Czajewski Wiktor - SMOK - Tom 1-2.rtf

(807 KB) Pobierz
Czajewski Wiktor

Czajewski Wiktor

SMOK

Tom 1-2

 

 

Przedostatnie wakacye spędziłem w domu państwa Jazdo wskich na Podolu. Uczyłem tam małego chłopczyka, Pani Jazdowska była z domu księżna Parajcowa z Litwy. Jest to jedyna ksią­żęca rodzina, która nawet szlacheckiej nie po­siadała fortuny. Brat jej przyrodni pan Witold Parąjec był młodym przystojnym chłopcem. Jediiij tylko zarzucali mu wadę. źe nie miał majątku. Siedział wprawdzie na jakiejś wiosczynie, ale tak obdłużonej, że już wierzyciele go nie tradowali.

Pan Jazdowski był kolegą i przyjacielem pana Prawdzickiego, ssjsiada podolskiego i to w całem tego słowa znaczeniu podolskiego, bo granica tego sąsiedztwa o 10 mil była odlegli}.

Parę razy widziałem tę rodzinę u Jazdo w- skich. Składała się ona z pana, pani i dwojga dzieci, oraz z siostry pana Prawdzickiego Stasi.

Prawdzicki \vyeiiowal ją sam podobno i uko­chał, jak własne dziecko. Piękna, smukła dziew­czyna trochę blado wyglądała', mówiono mi u Jazdowskich, że matka z Prawdzickich była su­chotnic!} i że umarła w 3(j-ym roku życia. Miała być cudownej piękności kobieta. Po Prawdziekim nie znać było, aby z suchotniczej pochodził ro­dziny. Czerstwy i zdrów wywierał wrażenie czło- Smok              l

wieka silnego. Stasiu wszakże nie wyglądała na zbyt silnłj. i zdrów#, miała jednak inne zalety była bardzo bogaty. Lgnęła do niej młodzież, jak mu­cha do miodu, aby dużym majątkiem podtrzymać swój ród i znaczenie.

Lecz Prawdzięki dumny i dbający o dobre imię, wybierał w młodzieży, jak w ulęgałkach. Mówiono, że panna miała się zakochać wjakieinś ekonomskiem dziecku, inżynierze, ale brat ani słyszeć nie chciał. Jakżeby się mogła jego sio­stra rodzona nazywać pani ISatożkowa. T)la niego istniał tylko jeden rodzaj zajęcia, to jest rolnik- szlachcic, mający ziemi kawał. To też cham­ska dusza, dumny inżynier, wyjechał gdzieś do Ameryki z żalu i rozpaczy, jak mówiła pani Sydalia Jazdowska “pieniądze robić, żeby im ma­jątkiem zaimponować, bp to w tych sferach, to pieniądz wszystko ziinczy“, a panna nawet nie przebolała wiele. Parę miesięcy była trochę smutmj,, fle ^ zj)e\ynoścuj, minęło.

Dlatego pani .lazdowsku wszelkiemi siłami starafSfcię na męża panny Stanisławy poprzeć Witoma. który od dwóch miesięcy bawił już na Podolu, alt* nieszczęśliwie trafił, bo państwo Prawdziccy wyjechali na' dobę przed jego przy­byciem do Ostendy.

Czekał więc na ich powrót* u tymczasem do­wiedziawszy się odeiunie, że wybierani ?ię na wszechnicę krakowski]., godzinami .u mnie prze­bywał.

Pani Jazdowska była trochę z tego nieza­dowolona, ale i ja również, bo miał dar mó­wienia i opowiadał mi takie bajki, że ani części w nich prawdy -być nie mogło.

Ppowiadauie jednak o wszechnic)' krakow­skiej interesowało umie więcej niż inne. Słucha­łem chętnie tych rozpraw,* choć nie przywiązy­wałem do nich wagi.

Tak zeszło do połowy września. Prawdziccy wrócili z Ostendy, a Jazdowscy pojechali na ich spotkanie. W tydzień potem siedziałem w oficy­nie sam, gdy o 12-ej wieczór wpadł do mnie pan Witold już po kilku kieliszkach wina z twarzy czerwoni}, jakby z każdej żyłki krew miała wy­trysnąć, z jarzącymi Się oczyma.

              A cóż to pan jeszcze nie śpisz?

              Nigdy się nie. kładę przed pierwszy.

              Gryziesz pan, jak mól te książki, ale to wszystko niestrawne, byłem i ja kiedyś wolnym słuchaczem w Krakowie, nie po to jednak, żeby studyować, tylko, żeby być na jakimś uniwersy­tecie.

Poznałem tamtejszij. młodzież. Xk*h nas pan Bóg zachowa od takiej młodzieży: najmniejszego nie odebrała wychowania, ale 'ca ó teróHnówić, zobaczysz pan...              V

Zawsze przepędziłem w ^ Krakowie bardzo przyjemnie chwile. Poznałem* trochę kobietek, które mnie bardzo kochały. I wiesz pan, żałuję mocno, że niedjjigo muszę się z mojem kawaler- stwem iwłżegitai.

              Jakto?

              Sydalia sw^ita mnie z paniiij. Prawdzick$. Dziś była ta kwestya poruszona. Prawdzicki i Stasia oświadczyli, że nie nie mają. przeciwko temu, żebym się o rękę jej miał starać.

              Powinszować^ bardzo sympatyczna osoba!

              Sympatyczna to prawda. Ale jak też się to głupio na tym świecie składa. Człowiek zako-

r

cha się w kim innym, a z kim innym żenić się musi.

              To brzydko!

              Ale. jeszcze byłoby brzydziej, gdyby na stare lata nie było co do ust włożyć lub jeszcze wcześniej rozpoczynać swoją karyerę od wysokiego stanowiska diurnisty w jakiem opłaka­li em biurze. Ach! panie, jaką ja w Krakowie zostawiłem pannę... paluszki lizać. Miała wtedy rok l(j-ty, chodziła jeszcze w krótkiej sukience... z dwoma splecionemi warkoczami, splywającemi na ramiona, takiemi czarnemi jak heban, a mięk- kiemi jak jedwab... Za tą osobą, szalałem.

              ł dziś jeszcze o tej miłości pan nie za­pomniałeś.

              Niestety, nie.

              A cóż pan dasz swojej narzeczonej wza- mian?

              Jak to co? Wszystko...

              Prócz serca.

Roześmiał się.

              I cóż pan myślisz—mówił po chwili—że­byś tak kobietom zaofiarował małżeństwo lub serce, pewnie na tysiąc dziewięćset, dziewiędzie- siąj-t porwałyby pierwsze. Wreszcie panna Stani­ał iwa nie robi zlej party i i tak po bracie mojej matki lada dzień może spaść na mnie olbrzymi majątek, przewyższający jej fortunę dwa razy. Wprawdzie odwiedzałem mego wuja, be.stya zdrów jak ryba i jeszcze mnie przeżyć może... ale prze­cież kiedyś majątek ten przejdzie na mnie. Przeraziło mnie jednak jego zdrowie i dla tego ta okoliczność wpłynęła na ostateczną moją, de- cyzyę. Inaczej nie żeniłbym się tak wcześnie. Wszak mam lat dopiero dwadzieścia sześć, mógł­

bym śmiało ośm lat jeszcze poczekać. Możeby stosunki Aliansowe poprawiły się. Dzisiaj wuj pieniędzy dać nie chce, a żydzi już nie pożycza­ją., do ziemi trzeba dokładać, a tu skąd wziąć... Tym zaręczeniem się z bogaty panną. poprawię sobie kredyt, a będę go potrzebował więcej, niż w innym roku.

Pan Prawdzicki jest człowiekiem szczerym i bardzo kocha Jazdowskiego. Więc też powie­dział mu otwarcie opinię lekarzy zagranicznych, dotyczącą, zdrowia Stasi. Ma płuca zupełnie zdro­we, ale bardzo osłabione i delikatne, przeto dla wzmocnienia zdrowia powinna stanowiczo zimę przepędzić w ciepłych krajach.

              Postanowili Prawdziccy w jesieni miesz­kać w San-Remo, a mi zimę wyjechać do Af­ryki. Ja mam im to warzyć, czyż nie mało bę­dzie ta podróż kosztowała?..

              A panna pozostawiona w Krakowie cóż robi? I)awnoś ją pan widział?

              Pięć lat temu.

              Może tęskni za panem?

              To byl jeszcze dzieciak, jak opuszczałem Kraków, więc nie wiem, czy mogłem zostać jej na długo w pamięci.

              A dałeś pan do zrozumienia, że ją jedną, kochasz i z nią byś się chętnie ożenił.

              Żebym miał pieniądze, to ożeniłbym się z nią i dałbym jej to poznać, a tak... dałem tylko do zrozumienia, że ją. kocham...

              A ona, cóż na to?

              Ją to bawiło niezmiernie, jak każdą pannę.

              A gdyby ona pana nie kochała?

              Mój panie, to zależy od nas samych po­stawić się tak, żebyśmy byli panami sytuacyi.

a ni« one. Na to jest szkoła .życia, szyk, ele­gancja i nazwisko.

              Ozy nie wyszła za m$ż ta panna.

              Nie.

              To pan z ni;} koresponduje.«.

              Nie widzę potrzeby... Koresponduję z kiiu innym. Mam tam ciotkę Urszulę, ale taki]. przy­szywam], ciotkę, która różne drobne usługi mnie oddawała. Jest to stara panna, któr.j. można do­brze zużytkować, a powiem nawet niekosztowna, zbyt wielkich rzeczy nie wymaga, wystarczy dla niej parę guldenów... Mogę dać panu jej adres, przydać się może, jeżeli pan będzie szukał tro­chę wrażeń...

              Dziękuję panu, jadę tylko się uczyć, pie­niędzy nie mam tak wiele, żebym się nimi mógł dzielić z drugimi...

              To brzydko być takim skąpym, .leżeli będziemy jechali na Kraków, co zdaje się dopro­wadzę do skutku, to zobaczymy się z panem.

              Az nifj?

              To zależeć będzie od informacyi ciotki Urszuli, ona ma często trafne zdanie. Szkoda mi tego pięknego kwiatu, tej pięknej panny... zmarnuje się, a kto temu winien? Ojciec, bo ze­brał dla niej zaledwie 10,000 posagu. Dobre to dla urzędniczka, ale dla człowieka, chcącego żyć i użyć na tym świecie. to na jeden rok nie wy­starczy.

              Ale, panie, taki handel tylko w tem wszystkiem widzieć to straszne, to bolesne.

              Handel?..

Potem, jakby opamiętawszy się nieco, rzekł;

              Któż to wie. mogę się ja w swojej na­rzeczonej jeszcze zakochać po uszy.

Zadzwonił ua służącego.

              Piotrze, podaj mi herbaty z cytryny. Za dużo piłem...

Następnie mówił dalej:

              Pókiśmy młodzi, to z nas tacy Katoni. A świat, to bystry chemik, urabia nas tak, że najtwardszą. «tal w wosk zamieni. Tak panie...

Rzucił się na szesląg, podłożył ręce pod gło­wę i milczał długo. Myśl jego pracowała, bo po pewnej przerwie zawołał sam do siebie:

              A jednak, tę Henrykę, kocham naprawdę...

1 ja, siedząc oparty nad ksbjiką., myślałem.

ale o Stasi. Żal mi jej było niezmiernie. Kie wiedziałem doprawdy, co mam robić. Ten czło­wiek przecież jej szczęścia nie zgotuje. Szeptało mi coś, żeby ostrzedz Prawdzickiego, bo jej bym tego nigdy powiedzieć się nie ośmielił. Praw­dziwki, jako człowiek doświadczony, powinien pil nie w tę sprawę wglądać. Owszem, niech ksią,żę Witold Prajec ożeni się z panną Praw- dzicką., ale dopiero wtedy, kiedy przekona się Prawdzicki, że wyszumiało mu z głowy to. co jeszcze w tej chwili w nim nurtuje.

Piotr wniósł herbatę i podał księciu szklankę.

              Czy i panu nalać?

              Nalej, bo brzydko na dAYorze.

              O tak, deszcz pada, wiatr północny dmie—dodał Piotr.

              A cóż tam, żonie lepiej?—spytałem się go.

              Panie, miała takie bóle.

              Ozy nie wzywaliście doktora.

              Przyjeżdżał, zapisał lekarstwo, ale nie pomogło. Mówię, że ją. urzekli.

              Mój Piotrze, jeżeli chłop mówi takie rze­czy, to chłop, ale wy przy dworze tyle lat się

obcieracie. Przy państwie to łatwiej sit; czegoś dowiedzieć lub nauczyć.

              Dla czegóżby czary nie istniały?

              Cicho Ważnie! — krzyknyl gniewnie Wi­told—nie wiesz, że nie lubię, żeby przy mnie służba w rozprawy się wdawała.

Piotr podał mnie herbatę i wyszedł.

Ksiyżę leżał na otomanie i pit łyżeczką her­batę. Milczał, i ja się nie odzywałem. Po dłu­giej chwili dopiero odezwał się:

              Żeby ona tylko nie była suchotnic,¡}... Brzydka rzecz, bo to. proszę pana. suchoty sy bardzo zaraźliwe... Fe...

              Suchoty sę zaraźliwe, ale odporny orga­nizm wszystko zniesie.

              Ja się bardzo boję śmierci; na pogrzeb patrzyć nie mogę... \Viesz pan. że człowiek to okropne stworzenie. Żeniijc się z suchotni­cy. każdy popełnia zbrodnię. Ja bym ojcu memu nigdy nie przebaczył. gdybym w spuściźnie po nim odziedziczył chorobę matki. Toż tacy ludzie pracuj;] nad zatraty własnego nulu. Niech sobie giny rody inne. ale nasz, nasz ród, pocliodzycy od (Jedymina. ma zmódz taka marna choroba! Tfu...

Zadzwonił. Wszedł Piotr.

              Nalej herbaty—zawołał i pójdź do mego pokoju. Przyniesiesz tu pościel. Nie będę się chlapał po błocie. Pan pozwoli, że się z nim prześpię.

Proszę pana.

Już trzecia, a jutro muszę być na śnia­daniu z nimi.

Położyliśmy się spać. nie usnąłem jednak i długo przewracałem się z boku na bok. Nad

ranem, kiedy usni] lem, śniła mi się blada, smut­na Stasia.

*              ,v.              *

Na drugi dzień w południe poproszono mnie do stołu. Siadłem obok mego pupila. Pan Wi­told siedział przy pannie Stanisławie dosyć oży­wiony i rozpromieniony. Panna wyglądała bar­dzo dobrze.

              Może się on w niej zakocha naprawdę. 1 po co ja się martwiłem cały noc. Odetchnąć mi było trudno z żalu. a teraz oni tacy szczę­śliwi...

Obok nich siedział gość nowy, pan Podszy- cki. który dziś rano przyjechał z żonij a za Pod- szyckim ja i mój pupil. Podszycki interesował się wychowaniem i nudził mnie nieustannie swe- liii spostrzeżeniami.

              1 ja mam chłopaka — mówił do mnie.- Słyszałem od pana .lazdowskiego, że pan bardzo dobrze uczy... Gdybyś pan nie miał zamiaru wyjeżdżać do Krakowa, tobym zgodził się z chę­cią, aby nie oddawać chłopca do szkół, takie po­stępy uczynił pański uczeń.

Odrzekłem jednak stanowczo, że postanowie­nia mego nie cofnę, ale i wtedy jeszcze nacierał na mnie:

              «¡dyby pan jednak na przyszłe wakacye nie miał co lepszego do roboty, to zechciej pan do nas przyjechać.

Podziękowałem mu uprzejmie i przyrzekłem, że napiszę. Zanotował mi swój adres sam w ksią­żeczce. Po obiedzie panowie przeszli na cygara i czanuj kawę do gabinetu pana, i ja tam posze-

dleiu, chociaż nie używałem cygar. Pierwszy skończył palić pan Witold, rzucił nmnsztuk w po­pielniczkę i wyszedł. Zbliżyłem się do Praw- dzickiego, który odpowiadał mi półsłówkami. Z kwestyi na kwestyę przechodziliśmy szybko, aż poczęliśmy mówić o małżeństwie.

              Małżeństwo uważa się dziś, jak interes po prostu—mówiłem mu.

A on odpowiedział:

              Nie inaczej, tylko trzeba baczyć na to, czy z solidmj. firmą, zawiera się interes.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin