Zacny Panie Tomaszu,
Napis był trochę niejednoznaczny. To, co było widać, czyli ПРОКЛЯТЫ tłumaczy się na PRZEKLĘCI (POTĘPIEŃCY). Ale jeśli dopuszczamy, że napis był trochę obcięty i brzmiał ПРОКЛЯТЫЙ, to znaczy to PRZEKLĘTY.
W ramach obsługi zaległości. Pisze Pan: "Zresztą rozmawia pan z osobą, która ostatnio drogą lądową i lokalnymi środkami komunikacji dotarła do Afganistanu i z powrotem". Ja nie miałem w ogóle zamiaru pozbawiać Pana glorii globtrotera pasztuńskich szlaków, bo swoje obserwacje i refleksje wystawiłbym w zupełnie innej kategorii. Pana wielce egzotyczna podróż była zapewne dobrze zaplanowana i przygotowana ze wszystkich stron. Ja pisałem o czymś, co po angielsku określa się terminem human stampede, a co było skutkiem nieprzewidzianego zdarzenia, które dotknęło 3/4 kontynentu. Miałem na myśli te masy ludzkie, które próbowały przemieszczać się po Europie bez rozeznania alternatywnych (wobec latania) możliwości komunikacyjnych, ba! - często nawet bez większego pojęcia o geografii. Na marginesie, zawsze wydawało mi się, że do Afganistanu jeździ się tylko albo po zioło albo z kontyngentem (a Pan mi na żadną z tych grup docelowych nie wygląda).
Pisze Pan również: "Rossini jest taki sobie? No, kwestia gustu", co wynika zapewne z mojej nieumiejętności sformułowania własnych myśli. Otóż chciałem napisać, że Turco in Italia należy - w moim rozumieniu - do kategorii generic Rossini, co nie oznacza mojej opinii o Rossinim jako takim, lecz jedynie o tym konkretnym utworze. Skoro już zeszło nam na kompozytorów - będzie Pan musiał objaśnić mi przyczyny swojej afektacji Falstaffem, którą - nota bene - dzieli Pan z trójką znanych mi osobiście muzykologów. Muzykolodzy, mimo najszczerszych obopólnych chęci, popadają w żargon okrutny, tak więc w Panu jedyna nadzieja.
Co do Rymkiewicza, to popełnił on ostatnio (na łamach periodyku o złowieszczym tytule Teologia polityczna) tekst prozatorski, w którym dowodzi, że Adam Mickiewicz przewidział istnienie Jarosława Kaczyńskiego oraz zalecał nań głosować (to już zgodnie z logiką, że Chopin gdyby jeszcze żył, to by pił). Ja, na szczęście, nigdy nie uważałem, że Rymkiewicz wybitnym poetą był (ani nikim innym wybitnym), więc i rozczarowanie mniejsze. Choć, oczywiście, stan czerepów rubasznych pomiędzy Bugiem a Odrą napawa mnie niepokojem, a w zasadzie, dokładnie rzecz ujmując, przerażeniem. Czekam aż mi ktoś objaśni to zaczadzenie nadgamonianem patosu, ktoś mi to zracjonalizuje i obieca, że po 20 czerwca nie obudzę się w jakimś koszmarze. Ale na razie znikąd nadziei. Chociaż nie, może trochę. Czytał Pan Chwina w Wyborczej? Znowuż Tokarska - Bakir próbuje van Gennepem mierzyć rzeczywistość posmoleńską - ale trudno z tej analizy jakąś nadzieję wywodzić. Pana mini-esej o czytaniu Wyzwoleniu przez pryzmat Jarosława jadącego na trumnie Lecha tafia w dziesiątkę, ale i nowe-stare zwiastuje. Ledwośmy jakoś wpełzli w XXI wiek, a już powiew skrzydła tupolewa strącił nas na powrót do XIX wiecznego myślenia i mówienia o Polsce.
A Katia Kabanova podobała nam się bardzo. Ze wszystkich stron. Prawie tak bardzo jak swego czasu wiedeńska Jenufa (z Baltsą - skądinąd ma ona śpiewać jeszcze Klitajmestrę we Wiedniu w przyszłym roku). Aż nabraliśmy apetytu na inne Janaczki. Choć najpewniej ta muzyka nie bardzo istnieje w oderwaniu od swojej warstwy teatralnej, przynajmniej dla nas.
Swoją drogą, czy widział Pan program Théâtre des Champs-Élysées na nowy sezon? To-i-owo ciekawe (szczególnie w segmencie wykonań koncertowych), zwłaszcza przy ogólnej planowanej mizerii Bastylii i Garniera.
Serdeczności,
Michał Babilas
PS. Bardzo nie chcę być uszczypliwy, ale inaczej tego ująć nie umiem: może udałoby się Panu trochę ułatwić mi lekturę i poprawić redakcję tekstów, które Pan do mnie wysyła? Nie wiem, jak to działa w Wordzie (podejrzewam, że identycznie), ale w applowskim Pages (tak, tak - jestem iBoyem i ogłupionym przez marketing fanem ogryzka) robi się tak: znajdź "spacja przecinek", zastąp "przecinek", zastąp wszystko. I już, trzy kliknięcia i tekst wyprasowany na kant. Znacznie mniej z tym roboty niż z kompresją tekstu - a efekt znakomity. Low hanging fruit - jak mawiają Amerykanie.
---
Dobry wieczór!
Właśnie przylecieliśmy i się trochę ogarniam z korespondencją i obowiązkami. Zanim będzie o Sardynii, to krótki akapit o berlińskim Otellu. Zanim jednak o Otellu, to o hotellu. W Berlinie zatrzymujemy się w hotelu Intercity znajdującym się na Ostbanhoff. Tak, na dworcu. Na samym dworcu. Jest czysto, wygodnie i niedrogo, a na dodatek dają w gratisie bilet na komunikację miejską na czas pobytu. W Polsce hasło "spać na dworcu" oznacza ostateczny upadek i degrengoladę, a dworce są miejscami obśmierdłymi i zdegradowanymi poza granice przyzwoitości. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że ta granica cywilizacyjna przechodzi nadal tak ostro Odrą.
Sama inscenizacja Otella przypomina mi trochę warszawskiego Fausta Wilsona - ten sam zmarnowany potencjał, ten sam bezsens tego, co dzieje się na scenie. (Swoją drogą pamiętam ekwilibrystykę forumowego raoula, który kochał Wilsona bo wielkim reżyserem jest i wymyślił był nawet uzasadnienie dla tej miłości w postaci reżyserii nienarracyjnej.). Miarą skretynienia reżysera berlińskiego Otella jest Jago śpiewający swoją arię z II aktu (Credo in un Dio crudel) pod adresem gromady dzieci (które po tym bunkrze czy schronie się niby szczury roją) - taka opowiastka straszliwego dziadziunia?! W ogóle reżyser rozpisał jakieś bardzo skomplikowane zadania aktorskie chórowi i statystom, obmyślił jakieś scenki pantomimiczno - baletowe, wszystko się tam gdzieś na drugim i trzecim planie dzieje, ale trudno się nad tym zastanawiać, skoro nie wiadomo skąd się wziął, z jakiego konstruktu intelektualnego wynika plan pierwszy. Można - na szczęście - było zamknąć oczy i słuchać tylko. A było kogo. Karierę Zelko Lucicia obserwuję z sympatią i uwagą od czasu drezdeńskiego Rigoletta (z Dianą Damrau i JDF) - kawał chłopa, typowe zwierze sceniczne. A Anja Harteros piękną kobietą jest i śpiewała zaiste pięknie.
Po spektaklu kolacja u Turka na Kreuzbergu, a następnego dnia... fruu... i już Cagliari.
Powojenna historia Sardynii składa się z porównań oczekiwań Sardyńczyków z obietnicami kolejnych rządów oraz obietnic z ich realizacjami. „Mieli dać tyle i tyle miliardów lirów w dwa lata, a dali połowę tego w czasie dwukrotnie dłuższym” - i tak od sześćdziesięciu lat z wyspy wysuwa się łapa w kierunku wymion rzymskiej wilczycy. Sardynia nadal jest najbiedniejszym regionem Włoch - i szczerze mówiąc, trudno jest zgadnąć skąd wzięła się ta bieda. Wyspa nie wygląda szczególnie biedniej niż inne okolice śródziemnomorza, oprócz skał ma również sporo ziemi uprawnej (włącznie z polami ryżowymi), pastwisk i lasów. W różnych miejscach można napotkać na opuszczone kopalnie (głównie metali półszlachetnych i srebra, ale także węgla) i resztki infrastruktury (kolejki wąskotorowe). Dużo ładnych, czystych plaż, sporo dziewiczej przyrody, łagodny klimat. Gdzie indziej ta mieszanka daje całkiem dobre efekty - na Sardynii to recepta na (zupełnie relatywną) biedę. W innych statystykach Sardynia też się wyróżnia - długość życia (bardzo wysoka) i przyrost naturalny (bardzo niski). W krajach prawdziwie biednych żyje się raczej krótko i płodzi wiele dzieci.
Miejscowy dialekt dość odległy od włoskiego. W niektórych okolicach zachodniego wybrzeża (Alghero) mówi się, a przynajmniej rozumie po katalońsku, co owocem polityki osadniczej XVII i XVIII wieku. Innym śladem tej epoki są rozrzucone po całym wybrzeżu hiszpańskie wieże strażnicze, budowane dla ochrony przed arabskimi piratami.
Spory kłopot kierowcy z północy Europy nastręcza interpretacja znaków zakazu i nakazu. Trudno wyczuć, kiedy jest to tylko sugestia i o jakim stopniu intensywności. Rzeczą świętą jest nie blokowanie wjazdów na posesje i nie jeżdżenie szybciej niż jakieś 50-60 po miasteczkach - wszystko inne to raczej propozycja niż cokolwiek innego. Samochód wydaje się być jeżdżącym dodatkiem do klaksonu. Dla obytego z korkami warszawskimi czy poznańskimi, Cagliari (ćwierć miliona ludzi), nawet w godzinach szczytu, łatwo i szybko przejezdne. Reszta wyspy raczej senna, na prowincji dość trudno znaleźć cokolwiek otwartego (chiuso per basso staggione, chiuso per domenica, chiuso per ferie, chiuso per chiosura) - szczytem wszystkiego są supermarkety zamknięte... w poniedziałek (co przy wysokim bezrobociu trochę dziwi).
Sardynia była zawsze zapadłą prowincją wszystkiego. Gdzieś tam na boku, z dala od głównego nurtu: powiatowa Fenicja, powiatowa Kartagina, powiatowy Rzym, powiatowe Bizancjum, powiatowe średniowiecze, powiatowa Hiszpania, wreszcie powiatowe Włochy. Nie ma dużych zabytków, wspaniałych budowli, pomników geniuszu architektów i budowniczych. Pozostałości Nory, stolicy rzymskiej Sardynii, wyglądają... niepoważnie. Nieliczne romańskie kościoły, praktycznie brak gotyku i renesansu, lepszy barok gdziekolwiek indziej. Czymś oryginalnym jest natomiast kultura nuragijska, na tyle prehistoryczna, że wyprzedzająca Rzymian. W muzeum archeologicznym spora reprezentacja „Wenusek” a’la Wenus z Wilendorfu, wykrzywione (sardonicznie?) gliniane gęby i nieduże figurki z brązu (w tym pani z panem na kolanach, w której różni apologeci widzą przedchrześcijańską Madonnę). Jedyne na wyspie UNESCO (jak rzekł któryś prezydent USA „znam, znam, ten mały, dzielny kraj”) to Su Nuraxi, ni to zamek na długo przed średniowieczem, ni to świątynia podobna do maltańskich. A że podobnych, tylko ciut mniejszych, jest w sumie co wzgórek, najwyraźniej pierwotni Sardyńczycy lali się między sobą o co się dało. Starożytni Grecy nazywali te nuragi po swojemu dedalai, uważając, że Dedal co prawda doleciał na Sycylię, ale potem przeniósł się na Sardynię i zajął się budową wież. Zresztą zdaniem Greków z Sardynią związani byli również Aristajos (w ramach pielgrzymki pokutnej po wypadku z Akteonem) oraz Jolaos (bez wyraźnego powodu, po śmierci Heraklesa).
W późniejszej historii nie urodził się na Sardynii nikt naprawdę ważny (z braku godniejszych, szczycą się Antonio Gramscim, zwąc go dość na wyrost antyfaszystą), nikt znaczny tu nie mieszkał (no bo kim był Tigellio, starorzymski muzyk), ani nawet na wakacje nie przyjeżdżał (dopiero D. H. Lawrence, powieściopisarz modernista w latach 20tych XX wieku, a i on na góra dwa tygodnie).
Zresztą na kilku pierwszych stronach „See and Sardenia” Lawrence najpierw gęsto się tłumaczy, dlaczego zdecydował się ruszyć z Sycylii (gdzie przebywał znacznie dłużej), a potem - sam jakby nie będąc przekonanym - przekonuje czytelnika, dlaczego akurat obrał azymut na Sardynię. I tak, książka napisana niemal sto lat temu, pozostaje do dziś najważniejszym literackim opisem wyspy. Mieli Sardyńczycy własną noblistkę (Grazzia Delleda), która pisała, jak można łatwo się domyśleć, o Sardynii (nawet wyszło kilka powieści w polskich tłumaczeniach) - ale dla czytelnika nietubylczego świeci ona światłem odbitym Lawrence’a.
Sardynia w początkach czerwca jest bombą olfaktoryczną. Niekoniecznie pachną cząbry smutne gór spalonych - wręcz przeciwnie, wszystko kwitnie, zieleń jeszcze w miarę świeża (choć gdzieniegdzie już po żniwach), zapachy kwiatów, olejków roślinnych, żywic i nie wiadomo jeszcze czego łączą się ze sobą w odurzającą mieszankę.
Nawet jak na warunki śródziemnomorskie, są tu bardzo ładne plaże, w tym pierwsza już na przedmieściach Cagliari. Drobny, złoty piaseczek, tylko woda zimna prawie jak w Bałtyku - ale kolor ma prawidłowy. Bezpretensjonalna kuchnia, oparta głównie na rybach i grillu. Niekiedy ta bezpretensjonalność bywa wielką zaletą, jak w portowych knajpkach w stolicy (chociaż wieczorem otwierają się one dopiero o 20.30). Innym razem widzieliśmy „sałatkę” złożoną z pajdy sera mozarella i pomidora w całości (właściciel udający kucharza nie zdobył się nawet na trud pokrojenia). Lokalną specjalnością, dla nas praktycznie niejadalną, były arselle, czyli rodzaj małży od świeżości o zapachu nieświeżym a smaku dorównującym zapachowi (ratuje się rzecz całą poprzez marynowanie w czosnku). Na deser podano nam któregoś razu smażony owczy ser pecorino obficie polany miodem (kompletnie szalone, ale interesujące). Na szczęście dla mniej odważnych, każda wioska ma jakieś swoje słodycze, najczęściej o arabskiej proweniencji.
Z miejscowych win dobrze zapamiętaliśmy białe Vermentino (dobry towarzysz morskości na talerzu) oraz czerwone Cannonau - zbrakło czasu na bardziej wnikliwe studia. Polecamy też lokalny digestiv - Mirto di Sardegna, zarówno w wersji bianco (z lisci mirtu) jak i rosso (z jagód). Na inną miejscową specjalność - ser casu marzu (peccorino uszlachetniony przez obecność i metabolizm larw muchówek) nie natrafiliśmy, więc dylemat jeść czy nie jeść pozostał tylko teoretycznym.
Teatro Lirico w Cagliari wygląda jak bunkier, ale jak każda nowoczesna opera ma bardzo wygodne fotele i cudowną akustykę, której sprzyja płytki, odkryty kanał. Tych Purytan to ostatecznie był cały regiment - skoro i tak byliśmy na miejscu, to trzeba było czymś się zająć przed kolacją. Swoją drogą, niepojęta ta długowieczność sardyńska przy tym trybie życia. Inscenizacja pod znakiem dominującego choreografa, zresztą bardzo trudno sensownie wystawić właśnie Purytan. Soliści stoją i śpiewają, chór może w tym czasie też stać (ale to nazywa się wykonanie koncertowe), może też wykonywać jakieś układy choreograficzne - które jednakowoż nie mają wiele wspólnego z librettem; według tej drugiej recepty ulepiono wystawienie w Cagliari. W warstwie stricte plastycznej spektakl przypominał mi warszawską Łucję: sporo pary w bardzo nieefektowny, neoklasyczny gwizdek. Za to Mariella Devia zaiste boska, i to nawet bez konieczności objaśniania metryką (rocznik 1948). W wymiarze aktorskim Mariella zawsze wydaje mi się dość oszczędna, żeby nie powiedzieć skąpa - objaśnił mnie ostatnio przyjaciel, że kunszt cały tej śpiewaczki polega nie na telepaniu się po scenie a'la Netrebko, lecz na sposobie podawania i interpretacji tekstu, czego jako osoba władająca dość powierzchownie włoskim ani dosłyszeć ani docenić nie potrafię. Podobał mi się też bardzo John Osborn jako Arturo. Trudno nie porównywać tych Purytan z berlińskim spektaklem z babcią Gruberovą sprzed kilku lat (wychodzi remis ze wskazaniem); za to od strony inscenizacji, to najsympatyczniej wspominam moich pierwszych Purytan, lata temu, w Łodzi.
Od tyłu zaczynając. Sam tekst z bloga (sporo-cośtam) taki dość... pensjonarski i nudny (przepraszam, jeśli Panu urażam jakieś uczucia - na wszelki wypadek oszczędzę sobie i Panu dalszych złośliwości wynikających z pobieżnej lektury). Natomiast znana skądinąd jest mi postać Marii Goretti. Od lat spędzamy sierpniowe wakacje w Marche, to prowincja Włoch na wybrzeżu adriatyckim, od Rimini (powinien Pan kojarzyć z Fellinim) w dół, przez Ankonę, aż do Ascoli Piceno. Znaczne mniej turystów niż w Toskanii, za to równie ładnie. W Marche - niedaleko od Jesi (tam urodził się Pergolesi) i Morro d'Alba (tam u zaprzyjaźnionych winowytwórców wynajmujemy domek) znajduje się miasteczko Corinaldo, znane głównie z kompletnie zachowanych średniowiecznych murów miejskich oraz sanktuarium świętej Goretti. W sanktuarium (to taka inna nazwa na kosciół po prostu) wystawka fotografii, tablic z biografią i tekstami modlitw do świętej, ekspozycja wotów oraz - uwaga! - relikwie świętej. Z uwagi na upływ czasu i słabą ekspozycję trudno było się zorientować, czy "rzecz sama" też tam jest, a dopytywać się tubylców - niezręcznie (nawet nie mam takiego słownictwa, w żadnej operze poza "mia testa" i "mio cor" się nie posuwają; choć przysiągłbym, że słyszałem ze sceny enuncjację, że w kroczu delicja). Zresztą proszę samemu ocenić. Podobnież - ale to nie wygugliwalne, więc jakby nieprawda, ze świętej Izydory z Egiptu zachowała się nietknięta mimo wieków cipka. Zresztą skoro lud boży będzie modlić się do śledziony Jerzego Popiełuszki, dlaczego inne części ciała mają być dyskryminowane.
Pokazałem tego bloga Dorocie, żeby zasięgnąć drugiej opinii. Powiedziała, że fajnie, że z dużym zaangażowaniem pisany, o ile ją znam to chyba nie jest największy komplement. Ale oprotestowała przymiotnik "nudny". Powiedziała też, że na niej największe wrażenie w tym kościele w Corinaldo zrobił nagrobek gwałciciela - mordercy, najwyraźniej również otaczany czcią, opisany tekstem "pomógł jej zostać świętą". W sprawach kuciapki i sacrum - akurat na drugim biegunie mieści się Maria Egipcjanka i jej podejście do zagadnienia.
Ubolewam, że nie spotkamy się w lipcu, nawet jeśli przyjedzie Pan do Poznania. Spodziewam się być wówczas w Kanadzie, to po pierwsze. Po drugie, mało co napawa mnie równie wielką odrazą, co balet. To może irracjonalne - ale silne, ba! nasilające się. "Dumne piękno nagich ciał" zupełnie spoza mojego światopoglądu estetycznego. Tfu! Tfu!
Co do Andermana - rozjechał kobiecinę walcem drogowym, ale po co łaziła po placu bez kasku i kamizelki kuloodpornej. Ma Pan rację, forma wysoka. Pendereckiej nie czytałem - i po pańskim omówieniu chyba już nie będę czytać. Wspomina Pan mimochodem o Brazylijczykach "kopiących z braku perspektyw piłkę aż do rozgrywek mundialowych". Nasz przyjaciel mieszka w Brazylii, od czasu do czasu go odwiedzamy, i z obserwacji (rozłożonych w czasie) wynika trochę mniej uproszczony obraz. Ja nie neguję istnienia faweli i tego mechanizmu, o którym Pan wspomniał - ale to tak, jakby opisywać Polskę Karpińskim ("na ulicach wilcy wyją, ludzie wcale się nie myją"). Swoją drogą, gdzieś czytałem o udziale Brazylii w I wojnie światowej. Na sam koniec wypowiedzieli wojnę Niemcom i nawet wysłali do Europy dywizję piechoty. Dywizja dopłynęła do Francji, zapakowała się do eszelonów, dojechała na front... zaczem została odesłana na głębokie tyły, a wkrótce do domu. O co chodziło? Otóż wojsko brazylijskie AD 1918 było wielokolorowe, multi-etniczne, w pełnej gamie od białych blondynów po hebanowych murzynów, a najwięcej (o zgrozo!) pomiędzy. Można jeszcze było tolerować układ "biali oficerowie, kolorowe mięso armatnie" (tak było u Francuzów i Anglików), albo całkowicie segregacyjne jednostki armii USA - ale koncept brazylijski był wiele za śmiały jak na tamte czasy. Poza tym Brazylia jedyny kraj, który miał jaja wprowadzić wizy dla obywateli USA i wołać za nie te same pieniądze, które USA wołają za wizy dla Brazylijczyków.
Co do "nowego prezesa radia Merkury" - nie znam sprawy i nie mam ochoty poznawać. Cytując klasyka, odmawiam percepowania tego teatrzyku jako transmisji z rzeczywistości. Moje relacje z radiem Merkury ograniczają się do wykradzenia z biurka Aliny Kurczewskiej taśmy z poznańską "Semiramidą" (Podleś, Kurowska, Grek, Borowicz) i wrzucenia nagrania na sieć ku radości potomnych. To ten mój epizod kombatancki, każdy jakiś ma, niekoniecznie jako ten mrożkowy Lucuś.
Pańskie sprawozdania z życia operowego przeczytałem z żywym zainteresowaniem. Zazdroszczę pasji, mnie by się tam nie chciało na takie off-off-Broadway rzeczy chodzić, ja tam, Panie Tomaszu, mam XIX wieczny pogląd na operę - ma być melodyjnie i mam spotkać znajomych i przyjaciół. Ale obiektywnie pisze Pan zgrabnie, nie rozumiem tylko, co znaczy, że orkiestra grała "ładnym dźwiękiem" - kojarzy mi się z waldorfowskim "dyrygent dyrygował we właściwym sobie tempie", ale może na tych wyższych stopniach wtajemniczenia są dźwięki orkiestrowe ładne i nieładne. Ja tak się wyzłośliwiam, ale proszę mi wierzyć, sprawił mi Pan przyjemność.
Jutro lecę do Budapesztu. Pod pretekstami zawodowymi będę się moczyć (i od zewnątrz i od wewnątrz), może znajdę czas wyskoczyć do Magyar Operahaz - a przynajmniej do "Belcanto". To restauracja przy operze, w której atrakcją są śpiewający kelnerzy (głównie w repertuarze operetkowym, niestety). Potem trzeba trochę popracować żeby doczekać lipcowej Kanady i sierpniowego włoskiego urlopu.
Na Sardynii porobiłem trochę zdjęć, jeśli Pana interesują.
Przypomniałem sobie, że miałem zapytać Pana o te "powody związane z fauną", o których wspominał Pan w którymś z poprzednich listów. Bo spektrum od pokąsania przez komary, poprzez trudne wycielenia się zarodowego stada krów rasy nizinnej, do choroby ulubionej rotweillerki - wszystko to fauna.
Ja przeżyłem za to krótkotrwałą - ale głęboką - traumę, gdy po powrocie z Budapesztu mój bank poinformował mnie że firma Avis obciążyła moją kartę kredytową kwotą ponad 180 tysięcy euro. Wynająłem tam, dalibóg, samochód - ale w tej kwocie to musiałoby być Ferrari - i to rozbite przez wynajmującego. Po dłuższej - ale nerwowej - chwili okazało się, że ktoś tam się pomylił i kwota się zgadza, ale wyrażona być powinna w forintach (co zmniejsza stres dokładnie 278 razy).
Jak popatrzeć na Budapeszt (czy w ogóle Węgry) od strony nieturystycznej, to pierś rozpiera uzasadniona duma z Polski. Hotel Danubius Grand na Wyspie Małgorzaty, który pamiętałem może nie jako ekskluzywny, ale przynajmniej bardzo elegancki - teraz wydał mi się przykurzony i zaniedbany (i klimatyzacja niezbyt dawała sobie radę z temperaturą). W ogóle Wyspa Małgorzaty podtopiona - a swoją drogą najwięcej szkód powodziowych na Węgrzech wywołał nie Dunaj tylko jakieś małe strużynki, które napuchły w okamgnieniu do gargantuicznych rozmiarów, a potem skwapliwie się skurczyły równie szybko, jak przybrały.
Hotel Grand zaprojektowany został przez Miklosa Ibla, który był również architektem budapeszteńskiej opery. A propos opery - zupełnie znienacka okazało się, że w niedzielę 13 czerwca grają matinée Don Giovanniego - o godzinie 11:00 (sic! - wystawiać DG o 11 rano w niedzielę, to mniej więcej tak, jak pić wódkę o tej porze). Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu (bo spodziewaliśmy się koncertowych excerptów dla dzieci i emerytów) - okazało się to być pełnokrwistym spektaklem, granym przy pełnej sali. Okazało się też, że spektakl jest wybitny reżysersko (i dość leciwy, premiera w 2003). Siedzieliśmy z rozdziawionymi gębami, w zachwycie, że tak można. Głosowo było średnio, choć bez żenady. Dyrygent - co zwłaszcza z pierwszego rzędu było słychać - należał do tych, którzy najchętniej odegraliby i zaśpiewali całą partyturę sami. Ale słychać też było, że orkiestra dyrygenta tak normalnie, po ludzku, lubi; więc grali natchnienie, nie zważając, na te wszystkie "tu-tu-tu-tu, czu-czu-czu-czu", które było słychać znad pulpitu.
Swego czasu bardzo się pokłóciłem z Piotrem Kamińskim w sprawie finałowego sekstetu. Otóż uważam, że muzycznie wartości wielkiej sobą nie przedstawia, nadto jeszcze śpiewanie "a dobrze mu tak, ma za swoje, jakie życie, taka śmierć" całkowicie rozhermetyzuje efekt "prawdziwego finału" - i dlatego należy sekstet sobie odpuścić. Kamiński oczywiście bronił sekstetu jak Jaruzelski socjalizmu, nie szczędząc nie całkiem barokowych epitetów protagoniście (przypomina mi się lemowskie "tylko dureń i kanalia lekceważy genitalia"). Poza tym - i to już jest kuriozum - Kamiński krytykuje tzw. wersję syntetyczną Don Giovanniego, uważając, że Don Ottavio powinien spiewać albo "Dalla sua pace" albo "Il mio tesoro intanto" (czyli albo tak jak we Wiedniu albo tak jak w Pradze, w żadnym razie obu tych arii w jednym spektaklu). Poza tym Kamiński uważa, że "Mi tradi" Donny Elviry (dopisane na Wiedeń) psuje strukturę drugiego aktu - z czym nawet po drugiej butelce czerwonego zgodzić się nie sposób.
Za to w Budapeszcie zrobiono tak, że i Kamiński syty i Babilas cały. Otóż w trakcie dialogu Komandora z Don Giovannim i Leporellem nagle... wyjeżdża do góry cały kanał, z grającą orkiestrą. Wrażenie zupełnie niesamowite, tak, jakby Don Giovanniego pochłonęła... muzyka. Wybrzmiewają ostatnie nuty, zapada kurtyna, publiczność ściąga majtki przez głowę. Soliści wychodzą przed kurtynę, kłaniają się. I teraz dopiero, jakby na bis, przy spuszczonej kurtynie, śpiewany jest sekstet. Było naprawdę nieźle, i to bez żadnego Trelińskiego czy innego Warlikowskiego. No i Don Giovanni - zdaniem Doroty - niezłe ciacho.
Pana tekst przeczytałem. Nie raz. Najbardziej podobał mi się wierszyk. Próbowałem zainteresować Dorotę lekturą, ale nieskutecznie - teraz sezon magisterek, więc trzeba w ramach obowiązków zawodowych czytać i czytać. Pół biedy te recenzowane, to tylko raz, najbardziej dobijają Moją Ślubną te, które promuje (bo to trzeba kilka razy czytać i to zawsze jest prawie to samo). W czasie, w którym nie czyta, pisze - bo te brzydkie słowo na ha się zbliża. Więc może uda się którymś innym razem. Na razie musi Panu wystarczyć, że go ogłosiłem geniuszem. To w rewanżu za mierzenie bliźnich Marksem. Choć może lepiej Marksem niż Freudem.
Znajomi byli na wrocławskiej "Turandot" - ale wrócili zniesmaczeni, bo zdaje się Znanieckiemu zabrakło pomysłu (znajomi mało umuzycznieni, więc o głosach i orkiestrze się nie wypowiadali). Ja sobie ukompletowałem bilety na berlińskie premiery przyszłego sezonu - choć ze zdumiewająco wielu rzeczy zrezygnowałem. No i oczywiście będę na poznańskiej Bohemie 26 czerwca, choć - z plotek i niedyskrecji zakulisowych - wygląda to na płód mocno poroniony.
Na załączonym poniżej obrazku ma Pan, Zacny Panie Tomaszu, przedstawiony sukces frekwencyjny premiery Kandyda. Za chwilę wchodzi dyrygent i podnosi się kurtyna. Na krótko przed tym weszli jeszcze prawie spóźnieni, interweniowała obsługa, poprzesadzano i częściowo zgoniono z balkonów publisię, podosadzano personel i wyglądało nie aż tak smętnie. Zdaje się dyrekcja się przestraszyła i na następne spektakle jakieś spektakularne zniżki, upusty i rabaty wprowadza.
Zresztą nie było aż tak źle, choć pare rzeczy złych było. Po pierwsze - do cholery! - podawanie tekstu. Wie Pan, jak śpiewają po włosku (który jest moim piątym językiem w kolejności biegłości), to nie mam śmiałości zarzucać wykonawcom braków dykcji, całą winę niezrozumienia biorę na siebie i swoje braki. Ale na litość boską, po angielsku to już rozumiem dlaczego nie rozumiem. No bo nie rozumiałem, ni-hu-hu. A szkoda, bo oryginalny tekst, wnosząc z tych trocin, które jednak do mnie dotarły, dowcipny. Takoż polskie tłumaczenie. Znajomość angielskiego niby powszechna, ale nie miałem wrażenia, że PT Artyści mają pojęcie co i o czym śpiewali. Nabrałem więc ochoty na Kandyda w wykonaniu native speakers, albo przynajmniej pilniejszych uczniów lektoratów.
Z koncepcjami reżyserskimi Znanieckiego to jest zdaje się tak, że gdy starczy inwencji na jakiś pomysł ogólny, to już zabraknie na opracowanie szczegółów. A jak są detale wycyzelowane, to znowuż na poziomie ogólnym się w żadną całość nie układają. Tutaj podobał mi się właśnie ogólny pomysł (nie wiem, na ile mogę Panu spoilerować - metro), ale już, na przykład, końcówka była, jak to mawiają za Bugiem, ni-pricziom. Mimo, że wykonawcy (zresztą właściwie spoza stałego poznańskiego zespołu - oprócz Sylwii Złotkowskiej, o czym później) odnajdywali się w spektaklu aktorsko, całość jednak momentami wyglądała jak przedstawienie szkolne, a w najlepszym przypadku studenckie.
Muzycznie było (chyba! - bo trudno mi oceniać coś, co słyszałem po raz pierwszy) całkiem, całkiem. Znaczy głosy nie powalały - ale i nie było żenady. Sprawny dyrygent i rozumiejąca go orkiestra. Kunegunda nie dała sobie rady (bo i dać nie mogła) z Glitter and be Gay, więc to, co miało pójść gardziołkiem poszło w interpretację. Sylwia Złotkowska (The Old Lady) imponowała dystansem do siebie i odwagą (odsłonić aż tak wiele przy aż tak obfitej figurze).
Za to w czwartek zamknięta gala jubileuszowa (z okazji stulecia poznańskiej opery), która będzie okazją do pierwszego występu scenicznego Mojej Ślubnej. Otóż dyrektor Znaniecki wymyślił sobie, że nic tak nie uświetnia koncertów galowych, jak wręczanie jakichś nagród. Jako że głupio wręczać nagrody samemu sobie, korzystnie byłoby sie posłużyć jakimś ciałem zewnętrznym. No i padło na nie do końca tak naprawde istniejące Stowarzyszenie Miłośników Kultury i Sztuki (czy jakoś podobnie), które de facto jest tylko wenflonem wbitym w budżet poznańskiego magistratu, służącym do finansowania takiej niedużej orkiestry barokowej pod nazwą Accademia dell'Arcadia. Z orkiestrą jesteśmy zaprzyjaźnieni, a jej założycielowi wynajmujemy jedno z naszych mieszkań. Stąd weszliśmy w skład kapituły owej nagrody (bo rzecz, znaczy owo wręczanie, ma stać się cykliczną). Nasamprzód należało obmyśleć n...
Wirydarz