Rozklekotany, stary Jeep gruchotał po dziurach ulicy i podrzucał Rafael´a na siedzieniu, jak na dzikim koniu.
>>Hell of a bummpy ride.<< Jack uśmiechną się , nie spuszczając wzroku z ulicy. Jego opalone kolumbijskim słońcem dłonie, mocno objęły kierownice, żeby nie stracić kontroli nad samochodem.
Cholernie wyboisty wypad. - W istocie.- Rafael odwzajemnił uśmiech, mimo że, anglik nie mógł go zobaczyć, gdyż patrzył wprost przed siebie.
Mieli szczęście, ponieważ rzadko kiedy w kwietniu grunt był suchy, a droga przejezdna. Ochotniczy pomocnicy z oddziału szpitalnego powiedzieli mu, że ulice w okresie deszczu zamieniają się w błoto, w którym utykają nawet najnowsze samochody. Przez to, że nie było żadnego przejazdu do lotniska, lekarze musieli obchodzić się oszczędnie z pozostałymi zapasami, aż droga stanie się przejezdna i będzie możliwa nowa dostawa.
-5-
Rafael zerknał za siebie na załadowane skrzynki i kartony. Lekarstwa i urządzenia szpitalne, były tam wystarczająco dobrze zapakowane, aby chronić je przed upadkiem? Jack wiedział wszystko o tym, ten tropikalny lekarz o głębokich zmarszczkach, był już od kilku miesięcy w głębi Kolumbii i nie po raz pierwszy jechał tą drogą.
Dziesięć dni temu odebrał go z lotniska,które było przesieką w dżungli okraszonej chałupami i szopami.
>>Goodness<< palną Jack. Nadepnął mocno na hamulec tak, że Rafael wyleciał do przodu i zatrzymał się na pasie bezpieczeństwa.
Z za zakrętu wyłoniła się roztrzaskana, niebieska ciężarówka, blokująca drogę przejazdu. Mężczyźni z czarnymi włosami, ubrani w oliwkowo- zielone bluzy z długimi rękawami, ustawili sie wokół przyczepy, mierząc w Jeepa czarnymi strzelbami, który zatrzymał sie w tumanie kurzu.
Rafael przełkną ślinę. Jeszcze nikt nie mierzył w niego strzelbą. Zdenerwowany spojrzał na Jacka. Powinni zawrócić i spróbować ucieczki? Nie, Jeepem bez dachu, raczej zły pomysł.
Anglik zmierzył wzrokiem Guerilleros*. A może to była Organizacja paramilitarna?
Zanim przyleciał do Bogotá’y, Rafael rozeznał się w...
spoxzum