Ideały i kryteria W latach siedemdziesiątych przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych badania reakcji dwuletnich chłopców na ograniczenie swobody wyboru: "Chłopcy byli doprowadzani przez swoje matki do pokoju, w którym znajdowały się dwie jednakowo atrakcyjne zabawki. Przy czym jedna z zabawek zawsze znajdowała się przed, a jedna za plastikową, przezroczystą barierą. W przypadku niektórych chłopców bariera miała zaledwie 30 cm wysokości, tak, że mogli się przez nią bez trudu przedostać. Inni mieli jednak do pokonania barierę znacznie wyższą, 60-centymetrową. [...] Okazało się, że kiedy bariera była niska, chłopcy równie często chcieli się bawić zabawką, która stała za barierą, jak tą, która znajdowała się przed barierą. Kiedy jednak przegroda była wystarczająco wysoka, by stanowić rzeczywistą przeszkodę, większość dwulatków bez wahania ruszała w kierunku zabawki, do której dostęp był utrudniony. Ogółem, trzykrotnie więcej chłopców dążyło do kontaktu z zabawką znajdującą się za barierą wysoką niż niską". Pęd do przełamywania barier, przekraczania granic, traktowanie ograniczeń jako wyzwań wydaje się w świetle tych badań wrodzoną cechą Homo sapiens. Zrozumiałe i ze wszech miar godne pochwały jest stałe wykraczanie w marzeniach poza aktualne granice możliwości, co niewątpliwie jest potężnym motorem rozwoju. Nie tak jednoznacznie pozytywną ocenę zyskuje działanie, gdy dążenie do niemożliwego pojawia się nie tylko w marzeniach, ale i w zamierzeniach. Nie ma chyba jednak innej drogi do sukcesu; bez ofiary Ikara nie przezwyciężylibyśmy braku skrzydeł. Podobnie, gdy absolut, doskonałość, pojawia się w dziedzinie rozważań dotyczących czynów ludzkich: przyznajemy mu chętnie miejsce w kodeksach etycznych, ale nie w kodeksach prawnych. Jednak bez świętości, bezwzględnej prawości i bohaterstwa -- których wprawdzie od nikogo nie można wymagać -- wzorce moralne nie miałyby wystarczającej legitymacji. Michał Heller zauważa, że "[n]asza pasja rozumienia odznacza się jedną, bardzo charakterystyczną cechą -- jest totalna. Rzadko i jedynie na krótko zadawala się wyjaśnieniami częściowymi; chciałaby za jednym zamachem przeniknąć wszystko, sięgnąć do najgłębszych podstaw i ogarnąć całość bytu". Nie dziwi więc, że również w procesie poznania naukowego obecne jest dążenie do absolutu jakim jest zdobycie pewnej, prawdziwej, uzasadnionej i pełnej wiedzy o rzeczywistości. Realizacji tego zadania służyć mają metody nauki. Są to bądź wycyzelowane stare metody służące do poznawania otoczenia, których korzenie sięgają prapoczątków naszego gatunku i które nadal są stosowane w praktycznej działalności, bądź metody specyficzne dla nauki, takie jak pomiar, stosowanie rachunków matematycznych czy konstruowanie teoretycznych modeli -- zalążki tych metod również można znaleźć w praktyce codziennej. Poznanie naukowe wytyczają ogólne normy metodologiczne, takie jak nakaz poszukiwania praw najbardziej ogólnych, przebiegów deterministycznych, poszukiwanie związków przyczynowych, dążenie do maksymalnej precyzji, do unifikacji, redukcji itp. Są one niezwykle cenne jako idee regulatywne, nawet gdy przekraczają aktualne, a -- być może -- i realne ramy możliwości nauki. Za normami metodologicznymi kryją się pewne tezy natury filozoficznej dotyczące rzeczywistości i możliwości jej poznania. Normy nakazujące, na przykład, uogólnienia i unifikacje odsyłają do przeświadczenia o jednorodności przyrody, o tożsamości pod pozorami różnorodności. Podobnie metodologiczny redukcjonizm zdaje się zakładać, że obserwowana wielość zjawisk jest w gruncie rzeczy jedynie przejawem procesów zachodzących na najgłębszym poziomie rzeczywistości. Determinizm w przebiegu zjawisk obiecuje stabilność i powtarzalność, możliwość korzystania z przeszłego doświadczenia w celu przewidywania przyszłych stanów rzeczy. Preferowanie opisów ilościowych, umożliwiających dedukcję przy użyciu matematycznych środków dowodowych, wiąże się z nadzieją, że rzeczywistość jest zasadniczo intelligibilna. "Uważam [...] za prawdę -- pisał Einstein . Idee te przeniknęły również do filozofii i to nie tylko w postaci konkretnych tez ontologicznych czy epistemologicznych. Odcisnęły swe piętno -- o czym później zapomniano -- na definicjach filozoficznych pojęć, zwłaszcza epistemologicznych, takich jak obiektywność, realizm, racjonalizm, prawda itp.; miały też wpływ na kształtowanie kryteriów oceny jakości zabiegów poznawczych. Rewolucyjne zmiany w fizyce, których świadkiem był początek dwudziestego wieku, zapoczątkowały niebywały rozwój nie tylko nowych dziedzin fizyki, ale i innych gałęzi nauki, dostarczając im precyzyjnych narzędzi badawczych, w tym również pojęciowych. Jeśli można pokusić się jeszcze o przyrównywanie sukcesów poznawczych, to sukces technologiczny nauki współczesnej nie pozostaje w żadnej proporcji w zestawieniu z możliwościami nauki nowożytnej. A jednak temu burzliwemu rozwojowi nauki towarzyszyło poczucie kryzysu, zagrożenia; zakwestionowanie bowiem absolutnej prawomocności mechaniki klasycznej podważyło wiarę w niezawodność metod nauki i sterujących jej rozwojem norm metodologicznych. Ponieważ naruszało to automatycznie również zasadność związanych z nimi tez filozoficznych, było to tak trudne do zaakceptowania, że logiczni pozytywiści, którzy stawiali sobie za cel przywrócenie nauce utraconej pewności, winę za załamanie mechaniki punktu składali na karb "błędu w sztuce" -- na nie dość wierne przestrzeganie reguł, skutkujące pojawieniem się w nauce tez "metafizycznych", tez empirycznie nierozstrzygalnych. Paradoksalnie, normatywna metodologia, która miała umożliwić rekonstrukcję gmachu wiedzy tak, aby wyrugować "metafizykę" z teorii naukowych, przywrócić im pewność i uchronić naukę przed rewolucyjnymi wstrząsami, za wzorzec teorii naukowej przyjęła klasyczną mechanikę punktu materialnego, której ogólna ważność została właśnie zakwestionowana. Neopozytywistyczny "kontekst uzasadnienia", który w przeciwieństwie do "kontekstu odkrycia" podlegać miał logicznej analizie i normatywnej regulacji, był repliką wyobrażeń tak lapidarnie wyrażonych w metaforze demona. Gotowe teorie -- aksjomatyczne systemy dedukcyjne -- zyskiwały uzasadnienie poprzez konfrontację z obiektywną rzeczywistością, z faktami. Podmiot, podobnie jak demon, znajduje się w tym modelu poza obiema płaszczyznami. Koncepcję tę nazwano ironicznie -- za Dweyem -- spectator theory of knowledge. Krajobraz po bitwie Neopozytywistyczny program miał niewątpliwą zaletę: był sformułowany na tyle konkretnie i precyzyjnie, że umożliwiał rzeczową dyskusję i konkluzywną krytykę. Trwająca dziesięciolecia debata dowodnie wykazała, że neopozytywistyczna koncepcja nie broni się ani w wersji opisowej, ani normatywnej -- nauka ani nie jest, ani nie może być uprawiana wedle neopozytywistycznego "przepisu". Chociaż jednak w dyskusjach brali udział najznakomitsi filozofowie, choć zburzono niejedno wyobrażenie o świecie i możliwościach jego poznania, a debata obfitowała w dramatyczne "zwroty" -- najważniejsze to historycystyczny i socjologizujący -- uzyskane wyniki pozytywne rozczarowują. Krytyka tradycyjnej metodologii, doprowadziła wielu filozofów do zakwestionowania możliwości uprawiania jakiejkolwiek metodologii, jako że w nauce anything goes. Opróżnione miejsce zajęły liczne i hałaśliwe formacje, różnorodne neo... i post... -izmy (wśród nich mocny program socjologii wiedzy, postmodernizm, neopragmatyzm), które łączy stanowisko zwane konstruktywizmem. Konstruktywizm -- według jednego z jej przedstawicieli -- "jest anty-fundamentalistyczny, relatywistyczny, anty-realistyczny, post-empirycystyczny, post-pozytywistyczny, pragmatyczny, post-strukturalistyczny, historyczny, konwencjonalistyczny, socjologiczny lub postmodernistyczny''. Fakty, rzeczywistość, prawda, obiektywność, uniwersalność praw nauki itp. to społeczne konstrukty. Konstruktywiści powtarzając argumenty sprzed trzydziestu lat, powołując się na jeszcze starsze ustalenia nauki, ciągle od nowa przezwyciężają "metafizyczny" realizm spectator theory of knowledge, nie zauważając, że od prawie pół wieku nikt już przy nim nie obstaje. Dyskusja z nimi nie jest możliwa, nie dopowiadają oni bowiem na skierowane do nich pytania. Jest to bowiem w istocie ruch ideologiczny, dla którego nauka jest głównym źródłem "destabilizacji ładu społecznego i ekologicznego", toteż skruszenie "arogancji nauki", zakwestionowanie jej obiektywności, odebranie "monopolu na prawdę", wykazanie, że w wyjaśnianiu zjawisk przyrody mity są równie dobre jak ona, służyć ma jeśli nie powszechnemu szczęściu, to powstrzymaniu grożącej nam katastrofy. To, że w argumentacji podważającej prawomocność nauki odwołują się do ustaleń naukowych, zdaje się nie zaprzątać ich uwagi. Polemizowanie z ideologami jest z góry skazane na niepowodzenie; nie sposób więc dociec, czemu uważają się za uprawnionych do zawłaszczenia obszaru epistemologii czy filozofii nauki. Ich głównym argumentem -- poza krytyką "tradycyjnej" metodologii -- jest akcentowanie społecznego charakteru zdobywania, rozpowszechniania i wdrażania wiedzy naukowej. Ten niekwestionowalny fakt nie uchyla jednak zasadności pytań o prawdziwość tak zdobywanej wiedzy, o jej obiektywność czy sposób jej odnoszenia się do rzeczywistości. Toteż w kręgu filozofii analitycznej pytania te nadal są stawiane i podejmowane są próby adekwatnej na nie odpowiedzi. Chociaż jednak liczba publikacji jest imponująca, krąg dyskutantów szeroki i kompetentny to trudno oprzeć się wrażeniu jałowości tych dyskusji. Jak zauważył z przekąsem Richard Rorty, a potwierdził ostatnio Ilkka Niiniluoto , filozofowie nauki cały dwudziesty wiek poświęcili sporom o realizm. Końca tego sporu ciągle jeszcze nie widać. Spróbujmy poszukać przyczyn tego stanu rzeczy. Problem z realizmem Problem realizmu jest niezwykle złożony poprzez uwikłanie w szereg bardziej szczegółowych zagadnień, takich jak koncepcja prawdy, problem istnienia przedmiotów opisywanych przez naukę, obiektywność poznania, wiarygodność teorii naukowych itp. Paleta stanowisk w obrębie filozofii analitycznej jest niezwykle szeroka -- wiele odmian anty-realizmu, a jeszcze więcej typów realizmu. Brakuje już oryginalnych nazw na odróżnienie własnej wersji realizmu. I tak, na przykład, N. Rescher, J. Leplin , J.J.C. Smart , I. Niiniluoto , A. Kukla publikują książki, w tytułach których pojawia się określenie "realizm naukowy" -- a nie jest to przecież w żadnej mierze lista wyczerpująca. Od lat też szermuje się tymi samymi pojęciami: verisimilitude (czy truthlikeness), underdetermination, incommensurability, fallibilism itp., powstaje więc wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane i żadnego istotnego postępu nie można już oczekiwać. Obecny stan dyskusji trafnie chyba podsumowuje Kukla, podpisując się pod następującą opinią van Fraassena: "różnica między realistami a antyrealistami jest rzeczywiście zasadnicza, mimo to akces do każdej z tych doktryn jest w pełni dopuszczalny" . "Van Fraassen -- dodaje Kukla -- zasadnie może wiązać ten pogląd z antyrealizmem; ja tego nie robię". Znajduję te opinie jako wysoce nie zadawalające. Okazuje się bowiem, że równie zasadne jest uznawanie obiektywnego istnienia pewnych obiektów, faktów -- generalnie rzeczywistości -- i przekonanie, że możliwa do zdobycia jest prawdziwa wiedza dotyczące tych faktów, jak sąd całkiem przeciwny, zgodnie z którym nawet jeśli coś istnieje obiektywnie -- na co nie ma dowodów -- to jest niepoznawalne. Wybór któregoś z tych stanowisk ma być sprawą filozoficznego gustu. Mam wrażenie, że tego typu "naukowy realizm", tak jak i rozliczne typy antyrealizmu, nie biorą pod uwagę właśnie nauki; ani tego, co faktycznie w niej się dzieje, ani jej osiągnięć, w szczególności jej technologicznego sukcesu, którego owoce modyfikują każdą dziedzinę naszego życia. Powoływanie się na sukces technologiczny, a nawet moc prewidystyczną nauki jest jakoś w złym tonie, a w każdym razie nie sądzi się na ogół, by dostarczało rozstrzygających argumentów na rzecz realizmu. A przecież skoro nic nie wiemy o rzeczywistości -- bo podobno nic nie możemy wiedzieć na pewno -- to skuteczność inżynierii genetycznej, technik komputerowych, precyzję w wytyczaniu trajektorii sond kosmicznych, dokładność chemików analityków w określaniu śladowych (rzędu kilku atomów) domieszek danego pierwiastka itd., itp, zaliczyć chyba trzeba do szczęśliwych zbiegów okoliczności! Tyle że ocena prawdopodobieństwa tego typu przypadków każe je uznać za zdarzenia wręcz cudowne. Wedle konstruktywistów znowu, ,,gdy uzyskiwana jest regularna, powtarzalna kontrola nad pewnym zakresem zjawisk [nie znaczy to, że udało się] jakoś odwzorować właściwości świata, [lecz że udało się] temu, co postrzegamy jako świat, narzucić nasze koncepty". Przy czym, większe sukcesy poznawcze i technologiczne przyrodoznawstwa w porównaniu z humanistyką wyjaśnia się sugerując, że przyroda łatwiej nagina się do teorii przyrodników, bo ci dysponują większymi środkami dla zdyscyplinowania swych badaczy, wymuszając na nich trzymanie się tych samych definicji sytuacji oraz ,,dysponują środkami, by `przemóc' swój przedmiot, dopasować go do modeli teoretycznych" . Chorobliwy to już chyba przejaw megalomanii. Zadania filozofii Bezradność filozofów wobec problemu realizmu i problemów z nim związanych bierze się, moim zdaniem, z zadufania, z traktowania filozofii jako nauki pierwszej, która wychodząc od koniecznych pojęć i takich tez o wadze aksjomatów dostarczałaby ontologicznych i epistemologicznych podstaw innym naukom. Stara to pokusa, obecna w filozofii od momentu jej powstania do chwili obecnej. Łatwiej wymienić tych, którzy jej nie ulegli. Wiara w ponadczasową trafność pojęć, zasadność kryteriów oceniających jakość poznania, w tym naukowego, jest powszechna wśród filozofów. Podejrzliwi wobec pojęć wypracowanych przez naukę, chętnie wykazujący ich historyczną zmienność i często uznający jedynie ich instrumentalną wartość, zapominają, że pojęcia i kryteria filozoficzne powstają w określonej sytuacji badawczej i mogą wymagać korekty, gdy ta się zmieni. Bywa, że większą świadomość tego stanu rzeczy mają naukowcy. Bohr pytany przez Heisenberga czy zrozumiemy kiedyś atomy odparł: ,,Tak. Ale dopiero wtedy dowiemy się co znaczy słowo rozumieć''. Jest to również moje głębokie przekonanie związane z faktem, że inaczej pojmuję rolę filozofii. Zadanie jej jest głównie światopoglądowe -- płynącą z różnych źródeł wiedzę uzgodnić w taki sposób, aby zbudować możliwie spójny, głęboki obraz świata i naszego w nim miejsca, uzyskać odpowiedzi na specyficzne filozoficzne pytania. Filozofia nauki -- tak jak ja ją rozumiem -- próbuje zrozumieć naukę, jej wyniki, rozwój, stosunek do rzeczywistości itp. i nie jest w żadnej mierze normatywna. Nie dysponując żadnym szczególnym "wglądem w istotę" swego przedmiotu, musi odwoływać się -- między innymi -- do rozstrzygnięć nauki dotyczących rzeczywistości i naszych możliwości poznawczych. A ponieważ te się zmieniają, zmuszona jest także do zmiany swych ustaleń. Rozstrzygającym kryterium wiarygodności modeli budowanych w jej ramach jest spójność, obejmująca również wyniki nauk szczegółowych Toteż filozofowie stawiani są ciągle wobec nowych wyzwań. choć pytania jakie stawiają wydają się być -- w większości -- takie same. Zbieżność ta wynika z ich ogólności; stale pytamy o naturę bytu, kondycje ludzką, zasadność poznania itp, ale podobieństwo w brzmieniu pytań jest często pozorne, w różnych okresach, charakteryzujących się odmiennymi sytuacjami poznawczymi i one mają odmienny sens. "Nawet bezsporny, tautologiczny, jak można by sądzić, Parmenidesowy punkt wyjścia -- pisałam -- stwierdzenie, że byt jest, a niebytu nie ma, nie może być bez zastrzeżeń akceptowany w świetle ustaleń fizyki dotyczących próżni, zgodnie z którymi kipi ona nieustannie pojawiającymi się i ginącymi cząstkami wirtualnymi. Dzięki nim próżnia -- pozbawiona cząstek materialnych -- oddziałuje z materią. Nie tak łatwo rozstrzygnąć, czy, a jeśli tak, to w jaki sposób istnieją cząstki wirtualne. Jeśli [...] zaksięgujemy je po stronie niebytu, musimy pogodzić się z konsekwencją, że niebyt może wpływać na realną rzeczywistość". Technologiczny i poznawczy sukces nauki jest dla mnie faktem, nad którym nie można przejść do porządku; jest to przecież w gruncie rzeczy Kantowski punkt wyjścia: wobec druzgocących -- zdawałoby się -- argumentów relatywistów i sceptyków, zmusza ponownie do zadania pytania: jak możliwa jest nauka? Skąd się bierze jej niebywała skuteczność? Widząc zaś, że wbrew malkontentom (spod różnych sztandarów) nauka ma się dobrze i pozostaje z rzeczywistością w ścisłym i owocnym związku, trzeba szukać winy za kłopoty z adekwatnym tego ujęciem po swojej stronie . Zacząć trzeba od dokonania rewizji filozoficznych kategorii, przy pomocy których pragniemy uchwycić ich wzajemny stosunek. Zachowały one bowiem wyobrażenia dotyczące rzeczywistości i możliwości jej poznania ukształtowane przez klasyczną mechanikę -- i definicje pojęć, i kryteria oceny jakości poznania skrojone są na miarę Laplaceowskiego demona. Idee regulatywne zostały potraktowane jako warunki definicyjne i kryteria -- zabieg podobny do umieszczenia ideałów moralnych w kodeksie karnym. Analogiczną sytuację znajduje Michał Heller w przypadku Wittgensteinowskiego, a później neopozytywistycznego określania sensu wyrażeń. Dla Wittgensteine: "sens zdania określa jego empiryczna sprawdzalność. Tautologia i sprzeczność nie wymagają empirycznego sprawdzania [...] obie są więc bezsensowne. W ten sposób narodziło się jedno z najbardziej fatalnych nieporozumień w filozofii. Nieporozumienie polegało na tym, że arbitralną definicję sensu wzięto za jego `obiektywne kryterium'. " Opisywanie świata Arbitralność i nowożytny ideał nauki zaważyły właśnie na definicji pojęcia realizmu, toteż obecnie nikt nie może uważać się po prostu za realistę, bez licznych zastrzeżeń, uszczegółowień i dodatkowych etykiet. W sformułowaniu van Fraassena, celem nauki dla realisty jest dostarczenie prawdziwego i literalnego opisu świata . Rescher, podobnie, sądzi, że realista jest przekonany, iż świat jest taki, jakim opisuje go nauka, że teorie naukowe dostarczają literalnej prawdy o rzeczywistości samej w sobie . Wiele zamieszania wprowadziły te definicje. Literalnie prawdziwy opis świata -- nie zadawala nas nic mniej niż pełnia i doskonałość. Absurdem byłoby dziś traktowanie tego zadania ... literalnie. A jednak określenie to prowokuje pretensje, jakie zgłosiła np. Nancy Cartwright , twierdząc, że teorie nauki kłamią, nie opisują bowiem, co dzieje się z kameliami w jej ogrodzie. "Opis" jednak tak właśnie się kojarzy. Wskazanie pewnych obiektów, ich własności, relacji z innymi obiektami. W logice opisem pewnej dziedziny jest zbiór, do którego należy każde ze zdań atomowych lub (w sensie alternatywy rozłącznej) jego negacja. Zdania te stwierdzają dla dowolnych i przedmiotów z zakresu tej dziedziny i dowolnej i-argumentowej relacji należącej do jej charakterystyki, że relacja ta zachodzi między tymi przedmiotami. Jeśli zakres dziedziny jest nieskończony, to nieskończony jest również zbiór zdań będących jej opisem. Żądanie od nauki tego typu opisu wydaje się dzisiaj nieporozumieniem, zauważmy jednak, że gdy wyobrażenia o świecie i możliwości jego poznawania kształtowane były przez klasyczną mechanikę punktu materialnego, taki model poznania naukowego był całkiem sensowny. Teoretycznie wystarczyło przecież podać pędy i położenia wszystkich atomów w świecie -- czyli dysponować opisem tej skomplikowanej dziedziny, jaką jest świat -- żeby wiedzieć wszystko; przeszłość i przyszłość nie miały tajemnic. W świetle dzisiejszej wiedzy jest oczywiste, że nauka nie może opisywać świata w taki sposób. Szczególna teoria względności wyklucza możliwość uzyskania informacji z dowolnego punktu Wszechświata -- powierzchnia stożka świetlnego obserwatora wyznacza nieprzekraczalną granicę możliwości zbierania danych. Co więcej, stan dzisiejszej fizyki skłania do porzucenia swojskiego obrazu hierarchicznej struktury rzeczywistości, z najmniejszymi "cegiełkami" i ustalonym -- bo wyznaczonym w sposób konieczny immanentnymi własnościami owych "cegiełek" -- zestawem "gatunków naturalnych". "Można sobie wyobrazić -- czytamy -- że niewielki obszar skoncentrowanej energii, zarodek naszego wszechświata, powstał w chwili 10-43 sekundy wskutek kwantowej fluktuacji próżni, na którą pozwala zasada nieoznaczoności, podobnie jak może wyłonić się z próżni wirtualna para cząstka-antycząstka. [...] W ułamku sekundy, nim fluktuacja się zapadnie, zaczyna się inflacja i zarodek powiększa się do rozmiarów całego wszechświata. `Cały wszechświat' oznacza tu obszar wielkości piłki do koszykówki, zawierający masę całej widocznej obecnie części wszechświata. Jego dalsza ewolucja wynika w naturalny sposób ze znanych praw fizyki". Tak więc rzeczywistość "sama w sobie", "pramateria", "medium" będące osnową świata -- czy jakie jeszcze skojarzenie zechcemy przywołać na określenie tego, czego (obecnie ?) nawet nazwać nie potrafimy -- jawi się jako potencjalność, ujawniająca w zmieniających się okolicznościach różnorodne właściwości, manifestująca się na rozmaitych płaszczyznach poprzez obiekty, które mogą tworzyć nieprzebranie wiele różnych hierarchii. Należy liczyć się z możliwością, że dla wyczerpania tego bogactwa nawet w granicach naszego stożka świetlnego zabrakłoby nam jeśli nie języka, w którym można zbudować tylko przeliczalnie wiele zdań, to czasu, jaki mamy do dyspozycji. Trzeba też brać pod uwagę lekcję, jakiej dostarcza nam biologia: nacisk ewolucyjny nie jest skierowany na wykształcenie doskonałego aparatu poznawczego. Musi on być wystarczająco dobry, aby rozpoznanie środowiska było na tyle dokładne, żeby zapewnić gatunkowi przetrwanie. Choć więc nasze władze poznawcze (zwłaszcza umysłowe) wydają się z tego punktu widzenia nawet nadmiarowe, nie można wykluczyć, że pewne właściwości świata, pewne jego obszary znajdują się poza ich zasięgiem. Nie mamy więc żadnych podstaw, by oczekiwać, że uzyskamy kiedykolwiek prawdziwy i literalny obraz świata. Z faktu tego konstruktywiści robią jednak nauce zarzut i wysnuwają zupełnie nieuprawniony wniosek, że każda inna "interpretacja", wizja świata -- taka np. jakiej dostarcza mit -- jest równie dobra jak ta, której dostarcza nauka. Technologiczna skuteczność nauki nie jest brana pod uwagę. Nie tak krańcowe zresztą stanowiska relatywistyczne -- reprezentują je np. van Fraassen i Rescher -- też nie odwołują się do tego faktu. Ale nawet gdy dostarczenie prawdziwego i literalnego opisu świata traktowane jest jako idea regulatywna, a nie zadanie nauki, po której oczekuje się tylko, że jednak zbliża się do prawdy (koncepcja truthlikeness), to w tle pozostaje ów opis, gromadzenie danych, cierpliwe odsłanianie fragmentów monstrualnej "zdrapki" kryjącej Prawdę. A przecież nauka nie tylko nie może, ale i nie zamierza w ten sposób poznawać świata. Bada zjawiska i próbuje odkryć prawa przyrody -- prawidłowości w przebiegu tych zjawisk. Nie interesuje jej żaden jednostkowy obiekt z naszego otoczenia, ponieważ nie jest w stanie opisać go w całej pełni. Bada typowe przebiegi, tendencje obiektów pewnego typu do zachowywania się w określony, regularny sposób. Posługuje się abstrakcją, idealizacją, przybliżeniem -- wbrew Rescherowi, realista nie może utrzymywać, że świat jest taki, jakim opisuje go nauka; nie ma w nim punktów materialnych, ciał doskonale sztywnych, ruchu bez tarcia, przewodników bez indukcji itp. Teza realizmu, której można -- jak sądzę -- bronić, stwierdzałaby istnienie obiektywnej rzeczywistości i możliwość jej poznawania. Przemawia za nią nie tylko sukces poznawczy i technologiczny nauki, lecz przede wszystkim sukces naszego gatunku w wyścigu ewolucyjnym. Rozpoznawanie otoczenia przez naszych antenatów musiało być wystarczająco trafne, a nasze świadome poznanie, w tym wyrafinowane poznanie naukowe, z niego się wywodzi. Poznawcza dostępność świata Choć ostrożna, teza ta może być kwestionowana w rozmaity sposób. Na ogół nikt nie przeczy, że "coś" istnieje niezależnie od poznającego podmiotu, jakaś rzeczywistość sama w sobie. Wielu jednak twierdzi, że nie mamy do niej dostępu poznawczego. Nie odmawia się przy tym zazwyczaj zwierzętom trafnego rozpoznawania otoczenia. Paradoksalnie więc to, co uważamy za naszą przewagę ewolucyjną --świadome poznanie -- wydaje się nas upośledzać. To prawda, że pewne cechy, np. barwy przedmiotów czy trujące właściwości określonych substancji nie są immanentnymi charakterystykami rzeczywistości, a naszym sposobem jej postrzegania. Ale przecież zdolność do wywoływania w nas w pewnych okolicznościach np. wrażenia barwy jest obiektywną (ontycznie), choć relatywną, cechą pewnych obiektów. Przy rozumieniu rzeczywistości jako potencjalności wszystkie jej cechy można traktować w ten sposób: ujawniają się one w szczególnych sytuacjach, na różnych poziomach samoorganizacji, dynamicznie, w interakcjach. Zwolennicy poglądu o niedostępności poznawczej rzeczywistości nie negują jednak na ogół przyczynowego związku między rzeczywistością a naszym jej odwzorowaniem, odmawiają mu jedynie (epistemicznej) obiektywności. Powołują się na pokutujące w filozofii od dawna przeświadczenie, że tym, co poznajemy, są "własne stany podmiotowe wywołane przez jakieś czynniki, które wyobrażamy sobie poza podmiotem" , w rzeczywistości zaś świat wygląda inaczej. Trzeba wreszcie zrewidować ten pogląd, przyjąć do wiadomości, że nie postrzegamy "własnych stanów podmiotowych". Owszem, odczuwamy stany emocjonalno-wolicjonalne, ale postrzeganie sensu stricto jest intencjonalne, postrzegamy przedmioty z naszego otoczenia. Z czym zresztą należałoby utożsamiać owo "ja" postrzegające "własne stany podmiotowe", przy użyciu jakich władz poznawczych miałoby to zachodzić? Stwierdzanie zaś czegoś o "wyglądzie" świata samego w sobie, np., że nie jest barwny, jest nieporozumieniem. Skoro barwność jest cechą relatywną, to bez odniesienia do drugiego członu relacji -- odpowiednio ukształtowanych oczu i mózgu -- nie można sensownie o niej mówić. Innymi słowy, świat nie postrzegany w ogóle "nie wygląda". Nie znaczy to jednak, że nasze poznawanie świata jest subiektywne. Dychotomia obiektywne-subiektywne jest tu wyraźnie za uboga. Obiektywność o jaką tu może chodzić jest w gruncie rzeczy gatunkową intersubiektywnością, którą filozoficzni absolutyści traktują na równi z subiektywnością, tej ostatniej odmawiając wiarygodności poznawczej (zwłaszcza przy formułowaniu sądów ogólnych). Z naturalistycznego punktu widzenia, który ja reprezentuje, nie wydaje się to słuszne. Nasze władze poznawcze -- tak zmysłowe, jak i umysłowe -- wykształciły się w trakcie przystosowawczego obcowania z rzeczywistością, która odcisnęła na nich swe piętno. ,,Z perspektywy rozważań ewolucyjnych -- pisze Ditfurth -- idea i rzeczywistość, struktura naszego aparatu postrzegania i właściwości środowiska przystają do siebie z tych samych przyczyn, dla których skrzydło ptaka jest dostosowane do właściwości powietrza''. Klasyfikacje i fakty Innym argumentem wysuwanym przeciw realizmowi jest twierdzenie, że świat sam w sobie nie ma żadnej struktury, a każde uporządkowanie, każda klasyfikacja jest społecznym konstruktem, jest mu narzucona. Jest to teza jawnie fałszywa Ale gdyby nawet było tak, jak ona głosi, to i tak dysponowalibyśmy obiektywnymi faktami, stanami rzeczy, o których moglibyśmy prawdziwie lub fałszywie coś stwierdzać zgodnie z klasyczną koncepcją prawdy. Jeśli mamy przed sobą stertę płodów rolnych, to możemy porządkować je na rozmaite sposoby: możemy wyróżnić owoce i warzywa, rośliny zielone i nie zielone, uprawiane w naszych warunkach klimatycznych i nie, pojawiające się często na naszych stołach i raczej rzadko; możemy porządkować je ze względu na wagę, zawartość witaminy C, wartość odżywczą itd. Przyjąwszy jednak którąś z tych konceptualizacji, dysponujemy już obiektywnymi faktami, możemy stwierdzić np., że owoców mamy dwa razy więcej niż jarzyn, że gruszka zawiera mniej witaminy C niż cebula, że ziemniak jest częściej jadany w Polsce niż melon. Wartość logiczna tych stwierdzeń zależy już tylko od faktycznego stanu rzeczy. Są to truizmy i naprawdę trudno dociec, jak można tą drogą dojść do antyrealizmu, relatywizmu, sceptycyzmu i zakwestionowania zasadności klasycznej koncepcji prawdy. A jednak tak się dzieje. Nawet Putnam, którego realizm wewnętrzny -- szeroko dyskutowana koncepcja -- sprowadza się w istocie do opisanej powyżej konceptualizacji, definiuje prawdę jako idealną racjonalną akceptowalność. Przy takiej definicji trudno się dziwić, że prawda pozostaje mirażem, czymś do czego dążymy, a czego nigdy osiągnąć nie zdołamy. Filozofowie proponujący tego typu definicje prawdy zapominają, że termin ten ma zastane znaczenie w języku potocznym, a w praktycznej działalności musimy odróżniać nie tylko prawdę od fałszu, ale i od kłamstwa. I chodzi nam zawsze -- całkiem klasycznie -- o zgodność z faktycznym stanem rzeczy, z faktami; nie chcemy, a i nie możemy przecież, odwoływać się do "idealnej racjonalności" -- nasza potoczna rzeczywistość domaga się rozwiązań natychmiastowych. Trudno zrozumieć motywację Putnama, skoro według niego: "powinniśmy stanowczo twierdzić, że są pewne fakty do wykrycia, a nie do ustanowienia przez nas. To wszakże możn...
XMedzik30