Dar serca
ROZDZIAŁ PIERWSZY
– O mój Boże...
Tylko tyle udało się wyszeptać Annie, zanim płyn ze słomki dotarł do jej gardła, podrażniając je nieprzyjemnie. Całą uwagę dziewczyna skoncentrowała teraz na pokonaniu grożącego jej ataku kaszlu.
Dobrze mi tak, zganiła się w duchu, kiedy po chwili znów oddychała spokojnie. Wiele lat temu zauważyła już, że wszelkie jej próby patrzenia na mężczyzn, przystojnych czy przeciętnych, nie mają najmniejszego sensu. Dawno przestała więc okazywać zainteresowanie płcią odmienną poza tym jednym, pechowym razem, który utwierdził ją jedynie w przekonaniu, że prawdziwą głupotą jest z jej strony już samo rozważanie możliwości zwrócenia na siebie uwagi jakiegokolwiek mężczyzny.
Tak więc fakt, że do szpitalnego pokoju Anny wszedł właśnie najseksowniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziała, nie powinien zrobić na niej najmniejszego wrażenia i nie zrobiłby, przekonywała samą siebie, gdyby nie była tak zmęczona przymusową bezczynnością. Nieznajomy wkroczył z pewnością siebie człowieka, do którego należy nie tylko ta sala, lecz cały szpital.
Widziała rozszerzone przestrachem bądź zdziwieniem orzechowe oczy ocienione niewiarygodnie długimi rzęsami, zanim mężczyzna, znów przybrawszy maskę obojętności, odwrócił się niecierpliwie w kierunku drzwi. To nie ja jestem powodem jego zniecierpliwienia, uświadomiła sobie Anna, lecz wysoka, szczupła brunetka, która pojawiła się teraz w progu. Anna nie obawiała się patrzeć na kobiety. Przyglądała się im uważnie, krytycznie, z odrobiną zazdrości wtedy, gdy ogarniała ją chandra. Ta kobieta była piękna; nikt nie mógłby temu zaprzeczyć. Jej uroda wydawała się jednak bardzo krucha, był to rodzaj urody wymagający wielu zabiegów, przygotowań i troskliwej pielęgnacji. Sprawiała wrażenie osoby dojrzałej. O ile lat mogła być starsza od swojego towarzysza? Dziesięć? Więcej? Mniej? Anną nie potrafiła tęgo osądzić.
Kobieta spojrzała na Annę, a potem dumnym krokiem przeszła do swojego łóżka. Mężczyzna odstawił pięknie wykonaną walizkę z delikatnej skóry i zaciągnął zasłonę oddzielającą szpitalne łóżka. – Przepraszam – powiedział, lecz zabrzmiało to jedynie jak zdawkowa uprzejmość.
Anna wiedziała, że natychmiast po zaciągnięciu białego materiału mężczyzna zapomniał o jej obecności.
Nie potrafiła zdobyć się na uśmiech. Leżała tutaj, jakby była niewidzialna, i tak też ją traktowano. Cóż, to jej odpowiadało. W pewnym sensie wolała taki brak zainteresowania niż sposób, w jaki reagowała na jej widok większość mężczyzn. Teraz mogła przynajmniej swobodnie fantazjować na temat nieznajomego i przysłuchiwać się prowadzonej obok rozmowie. Obydwie te przyjemności były zupełnie nie w jej stylu, wolała jednak to, niż martwić się zaplanowaną na następny dzień operacją.
Seksowny, pomyślała. Tak, z pewnością tak. Gdyby miała go rzeźbić, najbardziej odpowiedni byłby brąz. W tym materiale najlepiej można by oddać smukły kształt kończyn i szlachetną strukturę silnych mięśni, których domyślała się pod elegancko skrojonym, trzyczęściowym garniturem. Potrząsnęła głową. Trzyczęściowy garnitur. Nikt w Van Buren, Arkansas, nie ubierał się w ten sposób w sierpniu. Cóż, poprawiła się, prawie nikt. Nie potrafiła zbyt trafnie odgadywać wieku. Gdyby miał tyle samo lat co towarzysząca mu kobieta, w jego włosach bez wątpienia można by dostrzec srebrne nitki. Głowę mężczyzny zdobiła jednak bujna, kruczoczarna czupryna, której odcień i połysk z pewnością nie były wynikiem farbowania. Musiał więc być młodszy. Ale o ile? Na jego twarzy malowało się doświadczenie i dojrzałość. To dodawało mu uroku. Trzydzieści pięć, zdecydowała. Trzydzieści pięć przy jej dwudziestu dziewięciu. Tak. To dobry wiek. Zwłaszcza gdy były to tylko marzenia.
Miał trochę ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Bez problemu mogłaby nosić w jego towarzystwie swoje najwyższe szpilki, nie martwiąc się o zranienie jego dumy.
Zdecydowanie też nie miał nadwagi. Nie szpecił go ani brzuszek piwosza, ani przygarbienie ramion tak charakterystyczne dla pracujących za biurkiem urzędników.
Ten mężczyzna spędza dużo czasu na świeżym powietrzu, zdecydowała Anna. Mimo że jego drogi garnitur sugeruje stateczny tryb życia. Jego cera miała najprawdopodobniej naturalnie ciemny odcień, który teraz, wzmocniony opalenizną, był tylko o ton jaśniejszy od koloru brązu. Tak, gdyby miała rzeźbić tego mężczyznę, brąz na pewno byłby najodpowiedniejszy. Ale on jest już zajęty, westchnęła. Związany z tą niewątpliwie piękną kobietą.
Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Zajęty czy nie, i tak by się nią nie zainteresował.
Cała gra znudziła się już Annie, lecz kiedy postanowiła zająć się czymś innym, zdała sobie sprawę, że i tak nie ma wyboru. Hałasy dochodzące z drugiej części pokoju przez długi czas były bez znaczenia – odgłosy otwieranych toreb, szelest ubrania, kroki. Usłyszała, jak otwierają się drzwi łazienki i przez szczelinę w zasłonie dojrzała kobietę w czerwonej sukni zmierzającą w kierunku łóżka. Potem trzask zapalniczki i zapach tytoniu. I wreszcie głosy. Bardzo starała się je ignorować, lecz rozmawiający stali zaledwie kilka kroków dalej, oddzieleni od niej tylko cienkim materiałem.
– Eileen. – Głos był głęboki, dobrze modulowany. Mężczyzna mówił jak ktoś przyzwyczajony do wydawania poleceń. – Wciąż masz jeszcze czas, by zmienić zdanie.
– Dlaczego, skarbie... – śmiech tej kobiety, brzmienie głosu wydawały się równie wypracowane jak jej uroda – ...dlaczego, na Boga, miałabym zrobić coś takiego?
– Ponieważ to nie jest potrzebne.
– Niepotrzebne komu? – spytała Eileen, a jej głos nie brzmiał już teraz wesoło. – Tobie? – Anna usłyszała szelest atłasu i domyśliła się, że kobieta usiadła na łóżku.
– Nie, ty nie potrafisz tego zrozumieć, prawda, Evanie? Kiedy będziesz w moim wieku, dalej nic z tego pojmiesz. Wtedy ludzie uznają twoje rysy za wyraziste, twoją Urodę określą mianem dojrzałej. Czy wiesz, że mężczyźni mają grubszą...
angela17111