Krystyna Siesicka
Moja droga Aleksandro
Wydawnictwo Siedmioróg,
Wrocław 1998
Na dysk przepisał F.Kwiatkowski
...kto kocha życie,
ten nie pogardza chwilą...
Ishikawa Takuboku (1886-1912)
Japonia
Minęliśmy skrzyżowanie i drogowskaz, którego jedno ramię
wyciągnięte w stronę Warszawy wyznaczało nam kierunek, drugie,
pomiędzy rzędami karłowatych wierzb, drogę nierówną, wyboistą. Na
tym ramieniu, wiedziałam, powinien być napis: Święta Magdalena. I
był.
Bartek prowadził samochód spokojnie, nie przyspieszył ani nie
zwolnił, po prostu minął skrzyżowanie tak, jakby było zwyczajnym
spotkaniem dróg. A nie było.
- Zatrzymaj się - powiedziałam cicho.
Zjechał na pobocze.
- Zawróć.
Milczał przez chwilę.
- Zawróć, proszę cię, Bartek.
- Zastanów się. Pomyśl, czy naprawdę tego chcesz. Naprawdę chcesz?
Skinęłam głową. Obejrzał się, droga za nami była pusta. Po chwili
jechaliśmy pomiędzy rzędami wierzb.
- Dlaczego wracamy? - zapytała Zuzanna. - Pomyliłeś drogę, tato?
- Nie pomyliłem drogi - powiedział i spojrzał na mnie. Trwało to
sekundę, Zuzanna nie mogła widzieć jego wzroku, tak jak nie mogła
zrozumieć prawdziwego znaczenia tych słów. Spinały naszą
przeszłość z teraźniejszością.
- Dokąd jedziemy? - niepokoiła się Zuzanna. - Tato, z całą
pewnością teraz jest źle. Dlaczego chciałaś, żeby on zawrócił?
Przecież tam był kierunkowskaz i wyraźnie widziałam, że do
Warszawy...
Nie słuchałam. Dlaczego chciałam, żeby Bartek zawrócił? Zawsze
mówiłam: nigdy, do Świętej Magdaleny nigdy. Dopiero nieoczekiwana,
przypadkowa bliskość tego miejsca, nasze pozornie obojętne
mijanie...
- Poznaliśmy się tutaj, Zuzanno. Opowiadałam ci, że poznaliśmy się
z ojcem na wsi, w lecie, w czterdziestym czwartym roku.
- Na tej wsi?
- Tak.
Siedziałam obok Bartka, ona za nami. Obejrzałam się. Patrzyła w
bok, mijaliśmy pierwsze zabudowania.
- Miałaś wtedy piętnaście lat, mamo, tak? Dokładnie tyle, ile ja
mam teraz. To musi być zabawne wracać tutaj.
Zupełnie nie było zabawne. A wtedy, kiedy przyjechała tu do mnie
Maryśka, kiedy poznałam Bartka w taki głupi sposób, czy wtedy to
było zabawne?
Nie odpowiedziałam Zuzannie.
Wieś ciągnęła się wzdłuż drogi, niepodobna do tamtej. Domy,
których dawniej z pewnością nie było, kapliczka przy chałupie
Jeziorańskich, tylko chałupy nie ma, ani studni z żurawiem.
Kapliczka stoi teraz pomiędzy ośrodkiem zdrowia a... zbyt szybko
Bartek jechał.
- Co to było? - zapytałam.
- Chałupa Jeziorańskich - powiedział Bartek bez chwili wahania.
- Żadna chałupa. Ośrodek zdrowia, potem jakaś kapliczka, potem
punkt biblioteczny - wyjaśniła nam Zuzanna.
Bartek uśmiechnął się.
- Być może - powiedział.
Biały mur i wieżę kościelną widoczną między wysokimi, liściastymi
drzewami minęliśmy w milczeniu. Dojechaliśmy do miejsca, w którym
kiedyś kończyły się zabudowania wsi i zaczynała boczna droga
prowadząca do skraju lasu. Teraz wieś toczyła się dalej długim
strumieniem domów, a na jej dawnym krańcu stały gospodarskie
budynki, jakaś szopa i obora. Bartek zatrzymał się. Krzykliwie
powitało nas stado gęsi i szczekający pies.
- Jeżeli chcesz dostać się aż tam, musimy obejść bokiem.
Bartek miał rację. Nawet siedząc w samochodzie widziałam za
budynkami wysmukłe topole, pomiędzy którymi stał kiedyś kurnik
Andrzeja.
- Luizo?
- Tak. Chciałabym tam pójść.
- Mogę z wami? - zapytała Zuzanna.
- Oczywiście. Naturalnie, że tak. - Bartek odpowiedział jej z tą
szczególną uprzejmością w głosie, którą miewał wyłącznie w
chwilach, kiedy otwierał drzwi gościom przychodzącym nie w porę.
Szliśmy wąskim przejściem, towarzyski kundel zdecydował się pójść
z nami i to on biegł pierwszy machając ogonem. Ja za nim, za mną
Bartek, za Bartkiem Zuzanna.
Topole stały jak kolumny przed sadem owocowym, rozchwiane,
wysokie, wspanialsze niż wtedy.
Stanęłam zaskoczona.
- Sad - powiedziałam. - Tu jest sad.
- To pięknie. Pomyśl, wiosną drzewa zakwitają. Teraz, widzisz, aż
pęcznieją od owoców. A w zimie na gałęziach śnieg.
- Jesteś poetą. Nie ma tu po nas ani śladu.
- Nie jestem poetą. Ziemia owocująca. Czy to zły ślad?
Zuzanna weszła między drzewa i widziałam ją tak podobną do mnie
sprzed lat, że gdyby nie pewność, myślałabym, że sama tam stoję.
Potem odwróciła się i wolno podeszła do nas. Przyglądała mi się
uważnie. W jej prawym oku dostrzegłam zaciekawienie, w lewym
ironię.
- Nie podoba mi się twoje lewe oko - powiedziałam. - Wracajmy.
Odsunęłam się od Bartka, pogłaskałam psa i zawróciłam. Byłam już
na ścieżce, kiedy Zuzanna podeszła do mnie.
- Sama jesteś sobie winna - powiedziała krótko.
- Winna?
- Jak mogę zrozumieć coś, o czym niczego nie wiem? Jak? Ile razy
pytałam? Ile razy prosiłam: opowiedz mi dokładnie. A ty?
Uśmiechałaś się tylko i mówiłaś, że nie zrozumiem niczego, bo
bywają przeżycia nieprzekładalne.
Dróżka była wąska, więc objęłam Zuzannę. Jak na karuzeli,
pomyślałam, w wirujących fotelikach Maryśka, Aleksandra, Luiza,
Zuzanna, rozpędzone, goniące za sobą pokolenia, czy doprawdy bez
szans na prawdziwe spotkanie? Błędy, próby, żale, starania, a
potem nic, nie pamięta się niczego, mija czas i znowu te same
błędy, próby, żale, starania, mija czas i znowu.
- Byłam zwyczajną dziewczyną - powiedziałam płaczliwie. - To ty
chyba chcesz mi dopisać heroiczną literaturę.
- A jeżeli znam tylko heroiczną literaturę i do tego stworzoną
przez obcych, co innego mogę dopisać?
- Byłam zwyczajną dziewczyną, mówię ci, nie zabieraj mi tego.
- Nie płacz - powiedziała i wyjęła chustkę z kieszeni dżinsów.
Wcisnęła mi ją do ręki.
- Uwierz mi, są uczucia nieprzekładalne, może zwyczajność jest w
ogóle trudniejsza do przełożenia niż nadzwyczajność, nie wiem.
- A twoje myśli wtedy?
- Nie pamiętam swoich myśli.
Oddałam Zuzannie chustkę.
- Chciałabym, żeby ci się podobało moje lewe oko. Sama nie umiem
go zmienić, ty nie potrafisz mi pomóc, trudno, widocznie musi
takie zostać, szkoda.
Powiedziała to ze smutkiem, ale potem wzruszyła ramionami, czego
nie znosiłam. W samochodzie było gorąco. Bartek otworzył okna.
Milcząca Zuzanna wtuliła się w kąt. Zdjęłam pantofle. Bartek
zapalił papierosa. Zrobiło mi się niedobrze. Chciałam być już w
domu. Zamknąć się w pokoju. Wyjąć z biurka listy Maryśki. Może to
był błąd, że przez tyle lat do nich nie zaglądałam, może Zuzanna
płaci teraz za to.
Jechaliśmy jeszcze dwie godziny. Już było ciemno, kiedy wróciliśmy
do domu. Pierwsza zajęłam łazienkę. Później zamknęłam się w pokoju
i wyjęłam listy, które kiedyś Maryśka pisała do mojej matki.
Chciałam mieć przed sobą bezsenną noc.
Moja droga Aleksandro,
prawdę mówiąc jestem wściekła, że Ci uległam. Nie powinnam tu
przyjeżdżać. Najrozsądniejsze ze wszystkiego, co mogłyśmy zrobić,
to zostawić Luizę w spokoju. Nie zostawiłyśmy i nie mogę sobie
tego darować. Dlaczego nie byłam bardziej uparta?
Zastałam wbity w powietrze zapach lasu i Luizę, prawie nagą,
wyciągniętą na leżaku, ładną jak nigdy dotąd. Przepraszam,
Aleksandro, ale sama wiesz, że Twoja córka nie jest żadną
pięknością. W każdym razie ja tak uważam. Tutaj dopiero zaczęła mi
się podobać. Oczy miała zamknięte, ręce ułożone na oparciach
leżaka, nogi od kolan ustawione w literę A. Na czole i nosie
drobne kropelki potu. Luiza spokojnie smażyła się w słońcu, obok
niej żywego ducha. Na trawie rzucona książka. Spojrzałam, była to
"Krystyna, córka Lawransa". Leżały też na trawie okulary, jakieś
łaszki i pudełko kremu. W łaszkach później poznałam swoją własną
sukienkę plażową, której, o ile sobie przypominasz, nie mogłam
znaleźć, kiedy jechałyśmy w zeszłym tygodniu do Konstancina. No,
więc teraz sprawa jest jasna, sukienkę zabrała Luiza.
Przypuszczam, że znajdą się również Twoje sandałki, ale do tej
pory nie wpadłam na nie.
Kiedy Luiza otworzyła oczy i zobaczyła mnie, była tak zdumiona,
jakby stanął przed nią krzak porzeczek z sąsiedniej zagrody, a nie
jej babcia, której przyjazdu powinna w końcu oczekiwać w
najgorszych snach, a przypuszczam, że takie właśnie nawiedzały ją
w ostatnim tygodniu. Pierwsza powiedziałam: jak się masz. Luiza
wstała, pocałowała mnie w policzek, podniosła z trawy "Krystynę",
krem, okulary, łaszki i przez chwilę stała w milczeniu, patrząc
nie na mnie, tylko na pszczołę kręcącą się nad łebkiem koniczyny.
Wreszcie odwróciła głowę i spojrzała w moją stronę. Znasz takie
pochmurne dni, kiedy słońce przebija się przez chmury i po trzech
sekundach ginie? Taki to był uśmiech.
- No to chodźmy - powiedziała.
Pierwsza ruszyła w stronę domku Andrzeja. Zauważyłam już z daleka,
że domek wygląda zupełnie inaczej, niż nam to Andrzej opisywał.
Andrzej mówił, że jest wspaniały, prawda? Nie, Aleksandro, to jest
zwyczajny kurnik, w którym najbliższy sąsiad trzymał czterdzieści
kur niosek, parę lat temu kury zmiotła zaraza, co sąsiada
zniechęciło do dalszej hodowli. Sprzedał Andrzejowi kurnik z
kawałkiem ziemi wielkości dużego obrusa i taka jest prawda.
Andrzej postawił pośrodku ściankę z dykty, wyciął w niej niewielką
dziurę. Ta dziura nazywa się drzwiami. Kurnik ma dwa okienka
przysłonięte ściereczkami w kratę, ściereczki naciągnięte są na
drut i Luiza nazywa je firankami. O ile się nie mylę, te
ściereczki zginęły mi po ubiegłorocznej wizycie Andrzeja, ale
głowy sobie nie dam uciąć. W kącie kurnika, na drewnianej
skrzynce, rozpoznałam emaliowaną miednicę, która również przepadła
mi w czasie, kiedy Twój Brat zaszczycił mnie swoją kilkudniową
obecnością.
- To jest moja miednica - powiedziałam.
- Nie wiem. Wujek nic nie mówił.
- A co w ogóle mówił?
- Nic. Życzył mi udanych wakacji.
- I dał ci klucz bez żadnego gadania?
- Dał - powiedziała Luiza spokojnie. - Powiedziałam mu, że ty go o
to prosisz, babciu.
- Ja?
Luiza milczała.
- Powiedziałaś, że ja go proszę?
- Tak - przyznała. - To wydawało mi się najrozsądniejsze. Usiądź,
babciu, myślę, że tu będzie ci wygodnie.
Luiza rzuciła koc na jakieś dziwne legowisko składające się ze
skrzynek i starych materacy. Przyklepała je zachęcająco.
- Siadaj, na pewno jesteś zmęczona.
Usiadłam i rozejrzałam się po kurniku. Ani śladu innych osób, a
moja mowa, którą przygotowałam sobie jadąc tutaj, zaczynała się
przecież od słów: "moi drodzy, przybyłam, aby porozmawiać z wami
poważnie. Z tobą Luizo, i z tobą...", tu chciałam wstawić
odpowiednie imię. Jedno lub kilka. Zwróć uwagę, Aleksandro, że
postanowiłam użyć słowa "przybyłam", które brzmi trochę
archaicznie, natomiast szalenie godnie. Przybyłam zatem, ale nie
mogłam wygłosić żadnej mowy, ponieważ wymyśliłam ją w liczbie
mnogiej, tymczasem Luiza jest tu sama, co nie ulegało najmniejszej
wątpliwości. Siedziałam więc na tym tapczanie i nerwowo usiłowałam
przerobić mowę, ale utykałam na zwrocie "z tobą poważnie", bo
wiedziałam już, że jest w tym kurniku coś, co uniemożliwia poważne
rozmowy.
- Nie nudzisz się tutaj? - zapytałam podstępnie.
- Skąd! Po południu gram z księdzem w szachy.
- Z jakim księdzem?
- Z księdzem. Każdego dnia przylatuje tu z plebanii i gramy.
Aleksandro, moje drogie dziecko! Z księdzem. W szachy! Później
Luiza zaparzyła tej wstrętnej herbaty Klar, posłodziła ją
sacharyną i nakarmiła mnie chlebem grubo posmarowanym marmoladą.
Nie pozwoliła sobie w niczym pomóc, czego zupełnie nie mogłam
pojąć, bo wiesz najlepiej, że w domu sama nie naleje nawet
szklanki wody. Myślę teraz, że to jest nasza wina, bo zawsze
uważałyśmy, że robimy wszystko szybciej i lepiej niż ona. Przez
cały czas opowiadała o mrowiskach w lesie, o tym, jak wieczorami
cykają tu świerszcze, a kiedy zjadłam i wypiłam ten nektar, od
którego zrobiło mi się niewyraźnie, usiadła na tapczanie i objęła
mnie opiekuńczo. Tak, dobrze przeczytałaś, opiekuńczo.
- Biedaku - powiedziała ze współczuciem. - Jestem pewna, że to
mama nasłała ciebie na mnie.
No i właśnie w chwili, kiedy już chciałam przymknąć oko na cały
ten kurnik i zacząć poważną rozmowę, otworzyły się z rozmachem
prawdziwe drzwi, a w progu stanął młody mężczyzna z torbą pełną
ziemniaków w ręku. Był wspaniale opalony. Starszy od Luizy
przynajmniej o dziesięć lat. Sutannę miał trochę przykrótką.
Pojęłam, że moja mowa na nic się nie przyda i że gwałtownie muszę
przestawić zwoje mózgowe na zupełnie inne tory.
- Niech będzie pochwalony!
- Na wieki! - zawołała Luiza podrywając się z miejsca.
- Przyjechała moja babcia. Dziś nie będziemy grali, skoro mamy
babcię na głowie.
Podszedł i uścisnął mi rękę z przyjaznym uśmiechem.
- I tak nie moglibyśmy grać, Luizo, bo ja mam na głowie
konfesjonał - odparł ksiądz.
Konfesjonał nie jest sprawą zabawną, być babcią też niełatwo, ale
sama rozumiesz, Aleksandro, że zaczęłam się śmiać. Potem zaczęła
się śmiać Luiza. Tylko ksiądz postawił torbę na podłodze, nachylił
się i jakieś nic wyskubywał spomiędzy ziemniaków tak, że nie
widziałyśmy jego twarzy.
Później odprowadziłyśmy go na plebanię, wracając szłyśmy przez las
i Luiza pokazywała mi mrowiska. Wróciłam zmęczona. Luiza z jednego
tapczana zrobiła dwa, przyniosła wodę ze studni, więc umyłam się w
swojej własnej miednicy. Chyba jeszcze nie pokazały się gwiazdy na
niebie, kiedy usnęłam. A teraz jest ranek, Luiza śpi, za oknem
topole, błękitnie, zielono, ćwierkają ptaki. Bądź spokojna,
Aleksandro, ona jest tutaj sama, to wiem. Tylko jeszcze niczego
nie rozumiem.
M.
Czy potrafię przywołać jej obecność? Nie sądzę. Żadnymi słowami
nie przekaże się do końca spojrzeń, gestów, pochylenia głowy.
Zawsze będą tylko słowa tak często wieloznaczne. Mogę zaledwie
naszkicować cień, zwłaszcza że najważniejsze, co go stanowiło -
człowieka, trzeba było po prostu przeżyć.
Pamiętam doskonale południe, w którym przyjechała do Świętej
Magdaleny. Może, gdyby nie jej list, także i ten dzień zatarłby
się w moich wspomnieniach, jak zacierają się dni sprzed lat,
zostawiając po sobie smugę powstałą z doznań, i jeżeli człowiek
wraca, wraca w smugę.
Musiała być zmęczona, bo tylko połowę drogi ze stacji w Potoku
przejechała furmanką, potem szła ze sześć, siedem kilometrów.
Pamiętam, że w pierwszej chwili ogarnęła mnie złość na mamę za to,
że ją przysłała, ale chyba szybko minęła, bo wydaje mi się, że
jeszcze zanim weszłyśmy do kurnika, już chciałam, żeby jej było
dobrze ze mną, żeby odpoczęła, skoro jest. Napiszę o niej to, co
przychodzi mi na myśl. Można kontrolować swoje życie, nie można
wspomnień, na to jest już za późno.
Maszynka do mielenia mięsa była prawie na stałe przytwierdzona do
stołu w jej kuchni. Prawie od początku okupacji babcia zarabiała
robieniem domowych pasztetów. Piekła je w aluminiowych garnkach
stawianych na gazie, na wolnym ogniu, mówiła, pod przykrywką.
Pasztety nie były z zająca i wątróbki. Nie były nawet z dobrego
mięsa, ale z głowizny, płucek i czegoś tam jeszcze, co zdobywała z
trudem, na lewo, od łysego grubasa, który co parę dni pojawiał się
z czarną walizką wypełnioną krwistą mazią, to było obrzydliwe.
Robiła więc pasztety, a później wędrowała z nimi po małych
sklepikach, miała miejsca stałe i przypadkowe, niekiedy bardzo od
siebie odległe. Sklepikarze, którym dostarczała swoje wyroby,
mówili do niej pani mecenasowo, bo dziadek był przed wojną
członkiem palestry. Pomagałam jej czasami, zanosiłam brązowe
krążki do stałych klientów i odbierałam pieniądze. Tylko raz
powiedziałam, że ktoś mi je ukradł w tramwaju. Babcia przyglądała
mi się wtedy długo, przenikliwie i milczała. Chaotycznie
opowiadałam zmyślone na poczekaniu szczegóły, aż wreszcie
przerwała mi, przestań, powiedziała, już przestań, moja kochana,
nie męcz tak siebie i mnie. Wiedziała, ale była człowiekiem, który
każdemu dawał szansę. Dała ją i mnie. Później już nigdy niczego
nie ukradłam. Wygrała.
Co jakiś czas babcia wyjmowała ze skrzynki białe listy z napisem
"Kriegsgefangenenpost" po rozłożeniu tworzyły długi, poliniowany
arkusz wypełniony drobnym, wyraźnym pismem mojego dziadka. Były to
listy z oflagu w Murnau. Babcia czytała je po kilka razy, ale nie
wszystkie pokazywała mojej matce, Andrzejowi i mnie. Czasami
chowała list przed wszystkimi, chodziła posmutniała, nagle obca,
jakby jej nie było wśród nas. Potem znów wracała.
Pomagała mojej mamie, przychodziła do nas rano i gotowała obiady,
bo mama pracowała wtedy w sklepie z pasmanterią. Właścicielką
sklepu była daleka krewna dziadka. Babcia wymyślała przeróżne
odmiany kartoflanki. Czasami kartoflanka stawała się zupą
ogórkową, czasami kapuśniakiem, pomidorową, koperkową, ale tak
naprawdę zawsze była kartoflanką, cała ta reszta, z której
powstawała nazwa, stanowiła zaledwie odrobinę. Łysy grubas często
przynosił kaszankę. Na płytkach tłuszczu, zebranych z wystudzonego
wywaru długo gotowanych kości, babcia podsmażała drobno pokrojoną
cebulę i na patelni mieszała ją z kaszanką. Czasami grubas
pojawiał się z cynaderkami. Babcia łapała się za głowę, cynaderki
były drogie, a do tego natychmiast zachciewało się wszystkim kaszy
gryczanej, trzeba więc było z cynaderek zrobić chociaż ze trzy
obiady.
Babcia leciała na bazar, gdzie jej koleżanka Mila miała budkę z
pończochami. Mila umiała na bazarze kupić kaszę po trochę niższej
cenie. Siadała zatem moja babcia na miejscu Mili, zachwalała
fildekosowe pończochy, a jej przyjaciółka biegła po kaszę. Obie
chodziły razem do szkoły skończyły pensję pani Sierpińskiej.
Lubiłam chodzić z babcią na bazar, ale zabierała mnie rzadko, bo
Mila najczęściej wsuwała mi do kieszeni płaszcza parę prążkowanych
pończoch, co było dla babci kłopotliwe, chociaż sama zawsze
zjawiała się Za Żelazną Bramą z połową dużego lub z małym krążkiem
pasztetu. Mila była żoną lekarza, który zginął we wrześniu w
czasie obrony Warszawy.
Nikt tak jak moja babcia nie potrafił się śmiać. Zabawnie,
grzechocząco, głośno. Daremnie szukam jej śmiechu w śmiechu innych
ludzi. Nasłuchuję, wyławiam dźwięki. Nigdy nie napotkałam
gołębiego gruchania, które wydobywała z siebie, lekko przy tym
unosząc głowę. W ogóle głowę trzymała wspaniale, chyba to właśnie
powodowało, że była taka wytworna, nawet w zwykłych sukienkach,
które od wybuchu wojny szyła sobie sama z taniutkich materiałów.
Właściwie babcia nie nosiła sukienek, to sukienki nosiły babcię,
która je sobą upiększała.
Pamiętam jej białe korale, pożyłkowane szarymi, nierównymi
smużkami. Lubiłam ich dotykać, były ciepłe i klekotały zbyt luźno
nanizane na sznurek. Palce miała długie, cienkie, owalne
paznokcie, pociągnięte bezbarwnym lakierem. Nosiła tylko obrączkę.
Kiedy z torbą pełną pasztetów wyruszała na miasto, ubierała się
zawsze tak, jakby szła gdzieś z wizytą, a po jej białych,
starannie utrzymanych dłoniach nie było widać, że kilka godzin
przedtem wyjmowała z czarnej walizki łysego grubasa krwiste kawały
głowizny i różowawe, paskudne płucka.
...
gacer