FEDON
OSOBY DIALOGU:
W SCENIE RELACJI:
ECHEKRATES
PEDON
W WIEZIENIU:
SOKRATES
KEBES
SIM1ASZ
KRITON
CZYJŚ GŁOS
PACHOŁEK KOLEGIUM JEDENASTU
ECHEKRATES. Tyś sam był, Fedonie, u Sokratesa w tym dniu, kiedy truciznę wypił w więzieniu,
czy od kogoś innego słyszałeś?
FEDON. Sam, Echekratesie.
ECHEKRATES. Co też ten człowiek mówił przed śmiercią? I jak skończył? Chętnie bym o
tym posłuchał. Bo teraz to ani z obywateli Fliuntu nikt do Aten nie jeździ, ani już od długiego
czasu stamtąd żaden gość nie przyjeżdża, który by nam umiał podać o tym jakieś dokładniejsze
szczegóły – oczywista prócz tego, że wypił truciznę i umarł; ale zresztą to nikt nic nie
umie podać.
FEDON. Więc i procesie niceście nie słyszeli, jak się to odbyło?
ECHEKRATES. Owszem, to nam ktoś opowiadał. I dziwiliśmy się, że wyrok zapadł tak dawno,
a on umarł, zdaje się, o wiele później. Więc cóż to było, Fedonie?
FEDON. Taki los mu jakoś padł, Echekratesie. Właśnie w wilię wyroku uwieńczono ster
okrętu, który Ateny wyprawiają na Delos.
ECHEKRATES. A to co za okręt?
FEDON. To jest ten okręt, jak powiadają Ateńczycy, w którym swojego czasu Tezeusz tych
czternaścioro wywiózł na Kretę, uratował ich i sam wyszedł cało. Więc Apollonowi ślub złożyli
wtedy, jak mówią, że jeśli ci wrócą zdrowi, to co roku będą posyłali procesję na Delos. I
taką pielgrzymkę zawsze, jeszcze i teraz, od tego czasu rok w rok bogu wysyłają. Więc kiedy
się pielgrzymka rozpocznie, to jest takie prawo u nich, że w tym czasie państwo musi być
czyste, wolne od zmazy i z wyroku sądu nie wolno wtedy nikomu życia odbierać, zanim statek
do Delos nie przybędzie i tutaj nazad nie wróci. A to nieraz wymaga długiego czasu, kiedy
się trafią się wiatry przeciwne podróży. Pielgrzymka zaczyna się z chwilą, kiedy kapłan
Apollona uwieńczy ster okrętu. To właśnie odbyło się, jak mówię, w wilię wydania wyroku. I
stąd ta długa pauza u Sokratesa w więzieniu, ta pomiędzy wyrokiem a śmiercią.
ECHEKRATES. A jakież szczegóły samej śmierci, Fedonie? Co mówił, co robił, kto był przy
nim spośród bliskich tego człowieka? Albo może władze nie dopuściły nikogo i umarł sam
jeden, nie mając bliskiej duszy przy sobie?
FEDON. O nie; było kilku, nawet wielu.
ECHEKRATES. Otóż to wszystko bądź łaskaw nam opowiedzieć, możliwie najdokładniej,
chyba że może właśnie nie masz czasu.
FEDON. Ależ mam czas i spróbuję wam to opowiedzieć. Przecież wspominać Sokratesa,
czy to samemu mówiąc, czy drugiego słuchając, to, dla mnie przynajmniej, zawsze rzecz
najmilsza ze wszystkich.
ECHEKRATES. Tak jest, Fedonie; i takich samych będziesz miał słuchaczy. Więc spróbuj
opowiedzieć wszystko; tak dokładnie, jak tylko potrafisz.
FEDON. Doprawdy, mnie przynajmniej dziwnie było przy tym wszystkim. Bo nie brała
mnie litość, jako żem był obecny przy śmierci człowieka bliskiego. Ten człowiek, Echckratesie,
wydał mi się szczęśliwy i z zachowania się, i z tego, co mówił; on skończył tak bez obawy
żadnej, tak po męsku, że mnie przynajmniej on w oczach staje, jak do samych nawet bram
Hadesu idzie nie bez boskiego zrządzenia; ale on i tam nawet przyjdzie i dobrze się będzie
czuł, jeżeli w ogóle kiedy ktokolwiek. Więc też dlatego nie bardzo mnie litość rozbierała, jak
by się to naturalne wydawało wobec takiego nieszczęścia, ani znowu przyjemność, jako żeśmy
się filozofią bawili, jak to my zwykle. Mówiło się takie rzeczy, a mnie po prostu dziwnie
było, jakaś niezwykła mieszanina przyjemności i przykrości zarazem, kiedym pomyślał, że on
za chwilę miał umrzeć. I wszystkim nam, obecnym tam, jakoś tak było: raz się człowiek
śmiał, a raz płakał, a jeden z nas osobliwie: Apollodoros. Znasz go może i wiesz, jaki jest.
ECHEKRATES. Jeszcze jak.
FEDON. Otóż jemu wciąż tak było i ja sam byłem roztrzęsiony, i inni też.
ECHEKRATES. A tam właśnie kto był przy tym, Fedonie?
FEDON. No ten, Apollodoros, z miejscowych ludzi był przy tym, i Kritobulos, [i jego ojciec,
dalej Hermogenes i Epigenes, i Ajschines,] i Antystenes. Był i Ktezippos z Pajanii, i
Meneksenos, i kilku innych miejscowych. A Platon był, zdaje mi się, chory.
ECHEKRATES. A z obcych był kto?
FEDON. Tak; Simiasz przecież z Teb i Kebes, i Fedonides, a z Megary Euklides i Terpsion.
ECHEKRATES. A cóż, Arystyp i Kleombrotos przyszli?
FEDON. O nie; mówiono, że byli w Eginie.
ECHEKRATES. A z innych kto był?
FEDON. Zdaje mi się, że bodaj tylko ci byli obecni.
ECHEKRATES. Więc cóż? O czym się mówiło, '70owiadasz?
FEDON. Ja ci od początku wszystko spróbuję opowiedzieć. Bo myśmy stale i w poprzednich
dniach zwykli byli chodzić do Sokratesa, i ja, i inni; zbieraliśmy się rano w gmachu sądowym,
tam gdzie się i proces odbywał. To było blisko więzienia. Więc czekaliśmy zawsze,
aż więzienie otworzą, i zabawialiśmy się rozmową. Bo otwierano niezbyt wcześnie. Zaraz po
otwarciu wchodziliśmy do Sokratesa i nieraz, bywało, spędzaliśmy z nim cały dzień. Więc tak
i wtedy zebraliśmy się nieco wcześniej. Bo poprzedniego dnia, kiedyśmy wieczorem wyszli z
więzienia, dowiedzieliśmy się, że statek z Delos powrócił. Więceśmy się umówili, że przyjdziemy
jak najwcześniej na zwykłe nasze miejsce. Otóż przychodzimy, a odźwierny wychodzi,
jak zwykle nam otwierał, i powiada, żebyśmy poczekali i nie wchodzili prędzej, aż nas
sam zawoła. Bo zdejmuje, powiada, Rada Jedenastu kajdany ze Sokratesa i oświadczają mu,
że tego dnia ma umrzeć. Otóż zabawił niedługo, przyszedł i poprosił nas do środka.
Weszliśmy więc i zastali Sokratesa już bez kajdan, a Ksantypa, ty ją znasz, miała dziecko
jego na ręku i siedziała przy nim. Kiedy nas zobaczyła Ksantypa, zaczęła głośno lamentować
i tak jakoś mówiła, jak to zwykle kobiety, że oto, Sokratesie, dzisiaj już ostatni raz będą do
ciebie mówili znajomi i ty do nich. Sokrates spojrzał na Kritona i powiada: Kritonie, niech ją
kto odprowadzi do domu. Więc ją kilku odprowadziło ze służby Kritona, a ona płakała głośno
i biła się w piersi.
A Sokrates usiadł na łóżku, założył nogę na nogę i zaczął ją ręką rozcierać. A rozcierając,
jaka to dziwna rzecz, powiada, to, co ludzie nazywają przyjemnością. Jaki dziwny jest jej
stosunek do tego, co się wydaje jej przeciwieństwem, do przykrości. Obie razem nie chcą
człowiekowi przysługiwać, ale jeśli ktoś za jedną z nich goni i dosięgnie, bodajże zawsze
musi i drugą chwycić, jakby zrośnięte były wierzchołkami, choć są dwie. I mam wrażenie,
powiada, że gdyby był to zauważył Ezop, byłby bajkę ułożył, że bóg chciał je pogodzić, bo są
w wojnie z sobą, a że nie mógł, więc im tylko wierzchołki powiązał i dlatego to, kto jedną z
nich posiądzie, zaraz mu potem i druga przychodzi. Tak zdaje się i u mnie – naprzód miałem
w nodze przykrość od kajdan, a teraz, zdaje się, wchodzi mi tam za nią przyjemność.
Tu Kebes podchwycił i: Na Zeusa, powiada, Sokratesie, dobrześ zrobił, żeś mi przypomniał;
bo o te twoje poezje, o wierszowane przeróbki bajek Ezopa, o hymn do Apollona już
mnie kilka osób pytało, a także i Euenos niedawno, co ci się to stało, że kiedyś tu przyszedł,
zacząłeś pisać te rzeczy, a przedtem niczegoś nigdy nie pisał. Więc jeżeli ci coś zależy na
tym, żebym ja miał co odpowiedzieć Euenosowi, kiedy mnie drugi raz o to zapyta, a ja dobrze
wiem, że on mnie zapyta drugi raz, to powiedz, co mu mam odpowiedzieć?
Powiedz mu prawdę, Kebesie – powiada – że wcale nie miałem zamiaru współzawodniczyć
z nim ani z jego poezjami, kiedym to pisał. Wiedziałem, że to niełatwa rzecz. Tylkom
się z pewnymi widzeniami sennymi liczył i próbował, co znaczą; abym święty obowiązek
spełnił, jeśliby mi sen często tę właśnie służbę Muzom zalecał.
A to był taki sen mniej więcej. Nieraz mnie nawiedzał w minionym życiu i raz mi się w takiej,
raz w innej zjawiał postaci. Ale zawsze te same słowa wracały: Sokratesie, powiada,
muzykę rób i uprawiaj. Ja myślałem przedtem, że szło o to, com uprawiał, że do tego samego
mnie sen namawia i zachęca; jak to ludzie głośno nieraz popędzają tych, którzy biegną, tak i
mnie sen zachęcał do tego, com już robił, do muzyki – bo filozofia to największa służba Muzom,
a ja ją uprawiałem. Ale teraz, kiedy się proces odbył, a uroczysty obchód na cześć boga
nie dał mi umrzeć, wydało się rzeczą właściwą nie odmawiać posłuszeństwa snom, gdyby mi
często nakazywały uprawiać i tę muzykę pospolitą, tylko ją robić. Bo bezpieczniej nie odchodzić,
zanim się człowiek od świętego obowiązku nie uwolni, robiąc wiersze według rozkazu
otrzymanego we śnie. I tak, naprzód, napisałem wiersz na cześć boga, któremu właśnie wypadała
ofiara.
A po bogu, zważywszy, że poeta, jeżeli ma być poetą, powinien przypowieści pisać, a nie
myśli, choćby i sam nie był bajarzem, więc dlatego, mając pod ręką i umiejąc na pamięć bajki
Ezopa, ułożyłem je wierszami; pierwsze z brzegu.
Więc to, Kebesie, powiedz Euenosowi i aby zdrów był, a jeśliby miał rozum, to niech za
mną pójdzie jak najprędzej. Ja odchodzę, zdaje się, dziś. Tak każą Ateny.
A Simiasz powiada: – Co też ty, Sokratesie, doradzasz Euenosowi? Ja nieraz spotykałem
tego człowieka, ale, o ile ja mogę sądzić, on twojej rady nie posłucha dobrowolnie, ani trochę.
– Cóż to – powiada – a czy to nic filozof, Euenos?
– Zdaje mi się – powiada Simiasz.
– A, to zechce – powiada – i Euenos, i każdy, kto filozofię poważnie traktuje. Oczywista,
nie zada gwałtu sam sobie. Powiadają przecież, że to się nie godzi.
To mówiąc spuścił nogi z łóżka na ziemię i tak już, siedzący, dalej rozmawiał.
Otóż Kebes zapytał go: – Jak ty to rozumiesz, Sokratesie, gdy mówisz, że nie godzi się
gwałtu zadawać samemu sobie, a jednak filozof zechce pójść za tym, który umiera?
– No cóż, Kebesie? A czyż nie słyszeliście, ty i Simiasz, o rzeczach podobnych, kiedyście
obcowali z Filolaosem?
– W każdym razie nic wyraźnego.
– O tak, ja także tylko ze słuchu o tym opowiadam; ale com właśnie słyszał, nie żal mi tego
i powiedzieć. Toż może i najwięcej wypada takiemu, który się tam w drogę wybiera, rozpatrzyć
się i pogadać o tej podróży na tamtą stronę, jak też ją sobie człowiek wyobraża. Bo i
cóż innego w końcu można robić w tym czasie aż do zachodu słońca?
– Więc dlaczegóż to, tak powiadają, nie godzi się odbierać sobie samemu życia, Sokratesie?
Bo ja to już, jak właśnie teraz mnie o to pytałeś, i od Filolaosa słyszałem, kiedy u nas
mieszkał, i od niejednego innego, że nie należy tego robić. Ale jasnego czegoś o tej sprawie
nigdym od nikogo nie słyszał.
– Nie trzeba tracić otuchy – powiada – może jeszcze usłyszysz. Tobie się to z pewnością
dziwne wyda, że to jedno zdanie spośród wszystkich innych jest bezwzględnie prawdziwe, a
nie tak jak i w innych sprawach, tylko bywa tak człowiekowi, że nieraz i niejednemu lepiej
jest umrzeć niż żyć. A jeśli niejednemu lepiej umrzeć, to pewnie dziwne ci się wydaje, dlaczego
takiemu człowiekowi nie godzi się robić dobrze samemu sobie, tylko mu trzeba czekać
na innego dobroczyńcę?
A Kebes uśmiechnął się blado i: „Zeus że to raczy wiedzieć”, powiada w swoim dialekcie.
– Mogłoby się wydawać – mówi Sokrates – że tak to nie ma sensu; a jednak może w tym
jest jakiś sens; toż nauka tajemna mówi o tej sprawie, że my, ludzie, jesteśmy niejako w więzieniu
i nie wolno z niego siebie samego wyzwalać ani uciekać; ja w tym widzę pewną myśl:
wielką i niełatwą do przejrzenia na wskroś. No nie, serio, Kebesie, to mi się wydaje dobrą
myślą, to, że bogowie nas utrzymują, a my, ludzie, jesteśmy jedną z prywatnych własności
bogów. Czy tobie może nie wydaje się tak?
– Mnie tak – powiada Kebes.
– Nieprawdaż – powiada tamten – i ty sam, gdyby któraś z twoich prywatnych własności
chciała sobie sama życie odbierać, mimo że ty byś nie dał znaku, że chcesz, aby umarła,
gniewałbyś się na nią i gdybyś miał jakąś karę do wymierzenia, wymierzyłbyś ją?
– Tak jest – powiada.
– Więc może tak samo nie jest i to bez sensu, że nie wolno siebie samego zabijać prędzej,
zanim bóg nie ześle jakiejś konieczności, jak na przykład ta, którą ja mam teraz.
– A może być – powiada Kebes – to tak wygląda. Ale to, coś teraz w tej chwili mówił: że
filozofowie powinni łatwo i chętnie umierać, to, Sokratesie, wygląda na niedorzeczność, jeżeli
to, cośmy w tej chwili mówili, jest w porządku, to, że bóg nas utrzymuje, a my jesteśmy
jego rzeczami. Bo żeby się nie wzdrygali najrozumniejsi spośród nas odchodzić z tego utrzymania,
w którym mają nad sobą panów najlepszych, jacy są: bogów, to nie ma sensu. Przecież
taki człowiek nie sądzi chyba, że sam o siebie będzie lepiej dbał, kiedy się wyzwoli. Tylko
nierozumny człowiek mógłby coś takiego pomyśleć, że oto lepiej uciec od pana, i nie umiałby
sobie wyrachować, że od dobrego przecież uciekać nie należy, tylko przy nim zostawać jak
najdłużej. Toteż ucieczka byłaby głupstwem. A kto ma rozum, ten by chciał zawsze być u
kogoś lepszego niż on sam. I tak, Sokratesie, coś innego wydaje się słuszne niż to, co się właśnie
teraz mówiło; wypada, że ludzie rozsądni powinni się wzdrygać przed śmiercią, a głupi
się na nią cieszyć.
Kiedy to usłyszał Sokrates, miałem wrażenie, że go zabawiły te wywody Kebesa. Spojrzał
na nas i: Zawsze ci ten Kebes – powiada – jakieś dowody wymyśla i niełatwo chce wierzyć
temu, co mu kto powie.
A Simiasz: Ależ owszem – powiada – Sokratesie, teraz jednak i ja sam mam wrażenie, że
Kebes mówi do rzeczy. Bo niby w jakim celu właściwie mieliby ludzie naprawdę mądrzy
uciekać od panów lepszych niż oni sami i tak łatwo się z nimi rozstawać? I ja mam wrażenie,
że Kebes swoje wywody kieruje w twoją stronę: że tak łatwo ci przychodzi i nas opuścić, i
tych władców dobrych, jak sam powiadasz: bogów.
– Słusznie – powiada – mówicie. Mówicie, zdaje się, żem powinien na te zarzuty odpowiadać
jak na sali sądowej.
– Naturalnie, że tak – rzekł Simiasz.
– Ano – powiada – spróbuję się bronić wobec was bardziej przekonująco niż wobec sędziów.
Otóż ja – powiada – Simiaszu i Kebesie, gdybym nie był wierzył, że pójdę naprzód do
bogów innych, mądrych i dobrych, a potem i do ludzi umarłych, lepszych niż ci tutaj, byłbym
istotnie źle zrobił, nie wzdrygając się przed śmiercią. Ale dziś bądźcie pewni, że ja się spodziewam
pójść pomiędzy ludzi dobrych; choć, ostatecznie, niezbyt gwałtownie będę się o to
spierał; ale że do bogów pójdę, do władców bardzo dobrych, to bądźcie przekonani, że jeślibym
się przy czymkolwiek w tej materii upierał, upierałbym się i przy tym. Więc dlatego nie
wzdrygam się i tak tylko mam dobrą nadzieję, że jednak jakoś tam jest tym, co pomarli, i jak
to z dawna mówią, znacznie lepiej dobrym niż złym.
– No tak, Sokratesie – powiada Simiasz. – Ty tak sam jeden tylko z tym przekonaniem w
duszy zamierzasz odejść, czy może byś się nim i z nami podzielił? Bo to przecież, wedle mnie
przynajmniej, wspólne dobro i dla nas, to przekonanie. To równocześnie będzie i twoja obrona,
jeśli nas potrafisz przekonać tym, co powiesz.
– A, to spróbuję – powiada. – Ale naprzód, o, posłuchajmy Kritona, co to jest, co on mi
chce, już od chwili uważam, powiedzieć.
– No cóż, Sokratesie – powiada Kriton – nic, tylko to, co mi tu wciąż powtarza ten, co ci
ma podać truciznę: że trzeba ci zwrócić uwagę, abyś jak najmniej rozmawiał. Powiada, że
człowiek się zanadto rozgrzewa w rozmowie, a takich rzeczy nie wolno robić przed trucizną.
Bo jak nie, to nieraz musi i dwa, i trzy razy pić ktoś, kto się tego nie pilnował.
A Sokrates: Poślij go łagodnie do kata – powiada. – Niech tylko to przygotuje, co do niego
należy; może będzie i dwa razy podawał, a jak wypadnie, to i trzy.
– Prawie żem to z góry wiedział – powiada Kriton – tylko on mi tu wciąż spokoju nie daje.
– Nie dbaj o niego – powiada. – Ja się przed wami przecież, przed sędziami muszę już
usprawiedliwić, że słuszność mam, kiedy myślę, że człowiek, który naprawdę życie spędził
na filozofii, będzie dobrej myśli przed śmiercią i będzie się tam największego dobra spodziewał
po śmierci.
A jakim sposobem tak być może, spróbuję wam, Simiaszu i Kebesie, wykazać.
Zdaje się, że ci, którzy się z filozofią zetknęli, jak należy, niczym innym się nie zajmują
jak tylko tym, żeby umrzeć i nie żyć, a ludzie bodajże tego nie wiedzą. Otóż jeżeli to prawda,
to głupio byłoby przez całe życie niczego innego nie szukać, tylko tego właśnie, a kiedy ono
przyjdzie, wzdrygać się przed tym, czego człowiek z dawna pragnął i starał się o to.
Tu Simiasz się uśmiechnął i: Na Zeusa – powiada – Sokratesie, nie bardzo mi dzisiaj do
śmiechu, a jednak tyś mnie do śmiechu zmusił. Przecież i z szerokich kół niejeden, gdyby to
usłyszał, uważałby, sądzę, że to bardzo dobre powiedzenie na tych, którzy się filozofią bawią,
i zgodziliby się z nim ludzie u nas, że owszem, istotnie ci, którzy się filozofii oddają, pragną
śmierci i ludzie też to doskonale wiedzą, że im się taki los należy.
– To prawdę by powiedzieli, Simiaszu, prócz tego, że ludzie to doskonale wiedzą. Bo oni
nie wiedzą, jak to właściwie pragnie śmierci i jak godzien jest śmierci, i jakiej śmierci filozof
prawdziwy.
Ale rozmawiajmy – powiada – sami z sobą, a o tamtych mniejsza. Naszym zdaniem śmierć
jest czymś?
– Oczywiście – rzecze podchwytując Simiasz.
– Może to nic innego jak uwolnienie się duszy od ciała? Umieranie to jest to, że ciało
uwolnione od duszy staje się, z osobna, ciałem samym w sobie, a z osobna znowu dusza wyzwolona
z ciała sama istnieje dla siebie. Może śmierć to nic innego jak to właśnie?
– Właśnie to – powiada.
– Zastanówże się, mój kochany, czy może i ty nie będziesz tego zdania co ja. Bo stąd będziemy
lepiej widzieli to, co rozpatrujemy. Czy sądzisz, że jest rzeczą filozofa dbać o tak
zwane przyjemności; takie jak pokarmy i napoje?
– Wcale nie, Sokratesie – powiada Simiasz.
– No cóż, a o służbę Afrodyty?
– Nic podobnego.
– A inne dogadzanie ciału, myślisz, że za godną rzecz uważa taki człowiek? Jak na przykład
nabywanie sukien osobliwych i bucików, i innych ozdób ciała; czy myślisz, że on to ceni,
czy też ma to za nic, poza tym, że zupełnie się obejść bez tych rzeczy niepodobna?
– Myślę – powiada – że ma to za nic; taki, przynajmniej, prawdziwy filozof.
– Nieprawdaż; czy nie uważasz w ogóle, że całe staranie takiego człowieka nie odnosi się
do ciała; ono się, ile możności, od ciała odwraca, a skierowane jest do duszy?
– Uważam.
– Czy więc najpierw w tych rzeczach nie widać tego, że filozof odwiązuje, jak tylko może,
duszę od wspólności z ciałem; więcej niźli wszyscy inni ludzie?
– Widać.
– Otóż szerokie koła uważają, Simiaszu, że człowiek, któremu nic z tych rzeczy nie sprawia
przyjemności i on w nich nie bierze udziału, niewart jest żyć i że się niejako śmierć patrzy
takiemu, który wcale nie dba o przyjemności, które przez ciało przychodzą.
– Mówisz zupełnie słusznie.
– Tak, a jakże to jest z nabywaniem rozumu? Czy ciało jest na tej drodze przeszkodą, czy
nie, jeśli ktoś, z nim związany, weźmie je z sobą na poszukiwania? Ja myślę na przykład coś
w tym rodzaju: czy daje jakąś prawdę wzrok i słuch ludziom, czy też o tym to i poeci nam bez
ustanku trąbią, że ani nie słyszymy niczego dokładnie, ani nie widzimy. A toż ci, jeżeli nawet
te zmysły spośród zmysłów cielesnych nie pokazują dokładnie i jasno, to cóż dopiero inne?
Toż chyba wszystkie inne są gorsze od tych. Nie myślisz tak może?
– Owszem – powiada.
– Więc kiedyż – mówi tamten – dusza dotyka prawdy? Bo jeśli próbuje oglądać coś z pomocą
ciała, widać, że ono (dusze) ją wtedy w błąd wprowadza.
– Prawdę mówisz.
– Więc czyż nie w rozumowaniu, jeżeli w ogóle gdziekolwiek, objawia się jej coś z tego,
co istnieje?
– Tak.
– A ona bodajże wtedy najpiękniej rozumuje, kiedy jej nic z tych rzeczy oczu nie zasłania:
ani słuch, ani wzrok, ani ból, ani rozkosz, kiedy się, ile możności, sama w sobie skupi, nie
dbając wcale o ciało, kiedy, ile możności, wszelką wspólność, wszelki kontakt z ciałem zerwie,
a sama ręce do bytu wyciągnie.
– Jest tak.
– Nieprawdaż, i stąd dusza filozofa najwięcej gardzi ciałem i ucieka od niego; chce być
sama z sobą.
– Widocznie.
– A jakże znowu w takich rzeczach, Simiaszu? Powiemy, że jest czymś sprawiedliwość
sama, czy niczym?
– Powiemy przecież, na Zeusa.
– I piękno czymś, i dobro?
– Jakżeby nie.
– A jużeś kiedy którą z tych rzeczy oczyma oglądał?
– Nigdy – powiada.
– Tylkoś jakimś zmysłem innym od zmysłów ciała dotknął tych rzeczy? Ja mówię o...
klapsel