Mrówczyński Bolesław - Leśna drużyna 01 - Plama Na Złotej Puszczy.pdf

(798 KB) Pobierz
Boles³aw Mrówczyñski - Plama Na Z³otej Puszczy
Bolesław Mrówczy ı ski
Plama Na Złotej Puszczy
Podró Ň W nieznane
G ładka, asfaltowana szosa wyprostowała si ħ , znikły ostatnie zagrody. Motory
samochodów zawarczały gło Ļ niej. Przybli Ň yły si ħ do siebie ciemne Ļ ciany zieleni i
strzeliły w gór ħ k ħ pami postrz ħ pionych wierzchołków. Wje Ň d Ň ali Ļ my w odwieczny,
mazurski bór.
Druh dru Ň ynowy siedział przy mnie obserwuj Ģ c z zaciekawieniem chłopców z
zast ħ pu „Czajek", nad którym miałem wówczas komend ħ . Na wszystkich twarzach
rysowało si ħ podniecenie. Wyra Ň ało si ħ ono ró Ň nie, jednym płon ħ ły oczy, chłon Ģ ce
gor Ģ czkowo nowy, iv Ļ wiat. Inni krzyczeli z rado Ļ ci popisuj Ģ c si ħ gło Ļ no znajomo Ļ ci Ģ
ro Ļ lin i drzew. Kto Ļ obliczał słupy telegraficzne pragn Ģ c zorientowa ę si ħ w odległo Ļ ciach.
Byli jednak i tacy, którzy jakby spokornieli, przyga Ļ li. Ci wysyłali w dal zamy Ļ lone
spojrzenia i byli najcichsi.
Samochody skr ħ ciły w bok, droga stała si ħ wyboista. Korony drzew zetkn ħ ły si ħ
gał ħ ziami i zarzuciły nad nami cie ı . Ogarn Ģ ł nas miły, nieco wilgotny chłód. Nawet
najhała Ļ liwsi umilkli, ich wzrok skierował si ħ w gł Ģ b. Z popl Ģ tanej g ħ stwiny krzewów i
pni wyjrzała wielka przygoda.
Jechali Ļ my mo Ň e z godzin ħ . Druh dru Ň ynowy, zamy Ļ lony dot Ģ d tak samo jak my,
naraz poruszył si ħ niespokojnie. Popatrzył przed siebie bacznie i wci Ģ gn Ģ ł silnie
powietrze przez nos.
— A to, co takiego? — zastanowił si ħ marszcz Ģ c brwi. — Druhu Kowalski —
zwrócił si ħ do mnie — co czujesz?
Wychyliłem głow ħ na, zewn Ģ trz, aby unikn Ģę zapachu benzyny, i wci Ģ gn Ģ łem
powietrze tak samo jak on.
— Co Ļ si ħ pali — odparłem po chwili. — Dym. Gdzie Ļ od południa, przed nami.
Moje „Czajki" te Ň ju Ň zwietrzyły. Potwierdziły to zgodnie. Dru Ň ynowy rozejrzał
si ħ czujnie.
— Dziwne — zastanowił si ħ . — Nie ma prawie wiatru, a sw Ģ d coraz silniejszy. Co
tu mo Ň e si ħ pali ę ? Do najbli Ň szej wsi jest przecie Ň bardzo daleko...
O tym on tylko wiedział; nikt z nas nie miał najmniejszego poj ħ cia, gdzie
znajdujemy si ħ obecnie i dok Ģ d d ĢŇ ymy. Była to, bowiem przepi ħ kna gra wakacyjna.
Jechali Ļ my w nieznane, na tereny odludne, w sam Ļ rodek puszczy. Zadanie polegało na
tym, aby robi ę odkryciu. Punktem centralnym miało by ę miejsce naszego przyszłego
obozu, z niego mieli Ļ my organizowa ę wyprawy. Trzeba bidzie odnale Ņę stopniowo drogi
i Ļ cie Ň ki, wykona ę mapy i dotrze ę do najbli Ň szych osiedli, a potem nawi Ģ za ę kontakt z ich
mieszka ı cami. Tote Ň słowa dru Ň ynowego uczyniły wielkie wra Ň enie. Przypomniały o
odci ħ ciu od Ļ wiata, a równocze Ļ nie pogł ħ biły ciekawo Ļę . Wszyscy zacz ħ li spogl Ģ da ę na
siebie w napi ħ ciu.
Po dziesi ħ ciu minutach nieco si ħ rozja Ļ niło. Drzewa zrzedły, sło ı ce zacz ħ ło
układa ę na drodze szerokie, złociste smugi. I wreszcie ukazała si ħ przed nami rozległa
polana. Była Ļ liczna, sk Ģ pana w blaskach poranka, porywaj Ģ ca oczy Ļ wie Ň o Ļ ci Ģ traw. Z
prawej strony l Ļ niła tafla ogromnego jeziora, za ni Ģ znowu czernił si ħ bór. Domy Ļ liłem
si ħ od razu, Ň e tu jest kres naszej w ħ drówki. Obj Ģ łem wszystko przelotnym spojrzeniem i
wzrok zaraz uniosłem w gór ħ . Serce skoczyło mi nagle do gardła. Tam hen, przed nami,
ponad koronami niebotycznych wierzchołków wzbijała si ħ w niebo czerwona łuna, a
ciemna chmura dymu słała si ħ pod ni Ģ ci ħŇ ko i przetaczała powoli w naszym kierunku.
— Po Ň ar! — j ħ kn ħ ły „Czajki" głucho.
— Po Ň ar! — głosy jad Ģ cych za nami „Kruków" i „Nied Ņ wiedzi" wzmocniły groz ħ
tego widoku. Westchn Ģ łem ci ħŇ ko. Zrobiło mi si ħ jako Ļ nieswojo.
— Las płonie — potwierdziłem Ň ało Ļ nie. Dru Ň ynowy pokiwał głow Ģ w
zakłopotaniu.
— Tak — przy Ļ wiadczył. — To nie wie Ļ . To płonie puszcza mazurska.
Był tak samo przybity jak wszyscy. Nie trwało to Jednak długo. Wyprostował si ħ
energicznie.
— Druhu Kowalski — zakomenderował dono Ļ nie — rozładowa ę samochód!
„Czajki" i „Kruki" jad Ģ ze ran Ģ do gaszenia po Ň aru.
Raz jeszcze rzuciłem okiem na niebo. Wci ĢŇ było pi ħ kne, nigdzie najmniejszej
chmurki. Ni st Ģ d, ni zow Ģ d przyszło mi jednak na my Ļ l, Ň e ten tak ładnie zacz ħ ty lipcowy
dzie ı 1956 roku utkwi nam na zawsze pami ħ ci, ciemne smugi dymu rozsnuwały si ħ
bowiem coraz Ň ałobniej.
Walka z Ň ywiołem
U wijali Ļ my si ħ jak w ukropie. ņ ywno Ļę , po Ļ ciel, plecaki, namioty, zabrane z
tartaku deski wyrzucili Ļ my na ziemi ħ , pozostawiaj Ģ c dalsz Ģ trosk ħ o te baga Ň e naszym
najmłodszym, „Nied Ņ wiadkom". Samochód ruszył. Kierowca, nie mniej przej ħ ty ni Ň my,
nie zwracał uwagi na wyboje i gdzie tylko si ħ dało dodawał gazu. Min ħ li Ļ my polan ħ ,
wjechali Ļ my ponownie w puszcz ħ . Sw Ģ d stawał si ħ coraz przykrzejszy. Wkrótce spoza
mrocznej zieleni zacz Ģ ł przedziera ę si ħ blask. Ci ħŇ arówka stan ħ ła, kierowca wychylił
głow ħ z szoferki.
— Dalej nie pojedziemy — wyja Ļ nił. — Po Ň ar na prawo. Trzeba si ħ przedosta ę
przez las.
Zeskoczyli Ļ my z wozu, padły krótkie rozkazy, rzucili Ļ my si ħ w g Ģ szcz. Nie
ubiegli Ļ my daleko. Usłyszeli Ļ my stuk siekier i zgrzytanie pił, dobiegały coraz wyra Ņ niej
twarde słowa komendy. Okazało si ħ , Ň e byli ju Ň tutaj obro ı cy. Ujrzeli Ļ my ich wkrótce.
Pracowali ci ħŇ ko zwalaj Ģ c drzewa na ziemi ħ .
Dru Ň ynowy zatrzymał oddział. Rzuciłem okiem na to, co si ħ działo dokoła.
Wszystko było dla mnie zupełnie nowe. Widziałem w Ň yciu niejeden po Ň ar i stra Ň aków
walcz Ģ cych zaciekle z ogniem, ale było to w mie Ļ cie. Tam wdzierano si ħ po drabinach,
tryskała woda z sikawek, sypano piach. Tu prowadzono akcj ħ zupełnie inaczej. Ogie ı
szedł wierzchołkami, zmagali si ħ z nim przewa Ň nie cywile. ĺ cinali drzewo jedno za dru-
gim, otaczaj Ģ c miejsce po Ň aru pustym, wykarczowanym pier Ļ cieniem. Kr ħ ciło si ħ
wprawdzie mi ħ dzy nimi kilku stra Ň aków, lecz i oni tylko r Ģ bali pnie. Je Ļ li odrywali si ħ
niekiedy Od tej roboty, to tylko po to, aby unieszkodliwi ę opadłe na ziemi ħ płon Ģ ce
konary albo obla ę wod Ģ samotne drzewo, rosn Ģ ce z dala od innych.
Przerwałem obserwacje, podszedł bowiem do nas wiek w mundurze le Ļ nika. Obj Ģ ł
nas Ň yczliwym spojrzeniem.
---A, harcerze! — cieszył si ħ gło Ļ no z naszego przybycia. — ĺ wietnie. Co prawda
— dodał markotniej Ģ c potrzeba tu przede wszystkim silnych r Ģ k, siekier i drwali. No, ale
te Ň si ħ przydacie...
Popatrzył w zakłopotaniu w gór ħ , gdzie rozlegał si ħ nieustannie ostry, zgrzytliwy
trzask i nieprzyjemne syczenie. Na szcz ħĻ cie nie było wiatru, po Ň ar wi ħ c rozszerzał si ħ
wolno. Za to deszcz iskier spadał na ziemi ħ coraz rz ħ si Ļ ciej.
— Czuwajcie nad gał ħ ziami — rzekł po namy Ļ le. — Odsuwa ę w g Ģ szcz, te za Ļ ,
które si ħ pal Ģ , zasypywa ę piaskiem. Uwa Ň ajcie dobrze, bo o nieszcz ħĻ cie nietrudno.
Jak gdyby na potwierdzenie tych słów, pot ħŇ ny konar opadł ci ħŇ ko na ziemi ħ ,
rozbłysł o Ļ lepiaj Ģ cym blaskiem niedaleko od nas obj Ģ ł po Ň og Ģ le ŇĢ ce naokoło igliwie.
Dru Ň ynowy wyprostował si ħ , jakby zrodziła si ħ w nim jaka Ļ niespodziewana decyzja.
--- Macie tu mo Ň e kilka zbytecznych pił? — zapytał szybko le Ļ nika.
---S Ģ jeszcze dwie.
Dru Ň ynowy zwrócił si ħ teraz do mnie.
Druh Kowalski — rzekł energicznie — obejmuje komend ħ nad traczami.
Zwala ę drzewa według wskazówek nadzoru!
Przyj Ģ łem rozkaz z całym spokojem. Mój zast ħ p słyn Ģ ł w dru Ň ynie z umiej ħ tno Ļ ci
saperskich, robota wi ħ c dla nas nie była nowa. Le Ļ niczy przyj Ģ ł to i pewnym
niedowierzaniem, lecz nie przeszkadzał. Dobrałem kilku silniejszych chłopców z zast ħ pu
„Kruków", wzi ħ li Ļ my piły i te, które przywie Ņ li Ļ my z sob Ģ , i te, które otrzymali Ļ my
dodatkowo, a potem skoczyli Ļ my do pni. Robiło si ħ coraz gor ħ cej. Ludzie pracowali z
najwi ħ kszym po Ļ piechem. Twarze poczerwieniałe z wysiłku, czoła zalane potem, napi ħ te
mi ħĻ nie, r ħ ce poruszaj Ģ ce si ħ błyskawicznie — wszystko to wzmagało groz ħ szalej Ģ cego
nad nami Ň ywiołu. Zaj Ģ łem stanowisko za nimi.
Pi ħ tek i Janicki, jako najlepsi tracze, zacz ħ li pierwsi. Piły zazgrzytały j ħ kliwie.
Obserwowałem przez chwil ħ z uwag Ģ . Szło nie Ņ le. Dałem znak: trzy dalsze pary wł Ģ czyły
si ħ do roboty, wykazuj Ģ c tak samo du Ň o zr ħ czno Ļ ci.
— Dobrze pracuj Ģ — pochwalił le Ļ nik, który przybył tu razem z nami. — Zm ħ cz Ģ
si ħ jednak pr ħ dko...
Westchn Ģ ł. Chłopcy rzeczywi Ļ cie pracowali gorliwie. W innej sytuacji nie
pozwoliłbym nigdy na takie tempo. Teraz nie było wyboru. W górze szalał ogie ı , Ň ar
pot ħŇ niał wokoło, na dole zapalało si ħ ju Ň tu i ówdzie igliwie.
— Wytrzymaj Ģ — zaprzeczyłem stanowczo. — Zaraz rzucimy rezerwy.
Przeczekałem jeszcze chwil ħ , a potem wymieniłem czterech traczy, stawiaj Ģ c na ich
miejsce tych, którzy stali do tej pory bezczynnie Pi ħ tek, rozgrzany robot Ģ , o mało si ħ nie
zbuntował.
— Doko ı cz ħ — mrukn Ģ ł niech ħ tnie. — Nie czuj ħ wcale zm ħ czenia.
W to nie w Ģ tpiłem. Był kr ħ py, dobrze zbudowany i mocny. Nie, rozumiał jednak,
Ň e czekaj Ģ na nas jeszcze dziesi Ģ tki pni, wi ħ c nale Ň y oszcz ħ dza ę sił. Powtórzyłem rozkaz.
Tym razem oczywi Ļ cie usłuchał. Był karny, jak wszyscy w naszej dru Ň ynie. Kiedy
powrócił znów na stanowisko, r Ň n Ģ ł ju Ň po przeciwnej stronie, powy Ň ej miejsca, które
wyci Ģ ł poprzednio.
— Fachowo — pochwalił zdziwiony le Ļ niczy. — Kto was nauczył tej sztuki?
U Ļ miechn Ģ łem si ħ tylko w odpowiedzi, gdy Ň na wyja Ļ nienia nie było czasu.
Uwa Ň ałem teraz pilnie na wszystko. Zbli Ň ali Ļ my si ħ do chwili krytycznej, ka Ň dy bł Ģ d
mógł drogo kosztowa ę . Niespodziewanie odsun Ģ łem Janickiego i Pi ħ tka.
— Do Ļę — rzekłem. — Id Ņ cie do nast ħ pnego pnia.
Przy poder Ň ni ħ tym drzewie ustawiłem chłopca z siekier Ģ i kazałem mu r Ģ ba ę .
Le Ļ niczy przygl Ģ dał si ħ z coraz wi ħ kszym zainteresowaniem.
ĺ wietnie! — przyznał zadowolony. — Doskonale znacie si ħ na tej robocie. Tu
jednak potrzeba siły. Piłujcie dalej, ja b ħ d ħ r Ģ bał za wami.
Zrzucił marynark ħ , splun Ģ ł w gar Ļę , jak to drwale maj Ģ w zwyczaju, podniósł w
gór ħ trzyman Ģ w r ħ ku siekier ħ i r Ģ bn Ģ ł, a Ň si ħ echo rozległo. Nic dziwnego, chłop był
pot ħŇ ny jak tur. Nie mo Ň na było porówna ę jego siły z siłami chłopców czternastoletnich.
Byłem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo nie szło nam przecie Ň o popis.
Nad nami huczały płomienie, płon Ģ ł stuletni las. Trzeba było ratowa ę go za wszelk Ģ
cen ħ , i to ratowa ę szybko.
Przerzuciłem wi ħ c teraz wszystkich do pił. Wymieniałem traczy co kilka minut,
praca zyskiwała na tempie Wyt ħŇ ony wysiłek i wypoczynek, i tak ci Ģ gle na zmian ħ .
Niespodziewanie za naszymi plecami odezwała si ħ druga siekiera. Obejrzałem si ħ mimo
woli. Przybywały posiłki. Jaki Ļ milicjant stan Ģ ł na stanowisku i zacz Ģ ł r Ģ ba ę nast ħ pny
pie ı . Potem nadbiegł z pomoc Ģ nasz dru Ň ynowy, gdy Ň tamci nie mogli za nami nad ĢŇ y ę .
Przynagliłem chłopców, sam chwyciłem za pił ħ . Gdy przekazywałem j Ģ nast ħ pnemu, pot
zalewał mi twarz.
Za mn Ģ rozległ si ħ trzask. Spojrzałem na le Ļ niczego. Pchał wła Ļ nie podci ħ te
drzewo, Ň yły mu nabrzmiały na skroniach. Podniosłem oczy w gór ħ . Korona zakołysała
si ħ lekko, przegi ħ ła, a potem coraz szybciej zacz ħ ła opada ę w dół i legła wreszcie na
ziemi. . Serce Ļ cisn Ģ ł mi w tym momencie gwałtowny ból Wydało mi si ħ , Ň e widz ħ przed
sob Ģ Ļ mier ę . I chyba nie byłem daleki od prawdy. To drzewo Ň yło przecie Ň przed chwil Ģ ,
a teraz le Ň ało martwe. Rosło tu pi ħ knie, cieszyło si ħ ciepłem sło ı ca i mogło jeszcze Ň y ę
długo. A teraz wszystko przepadło...
Otrz Ģ sn Ģ łem si ħ z trudem z tego przykrego uczucia. Popatrzyłem w luk ħ , któr Ģ
wypełniały do niedawna gał ħ zie. Niestety, tak musiało si ħ sta ę . To drzewo zgin ħ ło
wprawdzie, ale swoj Ģ Ļ mierci Ģ ratuje przed zagład Ģ olbrzymi las. Zupełnie jak Ň ołnierz na
wojnie...
Tego dnia chłopcy pracowali wspaniale. Gdy wreszcie schodzili Ļ my z placu,
byli Ļ my Ļ miertelnie znu Ň eni. Za to ze wszystkich oczu bił mocny, radosny blask. Kl ħ ska
została zduszona w zarodku.
Za nami, niestety, pozostało pogorzelisko. Osmalone pnie bez koron sterczały
Ň ałobnie, oskar Ň aj Ģ c swoj Ģ martwot Ģ tych, którzy byli sprawcami po Ň aru.
Stra Ň nik oskar Ň a
K to był złoczy ı c Ģ ? Kto spowodował zniszczenie? Kto przyczynił si ħ do
wytr Ģ cenia kilkuset drzew z naszego narodowego maj Ģ tku? Zbrodnia, przypadek, czy lek-
komy Ļ lno Ļę ?...
Były to m ħ cz Ģ ce pytania, nie daj Ģ ce nam ani chwili spokoju. Nie wypowiadali Ļ my ich
Zgłoś jeśli naruszono regulamin