajach.
Każdemu koncertowi kwartetu towarzyszyły gorące owacje i bardzo pochlebne artykuły w gazetach. Była to w dużej mierze zasługa profesora, ale również trzech pozostałych artystów.
- Och, profesorze! - wykrzyknęła Tora. - Tak mi przykro, wiem, jak ciężko będzie panu znaleźć kogoś odpowiedniego po tylu latach koncertowania z Simonidą.
- Ona też jest zdruzgotana. Jest kilku muzyków, których mógłbym zabrać do Salony, ale zostało zbyt mało czasu na próby a ta okazja jest wyjątkowa. - Przerwał, po czym dodał cicho: - I to nie tylko ze względu na mnie ale i na Waszą Wysokość.
- Ależ z pewnością znajdzie pan… - zaczęła Tora i po chwili wykrzyknęła. - Mam pomysł! To znak od losu i nie możemy go zmarnować!
- Zmarnować czego? - spytał profesor.
Tego, że mam okazję pojechać z panem do Salony!
Profesor patrzył na nią, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
- Profesorze, musi pan zrozumieć, to idealna okazja - wyjaśniła Tora. - Zobaczę króla takim, jaki jest naprawdę, kiedy nie musi popisywać się przed papą i traktować nas protekcjonalnie, z uwagi na to, że Radoslav jest dużo mniejszym państwem od Salony.
- To niemożliwe - wykrzyknął profesor.
- Co więcej - ciągnęła Tora, jakby nie słysząc jego słów - jeśli okaże się, że jest on tak odrażający, jak przypuszczam, zbyt stary, dumny i pompatyczny, aby go można było zaakceptować, nie wyjdę za niego, bez względu na to, co powie papa. - Wzięła głęboki oddech i szybko mówiła dalej, zanim profesor zdążył jej przeszkodzić. - Ucieknę… wstąpię do zakonu… ale nie wyjdę za człowieka, którego dotyk przyprawiłby mnie o mdłości i którego nienawidziłabym tak bardzo, że mogłabym go nawet zabić!
- Nie powinna księżniczka w ten sposób mówić - zganił ją profesor, najwyraźniej wstrząśnięty tym, co właśnie usłyszał.
- To, co mówię, jest prawdą - słowa same cisnęły się jej na usta. - I musi pan zrozumieć, że jeśli chce mnie pan uratować od takiego losu, musi mnie pan wziąć z sobą do Salony.
- Ale to niemożliwe! - powtórzył profesor - przecież Wasza Wysokość zostałaby rozpoznana.
- Nonsens. Król nigdy mnie nie widział, nie ma też żadnego obrazu z moją podobizną, gdyż mama nie lubi pozować i mnie również tego zabraniała.
- To prawda - zgodził się profesor.
- Ma pan grać tylko jednego wieczoru - nalegała dalej Tora. - Do pałacu możemy przybyć tego samego dnia, bardzo wcześnie, bo przecież będzie pan jeszcze chciał przeprowadzić próbę i sprawdzić jaki tam mają fortepian. Potem wystąpimy i wyjedziemy następnego dnia zaraz po śniadaniu.
To, co powiedziała, brzmiało tak sensownie, że profesor był niemal urzeczony. Powiedział jednak:
- To jest coś, czego Wasza Wysokość nie może zrobić i w czym ja nie wezmę udziału!
- Jak może pan coś takiego mówić? Jak może być pan taki okrutny i nie pomóc mi? - Profesor odwrócił głowę, kiedy Tora mówiła: - Był pan dla mnie wszystkim przez ostatnie lata. Nauczył mnie pan doceniać piękno. Poszerzył pan moje horyzonty. Nauczył, że muzyka pochodzi od Boga. Czy po tym wszystkim może mnie pan skazywać na życie, które będzie jedną wielką udręką, od którego już lepsza byłaby śmierć?
...
joannamaria