William Golding
1.
Walczył na wszystkie sposoby, był samym jądrem wijącego się i wierzgającego węzła swego ciała. Nie było góry ani dołu, światła ani powietrza. Poczuł, jak jego usta rozwierają się i wystrzela z nich przeraźliwy wrzask:
- Pomocy!
Razem z wrzaskiem uciekło powietrze, a jego miejsce wypełniła woda - paląca woda, jak kamienie raniąca gardło i usta. Wygiął ciało w kierunku miejsca, gdzie wcześniej było powietrze, lecz natrafił tylko na czarną, dławiącą kipiel. Ciało opanowała panika, a usta otworzyły się z wysiłkiem, aż do bólu szeroko rozwartych szczęk. Do środka wdarła się woda, prąc w dół, bez litości. Wraz z nią wpadło na chwilę powietrze, więc chyba kierował się w odpowiednią stronę. Woda jednak pochwyciła go znowu i zakręciła nim tak, że zapomniał, gdzie znajdowało się powietrze. Uszy rozdzierał ryk turbin, a ze środka, jak z pocisku smugowego, strzelały zielone iskry. Był tam też silnik tłokowy, który pędził w zawrotnym tempie, wprawiając w drżenie cały wszechświat. Potem na chwilę zjawiło się powietrze - chłodna maska na twarzy, w którą wbił zęby. Zmieszana z powietrzem woda wtoczyła się do jego ciała jak żwir. Mięśnie, nerwy i krew, walczące z wysiłkiem płuca, maszyna wewnątrz głowy - wszystko to pracowało przez chwilę w odwiecznym rytmie. Bryłki twardej wody przedarły się przez gardło, wargi zwarły się i rozstąpiły, język wygiął się w łuk, w mózgu rozpalił się neonowy szlak.
- Mam...
Lecz mężczyzna spoczywał zawieszony poza tym całym zamieszaniem, oddzielony od swego szarpiącego się ciała. Świetliste obrazy, które przed nim rozrzucono, były skąpane w świetle, nie zwracał jednak na nie uwagi. Gdyby mógł kontrolować nerwy swej twarzy lub gdyby twarz była tak ukształtowana, by wyrazić stan jego świadomości, kiedy spoczywał tak zawieszony między życiem a śmiercią, tę twarz zniekształcałby wściekły grymas. Lecz jego prawdziwa szczęka była wykrzywiona i odległa, a z ust wylewała się woda. Zielony pocisk wylatujący ze środka zaczął się skręcać, tworząc tarczę. To gardło, tak oddalone od charczącego mężczyzny, wymiotowało wodą i wciągało ją z powrotem. Twarde bryłki wody już nie sprawiały bólu. Zapanowało coś na kształt rozejmu, obserwacja ciała. Nie było twarzy - był tylko grymas.
Obraz się uspokoił i mężczyzna skupił na nim wzrok. Nie widział podobnej rzeczy od tak wielu lat, że jego grymas, zabarwiony zainteresowaniem, stracił nieco na intensywności. Dokładnie przyjrzał się całemu obrazkowi.
Na stole stał słoik, jaśniejąc w silnym świetle. Mógł to być ogromny słój na środku sceny lub mały słoiczek niemal dotykający twarzy, lecz interesujące w nim było to, że można było wejrzeć w inny świat, odrębny, a zarazem łatwy do opanowania. Był niemal całkowicie wypełniony czystą wodą, w której unosiła się maleńka, szklana figurynka. Słoik zamykała cienka membrana z białej gumy. Przyglądał się temu słoikowi, nie poruszając się ani nie myśląc o niczym, podczas gdy jego odległe ciało uspokoiło się i rozluźniło. Najbardziej frapująca w tym słoiku była owa figurynka, utrzymywana przez przeciwstawne siły w stanie chwiejnej równowagi. Wystarczy położyć palec na membranie, by ścisnąć zamknięte tam powietrze, a ono z kolei jeszcze mocniej naprze na wodę. Wtedy podniesie się poziom wody w małej rurce umieszczonej wewnątrz figurynki, która zacznie tonąć. Zmieniając nacisk na membranę, można robić z tą małą figurynką, co się chce; ma się ją wówczas całkowicie w swojej mocy. Można mruknąć: “A teraz toń!" I pójdzie na dno, coraz niżej i niżej. Można ją zatrzymać, dać chwilę wytchnienia. Potem niech się przedziera chwilę ku powierzchni, zanim pośle się ją, rozważnie, powoli, bezlitośnie, niżej i niżej.
Chwiejna równowaga szklanej figurynki odnosiła się do jego ciała. W nagłym, bezsłownym olśnieniu pojął, że to on sam dotyka powierzchni morza, zawieszony w takiej właśnie niebezpiecznej równowadze, pomiędzy unoszeniem się na powierzchni i tonięciem. Grymas pomyślał jakieś słowa. Nie wyartykułował ich, lecz zdał sobie z nich sprawę, jak w blasku światła.
Oczywiście. Mój pas ratunkowy.
Umocowany taśmami pod jedną i drugą pachą. Taśmy opinały ramiona - teraz nawet je czuł - biegły wokół klatki piersiowej, zapięte z przodu pod nieprzemakalnym sztormiakiem i bajową bluzą. Był ledwie nadmuchany, zgodnie z zaleceniami władz, gdyż mocno wypełniony powietrzem mógł pęknąć przy uderzeniu o powierzchnię wody. Najpierw odpłynąć od okrętu, a dopiero potem nadmuchać pas.
Gdy sobie uświadomił, że ma pas, napłynęły falą obrazy - polakierowana tablica, na której zapisano polecenia, ilustracje przedstawiające pas ratunkowy z wężykiem i metalową rurką przewleczoną przez taśmy. Nagle pojął, kim jest i gdzie się znajduje. Był zawieszony w wodzie jak owa szklana figurynka; nie walczył, lecz zwisał bezwładnie. Fale regularnie obmywały jego głowę.
Usta wypełniła woda i zakrztusił się. Błyski pocisku smugowego przebiły mrok. Poczuł, że coś ciągnie go w dół. Grymas wrócił z obrazem ciężkich gumiaków i zaczął poruszać nogami. Zahaczył jednym palcem o brzeg buta i popchnął, lecz na próżno. Zebrawszy się w sobie, odnalazł swe ręce, oddalone, choć ciągle pomocne. Zacisnął usta i wykonał ponurą sztuczkę akrobatyczną, podczas gdy pocisk smugowy w jego głowie wciąż błyskał. Poczuł, jak wali mu serce, i przez chwilę był to dlań jedyny punkt odniesienia pośród bezkształtnych ciemności. Podciągnął prawą nogę do lewego uda i naprężył rozmokłe ręce. Gdy but zsunął się po łydce, zrzucił go jednym kopnięciem. Palce jego nóg uwolniły się od gumowego okrycia, które dotknęło go raz jeszcze, po czym przepadło na zawsze. Z wysiłkiem podciągnął do góry lewą nogę i przez chwilę szamotał się z drugim butem, który w końcu zszedł. Obie nogi były wolne. Rozluźnił się i zwisł bezwładnie, podtrzymywany przez pas.
Jego usta były zmyślne. Rozwierały się i zamykały, wpuszczając powietrze, lecz nie wodę. Ciało też pojęło, o co chodzi. Raz na jakiś czas kurczyło żołądek w twardy węzeł, a wargi wyrzucały strugi morskiej wody. Znów opanowało go przerażenie - nie zwierzęcy strach, lecz głęboki lęk przed długotrwałym i samotnym umieraniem. Grymas powrócił, teraz jednak miał twarz, której mógł używać, i powietrze dla gardła. Za grymasem kryło się coś znaczącego, co nie zamierzało marnować powietrza na żadne dźwięki. Był tam jakiś zamysł, który z braku czasu i doświadczenia nie potrafił pojąć swej bezwzględności. Nie mógł wykorzystać tego mechanizmu do regularnego oddychania, lecz między jednym a drugim zanurzeniem pochłaniał hausty powietrza.
Gdy łykał powietrze, każdy jego haust przynosił nową myśl. Znów przypomniał sobie o swoich rękach - były gdzieś daleko, pogrążone w mroku. Przyciągnął je bliżej i zaczął gmerać przy twardym, namokniętym ubraniu. Guzik był obolały i trudno go było przekonać, by zechciał przejść przez dziurkę. Wreszcie pętelka ześlizgnęła się z kołka zapinającego jego bluzę. Leżąc niemal bez ruchu, stwierdził, iż morze całkowicie go ignoruje, traktując go jak szklaną figurynkę marynarza lub kłodę, którą wkrótce zatopi, lecz którą jeszcze przez kilka chwil zachowa na powierzchni. Między jednym a drugim grzbietem zawsze czekało powietrze.
Chwycił gumowy wężyk i przeciągnął go przez taśmy. Czuł wyraźnie sflaczałą gumę, która ledwo utrzymywała go na powierzchni. Chwycił zębami zaworek wężyka i zaczął odkręcać go dwoma palcami, podczas gdy pozostałe palce pilnowały, by nie uszło powietrze. Wywalczył go trochę między jedną a drugą falą i wdmuchnął przez gumowy wężyk. Wśród nie kończącej się przeplatanki grzbietów i dolin odmierzał powietrze, które mogło wpaść mu do płuc, aż w końcu jego serce zaczęło poruszać się z trudem jak ranny człowiek, a zielony pocisk smugowy błyskał i wirował. Pas stwardniał, lecz cały proces był tak rozciągnięty w czasie, że nie zauważył, kiedy to się stało. Naraz, gwałtownie, fale zaczęły przelewać się po jego barkach, a każdy kolejny pogrzeb w ich odmętach był jak mokre klaśnięcie, uderzenie w twarz. Odkrył, że nie musi walczyć o powietrze. Mocno i regularnie dmuchał w wężyk aż pas się rozrósł i zaczął go uwierać. Jednak nie przestał zaraz dmuchać. Zabawiał się z powietrzem, raz wypuszczając odrobinę, to znów dmuchając, gdyż bał się przerwać tę jedyną czynność, którą w jakiś sposób mógł sobie pomóc. Jego głowa, szyja i ramiona wystawały teraz dłużej z wody. Były zimniejsze niż reszta ciała. Zesztywniałe na wietrze. Zaczęły drżeć. Wypuścił z ust gumowy ustnik.
- Ratunku! Ratunku!
Przez wężyk uciekało powietrze i począł z nim walczyć. Skręcił go mocno i zabezpieczył. Przestał krzyczeć i wytężył wzrok, chcąc przebić się przez ciemność, lecz ta oblepiała gałki jego oczu. Mimo że podniósł rękę do twarzy, niczego nie dostrzegł. Natychmiast do lęku przed osamotnieniem i utonięciem doszedł lęk przed ślepotą. Zaczął się niezdarnie wdrapywać na grzbiety fal.
- Ratunku! Jest tam ktoś? Ratunku! Rozbitek!
Przez chwilę leżał, drżący, nasłuchując odpowiedzi, lecz dobiegł go tylko syk i chlupot oblewającej go zewsząd wody. Zwiesił głowę.
Zlizał z warg sól.
- Ruszaj się.
Zaczął łagodnie uderzać wodę. Z ust wydobywały się bełkotliwe słowa:
- Dlaczego ściągnąłem te buty? W niczym mi to nie ulżyło.
Znów zwiesił głowę.
- Zimno. Nie mogę przemarznąć. Gdybym miał te buty, mógłbym ściągać je i zakładać, ściągać i zakładać...
Nagle pomyślał o łodzi, pogrążającej się w wodzie, idącej na dno, od którego wciąż dzieliła ją dobra mila, i od razu ten cały mokry ogrom zdusił jego ciało, jak gdyby spoczywał zatopiony na wielkiej głębokości. Zacisnął szczękające zęby, a jego twarz zastygła w skurczu. Wygiął ciało w łuk, podciągając obie stopy, jak najdalej od tej głębi, przelewającej się, żarłocznej, skłębionej kipieli.
Zaczął młócić wodę rękami, chcąc za wszelką cenę obrócić się dokoła swej osi. Cały czas wbijał wzrok w ciemność, lecz nie wiedział, czy już powrócił do pierwotnej pozycji, gdyż otaczający go mrok był gładki i wszędzie taki sam. Nie było żadnego wraku, tonącego dzioba, rozbitków walczących o życie - tylko on i ciemność kładąca się na gałkach jego oczu. I ruch wód.
Począł krzyczeć, wzywając innych, kogokolwiek:
- Nat! Nathaniel! Na miłość boską! Nathaniel! Ratunku!
Jego głos zamarł, a twarz się rozluźniła. Opadł bezwładnie w swoim pasie, pozwalając falom robić z nim, co zechcą. Zęby znów się rozszczękały i raz po raz drżenie to udzielało się całemu ciału. Jego nogi, tam w dole, były nie tyle zimne, co ściśnięte, zduszone bez litości przez morze, więc to, co w nich odczuwał, nie było reakcją na temperaturę, a raczej na ciężar, który mógł je zmiażdżyć i rozsadzić. Próbował coś zrobić z rękami - nie było jednak miejsca, gdzie mogły uciec przed bólem. W karku odezwał się ból, nie narastający, lecz nagły niczym ukłucie, nie pozwalając mu oderwać podbródka od piersi. Przez to jednak twarz zanurzyła się w wodzie, którą wciągnął nosem, dławiąc się i charcząc. Odplunął, znosząc przez chwilę ból w karku. Wbił rękę między pas ratunkowy a podbródek i przez dwie fale czuł ulgę, po czym ból wrócił. Wysunął rękę, a twarz opadła mu na wodę. Położył się na wznak, mimo bólu przeginając głowę w taki sposób, że gdyby jego oczy były otwarte, spoglądałby prosto w niebo. Ucisk na nogi stał się znośny. Już nie były ciałem - przekształciły się w jakąś inną substancję, zmartwiałą i nie sprawiającą kłopotu. Ta część ciała, której morze nie zaatakowało i nie zdołało całkowicie pokonać, wykonywała raz na czas jakiś niewielkie ruchy. Teraz trzeba było zbadać wieczność, nierozłącznie splecioną z bólem, doświadczyć jej. Grymas nie znikał. Myślał. Myśli rodziły się z trudem, niespójne, lecz jakże istotne.
Niebawem zaświta.
Muszę posuwać się ruch za ruchem.
Dość myśleć jeden ruch naprzód.
Zobaczę szczątki.
Nie umrę.
Nie mogę umrzeć.
Nie ja...
Drogocenny.
Uniósł się, szarpnięty nagłym przypływem uczuć, nie mającym nic wspólnego z dotykiem fal. Z jego oczu wypływała słona woda. Pociągnął nosem i przełknął nerwowo ślinę.
- Ratunku, niech mi ktoś pomoże!
Jego ciało uniosło się i opadło łagodnie.
Gdybym był niżej, dostałbym się może i do łodzi nawet. Albo na tratwę. Ale akurat mnie musiała przypaść ta cholerna wachta. I to mnie musiało zmieść z tego cholernego pomostu. Okręt musiał pewnie pójść na sterburtę, jeśli on otrzymał rozkaz na czas, i zatonął lub przewrócił się. Oni na pewno są gdzieś w ciemnościach, tam gdzie zatonął, wypytując się, czy nie stracili ducha - węzły i punkciki głów wśród fal, ropy i unoszących się szczątków. Gdy się przejaśni, muszę ich odnaleźć; na Boga, muszę ich odnaleźć. Albo ich wypatrzą i zabiorą, a ja zostanę, wzdęty jak hamak. O Boże!
- Ratunku! Nathaniel! Ratunku!
Moje rozkazy też były słuszne. Gdybym je wydał dziesięć sekund wcześniej, byłbym, kurna, bohaterem... Ster prawo na burt, na miłość boską!
Musiało nas walnąć dokładnie pod mostkiem. A mój rozkaz był słuszny. I wypieprzyło mnie niezły kawał.
Stężały grymas tak długo urabiał drewnianą twarz, aż górna warga uniosła się, odsłaniając szczękające zęby.
Targnął nim słaby gniew, a krew napłynęła ciepłą falą, rozgrzewając z lekka policzki i tył oczu. Otworzyły się.
Później, podskakując i rozpryskując wodę, spojrzał w górę. Faktura mroku zaczęła się zmieniać: były tam smugi i plamy, które nie pochodziły z oka. Przez moment - zanim zdołał sobie przypomnieć, jak należy używać wzroku - plamy te oblepiły jego oczy jak ciemność. Potem wzrok jego okrzepł i z wnętrza głowy, przez łuki czaszki, zaczął dostrzegać przypadkowe składanki zrodzone ze słabego światła i mgły. Bez względu jednak na to, jak bardzo mrugał oczami i wytężał wzrok, wciąż zostawały poza nim. Wysunął głowę naprzód i ujrzał, delikatniejszy niż cień, pofałdowany i zmieniający się kształt fali, która po chwili uniosła jego ciało. Przez ułamek sekundy widział jej nietrwały zarys na tle nieba, a potem, niesiony przez wodę, dostrzegł jak przez mgłę czarny grzbiet następnej, spadającej nań fali. Próbował płynąć. Jego ręce były plamami lśniącymi w wodzie, a wykonywane ruchy zdawały się zdejmować z jego nóg ogromny ciężar. W głowie rozbłyskiwały myśli.
Płynęliśmy na północny wschód. Wydałem rozkaz. Gdyby okręt zaczął skręcać, byłby teraz gdzieś tam, na wschodzie. Wiatr wiał z zachodu. Tam, skąd jeden za drugim pędzą grzbiety fal, jest wschód.
Jego ruchy i oddech stały się gwałtowniejsze. Płynął nieporadnie, unoszony przez pas ratunkowy. Po chwili przestał, pozwalając się nieść falom. Zacisnął zęby, wyjął zatyczkę z pasa ratunkowego i tak długo wypuszczał powietrze, aż znalazł się nieco niżej w wodzie. Wtedy znów zaczął płynąć. Oddychał z trudem. Natężając wzrok aż do bólu, patrzył spoza łuków swej czaszki na tył każdej spływającej zeń fali. Jego nogi zwolniły i znieruchomiały, ramiona opadły. Gdzieś w ciemnych głębiach czaszki mózg wciąż poruszał rękoma i nogami, choć od dawna już unosiły się bezwładnie w wodzie.
Coraz wyraźniejsza stawała się ziarnistość nieba. Jego odcień zmieniał się mgliście, z czerni i mroku przechodząc w szarość. Bardzo blisko widać było postrzępione wzgórki na powierzchni wody. Jego mózg znów zaczął poruszać rękami i nogami.
Falą napłynęły obrazy, próbując wcisnąć się między niego a zew, który kazał mu płynąć na wschód. Ponownie zjawił się ten słoik, tym razem wyzuty z jakiegokolwiek znaczenia. Był tam jakiś człowiek, krótka rozmowa i blat biurka, tak lśniący, że odbijały się w nim uśmiechnięte zęby. Był także długi rząd suszących się wielkich masek, głos zza tych zębów, które odbijały się w biurku, odezwał się miękko:
- Jak myślicie, która z nich byłaby właściwa dla Christophera?
Była jeszcze podstawa kompasu z ledwo widocznym światełkiem, wykrzyczany rozkaz, który zawisł w neonowym świetle na oczach nieba i ziemi.
- Ster prawo na burt, na miłość boską!
Do jego ust wtargnęła woda. Zacharczał, dławiąc się, i odzyskał przytomność. Dzień trwał bezlitośnie w szarości i zieleni. Morze było znajome i bezkresne. Wody dymiły. Wpłynąwszy na szeroki, potargany grzbiet, dostrzegł dwa kolejne, dymiące grzbiety, a dalej już jedynie niewyraźny krąg, który mógł być mgłą, drobniutką mżawką lub deszczem. Wbijał wzrok w ów krąg, obracając się, ustalając kierunek z ruchu fal, aż zlustrował każdy punkt. Pełgający płomień w jego wnętrznościach, który miał przetrwać, został zaatakowany. Leżał bezbronny wewnątrz swych ubrań i rozmokłego ciała.
- Nie umrę! Nie!
Ten mglisty krąg był wszędzie taki sam. Grzbiety fal pojawiały się z tamtej strony, wyłaniały się z mgły, porywały go, unosiły na moment, a potem rzucały w dół i umykały, lecz gdy za chwilę następna fala chwytała go i dźwigała w górę, mógł dojrzeć ginący zarys poprzedniej. Potem lądował w dole, widząc kolejną falę, która pędziła skłębiona w jego kierunku.
Przeklinając, zaczął bić wodę zbielałymi dłońmi. Z zaciekłym wysiłkiem utrzymywał się na grzbietach fal. Lecz nawet odgłosy jego ust i ciała ginęły rozmyte w bezliku dźwięków przemieszczających się wód. Znieruchomiał, czując obmacujące jego żołądek palce chłodu. Głowa opadała mu na piersi, a woda słabo, uporczywie przelewała się po jego twarzy. Myśleć. To moja ostatnia szansa. Myśleć, co można zrobić.
Okręt zatonął na Atlantyku. Setki mil od lądu. Płynął samotnie, wysłany na pomocny wschód od konwoju, by przerwać ciszę w eterze. Może ten U-boot krąży gdzieś w pobliżu, by wyłowić jakiegoś ocalałego marynarza i wziąć go na spytki. Albo czeka na jakąkolwiek jednostkę, która przypłynie w sukurs tym, co ocaleli. W każdej chwili może się wynurzyć, rozcinając fale swym ciężkim cielskiem, jak do połowy zalana przez przypływ skała. Jego peryskop zwarzy oblewającą go wodę, oko stworzenia lądowego, które pokonało rytm i prawo morza. Być może właśnie teraz przepływa pode mną, niewyraźny i śmigły jak rekin, a może leży pod moimi drewnianymi stopami na słonym, wodnym łożu, podparty poduszkami, a jego załoga pogrążona jest we śnie. Rozbitkowie, jakaś tratwa, statek wielorybniczy, łódź ratunkowa, szczątki okrętu unoszą się pewnie na falach, może dwa lub trzy grzbiety dalej, ukryte we mgle i czekające na ratunek z jakąś konserwą i szczeniaczkiem.
Znów zaczął obracać się w wodzie, wpatrując się łzawiącymi oczami we mgłę, po czym wbił wzrok w niebo, które zdawało się wisieć nie wyżej niż dach. Następnie przepatrzył obszar wokół siebie, szukając szczątków okrętu albo jakiejś głowy. Nie dostrzegł jednak niczego. Okręt znikł zupełnie, jakby czyjaś dłoń wychyliła się z głębi i wciągnęła go jednym ruchem pod wodę. Gdy pomyślał o tej mili, wygiął ciało w łuk, wykrzywił twarz i zaczął krzyczeć:
- Ratunku, niech was diabli, spieprzajcie, kij wam w dupę, ratunku!
Potem załkał i zadrżał, a chłód ścisnął go jak ta dłoń wciągająca okręt w głębiny. Krzyk umilkł w czkawce, a on sam jął się znów obracać wśród dymu i zielonej kipieli.
Jedna część otaczającego go kręgu była jaśniejsza niż pozostałe. Fale przelewały się ku lewej stronie tej niewyraźnej jasności, a tam, gdzie rozpościerała się owa jasność, mgła była jeszcze bardziej nieprzenikniona niż z tyłu za nim. Pozostał zwrócony twarzą ku tej jasności nie dlatego, że była mu w jakiś sposób konieczna, lecz raczej z tej przyczyny, iż rozbijała jednorodność otaczającego go kręgu i zdawała się cieplejsza od całej reszty. Znów zaczął bezwiednie płynąć, jak gdyby podążanie za tą jasnością było dlań czymś nieuniknionym. W tym świetle unoszącym się nad wodą dym przybierał konsystencję trwałą. Światło przebijało się przez wodę, stawiając między nim a czubkami niestrudzonych grzbietów ścianę butelkowej zieleni. Gdy fala mijała go, przez moment mógł zajrzeć w jej głąb, lecz nie było tam nic prócz wody - ani źdźbła wodorostu, ani skrawka czegoś uchwytnego, pływającego, poruszającego się - nic prócz zielonej, zimnej, zaciętej, idiotycznej wody. Za to na pewno były tam ręce i dwa przedramiona okryte nieprzemakalnym materiałem, i jeszcze ciężki, dyszący oddech. Był także odgłos idiotycznych, szepczących, skręcających się, drobnych kaskad, które dzwoniły w uszach jak miniaturowe fale na płaskiej plaży; niespodziewane syknięcia i klapsy, ryki i urywane sylaby, i łagodne tarcie wiatru. Owe ręce pod jasną stroną kręgu były ważne, lecz wokół była pustka, której nie mogły uchwycić. Pod nimi i pod toczącym zmagania, konającym ciałem trwała nieskończona drobina czegoś miękkiego i zimnego.
Targnęła nim świadomość głębi, więc przyciągnął swe martwe stopy do brzucha, próbując odgrodzić je od całego oceanu. Wygiął się w łuk i wbił wzrok przed siebie, uniósł się na fali ponad przepastną głębią wód, a jego usta otwarły się, by krzyknąć w tę jasność.
Przez czas pewien nie zamykały się. Potem zęby zatrzasnęły się ze szczękiem, a ramiona poczęły odpychać zalewającą go wodę. Z uporem przedzierał się naprzód.
- Ahoj! Na litość boską! Rozbitek! Rozbitek! Trochę w prawo! - Młócąc rękami i nogami, przeszedł w nieporadny kraul. Przetoczyła się nad nim jedna z fal, a on wynurzył się do piersi z wody. - Ratunku! Ratunku! Na litość boską!
Opadając, poszedł pod wodę, lecz wypłynął z wysiłkiem i strząsnął falę z głowy. Płomień z brzucha rozszedł się na wszystkie strony, a serce z bólem pchnęło oporną krew po całym ciele. We mgle, na lewo od jaskrawej plamy, był jakiś statek. Zwrócony doń prawą stroną dziobu... albo - i myśl ta sprawiła, że rozbryznął wodę wokół siebie - lewą stroną rufy, czyli się oddalał. Lecz nawet wśród szału wykonywanych ruchów zdał sobie sprawę, że to niemożliwe, gdyż w takim razie statek minąłby go kilka chwil wcześniej. Więc się zbliżał, by przebić się przez krąg widoczności kilka jardów od niego.
Lub zatrzymał się.
Wówczas on również się zatrzymał i położył się na wodzie. Ten kształt, ledwie majacząca w oddali bryła mroku, był tak niewyraźny, że nie potrafił określić ani odległości, ani rozmiaru. Dziób statku wydawał się mniej oddalony niż wcześniej i teraz widział go, nawet gdy znajdował się w dolinie fali. Znów zaczął płynąć, ale za każdym razem, gdy wznosił się na fali, krzyczał:
- Ratunku! Rozbitek!
Cóż jednak mogło mieć taki przechył? Frachtowiec? Opuszczony frachtowiec, porzucony i czekający na zato...
paddingtons