Sienkiewicz. [Latarnik]..doc

(90 KB) Pobierz
NR ID : b00021

NR ID   : b00021

Tytuł   : Latarnik

Autor   : Henryk Sienkiewicz

 

 

Opowiadanie to osnute jest na wypadku rzeczywistym, o którym w swoim

czasie pisał

J. Horain w jednej ze swoich korespondencyj z Ameryki.

                                        I

Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy,

przepadł bez wieści. Ponieważ stało się to wśród burzy, przypuszczano, że

nieszczęśliwy musiał podejść nad sam brzeg skalistej wysepki, na której stoi

latarnia, i został spłukany przez bałwan. Przypuszczenie to było tym

prawdopodobniejsze, że na drugi dzień nie znaleziono jego łódki stojącej w

skalistym wrębie. Zawakowało tedy miejsce latarnika, które trzeba było jak

najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia niemałe ma znaczenie tak dla ruchu

miejscowego, jak i dla okrętów idących z New Yorku do Panamy. Zatoka

Moskitów obfituje w piaszczyste ławice i zaspy, między którymi droga nawet w

dzień jest trudna, w nocy zaś, zwłaszcza wśród mgieł podnoszących się często

na tych ogrzewanych podzwrotnikowym słońcem wodach prawie niepodobna.

Jedynym wówczas przewodnikiem dla licznych statków bywa światło latarni.

Kłopot wynalezienia nowego latarnika spadł na konsula Stanów Zjednoczonych,

rezydującego w Panamie, a był to kłopot niemały, raz z tego powodu, że

następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin; po wtóre,

następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, nie można więc było

przyjmować byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posadę brakło. Życie

na wieży jest nadzwyczaj trudne i bynajmniej nie uśmiecha się

rozpróżniaczonym i lubiącym swobodną włóczęgę ludziom Południa. Latarnik

jest niemal więźniem. Z wyjątkiem niedzieli nie może on wcale opuszczać swej

skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz na dzień zapasy żywności

i świeżą wodę, po czym przywożący oddalają się natychmiast, na całej zaś

wysepce, mającej morgę rozległości, nie ma nikogo. Latarnik mieszka w latarni,

utrzymuje ją w porządku; w dzień daje znaki wywieszaniem różnokolorowych

flag wedle wskazówek barometru, w wieczór zaś zapala światło. Nie byłaby to

wielka robota, gdyby nie to, że chcąc się dostać z dołu do ognisk na szczyt

wieży, trzeba przejść przeszło czterysta schodów krętych i nader wysokich,

latarnik zaś musi odbywać tę podróż czasem i kilka razy dziennie. W ogóle jest

to życie klasztorne, a nawet więcej niż klasztorne, bo pustelnicze. Nic też

dziwnego, że Mr Izaak Falconbridge był w niemałym kłopocie, gdzie znajdzie

stałego następcę po nieboszczyku, i łatwo zrozumieć jego radość, gdy

najniespodzianiej następca zgłosił się jeszcze tegoż samego dnia. Był to

człowiek już stary, lat siedmiudziesiąt albo i więcej, ale czerstwy,

wyprostowany, mający ruchy i postawę żołnierza. Włosy miał zupełnie białe,

płeć spaloną, jak u Kreolów, ale sądząc z niebieskich oczu, nie należał do ludzi

Południa. Twarz jego była przygnębiona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy

rzut oka podobał się Falconbridge'owi. Pozostało go tylko wyegzaminować,

wskutek czego wywiązała się następująca rozmowa :

- Skąd jesteście?

- Jestem Polak.

- Coście robili dotąd?

- Tułałem się.

- Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.

- Potrzebuję odpoczynku.

- Czy służyliście kiedy? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?

Stary człowiek wyciągnął z zanadrza spłowiały jedwabny szmat, podobny do

strzępu starej chorągwi. Rozwinął go i rzekł:

- Oto są świadectwa. Ten krzyż dostałem w roku trzydziestym. Ten drugi jest

hiszpański z wojny karlistowskiej; trzeci to legia francuska; czwarty otrzymałem

na Węgrzech. Potem biłem się w Stanach przeciw południowcom, ale tam nie

dają krzyżów - więc oto papier.

Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.

- Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?... Hm!... Dwie chorągwie zdobyte

własnoręcznie w ataku na bagnety... Byliście walecznym żołnierzem!

- Potrafię być i sumiennym latarnikiem.

- Trzeba tam co dzień wchodzić po kilka razy na wieżę. Czy nogi macie

zdrowe?

- Przeszedłem piechotą "pleny".

- All right! Czy jesteście obeznani ze służbą morską?

- Trzy lata służyłem na wielorybniku.

- Próbowaliście różnych zawodów?

- Nie zaznałem tylko spokojności.

- Dlaczego?

Stary człowiek ruszył ramionami.

- Taki los...

- Wszelako na latarnika wydajecie mi się za starzy.

- Sir - ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. - Jestem bardzo znużony i

skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce to jest jedno z takich, jakie

najgoręcej pragnę otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! Potrzebuję sobie

powiedzieć: tu już będziesz siedział, to jest twój port. Ach, Sir! to od was

tylko

zależy. Drugi raz się może taka posada nie zdarzy. Co za szczęście, że byłem w

Panamie... Błagam was... Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie

wejdzie do portu, to zatonie... Jeśli chcecie uszczęśliwić człowieka starego...

Przysięgam, że jestem uczciwy, ale... dość mam już tego tułactwa...

Niebieskie oczy starca wyrażały tak gorącą prośbę, że Falconbridge, który miał

dobre, proste serce, czuł się wzruszony.

- Well! rzekł. - Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem.

Twarz starego zajaśniała niewypowiedzianą radością.

- Dziękuję.

- Czy możecie dziś jechać na wieżę?

- Tak jest.

- Zatem good bye!... Jeszcze słowo: za każde uchybienie w służbie dostaniecie

dymisję.

- All right!

Tegoż samego jeszcze wieczora, gdy słońce stoczyło się na drugą stronę

międzymorza, a po dniu promiennym nastąpiła noc bez zmierzchu, nowy

latarnik widocznie był już na miejscu, bo latarnia rzuciła jak zwykle na wody

swoje snopy jaskrawego światła. Noc była zupełnie spokojna, cicha, prawdziwie

podzwrotnikowa, przesycona jasną mgłą, tworzącą koło księżyca wielki,

zabarwiony tęczowo krąg o miękkich, nieujętych brzegach. Morze tylko burzyło

się, ponieważ przypływ wzbierał. Skawiński stał na balkonie, tuż koło

olbrzymich ognisk, podobny z dołu do małego, czarnego punkciku. Próbował

zebrać myśl i objąć swe nowe położenie. Ale myśl jego była nadto pod

naciskiem, by mogła snuć się prawidłowo. Czuł on coś takiego, co czuje szczuty

zwierz, gdy wreszcie schroni się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub

w pieczarze. Nadszedł nareszcie dla niego czas spokoju. Poczucie

bezpieczeństwa napełniło jakąś niewysłowioną rozkoszą jego duszę. Oto mógł

na tej skale po prostu urągać dawnemu tułactwu, dawnym nieszczęściom i

niepowodzeniom. Był on naprawdę jak okręt, któremu burza łamała maszty,

rwała liny, żagle, którym rzucała od chmur na dno morza, w który biła falą,

pluła pianą a który jednak zawinął do portu. Obrazy tej burzy przesuwały się

teraz szybko w jego myśli w przeciwstawieniu do cichej przyszłości, jaka miała

się rozpocząć. Część swych dziwnych kolei opowiadał sam Falconbridge'owi,

nie wspomniał jednak o tysiącznych innych przygodach. Miał on nieszczęście,

że ilekroć rozbił gdzie namiot i rozniecił ognisko, by się osiedlić stale, jakiś

wiatr wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł na

stracenie. Spoglądając teraz z wieżowego balkonu na oświecone fale,

wspominał o wszystkim, co przeszedł. Oto bił się w czterech częściach świata - i

na tułaczce próbował wszystkich niemal zawodów. Pracowity i uczciwy, nieraz

dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i

największej ostrożności. Był kopaczem złota w Australii, poszukiwaczem

diamentów w Afryce, strzelcem rządowym w Indiach Wschodnich. Gdy w

swoim czasie założył w Kalifornii farmę, zgubiła go susza; próbował handlu z

dzikimi plemionami zamieszkującymi wnętrze Brazylii: tratwa jego rozbiła się

na Amazonce, on sam zaś bezbronny i prawie nagi tułał się w lasach przez kilka

tygodni, żywiąc się dzikim owocem, narażony co chwila na śmierć w paszczy

drapieżnych zwierząt. Założył warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i -

spalił się w wielkim pożarze całego miasta. Następnie w Górach Skalistych

dostał się w ręce Indian i cudem tylko został wybawiony przez kanadyjskich

strzelców. Służył jako majtek na statku kursującym między Bahią i Bordeaux,

potem jako harpunnik na wielorybniku: oba statki rozbiły się. Miał fabrykę

cygar w Hawanie został okradziony przez wspólnika w chwili, gdy sam leżał

chory na "vomito". Wreszcie przybył do Aspinwall - i tu miał być kres jego

niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej

wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie. Zresztą od ludzi Skawiński niewiele

doznał złego. Częściej spotykał dobrych niż złych. Zdawało się natomiast, że

prześladują go wszystkie cztery żywioły. Ci, co go znali, mówili, że nie ma

szczęścia, i tym objaśniali wszystko. On sam wreszcie stał siç trochę

maniakiem. Wierzył, że jakaś potężna a mściwa ręka ściga go wszędzie, po

wszystkich lądach i wodach. Nie lubił jednak o tym mówić; czasem tylko, gdy

go pytano, czyja to miała być ręka, ukazywał tajemniczo na Gwiazdę Polarną i

odpowiadał, że to idzie stamtąd... Rzeczywiście, niepowodzenia jego były tak

stałe, że aż dziwne, i łatwo mogły zabić gwóźdź w głowie, zwłaszcza temu, kto

ich doznawał. Zresztą miał cierpliwość Indianina i wielką spokojną siłę oporu,

jaka płynie z prawości serca. W swoim czasie na Węgrzech dostał kilkanaście

pchnięć bagnetem, bo nie chciał chwycić za strzemię, które mu ukazywano jako

środek ratunku, i krzyczeć: pardon. Tak samo nie poddawał się i nieszczęściu.

Lazł pod górę tak pracowicie, jak mrówka. Zepchnięty sto razy, rozpoczynał

spokojnie swoją podróż po raz setny pierwszy. Był to w swoim rodzaju

szczególniejszy dziwak. Stary ten żołnierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach,

zahartowany w biedach, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na

Kubie zapadł na nią dlatego, że oddał chorym wszystką swoją chininę, której

miał znaczny zapas, nie zostawiwszy sobie ani grana. Było w nim jeszcze i to

dziwnego, że po tylu zawodach zawsze był pełen ufności i nie tracił nadziei, że

jeszcze wszystko będzie dobrze. W zimie ożywiał się zawsze i przepowiadał

jakieś wielkie wypadki. Czekał ich niecierpliwie i myślą o nich żył lata całe...

Ale zimy mijały jedne za drugimi i Skawiński doczekał się tylko tego, że

ubieliły mu głowę. Wreszcie zestarzał się - począł tracić energię. Cierpliwość

jego poczynała być coraz podobniejsza do rezygnacji. Dawny spokój zmienił się

w skłonność do roztkliwiania się i ten hartowny żołnierz jął przeradzać się w

beksę gotowego załzawić się z lada powodu. Prócz tego od czasu do czasu tłukła

go najstraszliwsza nostalgia, którą podniecała lada okoliczność: widok jaskółek,

szarych ptaków podobnych do wróbli, śniegi na górach lub zasłyszana jakaś

nuta, podobna do słyszanej niegdyś... Na koniec opanowała go tylko jedna myśl:

myśl spoczynku. Owładnęła ona starcem zupełnie i wchłonęła w siebie wszelkie

inne pragnienia i nadzieje. Wieczny tułacz nie mógł już sobie wymarzyć nic

bardziej upragnionego, nic droższego nad jaki spokojny kąt, w którym by mógł

odpocząć i czekać cicho kresu. Może właśnie dlatego, że szczególne jakieś

dziwactwo losu rzucało nim po wszystkich morzach i krajach tak, że prawie nie

mógł tchu złapać, wyobrażał sobie, że największym ludzkim szczęściem jest -

tylko nie tułać się. Co prawda, to i należało mu się takie skromne szczęście,

ale

tak już był zwyczajny zawodów, że myślał o tym, jak w ogóle ludzie marzą o

czymś niedoścignionym. Spodziewać się nie śmiał. Tymczasem niespodzianie w

ciągu dwunastu godzin dostał posadę jakby wybraną dla siebie ze wszystkich na

świecie. Nic też dziwnego, że gdy wieczorem zapalił swoją latarnię, był jakby

odurzony, że pytał sam siebie, czy to prawda, i nie śmiał odpowiedzieć: tak. A

tymczasem rzeczywistość przemawiała do niego nieprzepartymi dowodami;

więc godziny jedna za drugą spływały mu na balkonie. Patrzył, nasycał się,

przekonywał. Mogłoby się zdawać, że pierwszy raz w życiu widział morze, bo

północ wybiła już na aspinwalskich zegarach, a on jeszcze nie opuszczał swojej

powietrznej wyżyny - i patrzył. W dole pod jego stopami grało morze.

Soczewka latarni rzucała w ciemność olbrzymi ostrokrąg światła, poza którym

oko starca ginęło w dali czarnej zupełnie, tajemniczej i strasznej. Ale dal owa

zdawała się biegnąć ku światłu. Długie wiorstowe fale wytaczały się z

ciemności i rycząc szły aż do stóp wysepki, a wówczas widać było spienione ich

grzbiety, połyskujące różowo w świetle latarni. Przypływ wzmagał się coraz

bardziej i zalewał piaszczyste ławice. Tajemnicza mowa oceanu dochodziła z

pełni coraz potężniej i głośniej, podobna czasem do huku armat, to do szumu

olbrzymich lasów, to do dalekiego, zmąconego gwaru głosów ludzkich.

Chwilami cichło. Potem o uszy starca odbijało się kilka wielkich westchnień,

potem jakieś łkania - i znów groźne wybuchy. Wreszcie wiatr zwiał mgłę, ale

napędził czarnych, poszarpanych chmur, które przysłaniały księżyc. Z zachodu

poczynało dąć coraz mocniej. Bałwany skakały z wściekłością na urwisko

latarni, oblizując już pianą i podmurowanie. W dali pomrukiwała burza. Na

ciemnej, wzburzonej przestrzeni zabłysło kilka zielonych latarek,

pouwieszanych do masztów okrętowych. Zielone owe punkciki to wznosiły się

wysoko, to zapadały w dół, to chwiały się na prawo i na lewo. Skawiński

zeszedł do swej izby. Burza poczęła wyć. Tam, na dworze, ludzie na owych

okrętach walczyli z nocą, z ciemnością, z falą; w izbie zaś spokojnie było i

cicho. Nawet odgłosy burzy słabo przedzierały się przez grube mury i tylko

miarowe tik-tak! zegara kołysało utrudzonego starca jakby do snu.

 

 

II

Zaczęły płynąć godziny, dnie i tygodnie... Majtkowie twierdzą, że czasem, gdy

morze bardzo jest rozhukane, woła coś na nich wśród nocy i ciemności po

nazwisku. Jeżeli nieskończoność morska może tak wołać, to być może, że gdy

się człowiek zestarzeje, woła także na niego i inna nieskończoność, jeszcze

ciemniejsza i bardziej tajemnicza, a im jest bardziej zmęczony życiem, tym

milsze są mu te nawoływania. Ale, by ich słuchać, trzeba ciszy. Prócz tego

starość lubi się odosabniać, jakby w przeczuciu grobu. Latarnia była już dla

Skawińskiego takim półgrobem. Nic jednostajniejszego, jak podobne życie na

wieży. Młodzi ludzie, jeśli się na nie godzą, to po pewnym czasie opuszczają

służbę. Latarnik też bywa zazwyczaj człekiem niemłodym, posępnym i

zamkniętym w sobie. Gdy wypadkiem porzuci swoją latarnię i dostanie się

między ludzi, chodzi wśród nich jak człowiek zbudzony z głębokiego snu. Na

wieży brak wszelkich drobnych wrażeń, które w zwykłym życiu uczą stosować

wszystko do siebie. Wszystko, z czym styka się latarnik, jest olbrzymie i

pozbawione zwartych, określonych kształtów. Niebo - to jeden ogół, woda - to

drugi, a wśród tych nieskończoności samotna dusza ludzka! Jest to życie, w

którym myśl jest raczej ciągłym zadumaniem się, a z tego zadumania nie budzi

latarnika nic, nawet jego zajęcia. Dzień do dnia staje się podobny jak dwa

paciorki w różańcu i chyba zmiany pogody stanowią jedyną rozmaitość.

Skawiński jednak czuł się tak szczęśliwym, jak nigdy w życiu nie był. Wstawał

świtaniem, brał posiłek, czyścił soczewki latarni, a potem, siadłszy na

balkonie,

wpatrywał się w dal morską i oczy jego nie mogły się nigdy nasycić obrazami,

które przed sobą widział. Zwykle na olbrzymim turkusowym tle widać było

stada wydętych żagli, świecących w promieniach słońca tak mocno, że aż oczy

mrużyły się pod nadmiarem blasku; czasem statki, korzystając z wiatrów, które

pasatami zowią, szły wyciągniętym szeregiem jedne za drugimi, podobne do

łańcucha mew lub albatrosów. Czerwone beczki wskazujące drogę kołysały się

na fali lekkim, łagodnym ruchem; między żaglami pojawiał się co dnia w

południe olbrzymi szarawy pióropusz dymu. To parowiec z New Yorku wiózł

podróżnych i towary do Aspinwall, ciągnąc za sobą długi, spieniony szlak piany.

Z drugiej strony balkonu widział Skawiński, jak na dłoni, Aspinwall i jego

ruchliwy port, a w nim las masztów, łodzie i łódki; nieco zaś dalej białe domy i

wieżyczki miasta. Z wysokości latarni domki były podobne do gniazd mew,

łodzie do żuków, a ludzie poruszali się jak małe punkciki na białym, kamiennym

bulwarku. Z rana lekki wschodni powiew przynosił zmieszany gwar życia

ludzkiego, nad którym górował świst parowców. W południe nadchodziła

godzina sjesty. Ruch w porcie ustawał; mewy kryły się w szczerby skał, fale

słabły i stawały się jakieś leniwe, a wówczas na lądzie, na morzu i na latarni

nastawała chwila niezmąconej niczym ciszy. Żółte piaski, z których odpłynęły

fale, lśniły na kształt złotych plam na obszarach wodnych; słup wieżowy

odrzynał się twardo w błękicie. Potoki promieni słonecznych lały się z nieba na

wodę, na piaski i na urwiska. Wówczas i starca ogarniała jakaś niemoc, pełna

słodyczy. Czuł, że ten odpoczynek, którego używa, jest wyborny, a gdy

pomyślał, że będzie trwały, to mu już niczego nie brakło. Skawiński rozmarzał

się własnym szczęściem, ale że człowiek łatwo oswaja się z lepszym losem,

stopniowo nabierał wiary i ufności, myślał bowiem, że jeśli ludzie budują domy

dla inwalidów, to dlaczegóżby Bóg nie miał wreszcie przygarnąć swego

inwalidy? Czas upływał i utrwalał go w tym przekonaniu. Stary zżył się z wieżą,

z latarnią, z urwiskiem, z ławicami piasku i samotnością. Poznał się także i z

mewami, które niosły się w załamach skalnych, a wieczorem odprawiały wiece

na dachu latarni. Skawiński rzucał im zwykle resztki swego jadła, tak zaś

przyswoiły się wkrótce, że gdy to czynił potem, to otaczała go prawdziwa burza

białych skrzydeł, stary zaś chodził między ptactwem jak pastuch między

owcami. W czasie odpływu wyprawiał się na niskie piaszczyste ławice, na

których zbierał smaczne ślimaki i piękne perłowe konchy żeglarków, które

odpływająca fala osadzała na piasku. W nocy przy świetle księżyca i latarni

chodził na ryby, którymi roiły się załamy skalne. W końcu pokochał swoją skałę

i swoją bezdrzewną wysepkę, porośniętą tylko drobnymi, tłustymi roślinkami,

sączącymi lepką żywicę. Ubóstwo wysepki wynagradzały mu zresztą dalsze

widoki. W południowych godzinach, gdy atmosfera stawała się bardzo

przezroczystą, widać było całe międzymorze, aż do Pacyfiku, pokryte

najbujniejszą roślinnością. Skawińskiemu wydawało się wówczas, że widzi

jeden olbrzymi ogród. Pęki kokosów i olbrzymich muz układały się jakby w

przepyszne czubiaste bukiety, tuż zaraz za domami Aspinwallu. Dalej, między

Aspinwall a Panamą, widać było ogromny las, nad którym co rano i pod noc

zwieszał się czerwonawy opar wyziewów - las prawdziwie podzwrotnikowy,

zalany u spodu stojącą wodą, oplątany linami, szumiący jedną falą olbrzymich

storczyków, palm, drzew mlecznych, żelaznych i gumowych. Przez swą

strażniczą lunetę stary mógł dojrzeć nie tylko drzewa, nie tylko rozłożyste

liście

bananów, ale nawet gromady małp, wielkich marabutów i stada papug,

wzbijające się czasem jak tęczowa chmura nad lasem. Skawiński znał z bliska

podobne lasy, gdyż po rozbiciu się na Amazonce błąkał się całe tygodnie wśród

podobnych zielonych sklepień i gąszczów. Wiedział, ile pod cudną, śmiejącą się

powierzchnią ukrywa się niebezpieczeństw i śmierci. Wśród nocy, jakie w nich

spędził, słyszał z bliska grobowe głosy wyjców i ryki jaguarów, widział

olbrzymie węże kołyszące się na kształt lianów na drzewach; znał owe senne

jeziora leśne, przepełnione drętwami i rojące się od krokodylów. Wiedział, pod

jakim jarzmem żyje człowiek w tych niezgłębionych puszczach, w których

pojedyncze liście przenoszą dziesięciokrotnie jego wielkość, w których mrowią

się krwiożercze moskity, pijawki drzewne i olbrzymie jadowite pająki.

Wszystkiego sam doznał, sam doświadczył, wszystko sam przecierpiał; toteż

tym większą mu teraz sprawiało rozkosz patrzeć z wysokości na owe matos,

podziwiać ich piękność, a być zasłoniętym od zdrad. Jego wieża chroniła go

przed wszelkim złem. Opuszczał ją też tylko czasami w niedzielę z rana.

Przywdziewał wtedy granatową kapotę strażniczą ze srebrnymi guzami, na

piersiach zawieszał swoje krzyże i jego mleczna głowa podnosiła się z pewną

dumą, gdy słyszał przy wyjściu z kościoła, jak Kreole mówili między sobą:

"Porządnego mamy latarnika" - "I nie heretyk, chociaż Yankee!" Wracał jednak

natychmiast po mszy na wyspę i wracał szczęśliwy, bo zawsze jeszcze nie

dowierzał stałemu lądowi. W niedzielę także odczytywał sobie hiszpańską

gazetę, którą zakupywał w mieście, lub newyorskiego "Heralda", pożyczanego u

Falconbridge'a i szukał w nich skwapliwie wiadomości z Europy. Biedne stare

serce! Na tej wieży strażniczej i na drugiej półkuli biło jeszcze dla kraju...

Czasem także, gdy łódź przywożąca mu co dzień żywność i wodę przybiła do

wysepki, schodził z wieży na gawędę ze strażnikiem Johnsem. Potem jednak

widocznie zdziczał. Przestał bywać w mieście, czytywać gazety i schodzić na

polityczne rozprawy Johnsa. Upływały całe tygodnie w ten sposób, że nikt jego

nie widział ani on nikogo. Jedynym znakiem, że stary żyje, było tylko znikanie

żywności pozostawianej na brzegu i światło latarni zapalane co wieczór z taką

regularnością, z jaką słońce wstaje rankiem z wody w tamtych stronach.

Widocznie stary zobojętniał dla świata. Powodem tego nie była nostalgia, ale

właśnie to, że przeszła i ona nawet w rezygnację. Cały świat teraz zaczynał się

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin