Castle Jayne - Po zmroku.pdf

(1198 KB) Pobierz
396553082 UNPDF
396553082.001.png
Redakcja stylistyczna Elżbieta Novak
Korekta
Katarzyna Pietruszka Katarzyna Stan lewaka
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Cebo-Poniok
Zdjęcie na okładce
© Datha Thompson/Arcangel Images
Skład
Wydawnictwo AMBER
Monika E. Zjawińska
Druk
Opolgraf S.A., Opole
Tytuł oryginału After Dark
Copyright O 2000
by Jayne Ann Krentz All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2010 by Wydawnictwo Amber
Sp. ISBN 978-83-241-3815-9
Warszawa 2010. Wydanie I
Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.
02-952 Warszawa,
ul. Wiertnicza 63 tel. 620 40 13, 620 81 62
Rozdział 1
Gdyby nie makabrycznie oczywisty fakt, że Chester Brady już nie żyt, Lydia Smith byłaby
gotowa udusić go gołymi rękoma. Kiedy skręcała w cieniste Grobowce Wymarłego Miasta -
skrzydło Domu Pradawnej Grozy Shrimptona - w pierwszej chwili myślała, że to kolejny
głupi numer Chestera. To musiał być jakiś osobliwy przekręt; pewnie chciał ukraść jej wprost
sprzed nosa nowego klienta, nim ten zdąży złożyć podpis na umowie.
To by było takie typowe dla tego małego oszusta. I to po tym wszystkim, co dla niego zrobiła.
Przystanęła i przez chwilę wpatrywała się w nogę i rękę wystające ze starego sarkofagu.
Może tym razem to tylko taki dziwaczny kawał. Bądź co bądź, poczucie humoru Chestera
przypominało czasem dziecinne kawały.
Ale było coś zbyt realistycznego w tym, jak został wciśnięty w tę trumnę, której kształt
niezbyt pasował do kształtu człowieka.
- Może po prostu zemdlał albo coś w tym rodzaju -powiedziała, bez większej nadziei.
- Nie wydaje mi się. - Emmett London zręcznie ją wyminął i zajrzał do sarkofagu z zielonego
kwarcu. - Bardziej martwy już nie będzie. Lepiej zadzwoń po policję.
Ostrożnie postąpiła o krok naprzód i zobaczyła krew. Musiała sączyć się z gardła Chestera na
dno sarkofagu.
Patrzyła na coś tak realnego, że przeszył ją nieprzyjemny dreszcz. Nie mogła w to uwierzyć.
Nie Chester. Był wprawdzie złodziejem i oszustem, ciemnym typem rzucającym cień na
dobre imię wszystkich uczciwych handlarzy antyków i szanowanych paraarcheologów, ale
był też jej przyjacielem. Tak jakby.
Z trudem przełknęła ślinę.
- Zadzwonić po karetkę?
Emmett spojrzał na nią. Coś w jego wzroku sprawiło, że poczuła się nieswojo. Może to ten
dziwny, złoci-stozielony kolor jego oczu. Za bardzo przypominał barwę drugiej pary oczu jej
kurzaka - tej, której używał do polowania.
- Z karetką nie ma pośpiechu - stwierdził Emmett. -Na twoim miejscu wezwałbym
policję.
Łatwo powiedzieć, pomyślała Lydia. Problem w tym, że to ona będzie pewnie pierwszą
osobą, z którą zechcą porozmawiać. Wszyscy z Alei Ruin doskonale wiedzieli, że miesiąc
temu strasznie się pokłóciła z Chesterem, bo ten oszust podkradł jej potencjalnego klienta.
O mój Boże. Chester był martwy. Kompletnie martwy. Nie mieściło jej się to w głowie. To
nie kolejny jego numer, wygodne zniknięcie, by uciec przed rozwścieczonymi klientami. Tym
razem nie żył rzeczywiście.
Nagle poczuła, że kręci jej się w głowie. To nie może dziać się naprawdę.
Oddychaj głęboko, pomyślała. Weź kilka głębokich oddechów. Nie rozklei się tutaj. Nie
straci nad sobą panowania. Choć to dla niej stres, nie załamie się, tak jak tego wszyscy
oczekują.
Siłą woli wzięła się w garść.
Podniosła wzrok znad ciała Chestera i zobaczyła, że Emmett London ją obserwuje. Na jego
twarzy pojawiło się dziwne zamyślenie, a nawet chyba obojętne zaciekawienie. Zupełnie
jakby chciał się przekonać, jak się zachowa - tak jakby jej reakcja na widok zwłok w sarkofa-
gu była interesującym problemem akademickim.
Nieświadomie spojrzała na jego nadgarstek. Zauważyła zegarek już parę minut temu. Tarcza
osadzona była w bursztynie. To nic takiego, pomyślała. Panowała moda na akcesoria z
bursztynu. Wielu ludzi nosiło bursztyn tylko dlatego, że to modne. Jednak niektórzy nosili go
również z innych powodów. Stanowił medium, dzięki któremu silni pararezonerzy mogli
lepiej skupić się na swych paranormalnych talentach.
Znów przeszył ją dreszcz.
- No tak, oczywiście. Policja - szepnęła. - W moim biurze jest telefon. Przepraszam na
chwilę, panie London. Pójdę zadzwonić.
-
Zaczekam tutaj - odparł Emmett.
Jaki spokojny, pomyślała. Może znajdowanie zwłok to dla niego chleb powszedni?
- Naprawdę bardzo za to wszystko przepraszam. -Nic innego nie przyszło jej do głowy.
Emmett obrzucił ją niewzruszonym spojrzeniem; wyrażało uprzejme zainteresowanie.
- Zabiła go pani?
Pytanie tak ją zszokowało, że zaniemówiła.
- Nie - wysapała w końcu. - Nie. Ja na pewno nie zabiłam Chestera.
- W takim razie to nie pani wina, prawda? Więc nie trzeba przepraszać.
Wyraźnie odniosła wrażenie, że nie byłby szczególnie zmartwiony, gdyby przyznała, że to
jednak ona zamordowała biednego Chestera. Poczuła się nieswojo. Zaczęła się zastanawiać,
w jakim świetle go to stawia.
Odwróciła się i ruszyła mrocznym korytarzem do swojego biura. Kątem oka dostrzegła stopę
Chestera opartą o krawędź zielonego sarkofagu. Jego buty były z taniej imitacji skóry
jaszczurki.
Zawsze się krzykliwie ubierał, pomyślała Lydia, zaskoczona, że nagle ogarnął ją smutek. To
prawda, był szemranym typkiem oportunista, jednak tylko jednym z wielu, którzy z trudem
wiązali koniec z końcem, prowadząc działalność na marginesie handlu antykami kwitnącego
tutaj, w Kadencji. Dziwaczne ruiny z zielonego kwarcu, które pozostały po obcej, dawno
zapomnianej, wspaniałej cywilizacji na Harmonii, stworzyły dla obrotnych przedsiębiorców
bardzo rentowną niszę. Chester nie był najgorszy spośród tych, którzy pracowali w cieniu
murów Wymarłego Miasta.
Może i sprawiał kłopoty, ale przynajmniej był barwną postacią. Będzie jej go brakowało.
Tego popołudnia o piątej w drzwiach maleńkiego biura Lydii stanęła Melanie Toft. Jej
ciemne oczy płonęły ciekawością.
- I co powiedzieli? Nic ci nie grozi?
- Niezupełnie. - Lydia, wyczerpana wielogodzinnym przesłuchaniem, zapadła się w swój
fotel. - Detektyw Martínez twierdzi, że Chester został zamordowany między dwunastą w nocy
a trzecią nad ranem. Byłam wtedy w domu, w łóżku.
Melanie gwizdnęła.
-
Sama, jak przypuszczam?
Zgłoś jeśli naruszono regulamin