Antologia - Nie czytać o zmierzchu! 02.pdf

(362 KB) Pobierz
NIE CZYTAĆ
O ZMIERZCHU!
II
PAŃSTWOWE WYDAWNICTWO „ISKRY” WARSZAWA 1983
967948558.001.png
MRS GASKELL
OPOWIEŚĆ STAREJ NIANI
Wiecie, moi drodzy, że wasza matka była jedynaczką i sierotą. I myślę, że słyszeliście,
że wasz dziadek był duchownym w hrabstwie Westmorland, skąd ja pochodzę. Nie byłam
jeszcze dorosła i chodziłam do wiejskiej szkoły, gdy pewnego dnia babka wasza przyszła do
nauczycielki z zapytaniem, czy któraś z uczennic nie nadawałaby się na niańkę. Czułam się
ogromnie dumna, kiedy pani mnie wywołała, i mówiła, że jestem solidną, uczciwą dziewczy-
ną, że umiem szyć, a rodzice moi, choć biedni, są godni szacunku. Pomyślałam, że nic nie
odpowiadałoby mi bardziej niż usługiwanie młodej ładnej pani, która czerwieniła się, tak jak i
ja, gdy wspominała o dziecku mającym się narodzić, i tłumaczyła mi moje przy nim obo-
wiązki. Widzę jednak, że mniej ciekawi was ta część opowiadania i czekacie, co będzie dalej,
więc zaraz to powiem. Zostałam zgodzona i zamieszkałam na plebanii, zanim jeszcze panie-
nka Rosamunda (właśnie to dziecko, a obecnie wasza matka) przyszła na świat. Oczywiście
miałam z nią dość mało do czynienia, kiedy się urodziła, bo była stale w objęciach matki i
spała przy niej całą noc. Byłam bardzo dumna, gdy czasami pani mnie ją powierzała.
Takiego dziecka nie było przedtem ani potem na świecie, choć i wy wszyscy byliście
niebrzydcy. Żadne z was jednak nie miało tak miłego, ujmującego obejścia jak wasza mama.
Odziedziczyła je po swojej matce, prawdziwej damie, pannie Furnivall, wnuczce lorda Furni-
valla z hrabstwa Northumberland. Nie miała ona chyba rodzeństwa i wychowywała się w
rodzinie mego pana, póki nie poślubiła waszego dziadka, który pełnił obowiązki plebana, a
był synem kupca z Carlisle, ale człowiekiem miłym i delikatnym jak rzadko i oddanym całym
sercem pracy w parafii, bardzo rozległej i rozproszonej szeroko wśród wzgórz Westmorland.
Kiedy matka wasza, mała panienka Rosamunda, miała cztery czy pięć lat, jej rodzice zmarli
oboje w przeciągu dwóch tygodni, jedno po drugim. Ach, jakie to było smutne! Moja śliczna
młoda pani i ja z nią razem oczekiwałyśmy drugiego dziecka, kiedy pewnego dnia pan wrócił
do domu z długiej drogi, przemoczony i utrudzony ogromnie, dostał febry i zmarł. A ona już
nie przyszła do siebie, lecz żyła tylko do chwili, gdy urodziła martwe dzieciątko, które kazała
położyć sobie na piersi, nim wyzionęła ducha. Na łożu śmierci prosiła mnie, bym nigdy nie
opuściła panienki Rosamundy. Gdyby nawet nie wspomniała o tym, poszłabym za tym dzie-
ckiem na koniec świata.
Zanim jeszcze obeschły nam łzy, zjawili się wykonawcy testamentu i opiekunowie dla
załatwienia koniecznych spraw. Byli to: kuzyn mojej biednej młodej pani, lord Furnivall, i
pan Esthwaithe, brat mego pana, kupiec z Manchesteru, obarczony liczną rodziną, wówczas
mniej zamożny, niż stał się potem. Nie wiem, czy to oni tak uradzili, czy spowodował to list,
który pani napisała na łożu śmierci do swego kuzyna, a mego pana, ale tak czy owak ustalono,
że panienka Rosamunda ma jechać ze mną do posiadłości Furnivallów w hrabstwie Northum-
berland.. Pan mój powiedział, że matka panienki życzyła sobie, by mieszkała u jego rodziny,
on zaś nie ma nic przeciwko temu, bo w tak dużym domu jedna czy dwie osoby mniej lub
więcej nie sprawiają różnicy. Więc choć wolałabym, żeby nie w ten sposób oglądano przyjazd
mojej mądrej, ślicznej pieszczotki — która mogła być pociechą każdej rodziny, nawet nie
wiem jak świetnej — cieszyłam się, że wszyscy mieszkańcy Doliny będą spoglądać na mnie z
podziwem, gdy się dowiedzą, że mam zostać pokojówką młodej panienki w domu lorda
Furnivalla.
Myliłam się jednak sądząc, że zamieszkamy w domu lorda. Okazało się, że rodzina
opuściła Furnivall Manor House przed pięćdziesięciu laty lub nawet dawniej. Nie słyszałam
nigdy, by moja biedna pani tam jeździła, choć wychowywała się w tej rodzinie. I martwiło
mnie to, bo pragnęłam, by młodość panienki Rosamundy upłynęła tam, gdzie przebywała jej
matka.
Lokaj mego pana, któremu zadałam tyle pytań, na ile się odważyłam, powiedział, że
Manor House leży u stóp wzgórz Cumberland, że to okazały dom i że mieszka tam z kilko-
rgiem służby stara panna Furnivall, babka cioteczna mego pana. Jest to bardzo zdrowa miej-
scowość, więc pan uznał, że panienka Rosamunda będzie się tam czuła dobrze, a jej pobyt w
tym domu może rozerwie jego starą babkę.
Kazał mi przygotować rzeczy panienki na określony dzień. Jak podobno wszyscy lordo-
wie Furnivall był to surowy, dumny mężczyzna. Nie wypowiadał nigdy słowa więcej, niż
było konieczne. Ludzie mówili, że kochał moją młodą panią, ale ona wiedząc, że jego ojciec
będzie się sprzeciwiał, nie chciała słyszeć o małżeństwie z nim i wyszła za pana Estwaithe'a.
Nie wiem jednak dobrze, jak to było. On w każdym razie nigdy się nie ożenił. Nie zwracał
specjalnej uwagi na panienkę Rosamundę, co robiłby chyba, gdyby mu zależało na jej zmarłej
matce. Wysłał z nami do Manor House swego lokaja, nakazując mu, by spotkał się z nim
tegoż dnia wieczorem w Newcastle. Nie było więc wiele czasu na to, byśmy zapoznały się za
jego pośrednictwem z nieznajomymi ludźmi, bo wkrótce i on nas pożegnał. Zostałyśmy same.
dwie młode istoty (nie miałam skończonych osiemnastu lat) w wielkim starym dworze.
Wydaje mi się, że to było wczoraj, jak tam jechałyśmy. Opuściłyśmy bardzo wcześnie
naszą drogą plebanię, zalewając się łzami, jakby nam serca miały pęknąć, choć czekała nas
podróż w karecie mojego pana, która kiedyś wydawała mi się wspaniała. Minęło już dawno
południe tego wrześniowego dnia, gdy zatrzymaliśmy się po raz ostatni dla zmiany koni w
małym górniczym miasteczku. Panienka Rosamunda usnęła, lecz pan Henry kazał ją obudzić,
żeby mogła zobaczyć park i rezydencję Manor House, kiedy będziemy do niej podjeżdżać.
Żal mi jej było, ale spełniłam rozkaz lokaja w strachu, że poskarży na mnie panu. Miasteczko,
a nawet wieś znikły już daleko za nami. Wjechaliśmy w obręb dużego dzikiego parku, niepo-
dobnego do parków na północy kraju, pełnego skał, wśród których słychać było szmer wody.
Rosły tam sękate, kolczaste drzewa i stare dęby, zbielałe i łuszczące się ze starości.
Droga pięła się w górę ze dwie mile, aż wreszcie ujrzałyśmy ogromny, okazały dom
wśród drzew, rosnących tak blisko niego, że w paru miejscach poruszane wiatrem gałęzie
uderzały o ściany. Niektóre olbrzymy leżały powalone na ziemi. Wyglądało na to, że nikt nie
utrzymuje tu porządku, nie obcina gałęzi ani nie gracuje zarosłej mchem alei. Tylko front
domu był czysty. Na dużym owalnym podjeździe nie widać było ani jednego chwastu.
Poprzycinane drzewa i pnącze nie zarastały ścian o licznych oknach. Dorn miał dwa boczne
skrzydła o własnych frontach. Choć zaniedbany, był większy, niż oczekiwałam. Za nim
wznosiły się nagie i puste wzgórza. Po lewej stronie, patrząc na dom od frontu, dostrzegłam
niewielki staroświecki ogród kwiatowy. Jak się potem przekonałam, wchodziło się do niego
przez drzwi w zachodnim skrzydle. Został założony na miejscu gęstego mrocznego lasu przez
którąś ze starych pań Furnivall. Gałęzie drzew leśnych rozrosły się jednak znowu i zacieniały
to miejsce, więc kwitło tam wtedy bardzo mało kwiatów.
Kiedy podjechaliśmy przed wielkie frontowe drzwi i weszliśmy do hallu, wydawało mi
się, że się w nim zgubimy — taki był duży, rozległy i wspaniały. Ze środka sufitu zwisał
świecznik z brązu. Nigdy dotąd takiego nie widziałam, wpatrywałam się więc w niego z
podziwem. W jednym rogu hallu mieścił się kominek wielkości bocznych ścian chat w mojej
wsi, a obok niego stojaki na drzewo i masywne kozły do podtrzymywania palących się kłód.
Przy kominku stały ciężkie staroświeckie kanapy. W przeciwległym końcu, po lewej stronie
od wejścia, to znaczy po zachodniej, wbudowane były w ścianę organy, tak ogromne, że wy-
pełniały większą część tej ściany. Za nimi, po tej samej stronie, znajdowały się drzwi. I dwoje
drzwi, po obu stronach kominka, prowadziło do wschodniego skrzydła. Nigdy tam nie we-
szłam w czasie całego mego pobytu w tym domu, nie mogę więc wam powiedzieć, co się za
nimi znajdowało.
Nadchodził wieczór i hall, w którym nie palił się ogień, był ciemny i mroczny, ale nie
pozostaliśmy tam długo. Stary lokaj, który nam otworzył, skłonił się przed panem Henrym i
poprowadził nas przez drzwi znajdujące się obok organów i przez kilka mniejszych halli i ko-
rytarzy do salonu w zachodniej części domu, gdzie, jak zapowiedział, czeka panna Furnivall.
Biedna mała panienka Rosamunda trzymała mnie mocno za rękę, jakby czuła się zagubiona w
tym wielkim domu. Ja sama nie czułam się lepiej. Zachodni salon przedstawiał się bardzo
miło, płonął tam na kominku ogień i stało dużo solidnych wygodnych mebli. Panna Furnivall
była to dama zbliżająca się do osiemdziesiątki, jak sądzę, ale nie wiem na pewno. Wysoka i
chuda, twarz miała pokrytą siecią tak cieniutkich zmarszczek, jakby je wyrysowano igłą.
Oczy patrzyły bystro, by nadrobić pewnie głuchotę, tak silną, że musiała używać trąbki.
Siedziała przy niej, zajęta wraz z nią haftowaniem dużego gobelinu, pani Stark, jej po-
kojowa i towarzyszka, prawie w równym z nią wieku. Mieszkała z panną Furnivall od czasów
ich wspólnej młodości i wydawała się przyjaciółką raczej niż służącą. Zimna, szara, kamienna
wyglądała tak, jakby nigdy nie kochała nikogo i o nikogo nie dbała. Darzyła miłością chyba
tylko swoją panią. Z powodu jej głuchoty pani Stark traktowała ją prawie jak dziecko. Pan
Henry przekazał pozdrowienia od mojego pana, a potem ukłonem pożegnał wszystkich — nie
zważając na wyciągniętą rączkę mojej słodkiej panienki Rosamundy — i zostawił nas.
Stałyśmy tam, a dwie panie lustrowały nas przez okulary.
Ucieszyłam się bardzo, gdy zadzwoniły na starego lokaja, który nas wprowadził, i
poleciły mu, by wskazał nam nasze pokoje. Wyszłyśmy z tego dużego salonu do mniejszego i
dalej szłyśmy po ogromnych schodach i przez szeroką galerię — która była czyimś w rodzaju
biblioteki z książkami po jednej stronie, a oknami i biurkami po drugiej — aż dotarłyśmy do
naszych pokoi, które jak się dowiedziałam bez żalu, znajdowały się nad kuchnią. Zaczynałam
bowiem przypuszczać, że będę się czuła samotna w tym pustym domu. W dawnym dziecin-
nym pokoju, zajmowanym przed laty kolejno przez małych lordów i małe damy, płonął we-
soło na kominku ogień i gotowała się w imbryku woda, a na stole stała zastawa do herbaty. Za
tym pokojem znajdowała się dziecinna sypialnia, gdzie obok łóżeczka dla panienki Rosamun-
dy stało moje łóżko. Stary James zawołał swoją żonę Dorothy, aby się z nami przywitała.
Oboje byli tacy mili i gościnni, że stopniowo poczułyśmy się z panienką Rosamundą jak w
domu. Zanim skończyłyśmy pić herbatę, siedziała już na kolanach Dorothy i szczebiotała,
mieląc języczkiem tak szybko, jak tylko mogła.
Dowiedziałam się wkrótce, że Dorothy pochodzi z hrabstwa Westmorland, co nas
poniekąd wiązało. Trudno o milszych ludzi niż stary James i jego żona. James przeżył prawie
całe życie w rodzinie mojego pana i uważał, że nie ma świetniejszej rodziny. Patrzył nawet
trochę z góry na swoją żonę, bo do czasu, gdy ją poślubił, mieszkała w wiejskiej chacie. Był
jednak bardzo do niej przywiązany. Do ciężkiej pracy usługiwała im służąca, na którą wołali
Agnes. Ona, ja, James, Dorothy oraz panna Furnivall i pani Stark tworzyliśmy niejako rodzi-
nę, nie wspominając o mojej kochanej panience Rosamundzie. Zastanawiałam się nieraz, co
robili, zanim przyjechała, tak bardzo teraz o nią się troszczono. Kuchnia i salon w równym
stopniu. Surowa, smutna panna Furnivall i chłodna pani Stark wydawały się zadowolone, gdy
wbiegała roztrzepotana jak ptaszek, a potem bawiła się i psociła, stale szepcząc i paplając ra-
dośnie. Jestem pewna, że często żałowały, kiedy wybiegała do kuchni, lecz były zbyt dumne,
by poprosić ją, aby z nimi została, i trochę zdziwione jej pospolitym gustem, choć oczywiście,
jak powiedziała pani Stark, nie mą się czemu dziwić, pamiętając o pochodzeniu jej ojca.
Duży stary, źle rozplanowany dom był dla panienki Rosamundy miejscem wspaniałych
odkryć. Zwiedzała go, a ja chodziłam krok w krok za nią wszędzie z wyjątkiem wschodniego
skrzydła, które było stale zamknięte i gdzie nigdy nie przychodziło nam na myśl się
zapuszczać. W części zachodniej i północnej było wiele ładnych pokoi, pełnych przedmiotów
będących dla nas osobliwością, choć może nie budziły podziwu ludzi, którzy więcej w życiu
widzieli. Okna zasłaniały rozchwiane gałęzie i bluszcz, który je zarastał. Lecz w zielonkawym
cieniu mogłyśmy oglądać stare chińskie wazy, rzeźbione z kości słoniowej szkatułki, duże
ciężkie książki, a nade wszystko stare portrety.
Pamiętam, że jednego razu moja pieszczotka poprosiła, żeby Dorothy poszła z nami i
objaśniła, kogo te obrazy przedstawiają. Wszystkie były portretami członków rodziny mojego
pana, choć Dorothy nie potrafiła powiedzieć, jak się nazywali. Zwiedziłyśmy już większość
pokoi, kiedy dotarłyśmy do dawnego paradnego salonu nad hallem, gdzie wisiał portret panny
Furnivall lub — jak ją w owych czasach nazywano — panny Grace, bo była młodszą siostrą
w rodzinie. Ach, jaka musiała być piękna! Ale miała wzrok tak nieruchomy i dumny i tyle
pogardy w pięknych oczach, a brwi leciutko uniesione, jakby się dziwiła, że ktoś śmie na nią
patrzeć. I wargę pogardliwie wydętą, gdy stałyśmy tam w nią wpatrzone. Ubrana była w su-
knię, jakiej w życiu nie widziałam, według mody z czasów jej młodości. Kapelusz z jakiegoś
białego, miękkiego materiału, zsunięty nieco na czoło, ozdobiony był z jednej strony piękny-
mi piórami. Suknia z niebieskiego aksamitu miała z przodu głęboki dekolt.
— Coś takiego! — powiedziałam, gdy się jej napatrzyłam. — Ciało niszczeje, jak mó-
wią. Ale patrząc teraz na pannę Furnivall, kto by przypuścił, że była tak skończoną piękno-
ścią?
— Tak — odrzekła Dorothy. — Niestety, ludzie się zmieniają. Lecz o ile prawdą jest to,
co mówił ojciec mego pana, starsza panna Furnivall była jeszcze piękniejsza. Jej portret jest
gdzieś tutaj. Jeśli wam go pokażę, nie wolno ci wspomnieć nigdy słowem, nawet Jamesowi,
że go widziałaś. Czy mała panienka potrafi utrzymać język za zębami?
Nie byłam pewna mego kochanego, szczerego, prawdomównego dziecka, więc powie-
działam jej, żeby się schowała, a ja będę szukać. A potem pomogłam Dorothy odwrócić cię-
żki obraz, który nie wisiał jak inne, ale stał odwrócony, oparty o ścianę. Namalowana na nim
kobieta przewyższała pannę Grace urodą, a chyba także wyrazem pogardliwej dumy, choć
trudno w tej sprawie zdecydować się na wybór. Mogłabym wpatrywać się w nią i z godzinę,
ale Dorothy, przestraszona, że mi pokazała ten portret, odwróciła go znów do ściany i kazała
biec szukać panienki Rosamundy, bo w tym domu są paskudne miejsca, gdzie dziecko nie
powinno chodzić. Byłam odważną, żywą dziewczyną i nie bardzo przejęłam się tym, co
powiedziała stara kobieta, a że lubiłam zabawę w chowanego, jak wszystkie dzieci w naszej
parafii, pobiegłam szukać mojej małej.
Nadeszła zima, dnie stawały się coraz krótsze. Czasami byłam prawie pewna, że słyszę,
jak ktoś gra na wielkich organach w hallu. Nie każdego wieczoru to słyszałam, ale bardzo
często, zwykle wtedy, gdy siedziałam cicho przy panience Rosamundzie, która leżała już w
łóżeczku. Dochodził mnie wtedy z oddali huczący, wzbierający na sile dźwięk. Pierwszego
wieczoru, kiedy zeszłam do kuchni na kolację, spytałam Dorothy, kto to grał, a James odpo-
wiedział krótko, że jestem głuptaską, biorąc zawodzenie wiatru w gałęziach drzew za muzy-
kę. Spostrzegłam jednak, że Dorothy popatrzyła na niego z przestrachem, a Bessy, dziewczy-
na kuchenna, mruknęła coś i pobladła. Widziałam, że nie podobało im się moje pytanie,
postanowiłam więc milczeć, póki nie będziemy same z Dorothy. Liczyłam, że wtedy sporo
zdołam od niej się dowiedzieć.
Następnego dnia zaczekałam na sposobność i przymilnie spytałam ją, kto gra na
organach, bo wiedziałam dobrze, że to organy, a nie wiatr, mimo że przy Jamesie zamilkłam.
Dorothy została widać pouczona, nie udało mi się nigdy wydobyć z niej słowa. Spróbowałam
czegoś się dowiedzieć od Bessy, choć zawsze trochę wobec niej zadzierałam nosa, gdyż
czułam się równa z Dorothy i Jamesem, a ona była prawie ich sługą. Odpowiedziała, że nie
wolno mi nigdy, przenigdy pisnąć na ten temat słówka. To bardzo dziwna muzyka, ona też ją
wiele razy słyszała, przeważnie w zimowe noce i przed burzą. Ludzie mówią, że na tych orga-
nach w hallu gra stary lord, tak jak grał za życia. Ale kim był ten lord i dlaczego gra, i czemu
szczególnie w zimowe burzliwe wieczory, nie potrafiła czy nie chciała mi powiedzieć. Jak
powiedziałam już, byłam odważną dziewczyną. I uważałam, że miło jest czasem posłuchać
Zgłoś jeśli naruszono regulamin