Science Fiction_29.2003.pdf

(4340 KB) Pobierz
8980332 UNPDF
8980332.003.png
Lubię Jima Carreya, ale tylko
to jego wcielenie, w którym nie
usiłuje na siłę stać się Jerrym
Lewisem. To genialny komik,
który potrafi z równą
swobodą zrobić z siebie
kompletnego głupa (Głupi
i głupszy), paranoika z
rozdwojeniem jaźni (Irena
i ja), superbohatera
(Maska, Battnan Forever)
czy kompletnie
ześwirowanego i niebez-
piecznego maniaka (Cable
Guy). Potrafi też zna-
komicie odnaleźć się w
poważniejszych rolach,
choć te nie przynoszą mu
j popularności (może za
wyjątkiem Truman Show).
Najnowszy film Jima należy do
najbardziej pasującego mu
gatunku. Boska komedia, żeby
być precyzyjnym.
na kilka spoilerów dotyczących
akcji. To nie jest film z
kluczem, zatem poznanie kilku
szczegółów nie zepsuje jego
oglądania.
Bruce Nolan (Jim Carrey)
pracuje w lokalnej telewizji w
Buffalo. Jest jednym z tych
reporterów, którzy mają za za-
danie dostarczyć bardziej roz-
rywki niźli rzeczowej infor-
macji. Ale jego ambicje sięgają
wyżej, znacznie wyżej niż
powinny sięgać, choć wcale nie
tak wysoko, jakby się to nam
wydawało. Pech chce, że
przełożeni Bruce'a nie podzie-
lają jego zdania i wybierają na
miejsce odchodzącej gwiazdy
dziennikarstwa kogoś innego.
Bruce niemal pewien nominacji
daje popis swoich możliwości i
zostaje zwolniony. Wracając do
domu, złorzeczy na wszystko,
w tym i na samego Boga, który
stworzył tak niedoskonały
świat, prosząc o cud. Kiedy
dzwoni jego służbowy pager,
lekceważy go, a próba pozbycia
się sprzętu podczas jazdy
kończy się wypadkiem.
Następnego dnia Bruce'a
budzi natrętne pikanie pagera.
Na wyświetlaczu widzi ten sam
nieznany numer co dnia
poprzedniego. Myśląc, że to
ktoś z byłej pracy, wyrzuca
urządzenie przez okno. Za-
pomina o tym fakcie, ale kiedy
wyprowadza psa, znów słyszy
dziwny sygnał. Ku jego zdzi-
wieniu kompletnie rozbity pa-
ger wyświetla tajemniczy nu-
mer. Zaciekawiony Bruce odd-
zwania i dostaje instrukcje, jak
dostać się do pewnego miejsca,
które jest... tymczasową
siedzibą Boga na Ziemi. Sam
Bóg, który go przyjmuje jest
średnio eleganckim gentle-
manem w nieco już zaawan-
sowanym wieku, a także, co
niektórym z was może wydać
się nieco dziwne... jest czar-
noskóry (gra go etatowy ostat-
nio odtwórca kluczowych ról
Jako że film ten nie został do
tej pory ujęty w planie dystry-
bucji na Polskę, pozwolę sobie
takie
8980332.004.png
drugoplanowych Morgan
Freeman). Zirytowany
przemową Bruce'a stwórca
postanawia ukazać mu ogrom
pracy, jaki włożył w stworzenie
funkcjonującego świata. Ma też
w tym pewien ukryty cci:
zmęczony dziełem stworzenia
zamierza wziąć sobie krótki
urlop. Takim to oto sposobem
niedoszły prezenter wiadomości
otrzymuje moc niemal równą
boskiej i to na cały tydzień.
Może robić, co zechce, byle
świat stał się w jego mniemaniu
doskonalszy. I musi zachować
tylko dwie zasady. Pierwszą jest
dochowanie w tajemnicy tego,
że jest teraz na miejscu Boga...
Bruce nic wierzy w to, co
widzi, ani siedem palców, ani
przejście przez zalaną dziurę nie
jest w stanie odwieść go od
przekonania, że padł ofiarą
żartu. Dopiero przemiana w
Clinta Eastwooda (pozostańmy
tylko przy tym szczególe)
sprawia, że wątpliwości się
rozwiewają. Jako namasz-
czony przez samego Boga
postanawia dokonać cudu.
Mojżesz przeprowadził naród
przez morze, Bruce ma tylko
talerz z zupą przed sobą,
czyni zatem cud na tę miarę...
I tak Bruce Nolan zostaje
lokalnym Bogiem. Trzeba
przyznać, że robi, co może,
by sprostać temu zadaniu. A
robi to w iście Carreyowskim
stylu, w tempie jednego żartu
na minutę filmu. A to ułatwia
sobie życie, ucząc psa
korzystania z toalety, a to
przepędzi lokalny gang,
spełniając życzenie jego szefa, a
to powiększy biust swojej
narzeczonej (Jennifer Aniston),
by nie miała kompleksów. Nade
wszystko jednak stara się zrobić
dobrze sobie. Ta część filmu
bardzo przypomina wydarzenia
z Groundhog Day. Przywrócony
do pracy Bruce Nolan pnie się
po szczeblach kariery, bo tylko
on jest zawsze tam, gdzie dzieje
się coś ciekawego. Oczywiście
nie wszystko pójdzie tak, jak
planował, ale o tym co i jak
przekonacie się już w kinie,
mam bowiem nadzieję, że to
przeoczenie nasi dystrybutorzy
szybko naprawią i jeszcze w tym
roku zobaczymy Bruce'a
wszechmogącego na ekranach
polskich kin.
ReJS
8980332.005.png
8980332.006.png
kino
Hiroshima albo...
Witajcie w środku gorącego, acz burzliwego lata. W zasadzie tkwimy w samym
środku sezonu ogórkowego, zatem zastój panuje straszliwy. Nawet tajemnicze kręgi
zbożowe nikogo już nie pasjonują, mimo że są nasze własne, nie importowane. Upał
myśleć nie daje, dlatego czasem popatruję w szklane oko telewizora. Skacząc po
kanałach szukałem pomysłu na ciekawy wstępniak i nagle, postępując wedle znanej
Kingowskiej receptury, wpadłem na taki, mam nadzieję, ciekawy temat.
Najpierw trafiłem na kolejny pasztet z cyklu: Nie do wiary, potem na reportaż
rocznicowy z Hiroshimy. 1 nagle z połączenia obu wątków zrodziło się pytanie... Co
by było, gdyby Amerykanie ukończyli Projekt „Manhattan" o dwa-trzy miesiące
wcześniej? Albo gdyby Trzecia Rzesza stawiła bardziej zaciekły opór na terenach
między Wisłą a Odrą, opóźniając marsz Armii Czerwonej o tygodnie zaledwie. Czy
oglądalibyśmy atomowy grzyb nad Hiroshima albo Nagasaki, czy raczej alianci
postaraliby się o zakończenie wojny w pierwszej kolejności na Starym Kontynencie?
A jeśli tak, to jaki cel wybraliby na pokazówkę. Na pewno nie Berlin; jak pokazała
historia, stolicy nie można było unicestwić, bo to tam byli notable niezbędni do
podpisania kapitulacji.
Pomyślmy... Ostatnia faza wojny; kto najdłużej się bronił, kto się poddał ostatni?
No... właśnie. Jakkolwiek by kombinować, to palec na mapie zatrzymuje się w jed-
nym miejscu, mnie i Ziemiańskiemu bardzo bliskim.
Wrocław, miasto-twierdza, miejsce, które opierało się szturmom niemal do zakoń-
czenia działań wojennych - kapitulacja nastąpiła w czasie, gdy trwały już walki w
centrum Berlina. Czy to nie byłby znakomity cel na demonstrację siły, tak dogo-
rywającym obrońcom, jak i zgromadzonym wokół jednostkom, było nie było, rywa-
lizującego o wpływy mocarstwa?
Nierealne? A dlaczegóż by nie. Spójrzcie na rachunek zysków i strat. Użycie
bomby w sercu Europy dałoby zachodnim aliantom ogromną przewagę nad „so-
jusznikiem". Taki obrót sprawy cofnąłby strefę wpływów Stalina zapewne na linię
Odry a może nawet i dalej na wschód... Rosjanie otrzymaliby naoczny i upokarzający
pokaz siły, której nie byli wtedy zdolni się przeciwstawić. Niemcy poddaliby się w
pięć minut, a przecież mówimy o dwóch rozciągniętych frontach, na których wciąż
trwały zacięte walki. Japonia otoczona i pozbawiona floty lotniskowców mogła
poczekać na swoją kolejkę.
Dwa miesiące, może trochę więcej, tyle brakowało, żeby dzisiaj dzwon pamięci bił
w sercu miejsca zwanego placem Grunwaldzkim, zapewne nad wypalonymi ruinami
budynków Politechniki. Japonia zapewne też nie uniknęłaby swojej lekcji pokazowej,
a może opis zagłady wrocławskiej twierdzy byłby tak wielką przestrogą, że
Cesarstwo Wschodzącego Słońca poddałoby się, zanim dziesiątki tysięcy jego
poddanych wyparowałyby w kolejnym wybuchu. Kto wie...
Pomyślcie, jak mało czasem brakuje do tego, żeby coś, co jest tak odległe, wręcz
nierealne, stało się naszym udziałem.
Gdybanie gdybaniem, a przed Wami kolejny numer „Science-Fiction", a w nim jak
zwykle mnóstwo czytania. Zgodnie z zapowiedzią prezentujemy drugie opowiadanie
z niezwykle oryginalnego cyklu o Elizabcdiathu Moncku, grabarzu niezwykłym.
Poprzedni tekst cieszył się dużą popularnością, mam nadzieję, że i ta przygoda bardzo
się spodoba. Wojtek Świdziniewski kontynuuje opis Hamdirholm, jak zwykle z
humorem i lekkością pióra. Rafał Dębski, którego do tej pory znaliśmy jako tęgie
pióro polskiej fantasy, dzisiaj pokaże w Kosmicznym opętaniu, że i klasyczne,
rozrywkowe SF to dla niego nic trudnego. W krótkich formach pojawiają się dwa
znane i to bardzo, nazwiska: Eugeniusz Dębski i Tomasz Kołodziejczak. Tak, tenże
sam autor Kolorów Sztandarów. Kolejny pisarz wracający na scenę fantastyczną po
długim okresie milczenia. Młode pokolenie reprezentuje godnie Michał Protasiuk;
miał już u nas tekst, ale bardzo krótki i bardzo dawno. Teraz pora na kawałek
twardszej fantastyki, dziejącej się tu i teraz. Podobne klimaty znajdziecie w noweli
Grzegorza Żaka, pamiętnego autora recenzji Władcy Pierścieni, które obiegły swego
czasu całą Polskę, a tysiące ludzi do dzisiaj wierzą, że są to oryginalne wypisy z
ówczesnych gazet. Tym razem etatowy kabareeiarz i prześmiewca prezentuje tekst
odbiegający od swoich poprzednich dokonań. Czytając Światło czarnych świec
pamiętajcie jednak, że macie do czynienia z wielce przewrotnym autorem.
Mieszanina gatunków, stylów, tematów - oto najlepsza recepta na wakacyjną nudę.
A komu będzie tego mało, niech sięgnie po ofertę KKF. W tym miesiącu mamy
jeszcze większą przecenę. Kilka cykli książkowych możecie kupić nawet z 40-pro-
centowym rabatem. I to wcale nie staroci... Ale pospieszcie się, bo od września wraca
szara normalność...
literatura
Tomasz Bochniński
Rafał Dębski
Michał Protasiuk
Tomasz Kołodziejczak
Wojciech Świdziniewski
EuGeniusz Dębski
felietony
Jacek Dukaj
Feliks W. Kres
KSIĄŻKI
Andrzej Ziemiański
komiks
inne
Dwie dekady Kresa
Robert J. Szmidt
8980332.001.png 8980332.002.png
Zgłoś jeśli naruszono regulamin